Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Wardges Petrosian



DLACZEGO UMIERAJĄ KWIATY


Te wiersze są przeznaczone dla dziewczyny, która nigdy nie dowiedziała się o mojej miłości. Albo nie wierzyła, że ją kocham. Słowa te były nawlekane na jedną nitkę w ciągu stu lat, a może i dłużej. Zgromadziły się pod ziemią, obok siebie, ścisnęły się, stając się krzykiem. Właśnie pod ziemią. Czy to dziwne? A teraz opowiem o tym, jak umarłem w letni, duszny dzień, gdy szeleściły drzewa.


*


Pamiętam ostatnie dni mojego życia. Nie były podobne do wcześniejszych. Dla świata byłem szczęśliwy: miałem rodzeństwo, rodzinę, dziecko, które było dzwoneczkiem i szelestem strumyka. Czego jeszcze potrzeba do szczęścia? Chyba jednak jeszcze czegoś, gdyż czułem, że nie jestem szczęśliwy. I nagle w moje życie wtargnęła ona. Czy przytrafiło wam się coś takiego, że staliście ospali od słońca i snów, kiedy jakiś żartowniś nagle wylał wodę na waszą potylicę? Podskoczyliście w pierwszej chwili, może nawet rozgniewali się, ale potem odczulibyście, że właśnie dlatego stoicie w słońcu i całe życie staliście tylko po to.

Ona wtargnęła w moje życie – szalona i dziwna, niewymagająca i lekkomyślna. Nie pamiętam teraz, czy była piękna. Miała smutne oczy i był w nich kawałeczek nieba oraz troszeczkę szelestu. Wydawało mi się, że jej oczy ciągle patrzyły na świat i pytały: dlaczego? Przyszła bez pozwolenia, owinęła się w moje dni, niczym liście winogrona i wisiała jak kiść. Młodość, to było wszystko, co miała. I niczego nie zażądała w zamian. Niczego. Do samego końca nie zdołałem przekonać jej, że ją kocham. Wtedy sam chyba nie bardzo w to wierzyłem, bo wiedziałem przecież, że nie mam prawa jej kochać. I może dlatego patrzyłem na zegar wówczas, gdy ona kładła swoje życie przede mną, zasłaniałem firanki i gasiłem światło, a ona rozpościerała swoją nagość.

Nigdy nie wychodziłem z nią na ulicę. Przez to świat nigdy nie dowiedział się, że byłem w końcu szczęśliwy. Nasza miłość była jak żar ogniska. Chcieliśmy je osłonić dłonią, ale ogień spalał wszystko.

Może zbyt długo opowiadam o początku mojej drogi?


*


... Przed śmiercią chorowałem. Cały dzień siedziała przy mnie mama, siedzieli bracia i żona – blada i smutna. W ostatnie dni już nie poznawaliśmy się i nie rozumieliśmy. Nie było jednak tej jedynej, na którą czekałem najbardziej i którą kochałem. Ona nie mogła wejść do naszego domu.

Bracia wiedzieli, że umieram. Powiedział im o tym lekarz. Uwierzyli w to i chyba nawet czekali na moją śmierć, godząc się z tą myślą. Jedynie matka nie wierzyła, ale wcale nie dlatego, że nie słyszała słów lekarza.

Łatwiej będzie opowiadać mi o ostatnim dniu mego życia. Wiedziałem, że umrę właśnie w tym dniu. Dlatego chciało mi się śmiać, gdy lekarz próbował robić zastrzyk i aplikował lekarstwa. ,,Niech pije jak najwięcej”, pouczał. Nie oskarżałem go, człowieka spokojnego, i to z ciepłymi rękami. On mnie po prostu nie rozumiał. Żaden lekarz nie zrozumie, że ludzie umierają wtedy, gdy się męczą. Jeden może męczyć się, mając 18 lat, inny 70. Ja się męczyłem się, ale nie byłem smutny. Cóż, widziałem przede mną biblioteczkę i wiedziałem, że nie mogę już dotknąć książek, wiedziałem, że kiedyś jakieś palce ich dotkną, ale będzie to dla nich obojętnie. One są trochę podobne do plotkarzy. Opowiedzą o swoich tajemnicach wszystkim i będą tak mówić dalej... A jednak z tęsknotą patrzyłem na akacje pod oknem i na niebo widniejące z daleka. Chciałem unieść ze sobą tam nad ziemię kawałeczek tego nieba i troszeczkę szelestu akacji, ale wiedziałem, że to niemożliwe.

– Pójdę po papierosy – usłyszałem głos starszego brata, który w ogóle nie palił. Poszedł wysłać do kogoś telegram, a chodziło o to, aby nie widzieć mojej śmierci. Zrozumiałem go i pożegnałem się z nim wzrokiem, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że nie będzie już dane spotkać się nam na tym świecie. Wyszedł. Poprosiłem żonę, aby też wyszła z naszym dzieckiem na dwór.

– Wyjdę – brzmiała jej odpowiedź. Nie zrozumiała mnie, nie wiedziała, że może więcej nie usłyszeć mojego głosu. Mówiłem coś i do matki, ale ona nie wyszła. Było mi jakoś tęskno. Zamknąłem oczy. Nie pamiętam, ile czasu minęło, usłyszałem bolesny krzyk i dowiedziałem się, że umarłem. Spod zamkniętych powiek widziałem, jak wszyscy wbiegli do pokoju i tulili matkę. Ona pierwsza poczuła moją śmierć, chociaż była jedyną, która w nią nie wierzyła.

Potem wszystko było tak, jak to zwykle się dzieje. Dwa dni z rzędu kręcili się koło mnie ludzie. Widziałem znajomych, których nie spotykałem od wielu lat. Płakali albo po prostu stali przez kilka minut i wychodzili. Męczyłem się, słysząc te głosy, chciałem nawet krzyknąć, aby rozmawiali dalej albo milczeli, ale panował we mnie taki dziwnie głęboki spokój, że nie mogłem nawet otworzyć oczu. W pewnym sensie patrzyłem na tych ludzi i wydawało mi się, że dobrze ich znam. Oni nie domyślali się, że patrzę, dlatego stali spokojnie. Pamiętam, co myślałem o nich, kiedy jeszcze żyłem. Prawdę mówiąc, wstydziłem się tych myśli i opinii z przeszłości. Ale nie to mnie niepokoiło. Każdego dnia szukałem pośród nich tej, która nie przychodziła. Wiedziałem, że ona nie może przyjść i stanąć tu, tak jak inni. Bardzo tęskniłem za nią. Czekałem i nawet chciałem poprosić matkę, żeby wezwała ją, ale byłem zbyt zmęczony, zresztą wciąż nie mogłem otworzyć oczu. Za to nieustannie myślałem o niej i nikt mi w tym nie przeszkadzał ani telefonami, ani miłością, ani nienawiścią. Myślałem o niej nawet wtedy, gdy już nieśli mnie na rękach przez moją ulicę, na której kiedyś dorastałem, kochałem i przeżywałem pierwsze uczucia. Na ulicy było słonecznie, ale poczułem po raz pierwszy, że nie jest mi gorąco i bardzo pragnąłem, aby w tym momencie pojawiło się więcej słońca. Patrzyłem na moją ulicę – tramwaje, samochody, ludzie zatrzymywali się i w tym widoku jakaś tęsknota, żal utrzymywały się, od czego w końcu ścisnęło mi się serce. Nie chciałem, aby ludzie smucili się z mojego powodu. I dlatego ucieszyłem się, gdy pod drzewem zobaczyłem chłopaka i dziewczynę trzymających się za ręce. Wpatrywali się w siebie, patrzyli sobie w oczy! Najpierw wydało mi się, że oni nie dostrzegli tej żałobnej procesji, ale po chwili dziewczyna popatrzyła w moją stronę i uśmiechnęła się. Chłopiec także popatrzył swymi dobrymi i wesołymi oczami. Zapragnąłem również odwzajemnić uśmiech, może nawet pomachać ręką, ale byłem bardzo zmęczony i jeślibym podniósł rękę, kwiaty rozsypałyby się.

Długo spoglądałem na moją ulicę, na powietrze i kamienie, których dotykały kiedyś moje stopy. Tęskniłem. Myślałem, że ulica także zatęskni choćby przez chwilę, póki nie przejdziemy. Wiedziałem, że potem wszystko będzie tak, jak było. Samochody, ludzie ruszą w swoją drogę i już będzie jutro, a potem kolejny dzień. Wiedziałem, że kamienie nie mają takiej pamięci jak ludzie i szybko zapomną o mnie.

Weszliśmy na cmentarz i... zobaczyłem ją. Uśmiechnąłem się, to znaczy ten uśmiech zawsze był na mojej twarzy, ponieważ myślałem o niej cały czas. Zza zamkniętych powiek przez dwa dni z rzędu uśmiechałem się, choć wiedziałem, że nikt nie rozumie tego uśmiechu, a niektórzy nawet patrzą na to ze zdziwieniem. Ale ona wszystko zrozumiała i sama się uśmiechnęła. Potem zasłonili ją moi krewni, odsuwając w ten sposób wspomnienie naszej ostatniej nocy…

Na tym świecie mogliśmy się kochać jedynie w ciemnościach, i może dlatego nie znosiliśmy elektryczności oraz gwiazd, gdy świeciły zbyt jaskrawo. Ona pragnęła moich słów. Mówiła: ,,Na całym świecie kocham tylko ciebie”. A ja milczałem. Czułem, że chcę to wykrzyczeć, ale byłem zmęczony ciemnością, światłem, wszystkim. A ona czekała. Potem, już pod ziemią, żałowałem, że nie mówiłem słów, które były przeznaczone tylko dla niej. Było za późno. Myślałem o naszej ostatniej nocy, gdy opuszczali mnie pod ziemię do grobu. I wtedy zobaczyłem ją po raz ostatni, widziałem jak patrzyła i usłyszałem jej głos: ,,Czy mogę przyjść do ciebie?”. To samo pytanie usłyszałem kiedyś w słuchawce. Poczułem, że wystarczy mój jeden gest i ona rzeczywiście przyjdzie. Ale miała dopiero 21 lat i nie powiedziałem nic. ,,Zostanę sam”. Tym razem znowu usłuchała mnie. Potem straciłem ją z oczu. Byłem już na dole. Usłyszałem jedynie szum kamieni i szelest ziemi. Potem – nic. Został cierpki aromat kwiatów między mną a światem. Wyczerpałem się, myśląc o niej. Próbowałem zapamiętać dni i miesiące, ale udało mi się utrwalić ostatnie dwa tygodnie.

Potem minęło wiele dni, miesięcy, a może i lat. Wspomniałem słowa, których nie powiedziałem ani jej, ani światu i zacząłem szeptać pod ziemią te spóźnione wyznania. Zacząłem żyć tymi niedopowiedzianymi słowami i każdego dnia próbowałem przywoływać naszą miłość. Nie pamiętam, ile to trwało dni, miesięcy, lat...


*



Pewnego razy znowu zobaczyłem niebo. Zaorali nasz cmentarz i zrobili w tym miejscu ogród, posadzili trawy i kwiaty. Stałem się kwiatem. Patrzyłem zachwycony na moje otoczenie, ciesząc się myślą, że znajdę tutaj moją ukochaną i wypowiem nareszcie te słowa, które były przeznaczone jedynie dla niej... Ale jej nie było. Wokół były kwiaty, których nie znałem. Zrozumiałem, że spędziłem pod ziemią ze sto lat i ona przez ten czas także stała się jakimś kwiatem albo trawą, albo może kłosem pszenicy. Kto wie, na jakich polach świata się znalazła? Byłem gotów przejść całą kulę ziemską, by ją odnaleźć. Ale… byłem kwiatem i gdy spróbowałem wyjąć nogi spod ziemi od razu umarłem – po raz ostatni. Znów przeobraziłem się w ziemię i wówczas wreszcie zrozumiałem, dlaczego umierają kwiaty. Po prostu one podobnie jak ludzie wychodzą z ziemi, szukając miłości i gdy nie mogą jej znaleźć, umierają. Próbują szukać, próbują krzyczeć, próbują kochać…


Wardges Petrosian
Przełożyła Naira Makhchanian




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio