Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Wojciech Walkiewicz


Zamek w Rapperswilu*


Do leżącego 40 kilometrów od Zurychu Rapperswilu można dotrzeć samochodem, promem albo koleją. Najszybciej i najwygodniej koleją, ale najprzyjemniej promem. Podróż potrwa wtedy półtorej godziny i przepłyniemy wzdłuż całe Jezioro Zuryskie. Miasto leży na cyplu. Górują nad nim trzy wieże trzynastowiecznego zamku. W informacji turystycznej na przystani powiedzą nam, że zamek jest nieciekawy i że poza pięknym widokiem na jezioro oraz na panoramę miasta, nie ma tam nic godnego uwagi. Głównymi atrakcjami turystycznymi miasta są drewniany most o długości 841metrów, cyrk Knie, ogrody różane i klasztor kapucynów. Ale to widok zamku dominuje na pocztówkach i w folderach zachęcających turystów do wizyty w tym mieście.

Zamek przyciąga wzrok, więc wspinamy się do niego wąskimi uliczkami. Mijamy ratusz, redakcję lokalnej gazety „Obersee Nachrichten” i dochodzimy do dziewiętnastowiecznych schodów prowadzących na wzgórze zamkowe. Schody są kręte, kilkudziesięciostopniowe. W połowie drogi jest mały taras ze źródełkiem i ławeczką tuż przy nim. Obok znajdują się drzwi, które wyglądają, jakby prowadziły do wnętrza góry. Na nich wisi tabliczka „Biblioteka Muzeum Polskiego w Rapperswilu”. Naciskamy klamkę, drzwi trącają wiszący nad nimi dzwonek. Tuż za drzwiami znowu strome schody. Na ich szczycie wita nas Anna Buchmann i zaprasza do środka. Na ścianie za jej plecami wisi duży portret hrabiego Władysława Broël-Platera. To on w 1870 roku wydzierżawił zamek i utworzył w nim Muzeum Narodowe Polskie.


fot. W. Walkiewicz


Burghof


Przylegający do zamkowego wzgórza Burghof to jedna z najokazalszych kamienic w mieście. Ma świetną lokalizację. Od 1987 roku mieszczą się w niej czytelnia, magazyn i archiwum ze zbiorami m.in. rodziny Romerów i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Jak w każdy wtorek, trwa zebranie wolontariuszy opiekujących się Muzeum i Biblioteką. Przeważają Polki mieszkające w Szwajcarii – z pokolenia emigracji lat osiemdziesiątych i te najmłodsze, ze stażem pobytu nie dłuższym niż pięć lat. Mieszkają w Zurychu lub okolicznych miejscowościach. Obecność nie jest obowiązkowa, ale nie zdarza się, żeby któraś była nieobecna bez podania przyczyny. Rozmawiają, siedząc wokół wielkiego stołu ustawionego pośrodku czytelni. Zebranie potrwa około półtorej godziny. Omówią bieżące sprawy i rozejdą się do swoich zajęć.

Dyrektor Muzeum Anna Buchmann nie ma swojego gabinetu i biurka. Jest w ciągłym ruchu, a jeżeli potrzebuje kawałka stołu i krzesła, zajmuje to, które akurat jest wolne. „Wyjechałam z Polski 7 grudnia 1981 roku, nie mając pojęcia, że trzynastego wybuchnie stan wojenny. Zamieszkałam 10 kilometrów od Rapperswilu. Poszłam oczywiście do muzeum i zobaczyłam, że mit zamku nadal działał. Ten genius loci, który tutaj od ponad stu lat Polaków skupiał i przygarniał. Było to nie takie muzeum, jakie przedstawiały fotografie z XIX wieku, ale miejsce azylu dla przyjeżdżających tutaj Polaków: zdezorientowanych i nieznających języka. Postanowiłam, pewnie to wynika z wychowania domowego, że trzeba się zaangażować i przychodzić wtedy, kiedy mogłam, to znaczy w weekendy. Miałam szczęście poznać przedstawicieli starszego pokolenia. Tego, które zostało tu po wojnie, już okrzepło, znało tutejsze stosunki i miało dobre kontakty ze Szwajcarami. Przyjechałam w czasie, kiedy następowała zmiana pokoleń: odchodzili ci, którzy tworzyli muzeum w latach pięćdziesiątych XX wieku i nie można było zaprzepaścić tego, co zostało osiągnięte”.


fot. W. Walkiewicz.


Opowiada Jadwiga Wątor: „Pochodzę z Gdańska, z serca Solidarności. Wyjechałam z Polski 1 czerwca 1981 roku. Człowiek tęsknił za krajem i szukał Polaków, żeby posłuchać polskiego. Założyliśmy klub w Bazylei i pomagaliśmy tym Polakom, którzy przyjechali z Austrii. Szwajcaria przyjęła wtedy tysiąc Polaków. Organizowaliśmy święta, Mikołajki, spotkania z aktorami. Byli: Pszoniak, Łomnicki, Zawadzka. Organizowaliśmy też pomoc dla Polski”. W Muzeum zajmuje się archiwum: „Opracowuję spuścizny: archiwa, transfery, papierkowa robota. Wnikać w to, szperać, opracowywać – to są bardzo ciekawe rzeczy dla kogoś kto to lubi, prawda? Przez sześć lat robiłam genealogię, jeździłam po różnych archiwach w Polsce. Przy okazji dowiadywałam się o różnych tradycjach i regionach Polski, których nie znałam. Jak opracowuję spuścizny, to rozkładam dokumenty na podłodze, każdą rzecz osobno i patrzę. Trzeba wszystko czytać, czasem w różnych językach. Bardzo to lubię”.

Mariolę Sigrist spotykamy w pokoju Jana Nowaka-Jeziorańskiego, pełnego pamiątek z okresu jego działalności w Radiu Wolna Europa. Kurier z Warszawy kupił w tej kamienicy mieszkanie. Chciał spędzić tu emeryturę, ale zmienił zdanie. Lokal i część swoich zbiorów podarował Muzeum Polskiemu. Mariola Sigrist wspomina: „Z Polski wyjechałam na początku lat osiemdziesiątych. Pierwszy raz przyprowadziła mnie tutaj moja teściowa, Szwajcarka. Pracowała w firmie, w której byli zatrudnieni Polacy, internowani żołnierze. Miała kontakt z nimi, pamiętała nazwiska. Była bardzo dumna, że to muzeum istnieje”. Jest dwunasta trzydzieści. Pani Mariola przerywa rozmowę. Dzisiaj ma dyżur w kasie Muzeum na zamku. Musi otworzyć sale, zapalić światła, włączyć muzykę. Muzeum jest czynne od trzynastej do siedemnastej. W sezonie turystycznym codziennie, poza sezonem w weekendy. Droga z biblioteki do zamku zajmuje jej kilka minut: „Najpierw zaczęłam pomagać w bibliotece. Kiedy mój niemiecki był na tyle dobry, że potrafiłam porozumiewać się z ludźmi, zaczęłam pracę w kasie. To jest dosyć ważna funkcja, bo jest się twarzą muzeum: można opowiadać o historii, mówić o Polsce. To bardzo satysfakcjonujące zajęcie”. Na szczycie wzgórza, tuż przed głównym wejściem do zamku, stoi Kolumna Barska. Powstała w 1868 roku, w setną rocznicę Konfederacji Barskiej. Początkowo miała stanąć na jednym z placów w Zurychu, ale władze miasta cofnęły zgodę po protestach ambasady rosyjskiej.


fot. Wojciech Walkiewicz.


Muzeum


Fundatorem Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu był hrabia Władysław Broël-Plater. „Pamiętajmy, że to jest druga połowa XIX wieku, kiedy ci ludzie są pozbawieni własnej ojczyzny. Są bezpaństwowcami. Należało zbudować instytucję, która podtrzymywałaby tożsamość narodową, chroniła dziedzictwo kulturowe, pomagała młodym ludziom zdobyć wykształcenie i ułatwiała im późniejszy start. W to wierzył mocno Plater i w to wierzyli powstańcy styczniowi, którzy już nie byli tak bardzo przesiąknięci romantycznymi hasłami, ale raczej hasłami pozytywistycznymi” – mówi Anna Buchmann. Hrabia nie mógł kupić popadającego w ruinę trzynastowiecznego zamku, więc wydzierżawił go od władz miasta w 1870 roku na 99 lat. Na remont zamku wydał cały majątek, a zbiory – dary Polonii z całego świata – zapisał w testamencie przyszłej niepodległej Polsce. Kolekcja, której najcenniejszym eksponatem była urna z sercem Tadeusza Kościuszki, przyjechała do Polski w 1927 roku i stała się zaczątkiem zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Muzeum Narodowego. Większość eksponatów spłonęła lub zaginęła we wrześniu 1939 r. oraz podczas Powstania Warszawskiego.

Dzisiaj Muzeum Polskie zajmuje drugie piętro zamku. To siedem sal, kaplica, krużganek i wieża. Sale przeznaczone są na ekspozycje stałe. W największej sali organizouje się koncerty, warsztaty i spotkania tematyczne. W krużgankach i w wieży prezentowane są wystawy czasowe. Anna Buchmann opowiada: „Nie było prawie żadnych zakupów. Te zbiory to są dary Polaków, szczególnie emigracji czasu wojny II wojny światowej. Dzisiaj jest odkrywana dyplomacja za pomocą kultury. Dla tych, którzy angażowali się w Muzeum w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, było jasne, bez odkryć socjologicznych, że kultura nie tylko łagodzi obyczaje, ale też pomaga w prowadzeniu polityki”.


Sen emigranta XX wieku


Jadwiga Wątor wspomina: „Byliśmy zadowoleni, że jesteśmy tutaj. Cieszyliśmy się tym kolorowym światem. Potem zaczęliśmy cierpieć tak mocno, a znaliśmy powody, dla których wyjechaliśmy. Ta tęsknota za ojczyzną, za domem, za rodziną i językiem była tak silna, aż się odbiła w snach. Jestem w Gdańsku, czekam na mój paszport, czekam, czekam, czekam, czekam, dochodzę do okienka i oni mi odmawiają. Przerażenie, że nie mogę wyjechać, jest tak straszne, że się budzę. I ten oddech, to szczęście, że jednak jestem z powrotem tutaj, że to był tylko sen. Czas upływa, z miesiąc człowiek się cieszy, a potem zaczyna tęsknić coraz mocniej, aż tęsknota za ojczyzną jest tak silna, że znowu wraca ten sam sen. Okazało się, że mieliśmy bardzo podobne sny, które skończyły się w momencie, gdy upadł komunizm”.

Mariola Sigrist dodaje: „Człowiek musi mieć korzenie. Jestem na emigracji już wiele lat, ale, prawdę mówiąc, w domu to ja się czuję w Polsce. Będąc w Polsce natychmiast rozpoznaję, czy osoba, z którą rozmawiam, jest wykształcona, z jakiego regionu pochodzi, czy mieszka w mieście, czy na wsi. Mimo że mieszkam tutaj już wiele lat, muszę dłużej rozmawiać, żeby sobie stworzyć taki obraz. Moje korzenie zawsze będą w Polsce, natomiast inne państwa będą tylko miejscami, w których mieszkam. Nigdy nie zapuszczę w nich korzeni”.


fot. W. Walkiewicz


Emigrantki XXI wieku 


Są przed trzydziestką albo tuż po. Mieszkają w Szwajcarii od kilku lat. Jedne znalazły tu swoje „drugie połówki”, inne z nimi tutaj przyjechały. Opowiada Agnieszka Piecuch: „Od czterech lat jestem wolontariuszką w Muzeum. W Szwajcarii mieszkam od siedmiu lat. Wyjechaliśmy spontanicznie: mój chłopak jest programistą, dostał pracę w Szwajcarii”. Monika Jastrzębiec-Czepielewska: „W 2011 roku przyjechałam tutaj na staż w ramach programu Erasmus. Od tego czasu, jako wolontariuszka, spędzam tu około sześciu miesięcy w roku. Zajmuję się stroną internetową, przygotowaniem wystaw czasowych, imprez i koncertów. Od trzech lat organizujemy z Agnieszką i Kasią cykliczne warsztaty tematyczne dla rodziców i dzieci”. Katarzyna Helińska: „Wyjechałam z Polski sześć lat temu. Przeprowadziłam się do męża, który mieszkał w Szwajcarii. Wolontariuszką w Muzeum jestem od 2013 roku. Pracuję głównie w bibliotece: razem z panią Sylwią Bielak katalogujemy książki pochodzące z darów, skanujemy i opisujemy artykuły prasowe z XIX i XX wieku dotyczące Muzeum, a także organizujemy kiermasze”. Jej autorskim pomysłem jest konkurs wiedzy o Muzeum i historii Polski. Pracuje właśnie nad jego piątą edycją.

Anna Buchman komentuje: „Mija dwadzieścia pięć lat mojej pracy w Muzeum w Raperswilu i znów jesteśmy w obliczu zmiany pokoleniowej. Młodzi ludzie, którzy teraz przychodzą, widzą ten świat inaczej niż my. Mają inne upodobania i priorytety, ale korzystają z naszych doświadczeń. My zaś korzystamy z ich umiejętności. Ta wymiana jest bardzo płodna”.

Perspektywy


Dalsza obecność Muzeum Polskiego na zamku stoi pod znakiem zapytania. Zamek jest własnością miasta i zgodnie ze szwajcarskim prawem to mieszkańcy decydują o tym, komu go wydzierżawią, na jaki cel i na jakich warunkach. Umowa dzierżawy z Muzeum nie została przedłużona. Władze miasta ogłosiły konkurs na plan zagospodarowania zamku. Wyniki poznamy na początku 2018 roku. Muzeum Polskie też zgłosiło własny projekt. Opowiada o nim Monika Jastrzębiec-Czepielewska: „Powstała inicjatywa, żeby stworzyć grupę młodych, która będzie debatowała nad przyszłością Muzeum. Zrobiliśmy burzę mózgów i najlepsze pomysły są realizowane. Chcemy się bardziej otworzyć na społeczność lokalną. Temu służą koncerty i warsztaty dla rodzin”.

Anna Buchmann tak wyjaśnia zmianę nastawienia władz lokalnych do Muzeum Polskiego: „Muzeum jest im kulą u nogi. Mają zamek, chcą go przeznaczyć na cele komercyjne i to jest główny motor działania. Oczywiście, to nie brzmi tak ładnie jak pielęgnowanie ideałów i kultury, ale jest dosyć twardym argumentem”. Monika Jastrzębiec-Czepielewska dodaje: „Opracowujemy trzy możliwe warianty zmian: zostaniemy na zamku, przenosimy ekspozycję do kamienicy Burghof, szukamy innej lokalizacji”. Katarzyna Helińska komentuje: „Rzeczywistość podpowiada, że to sprawa nieunikniona i że Muzeum prawdopodobnie przeniesie się do innego miejsca. Zadecydują o tym władze Muzeum”.


fot. W. Walkiewicz.


Ale Agnieszka Piecuch zauważa: „Gdyby nie Polacy i gdyby nie Plater 150 lat temu, być może tego zamku w ogóle by nie było. Tu jest mnóstwo polskich znaków, o których należy pamiętać. Są polskie herby, jest polski orzeł na jednej z wież. Dlatego nie do końca wiem, co by tu mogło się mieścić”. Anna Buchman podsumowuje: „To Muzeum powinno zostać w Rapperswilu, bo ono tutaj powstało. Założone w trudnym dla Polski XIX wieku przez powstańców – ludzi wyrzuconych z kraju, a później, po II wojnie światowej, ludzi zhańbionych przez peerelowskie władze, ma zupełnie inny wymiar symboliczny. Jeśli się je tego symbolu pozbawi, to będą to zbiory jak każde inne. Muzeum Polskie w Rapperswilu jest symbolem. Jeśli się popatrzy na te schody, którymi chodziły tysiące Polaków; pokoje, w których się odbywały dyskusje na temat kształtu państwa polskiego i spory o historię Polski. Brzmiała tu polska muzyka, była czytana polska literatura, kształciły się pokolenia Polaków. Jeśli się te zbiory przeniesie w inne miejsce, zniszczy się symbol”.



Wojciech Walkiewicz



Ps. Muzeum Polskie w Rapperswilu utrzymywane jest z darowizn Polonii, oraz składek członkowskich Towarzystwa Przyjaciół Muzeum. W 2015 r. otrzymało nagrodę „Kustosz Pamięci Narodowej”, przyznawaną corocznie przez prezesa IPN. Adres internetowy Muzeum: https://www.muzeum-polskie.org/




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio