Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Literatura jest jakaś inna. Z Manuelą Gretkowską i Piotrem Pietuchą rozmawia Adam Bienias

(fragment)


Na początek, rysujący konteksty rozmowy, cytat z najnowszej książki Manueli Gretkowskiej Kosmitka (s. 205): „Dzwoni Adam Bienias z rzeszowskiego uniwersytetu. Przysłał pytania do swojej książki. Obiecałam odpowiedzieć po drodze, na pisemny cyrograf mnie nie namówi. Po drodze oglądając krajobrazy, słuchając dopowiedzeń Piotra, odhaczam przysłane zagadki”.


Adam Bienias: Czuję się trochę zakłopotany, bo obiecałem ci, że w tej rozmowie postaram się być „mniej banalny w swojej banalności”, ale czytając wywiady, których udzieliłaś a przede wszystkim wczytując się przez lata w twoje książki, mam wrażenie, że powiedziałaś o sobie wszystko. Są pytania, które szczególnie cię denerwują i takie, których nie chciałabyś dziś usłyszeć.

Manuela Gretkowska: (śmiech i cisza.....). Niech ta cisza będzie dla ciebie najlepszą odpowiedzią. Droga prosta.

Skoro droga prosta, to chciałbym, żebyśmy zaczęli tę rozmowę właśnie od drogi. Na początku „twojej drogi” pojawia się Łódź, którą w Transie opisujesz jako „miasto rynsztoków i roboli”. Jak wspominasz to miasto i czego Łódź cię nauczyła?

– Boguś Linda powiedział niedawno, że Łódź to umarłe „miasto meneli”. Miał na myśli ulicę Wschodnią, gdzie powstawały zdjęcia do ostatniego filmu Andrzeja Wajdy Powidoki. Linda jako artysta wyczuł po prostu, że była tam duża obsuwa. Bo była… Włókiennicza i Wschodnia są największym polskim pasażem melin, muzeum pijaków.

A Łódź miewa się raz lepiej, raz gorzej – wszystko w zależności od handlu. Bo kiedy handel pada, od razu coś złego zaczyna się w tym mieście dziać. Zawsze bronię jednak łódzkich meneli, bo wiem, skąd moje miasto przyszło. Znikąd, budowane dla kasy, nie ludzi. I donikąd idzie w pijanym widzie.

Nie można zapomnieć też o tym, że Łódź była budowana na podmokłych terenach i na lekkich bagnach. Wygląda to tak, że kto może, przeskakuje z kępy na kępę i się ratuje. Inni toną w tym mieście: w dealerce, w wódzie, w nędzy. Tak czuję Łódź. Natomiast jestem absolutnie lokalną patriotką i rozumiem to miasto, cokolwiek by się o nim mówiło. Myślę, że trzeba się po prostu tam urodzić, żeby naprawdę zrozumieć i poczuć to miejsce.

A czy już wtedy w Łodzi był ktoś taki, kto w tobie zaszczepił miłość do słowa, do książek, w ogóle do pisania... Kiedyś zapytałem Świetlickiego o to „kto go odkrył” i Świetlicki, po chwili zastanowienia, wkurzony odpowiedział, że sam się odkrył pewnej nocy i że takie pytania nie mają sensu. Jak to było w twoim przypadku?

– Zadałeś dwa różne pytania. Spytałeś o inspiracje i o odkrycie w sensie kariery.

To zacznijmy od inspiracji.

– Jak każde dziecko w PRLu chodziłam do fajnej, komunistycznej szkoły. Pamiętam, że w czwartej klasie podstawówki nauczycielka języka polskiego pani Urszula Pilc powiedziała: „wypracowanie musi mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie, ale oryginalne, żeby wciągało”. I to było dla mnie olśnienie. To, co piszę, musi być równocześnie wciągające, inspirujące i takie, żeby inni chcieli to czytać. Wtedy w klasie usłyszeli to wszyscy, ale nie każdy to wykorzystał. Większość została prawnikami, lekarzami, inżynierami albo nauczycielami. Więc jeśli inspiracja, to na pewno pani profesor z podstawówki, która powiedziała, jak należy pisać, żeby nie było to zwykłe wypracowanie, ale po prostu – żeby to, co piszę, było bardziej literackie.

Myślisz, że pani profesor czytała twoje książki?

– Nie wiem, czy akurat ta pani profesor czytała, bo wtedy byłam w podstawówce. Natomiast wiem, że moje książki czytała polonistka z liceum, profesor Parniewska. Przyjaźniłam się z nią do jej niedawnej śmierci.

To jak w takim razie zaczęło się twoje pisanie? 

– Zaczęłam pisać dlatego, że mój ojciec nie umiał pisać. Wojna i dysleksja utrudniały mu pracę na ważnym stanowisku inspektora higieny sanepidu. Codziennie musiał przebrnąć przez raporty z kontrolowanych knajp. Z kieliszkiem koniaku siadał przy stole na restauracyjnym zapleczu i udawał, że pisze. Co zapamiętał, dyktował mamie. Kiedy nauczyłam się pisać pomagałam w raportach, podrabiając jej charakter. Nie nudziłam się opisem zapachów oraz „wyników badań organoleptycznych” przeprowadzonych na szynce czy innych rarytasach niedostępnych za komuny. Pochłaniałam je literacko. Opisywanie wyjątkowej, bo dyslektycznej wrażliwości taty było moim pierwszym ćwiczeniem literackim. Smakował słowa, szukając odpowiedniego do podyktowania. Łapał je, cmokając, nie potrafił przyszpilić długopisem. Był na wpół analfabetą i częściowo niemową. To, co czuł, przerastało ubogi słownik polszczyzny. Próbował nam przekazać bogactwo pieczeni, delikatność deserów wzdychaniem czy machaniem rękoma. Potrafił znaleźć wiele słów, aby opisać proste rzeczy. A ja pomagałam to wszystko zapisywać.

Kto w takim razie odkrył cię jako pisarkę? 

– Gdybym została w Polsce i nie wyjechała do Francji pewnie by się to kompletnie inaczej potoczyło. Dlatego, że w moim otoczeniu pisali wszyscy. Byłam w „Brulionie”, wydawaliśmy w podziemiu. Na początku pisałam jakieś reportaże, ale nie miałam wrażenia, że jestem przez to kimś wyjątkowym. Bo przecież wszyscy pisali: gazety, raporty, wypracowania. Teraz wiem, że literatura to coś odgrodzonego od całego potoku słów, tak samo jak poezja od potoku tego, co mówimy. Wtedy nie widziałam tej bariery. A kiedy wyjechałam, okazało się, że na tym mitycznym zachodzie ja jednak myślę inaczej i mam zupełnie inną wyobraźnię.

Kiedy załapałam się na kurs językowy z rówieśnikami z normalnej Europy – zamożnymi, młodymi ludźmi, okazało się, że oprócz tego, że jednak myślę inaczej i mam inną wyobraźnię, to mam też taki punkt widzenia, który ich ciekawi. Poza tym kiedy byłam w Polsce, często mówiono mi – a po co pisać książki, po co wydawać literaturę, już tyle tego jest…. Emigracja mi pomogła popatrzeć na siebie z dystansu, oskrobać się z polskości, „kupą mości panowie”, kupą…

Postanowiłam wydać później opowieści z Francji, chcąc opowiedzieć rówieśnikom z „Brulionu”, którzy nie mogli wyjechać z Polski historię o tym, jak jest na Zachodzie. Kiedy to zebrałam, te felietony, okazało się, że są ciekawe dla Francuzów i dla mieszkających tam Polaków. Także Czesław Miłosz uznał wtedy, że to co napisałam jest literaturą. I tak to się zaczęło.

My zdies’ emigranty pisałam ze szczerego serca, dzięki tej książce podzieliłam się swoim emigranckim losem. Miłosza zainteresowało właśnie to ludzkie doświadczenie. Wtedy nie rozumiałam jego entuzjazmu. Ucieszyła go opisana przeze mnie rozwałka patriotycznych klisz i katolickiego mentalu. Dopiero dwa lata temu, kiedy czytaliśmy z Piotrem korespondencję Miłosz – Gombrowicz, zrozumiałam, czego się obawiał, Polski, jaką dzisiaj mamy, narodowo-katolickiej, koszmaru jego młodości. Kiedy Miłosz wyjeżdżał z Polski (a trzeba pamiętać, że jego młodość przypadała na endecję), był przekonany, że Polska nie mogła się zmienić. Że ciemna masa sarmacka nie może się rozpłynąć. Czytając My zdies’ emigranty zobaczył, że jest to obalanie takich właśnie patriotycznych, skostniałych narodowych form. Kiedy pisałam tę książkę kompletnie tego nie czułam. Nie wydawało mi się, że próbuję cokolwiek obalić, po prostu na żywioł opisywałam co czuję. Miłosza zafascynowało, że w mojej książce pokazuję nowoczesny świat.

Jego słów skierowanych do mnie nigdy nie umieściłabym na okładce, co zrobił własnowolnie wydawca, miał zmysł biznesowy. I dobrze.

Czy ty kiedykolwiek spotkałaś się z Miłoszem osobiście? 

– Tak, przyjechał do Paryża, a ja miałam znajomych w „Kulturze”. Z Miłoszem przyszedł Jan Lebenstein. Nie czułam tremy czy dystansu. Zauważyłam, że mimo podeszłego wieku jest pełen życia i mówi z akcentem, zupełnie jak moja babcia. Miłosz mówił o sobie, że jest Litwinem – to była inteligencka rodzina. To byli Polacy. W czasie spotkania Miłosz spytał czy nie jestem lesbijką, bo książka My zdies’ emigranty była zadedykowana „mojej żonie”. Kiedy odpowiedziałam, że jednak nie, zupełnie szczerze odetchnął. To była taka dosyć zabawna rozmowa, podparta Lebensteinem. Pamiętam, że Lebenstein dotykał mnie palcem jak jakąś zjawę i pytał się, czy ja naprawdę istnieję. Bo to nie jest możliwe, żeby zjawa tak wyglądała. A ja byłam trzeźwa.... (śmiech).

Bardzo bym chciał, żebyśmy na chwilę powrócili z emigracji do twoich studiów i do Krakowa. Pewnie nie pamiętasz, ale w jednym z listów pisałem o tym, że zacząłem studiowanie filozofii. Wtedy liczyłem na przykład na „nocne Polaków rozmowy...” a ten świat nie tylko mnie rozczarował, ale nawet trochę przeraził. 

– Ale mówisz o studentach czy profesorach?

Mówię o studentach, chociaż profesorów (z drobnymi wyjątkami) też do końca nie czułem. Kiedy podjąłem decyzję, żeby spróbować swoich sił na filozofii przeczytałem twoje słowa: „Na filozofię poszłam, gdy doszłam do wniosku, że zawiera najwięcej wiedzy konkretnej, i że wszyscy humaniści, którzy nie znają filozofii, mają z tego powodu kompleksy".

– Nie mam pojęcia, jak wygląda teraz filozofia. W Krakowie były dwa kierunki: prostopadły i równoległy. Prostopadły tuż po maturze. Osób było bardzo mało: dziesięć, jedenaście na roku. To były czasy podziemia, więc wszyscy byli bardzo rozdyskutowani, były nocne Polaków rozmowy (śmiech). Pod koniec studiów zostały trzy osoby, reszta siedziała w areszcie i wyemigrowała, bo nie było innego wyjścia. Mówiono o nich terroryści. Poza jedną osobą, która próbowała robić karierę w komunistycznej organizacji studenckiej i spotkała się z pogardą. A towarzysko to byli bardzo zgrani ludzie. Podobnie profesorowie. Gdyby nie Jagiellonka, ci, którzy siedzieli w areszcie, nie mieliby dokąd wracać. Obroniłam pracę magisterską na temat antykomunizmu (zakamuflowaną!).

Miałam wykłady językowe z doktorem Legutko. Ratował studentów politycznych, zachowywał się wyjątkowo wporzo. Natomiast w wolnej Polsce część tego konserwatyzmu, który reprezentuje, okazała się jakimś horrorem. Po prostu mam ochotę zapaść się pod ziemię kiedy myślę, że on był wykładowcą na Jagiellonce. To człowiek, który powinien być w lochach Watykanu a nie na uczelni.

Wiesz, mnie też filozofia rozczarowała, bo tak naprawdę już w liceum przeszłam przez olimpiadę i przerobiłam całą historię filozofii. Podobnie jak ty, spodziewałam się dyskusji, ale nie ze studentami, bo te były znakomite i naprawdę kształtowały człowieka. Było tam paru genialnych Krakusów, nie wiem, co robią, ale na pewno nie poszli drogą naukową, bo nią gardzili. Natomiast sama filozofia to jest historia filozofii. Co można zrobić w filozofii … – możesz zająć się logiką i jeśli nie jesteś matematykiem, to do widzenia. Teraz jest neurolingwistyka, za moich czasów nie istniała. Więc to była taka martwa natura. W pewnym momencie też chciałam zrezygnować i pójść na filmoznawstwo, ale Jan Błoński w czasie jednej z rozmów kazał mi się zastanowić. Poszłam więc na antropologię. I w ten sposób skończyłam filozofię, ale równolegle mogłam studiować dla przyjemności co innego.

A, że filozofia mi nie przeszła i że historia filozofii jest dla mnie ważna, to fakt. Napisałam dwie książki poświęcone tej tematyce. Pierwsza to Marysiu jak myślisz – czyli historia filozofii od początku myśli do końca średniowiecza. Druga książka, która właśnie się ukazała, to Filozofia na wynos (od średniowiecza do współczesności). Są to podręczniki dla dzieci. Napisałam je dla córeczki, ale to książka, którą można czytać właściwie od przedszkola do politechniki. Mój siostrzeniec, mając egzamin z filozofii uczył się z Marysi... Ale to nie jest typowa wiedza podręcznikowa, jak u Tatarkiewicza. Uważałam po prostu, że tę historię należy przekazać w sposób przystępny dla dzieci. Nie mógł to więc być wykład akademicki.

Przyznam się, że książkę Marysiu a jak myślisz czytałem tylko we fragmentach. Ale mam wrażenie, że ona pokazuje twoją zupełnie inną twarz. Krytycy i czytelnicy zwrócili na to uwagę?

– Myślę, że ta książka ma najlepsze recenzje ze wszystkich, jakie do tej pory napisałam. Mówię oczywiście o recenzjach czytelników. Wystarczy, że zobaczysz komentarze publikowane na portalach internetowych...

„Świetne podłoże do poważnych rozmów o życiu”, „Urzekł mnie od razu piękny język, bogate słownictwo i ciekawa tematyka rzadko spotykane połączenie na rynku literatury dziecięcej! Brawa dla autorki za próbę objaśniania pojęć z zakresu filozofii i tematów niewdzięcznych, a czasem trudnych takich jak np. śmierć”, „Dowcipna, bystra książka i tak potrzebna w niedouczonym kraju, gdzie zamykają wydziały filozofii, a zamiast tego religia w szkołach” to tylko kilka z bardzo pozytywnych opinii czytelników. W pierwszej części, jak można przeczytać w opisie książki: „Cynicy okażą się pierwszymi hippisami, Marek Aureliusz postacią z Gladiatora, natomiast Święta Hildegarda z Bingen gwiazdą rocka”. 

– A w drugiej części opisuję jak Lebiniz pod knajpami szukał w szczynach kamienia filozoficznego, jak mały Ludwig Wittgenstein siedział w jednej ławce z Adolfem Hitlerem. Wydawało mi się, że kiedy Marysia… się ukazała, wydawca „zrobił mi łachę”. Głównie dlatego, że wydaję u niego powieści. Okazało się jednak, że w krótkim czasie ta książeczka rozeszła się w nakładzie sześciu i pół tysiąca egzemplarzy. To może się wydawać mało, ale ci, którzy znają rynek literatury dla dzieci przyznają, że sporo. Zresztą, w Polsce nakład dla dorosłych powyżej 10 tysięcy jest bestsellerem. Literatura dziecięca nie rozchodzi się w dużych nakładach, no chyba, że to są jakieś przeboje. Zdziwisz się, ale Marysia nie miała żadnych recenzji.

Nie jestem debiutantką, ale okazało się, że byłam zmuszona chodzić z Filozofią na wynos po wydawnictwach. Odmawiano, bo: wydają książki dla dorosłych. Innym razem mówiono: Pani Manuelo, my wydajemy książki dla dzieci w wieku do lat dwunastu i od czternastu a pani ma książkę dla dzieci trzynastoletnich. Nikt tego nie chciał wydać. W końcu Filozofia na wynos ukazała się w państwowym wydawnictwie Narodowego Centrum Kultury. To okazało się najlepszym rozwiązaniem, bo mimo że nie zarabiam na tej książce – to każda biblioteka, szkoła może dostać ją za złotówkę.

Nie pytaj mnie o krytykę, bo jej nie ma i jej nie będzie, żadnej recenzji. Przecież nasze dzieci nie muszą być równie wykształcone jak francuskie dzieciaki. My zawsze byliśmy l’enfent terrible Europy, z katechizmem pod ręką i z księdzem za rękę. Na szczęście Filozofia na wynos jest o tematach nieprzemijalnych, także za dziesięć lat nie straci na aktualności, tak samo jak historia filozofii. I może ktoś mądry włoży to do lektur szkolnych, co jest bardzo potrzebne.

Trochę wyprzedziłaś moje następne pytanie, bo miałem pytać właśnie o krytyków.

– To pogadaj z krytykami, bo ja nie mam z tym nic wspólnego.

Nie czytasz recenzji?

– Bo ich nie ma!

Czy kiedykolwiek zdarzyła się taka, którą przez przypadek może przeczytałaś i pomyślałaś: mądra, trafiona.

– Adam, nie rób ze mnie panienki, która nie lubi czytać recenzji, bo włos jej spadnie z głowy. Ja czytam, tylko ich nie ma. Najlepszą recenzję, cenzurkę z paskiem, wystawił Transowi krytyk „Newsweeka” Piotr Kempiński. Nie znam człowieka, sprawdziłam – poeta. Już nie pracuje w redakcji. Był wyjątkowym krytykiem – nie dość, że czytał książki, to umiał je analizować. Pasowałby na polskiego Bernarda Pivot, faceta instytucję, zachwycającego się literaturą, nie swoim ego, czy arogancją pokrywającą intelektualne dno.

Tak się złożyło, że ludzie, którzy najwięcej widzieli w moich książkach, byli poetami. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ktoś jest poetą. Być może poeci są bardziej wrażliwi na język. Poeci są szamanami języka. Zaklinają nim real. Fedrują podświadomość: od świtu ludzkości po zmierzch bogów. Nie haruję równie ciężko. W moich zmaganiach wyczuwają może pokrewny trud, przynajmniej go doceniają. Myślę, że dla mnie oprócz tego, co przekazuję w treści, szalenie ważny jest język. I może właśnie dlatego oni to widzą. Bo krytyka, która polega na tym, że ktoś rzuca epitety, bo jemu się tak podoba, to nie jest dla mnie prawdziwa krytyka. Dziś w krytyce zapomina się o argumentach. Mam nadal własnych czytelników, ileś tam tysięcy i na szczęście mogę z tego żyć.

Wspomniałaś o poetach. Ty również próbowałaś kiedyś swoich sił jako poetka. Nigdy jednak nie odnalazłem twoich wierszy, ale w z twojej biografii dowiedziałem się, że publikowałaś wiersze w „Brulionie” i „Przeglądzie Polskim”.

– Nigdy nie słyszałam o „Przeglądzie Polskim”. Publikowałam tylko w „Brulionie”. To był taki start i rozbieg do pisania prozy. Myślę, że okey. Teraz w życiu nie pisałabym wierszy. Chociaż czasem mi się zdarza, ale w formie prozy. Zresztą nie ma dobrej prozy bez poezji I to nie muszą być cytowane wiersze, tylko poetyckie obrazowanie, metafory, przenośnie.

Jak ty wspominasz środowisko „Brulionu”? Kiedyś rozmawiałem z Jackiem Podsiadło, który powiedział, że jego życie „jakoś by się potoczyło bez »Brulionu«, ale bez wkurwiania go przez Roberta Tekielego”. „Brulion” był ważnym przystankiem na twojej drodze? Bez „Brulionu” byłoby inaczej?

– Nie wiem, nie mogę tego powiedzieć. Bo pewnie napisałabym we Francji książkę, być może wysłałabym ją do Miłosza i moje losy literackie potoczyłyby się podobnie. „Brulion” mi chyba w tym nie pomógł. Natomiast pewnie bym zaczęła pisać później i nie o tym albo wcześniej i nie o tym. Nie mam pojęcia. Nie byłoby „Brulionu” bez Podsiadły i bez wielu innych osób. A Robert Tekieli był dla nas paliwem. Problem w tym, że w tej chwili musi iść na orbitę, bo inaczej się spali. Chociaż on sam bez paliwa się pali w tym katolicyzmie jak na stosie inkwizycji.

Ale odpowiadając na twoje pytanie: jak wspominam? Dobrze. To było jedyne pismo, jakie było w moim zasięgu i w moim akademiku – nie bogoojczyźniane, nie podziemne, nie związkowe, tylko studenckie i kulturalne. Fajnie się je robiło aż do momentu, w którym wyjechałam i chłopcom coś się porobiło – nie wiem, czy z głową, czy z duszą. A porobiło się dlatego, że dzięki swojej przemianie dorwali się do władzy. Obsesją niektórych osób w „Brulionie” była władza polityczna, czego ja nigdy nie rozumiałam. Ale oni myśleli inaczej, chcieli być – jak na przykład Tekieli ministrem kultury (na razie jest ministrantem). Nie chciałam być nigdy ministrem czegokolwiek oprócz własnej dupy, więc te drogi się rozeszły. – Wróćmy w takim razie na emigrację i do Francji. W Transie napisałaś, że „Francja nie okazała się wcale tą ziemią obiecaną, bo tam ludzie też dłubali w nosach i bredzili”. Czego Francja cię nauczyła? 

– Cały czas mnie uczy dlatego, że jestem przywiązana do Francji. Bez niej nie byłabym pewnie sobą. Gdybym została w Polsce, byłabym jak roślina bez światła i bez wody. Kiedyś zatrzasnęłam w garażu pustą doniczkę. Po jakimś czasie okazało się, że nie była pusta, tylko miała nasionka słonecznika. I wbrew temu, czego się uczyłam, nasionko bez światła i bez wody jednak wykiełkowało. Ale ta roślinka była bardzo pokręcona i blada. I taka właśnie byłabym, gdybym nie wyjechała z Polski. To, co było w tej doniczce i w tym nasieniu na pewno istniało, ale musiałabym zupełnie inną drogą dążyć do tego światła. A we Francji mogłam chwycić oddech, zobaczyć zachodnią cywilizację. Kraj laicki, światowy, otwarty. Dwieście, trzysta, czterysta lat temu kobiety wydawały tam książki i były poważanymi intelektualistkami. A nie cipciami, którym w recenzjach zwraca się uwagę na nogi (bo tak miałam!). Albo że zerżnęła tę książkę i spisała, bo przecież nie może być inteligentna.

Dzięki Francji odkryłam zupełnie inny świat. Czasem słuchając na przykład Rzecznika Praw Obywatelskich, Kaczyńskiego czy innych polityków, którzy mówią o świecie, Europie oraz o wszechotwartości, myślę sobie, że ich wizja wynika z tego, że nie mieli szansy ani okazji żyć w normalnym świecie, gdzie pewne rzeczy odbiera się jako normalność, a nie jako poprawność polityczną.

Jak myślisz, co łączy i czym różni się pokolenie współczesnych młodych od pokolenia, które opisałaś w My zdies’ emigranty. Grabaż powiedział mi ostatnio, że „nie rozumie mojego pokolenia, bo jesteśmy wypieszczeni, wychuchani, a z drugiej strony wrzuceni na zbyt głębokie dla nas wody”.

– Nie widzę żadnej różnicy. Dlatego, że nam było potwornie trudno i wam tak samo. Jak sobie wyobrażę, że mam 16 lat i jestem swoją córką, to chyba bym ukucnęła ze strachu, wiedząc to, co wiem o świecie, o ekonomii, o układach, o możliwościach. Bo gdy wkraczasz w życie – na szczęście nie wiesz, co cię czeka. Gdybym wyjeżdżając z Polski wiedziała to co teraz, na nic bym się pewnie nie odważyła. Mój wyjazd z Polski był szalony – 50 dolarów w kieszeni, bez znajomości języka i geografii. Nawet nie wiedziałam, ile jedzie się do Paryża. Teraz ci ludzie mają otwarte wszelkie możliwości – my też mieliśmy, ale musiałeś się odważyć. Z jednej strony młodzi mają łatwiej, ale bywają zamknięci przez mental, przez biedę. Tak naprawdę ludzie różnią się między sobą ciekawością świata, napędem i inteligencją. Wyjeżdżając z Polski czuję więź z ludźmi – nie ze względu na narodowość, tylko umiejętność porozumienia i wzajemne zainteresowanie. Czy to ma jakieś znaczenie: Amerykanin, Polak czy Rosjanin? Myślę, że współcześni młodzi mają podobnie. Zarówno młodzi skretyniali i sformatowani w Sarmację, jak i ci mądrzy, idący własną drogą. Bardzo trudno mówić o jakimś pokoleniu. Tak jak i o nas trudno było mówić jak o pokoleniu.

Kiedyś spytałem Olgę Tokarczuk o to, czy w polskiej literaturze zostało już powiedziane wszystko i czy zadaniem tych nowych pokoleń jest znalezienie sposobu na opowiedzenie swoich opowieści. Bo przecież są te same tematy. Olga powiedziała, że w literaturze nie zostało opowiedziane wszystko i jest jeszcze dużo do napisania.

– W literaturze od początku były te same tematy. Tematem literatury jest życie ludzkie, miłość, śmierć. Nic nowego nie można powiedzieć. Niektórzy mówili już, że skończyła się literatura, ale to tak, jakby powiedzieć: człowiek się skończył. Przecież literatura jest myśleniem, uczuciem i talentem. To tak, jakby rodzili się ludzie, którzy nie myślą, nie czują i nie mają stylu. Każdy widzi świat po swojemu. To, co teraz, zawsze jest najważniejsze. Przecież to jest życie. Literatura jest życiem! Jak można mówić, że życia nie ma. To jest za każdym razem mieniące się inne jego oblicze, remedium. Każdy dzień przynosi wybór i zaskoczenie. Gdybym od razu wszystko wiedziała, to bym napisała w jeden dzień te moje dwadzieścia książek dwadzieścia lat temu.

Czujesz się wolna w literaturze? Bo to, że w życiu, jest jasne, a przynajmniej tak mi się wydaje.

– Raczej w życiu człowiek nie czuje się wolny, bo jest bardzo związany z ziemią. A w literaturze bardzo wolna i bardzo zniewolona. Wolna, bo mogę pisać, co chcę i nigdy nie miałam problemu z poszukiwaniem tematu. A zniewolona warsztatem, który z biegiem czasu jest coraz większym wrogiem. Myślę, że moja najlepsza książka – ta, która właśnie się ukazała, jest najbardziej warsztatowo wypracowana. Im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę z ograniczeń języka – że język jest pułapką, zagadką i jak bardzo trzeba „patrzeć językiem”, który oczywiście jest medium, ale jest też ograniczeniem. Żeby wyrazić to, co się chce. Nie zawsze jestem w stanie napisać to, co chcę – właśnie z powodu języka.

Kiedy kilka lat temu spotkaliśmy się w Krośnie, porównałaś swoje pisanie do robienia na drutach.

– Nie chodzi o to, że jestem pisarką, kobietą, która siedzi i pitoli na drutach. Mam wrażenie, że moje pisanie można porównać również do robienia łańcucha, w którym jedno oczko (czyli zdanie) zaczepia o drugie. Kiedy nie ma jednej części lub ona wypadnie, robi się dziura. Może ja piszę ze ściśniętym gardłem, może to jest wpływ poezji, gdzie każde słowo jest ważne. A może jest to szacunek do czytelnika. Zwróć uwagę, jak wielka jest konkurencja – kino, telewizja. Dlatego tak staram się pisać, żeby to było bardzo zwięzłe, żeby jedno stykało z drugim, bez jednego słowa za dużo. Stąd porównanie do roboty na drutach, gdzie jeżeli wypadnie jedno oczko, powstaje dziura, która odbiera sens całości. Nie uważam, że moja proza jest perfekcyjna, ale staram się pisać najlepiej jak umiem (cisza).

Halo, halo słyszymy się?

– Tak, po zakończeniu wypowiedzi będę mówiła: halo tu brzoza, odbiór.

miech). Skoro mówisz o odbiorze, to chciałbym, żebyśmy porozmawiali o twoich dziennikach, bo czytelnicy odbierają je bardzo dobrze. Czy swój dziennik piszesz codziennie, a w formie książkowej wydajesz tylko wybrane fragmenty?

– Piszę cały czas, ale nie dziennik. Pisząc powieść skupiam się wyłącznie na niej. Nie robię notatek, które później wycinam i wydaję, bo to się okazało ciekawe. Za każdym razem mam temat. My zdies’ emigranty było o emigracji, Polka o ciąży, Europejka – o Europie w Polsce i wchodzeniu Polski do Unii Europejskiej. Obywatelka to opowieść o tworzeniu partii kobiecej w Polsce, Miłość klasy średniej – opisuje wyjazd do Stanów i zastanawianie się nad odejściem, rozwodem.

Każda z tych książek-dzienników ma ramy życia prywatnego, ale też tego na zewnątrz – wspólnego, społecznego. I tak jest od początku. To nie jest moje zdanie, zauważył to i dobrze podsumował Jerzy Franczak. Jego zdaniem to, co piszę, składa się na przemyślaną całość –prawo do egzystencji kobiety, nowoczesnej Polki. Moja historia – od emigracji, przez macierzyństwo po powrót do Polski i opis współczesności – jego zdaniem podobnego świadectwa nie ma w polskiej literaturze współczesnej. Według Franczaka moje pisanie od początku do końca (zwłaszcza w dziennikach) polega na przekraczaniu granic. Zauważył, że na te granice się nie godzę, a moim powołaniem jest wolność.

My zdies’ emigranty jako dziennik jest przekroczeniem granicy komunizm i wolnego świata. Polka polega na przekroczeniu granicy ciała (ciało jako zaskoczenie, destrukcja). Następna to granica patriarchatu i pytanie, jak ułożyć się w takich systemach, stąd powołanie Partii Kobiet i będąca relacją z działalności publicznej Obywatelka. Później przedstawiam przekroczenie granicy komunikacji między mężczyzną a kobietą w Miłości klasy średniej a ostatni dziennik, Kosmitka, obala granice metafizyczne.

Kiedy się zderzam z granicą, rozpuszczam ją przez opisanie buntu. To takie moje siłowanie się ze światem. Pisarze opisują granicę, która jest nie do przejścia albo jest fascynująca. A dla mnie radzenie sobie z życiem i głód wolności polega na przerywaniu granic literaturą i własnym życiem. I Franczak to podsumował – dla mnie jego refleksje były bardzo ciekawie. Powiedział coś, czego nie widziałam, co nadaje konsekwencję moim dziennikom. A Piotr [Pietucha] mi właśnie podpowiada, że powołaniem artysty jest transgresja, czyli przekraczanie granic.

Skoro mówisz o granicach, czy nie wydaje ci się, że dla wielu pisarzy w Polsce taką granica jest właśnie erotyka, seks. Wydaje mi się, że brakuje nam w polskiej literaturze choćby powieści pornograficznej. Pisarze jakby nie chcieli pisać o seksie...

– A dlaczego pytasz o to mnie, która pisze o erotyce. Przez dwadzieścia lat napisałam to, co uważałam. Pytaj pisarzy, którzy omijają cielesność. Nie będę za nich mówiła. Przekroczyłam granice polskiej przyzwoitości w erotyce i zostałam nazwana przez krytyka Masłonia w „Rzeczpospolitej” „kurwą”. Nie pytaj tego, który nie zabił nikogo dlaczego inni zabijają. Zapytaj o to mordercę (śmiech). Wydaje mi się, że poszerzyłam granice pisarstwa erotycznego po polsku, na ile było to możliwe na moim poziomie. I cały czas to robię. Może mi pomogła Francja, a może ja sama... Być może nie mówiąc o seksie, sublimuje się polskość, historię, patriotyzm i sztukę. Ja nie sublimuję, tylko o tym piszę. [...]

  19 maja 2016 r.



19 maja 2016 r.




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio