Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści


HENRI COLE


WYDMA


Mam gorączkę, którą leczę ginem.
Trwa wojna, ale mnie nie dotyczy.
Chyba zupełnie straciłem kontrolę,
gdy leżę w czarnych spodenkach do pływania,
wpatruję się w korony drzew i kobaltowy błękit,
niewinną kombinację przepełniającą serce
pragnieniem. Różowy motyl harcuje ponad
kosmosem, w którym zgubił się dziś rano.
Czy ta wolność pochodzi od Boga?
Chcę napisać wiersz o wyraźnym konturze,
lecz niewymuszony, jak pijany plaster
miodu połyskujący bursztynowym blaskiem.
Wspaniale świetlista woda powleka mi skórę
pokostem słońca jak u Owidiusza.

Początek dnia to lawendowe światło
przepływające przez pokój jak otwarta dłoń,
wołanie ptaków za oknem, dojrzałe pszczoły
w kolorze lnic, zanurzone w słodkich białych
fiołkach o czterech płatkach, przygarbione
nury w locie, wyciągające do tyłu nogi,
jak ja, kiedy leżę w pojedynczym łóżku,
przyciskając twarz do pustki, aż w końcu
jest popołudnie i pływam w zatoce pod
białym słońcem, które wykonuje gesty
w bezkresnym błękicie, gdy plecy i ramiona
ciemnieją jak grabiona ziemia. Jeśli prawo
jest światłem, czuję jego ochronę. Później
chodzę po lesie i zbieram jagody.

Kiedy to piszę, kotka drapie się o mnie, ociera
o kolana, mrucząc. Zaraz wyciągnie się
na moich książkach i rachunkach.
Na horyzoncie żaglówka płynie bez celu,
jakby prosiła: zostań jeszcze chwilę, wypij drinka.
To właśnie robię. Smutno wyglądają ślady
moich stóp na wydmie, jak pojedynczy głos
wyrażający cierpienie, marzący o wolności.
Biały obłok nad głową przemyka zbyt szybko,
zostawiając cienie, a ludzie na brzegu kwitują to
mówiąc „Urocze”, choć mnie nie przekonają.
Jest raczej tak, jakby coś powoli gasło.
Czasami czuję się jak wielkie otwarte oko,
w którym kotłuje się nazbyt wiele rzeczy:

letni upał, modrzewie zielone jak kredki,
żółte astry, chmary kopulujących japońskich
żuków, wojna i szklanka na gin z rżniętego szkła –
takie drobiazgi bez końca sumują się, przynosząc
niezły utarg pamięci i uczuciom.
Instynktownie zagryzam wargi, które
zdają się żyć własnym życiem, przemówić
głosem z wnętrza. „Niech będzie sobą,” mówi
Bóg, „przecież takim go stworzyłem”.
Na trawniku ognisko strzela w niebo,
gdy ktoś pogrzebał patykiem w węglach,
ogień pochłania chmary oszołomionych żuków.
Lecz ziemia nie przestaje się zmieniać, zielsko
rośnie, powoli przepływa czas mojego życia.

Wczoraj sztorm rozkołysał zatokę.
Pływając zgubiłem kierunek.
Nastroszone loki piany i zielonej wody
biegły po jedwabnej, przejrzystej toni,
błyskawice oblewały świat czerwienią,
z trudem płynąłem w siekącej ulewie.
Mógłbym złapać się drzewka wiadomości
z moim imieniem, gdyby takie rosło.
Człowiek wrzucony do wody czuje się jak ryba,
ale nie tutaj, gdzie hałas był nie do wytrzymania –
spiętrzona energia, pulsująca zmienność.
Leżałem potem na brzuchu w mokrym piachu,
ręce oblepione sznurami wodorostów,
a kiedy drżąc przewróciłem się na plecy,

ujrzałem dużego kosa z pszczołą w dziobie
i wrócił do mnie obraz dzikiego tymianku,
który tu, na północy, rośnie na trawnikach,
brzęczące w powietrzu rdzawożółte pszczoły
w drodze do domu, snu i bezpieczeństwa,
jak oddech nad trawą starganą po burzy,
ich całe życie to kolczyk żądła, zadający
ból, choć wcześniej przemieniał nektar
w złoto, niczym poezja, silniejsza ode mnie,
spełniającego pokornie wszystkie jej zachcianki.
Czy jest coś w ziemi, co upodabnia nas do nich,
gdy wstajemy w szkarłatnym świetle jutrzenki,
ocieramy się o siebie, szukając ciepła, i przemy naprzód,
choć świat jest już tylko stosem pokruszonych rzeczy?


PÓŁMROK


Czarny niedźwiedź
na jabłoni.
Nie chce zejść.
Sapie
jak atleta.
Czuję odór
niedźwiedziego ciała.

Zejdź, czarny niedźwiedziu.
Słyszysz mnie?

Umysł to najciekawsza rzecz na świecie;
trudno uwierzyć, że zniknie w głuchym mroku
na zawsze i bez śladu
niczym szybka śmierć słońca
lub jak niedźwiedź wśród gałęzi
zjadający kwaśne jabłka
z suchym mlaskaniem,

czy też my na molo, smutni i zmęczeni,
czerpiący pokarm ze słonecznego światła,
słowo od ciebie, słowo ode mnie, robiąc
co możemy, aby rzeczy trwały.
I nadal cię pragnąłem,
twoich warg na mojej szyi,
twojej ponowoczesnej seksualności.
Zapomniany, anonimowy:
nie taki chciałem być. Słyszałem
szczekanie olbrzymich potworów,
wzywających mnie z podwodnych głębin.

Bo umysł zabiera mnie daleko,
lecz serce marzy o powrocie.
Czarny niedźwiedź
z bladoróżowym językiem
pośrodku łba
kręci głową
jak Chrystus odwracający twarz od życia.
Potrząsa gałęziami,
jest silniejszy ode mnie
i chyba wolny od uczuć –
żadnego strachu, bólu, żadnej czułości. Chcę taki być.

Zejdź, niedźwiedziu,
naucz mnie wiary obojętnych.


BEZSENNOŚĆ


Po zmroku owady latają i żeglują
wokół lampki, czarne, czerwone, złote,
trochę jak aktorzy, niestali i widmowi,
w prozaicznej przestrzeni mojego pokoju.
Zeszłej nocy mieliśmy szaloną wersję Burzy,
mnie narzucono rolę Prospera, który wszystkim
przebacza. „Cóż to jest!” krzyknąłem z jękiem.
Kochany, nienaturalny Ariel, kochałem go,
no i czyż można oprzeć się scenerii wyspy,
zwłaszcza, gdy zemsta ma szczęśliwy finał? Padał deszcz,
wypełniając czas jak piasek lub tok rozumowania.
Mogłem śnić, mogłem też być martwy.
Przebaczyłem bratu; on przebaczył mnie.
Objęliśmy się w mroku za kulisami nocy.


ŚNIEG KSIĘŻYC KWIAT


W tym królestwie pól ryżowych, regularnych
wzgórz i małych bulgoczących kanałów
jaźń nie przeciwstawia się czasowi
i nie rozprasza w ciele, lecz trwa
bez wyraźnych zamiarów.
Czaple sunęły na rozpostartych skrzydłach.
Kogut zapiał o świcie, a ciało, smukłe
i czujne, nieznacznie obróciło się ku słońcu.
W ciemności nocny pająk podskakiwał
wokół radia tranzystorowego,
z którego dochodziła gra na samisenie,
coś mignęło między sosnami, chyba sarenki,
musiały dojrzeć w moich oknach samotność
czystą jak miska mleka.
Wystarczyło wyjść za bramę,
aby ujrzeć inny, lustrzany świat,
mokre kamienie na ciemnej ścieżce,
zapach kóz, niewyraźne odgłosy
kopyt, chmary żuków w powietrzu.
Trudno było się temu oprzeć. Trudno
było to znieść. Długie cienie
przebijały umysł jak gwoździe deskę,
dając myślom wstęp pod powierzchnię rzeczy,
w głębiny, gdzie zamiast ludzkich cierpień
są ludzkie prawdy, które albo nas ranią
jak pole cierni, albo zalegają głęboko.
Ciemne drzewa świeciły zadowolone,
oddechy filtrowanego, zmiennego światła
muskały samotną powierzchnię bytu.


URODZINY


Kiedy byłem dzieckiem, zamykanie w pokoju
nazywaliśmy karą. Nie mogliśmy wybaczyć
Bogu, że porzuca sprawy tego świata.
Dzisiaj rano, wspinając się na piąte piętro
do swojego mieszkania, przypomniałem sobie
głos ojca, złość wymieszaną z lękiem i miłością.
Perspektywa domu – w najlepszym przypadku
ideał – jest zawsze iluzoryczna, dlatego
czytam Platona, dla którego miłość
pozostaje nietknięta. Rozkładam się na dywanie
jak robak w kompoście, rozumiejąc rzeczy,
o których nie mam empirycznego pojęcia.
Choć drzwi są zamknięte, jestem wolny.
Moje granice przesuwają się jak na starych mapach.


OBCINANIE WŁOSÓW


Siadam do strzyżenia nad wodą i obserwuję
lato, które rozlewa się, jakby chciało ulżyć
wszędobylskiej siwiźnie niczym krople ginu
biegnące kapilarami mojego
mózgu, tłumiące wszystko, co zbyt
bolesne, aby o tym mówić czy myśleć.
Poruszam stopami w wodzie, czując,
że nie są moje. Na liściu nawłoci
japońskie żuki urządziły orgię.
Zielony wąż zrzuca emaliowaną skórę.
Gdzieś są drzwiczki otwarte na miłość,
niewidzialne jak aleje zmarłych –
popędzają i zabierają nas wszystkich
jak woda porywająca moje siwe włosy.


Henri Cole
Przełożył Jacek Gutorow


powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio