Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Leszek Libera


Utopek

(fragmenty powieści)


Miasto stało w płomieniach. Siedziałem na parapecie i patrzyłem, jak marcowe niebo grzeje się w trzaskającym ogniu. Strzelali po Rynku, aż tu pożar. Rosjanie, przedzierając się do przodu, nad Odrę. Zwyciężyli i nie robili sobie nic z historii. Niemcy, przegrywając, świadomi jej.

Był Wielki Piątek i strzelano. Gwizdało, huczało i pierdziało w przerażonym powietrzu. Ukrzyżowany na krzyżu w kuchni. Krwawiąc z umiarem.

Ciężko obute szuranie w przedsionku. Bez pukania od razu trzech weszło do kuchni. Drzwi nie były zaryglowane, żeby mogli wejść bez niepotrzebnych historii. Wielkie bębnienie krótkie lufy pistoletów maszynowych i tylko pojedyncze wybuchy na zewnątrz. Niemcy podkładali miny i robili to sumiennie. Agnes Ciomperlik z domu Nafta wyleci w powietrze przez niemiecką minę talerzową w brzezinach. Na futrzanych czapkach czerwone gwiazdy, mieli na sobie nędzne łachy, czuć ich było mokrą i ciemną dalą.

Wyglądali miło.

Wreszcie mili ludzie w domu.

Zagadali coś do mojej matki, która spojrzała na nich złym wzrokiem. Mówili miękko. Bełkotali wilgotnie, „r” tonęło w ich głębokich krtaniach, mieli pistolety, które nazywali pepeszami albo nawet pepeszeńkami, czule jak Nataszeńka. Zagadywali do tych swoich pepeszeniek, bo byli untermenszami i kochali swoją broń.

Zażądali jedzenia, kuszat, powiedzieli, co matkę strasznie rozzłościło. Zaczęła krzyczeć na ogłupiałych Rusków. Nic nie ma nic nie ma żadne kuszat precz mi stąd. Biegała po kuchni trajkotała gulgotała wściekała się.

Historia zdycha, moja matka, która była podłą babą, szalała.

Teraz już babę zastrzelą, pomyślałem i ukradkiem zacząłem się bawić pulokiem, żeby historia nabrała szwungu, zaraz zaczną strzelać, przeładowali pepeszeńki, nie, nie zrobili tego, wyszli z kuchni.

Słyszałem, jak robią rumor w piwnicy. Łoskotało huczało trzaskało, potem wrócili, wnieśli na górę beczkę, do kuchni, i nażarli się do syta kiszonej kapusty. Żarli jak untermensze. Cieszyłem się, mili ludzie byli z tych untermenszów, brudnymi zwycięskimi łapami sięgali do beczki, wyciągali z głębi sauerkraut, sięgali coraz głębiej, mlaskali zapychali kałmuckie mordy. Płaskie gęby o małych oczach okrągłe nietoperzowate uszy, wyżarli beczkę do dna, matka wrzeszczała, z drobnymi piąstkami rzucała się na jedzących żołnierzy, pomyślałem, no, teraz już koniec, na pewno zastrzelą tę podłą babę, spojrzałem zachęcająco na jednego z Rusków, niczego nie pokapował, untermensz, przełknął kapustę beknął.

Nie zabili nie ukradli nikogo nie zgwałcili, bo żrący kwas kapuściany wysysał im jelita, zapomnieli więc na chwilę o historii.

Ukrzyżowany ziewnął znudzony, nuda w Wielki Piątek, potem zaczęli mocno kręcić wychudłymi tyłkami i pierdzieć z hukiem, bo kiszona kapusta wzmaga u człowieka tworzenie się gazów. Skręcili sobie papierosy z machorki i zapalili. Czuć było przypalonym mięsem. Potem zaśpiewali. Matka siedziała przy stole nieprzytomna ze wściekłości przez straconą kapustę patrzyła nieruchomo przed siebie bezdźwięcznie poruszała wąskimi ustami klęła, a tamci trzej pięknie śpiewali miękko i na trzy głosy, ale przestali pierdzieć.

Nie było to ohydne wyśpiewywanie pieśni marszowych.

Nie były to dychawiczne pieśni marszowe.

Potem wyszli.

Matka krzyczała syczała bzyczała.

Pobiegłem za nimi. Ulica była pusta, z nieba odpadały sadze, śnieżyło, żadnych strzałów w całym mieście, historia odpoczywała, zobaczyłem, że idą do domu Maryjki Porwol. Potem usłyszałem, jak Maryjka piszczy piska krzyczy, jakby ją kto łaskotał.

Ta Maryjka mieszkała w domu sama. Nie była ani stara, ani młoda, miała dom pełen kaktusów. W każdym pokoju mnóstwo kaktusów. W kształcie kolumn sięgały aż pod sufit, argentyńskie wyrastały w górę z wielkich donic, wielopalczaste, ulubione Maryjki. Były też mniejsze gatunki, kuliste maczugowate nieforemne. Gładkie owłosione i kłujące. Maryjka była zakochana w swoich kaktusach. Jadła ich miąższ. Czasem łapała mnie gdzieś na ulicy, zwabiała do swojego domu, nazywała mnie małym Buksem i kazała ten miąższ jeść. Starannie oddzielony od kłującej osłonki smakował oleiście.

Jedz jedz od tego zrobi się z ciebie chłop na schwał, mówiła, sama też wyszukiwała sobie piękny egzemplarz, odcinała zieloną maczugę nisko przy korzeniu, kilkoma zgrabnymi ruchami zdejmowała skórkę, wsuwała kaktus do ust, ssała cmoktała go, oleisty sok ociekał i tryskał z bardzo zaprzątniętych pracą warg Maryjki.

Od czasu do czasu kaktusy dostawały czerwonych plam brodawek wągrów i kleistych ropni, a potem zakwitały. Oszalała Maryjka biegała dookoła, atakowała ludzi, wciągała ich do domu, ogłupiali, musieli oglądać te kaktusy. Nagle przestała krzyczeć i piszczeć, chyba jej nic nie zrobią, pomyślałem. To byli mokrzy mocno woniejący mili untermensze. Nikogo na ulicy, nawet trupa. Od środka miasta nadciągało ciepłe powietrze. Pojawili się w drzwiach wejściowych, zapięli nędzne płaszcze, przeszli obok mnie uśmiechnęli się puścili oczko skręcili szybkim krokiem w Aschengasse, z pepeszami na cienkich sznurkach. Maryjka podarowała im budzik z dwoma dzwonkami. Wszedłem do niej, trochę spóźniony przez długie opowiadanie, zacząłem jej szukać w pierwszym pokoju, w drugim pokoju, leżała w trzecim. Leżała na podłodze, w bałaganie, untermensze zawsze zostawiają bałagan, krzyczała. Nie było słychać krzyku, krzyczała oczami wielkimi jak jaja. Nie mogła dobyć żadnego dźwięku z ust, bo tkwił w nich kłujący kaktus średniej wielkości. Krew płynęła z szeroko otwartych a przecież zapchanych ust i im głośniej Maryjka chciała krzyczeć, tym bardziej bezdźwięczny był ten krzyk. No tak, nie wiedzieli, że najpierw trzeba odjąć kolce i skórkę, pomyślałem, gdy tymczasem Maryjka krzyczała i krzyczała, a nikt nie przychodził na pomoc, bo krzyczała bezgłośnie. Niech pani będzie cicho, powiedziałem pochyliłem się nad nią i spróbowałem wyciągnąć kaktus. Ale olbrzymi agrest siedział mocno zakleszczony między językiem a podniebieniem Maryjki, która miotała się trzepotała drżała. Chyba straciła przytomność, bo przestała krzyczeć. Poczekaj, powiedziałem do niej, sprowadzę pomoc.

Na ulicy nie było żywego ducha, historia schowała się za siebie samą, z nieba odpadały czarne płaty. U Trompettów okna były zasłonięte drewnianymi okiennicami, ale drzwi nie zamknięte z powodu Rusków.

Ferdinand Trompetta siedział przy stole w kuchni pił. Naprzeciw niego Waleska Trompetta dziergała coś na długich drutach, wzdrygała się raz po raz do tego stopnia, że udziergany kawałek był nierówny.

Panie Trompetta, Maryjka Porwoll potrzebuje pomocy. Niech pan idzie.

Spojrzał na mnie, zakaszlał powiedział, Ruski wszystkich zabijają. A potem znów zaczął pić.

Panie Trompetta.

Nikt nie wypędzi mnie na ulicę, burknął.

Dobrze, ale Maryjka.

Nie jest źle, powiedział i nalał sobie kolejny kieliszek.

Panie Trompetta, Maryjka ma kaktus w ustach.

Precz, wrzasnął, wynoś mi się.

Waleska Trompetta zatrzęsła się gwałtownie upuściła drut.

Nie ruszyłem się z miejsca.

Waleska Trompetta podniosła drut z podłogi ukłuła się w pierś zakwiliła.

Zdziwiłem się, że taki gruby drut tak głęboko zatonął w jej piersi. Miała potężny biust, z czego Ferdinand Trompetta był dumny.

Siedział bezradnie rozmyślał z głupkowatą miną.

No i co teraz będzie, hę?

Panie Trompetta.

Widziałeś Ruskich?

Tak.

Cyganisz, powiedział pomyślał, podczas gdy jego żona Waleska Trompetta z domu Pijafka zapomniała o drucie tkwiącym w piersi.

No więc jeszcze raz. Widziałeś Ruskich?

Tak.

Bujasz mnie. Kto chociaż raz ich widział, jest ukatrupiony. Oni wszystkich zabijają, kapujesz?

Wychylił jednego chwycił powietrze.

Ale Maryjka ma kaktus w ustach.

I co z tego? Przecież ona to żre.

Waleska Trompetta lamentowała. Ferdynand Trompetta martwił się o jej biust. Ruski aż się ślinią do czegoś takiego, toć to untermensze, powtarzał w kółko. A teraz są tutaj.

Byli u nas, powiedziałem.

Cmoknął językiem odwrócił wzrok.

Ach tak. I co?

Wyjedli nam całą kiszoną kapustę.

Widzisz. Zwrócił się do żony, która miała drut w piersi. Biadoliła. Ojejojejojej.

Potem wszyscy troje zamilkliśmy. Historia milczała razem z nami.

Potem Waleska powiedziała, włącz radio Ferdi. Może führer coś powie.

Skrzynka z dwoma guzikami obramowanymi złotem. W skrzynce siedział on, führer, i wrzeszczał rzęził warczał, gdy tylko podrażniło się go jednym z guzików, a wtedy okazało się, że siedzą tam jakieś ludziki z trąbkami puzonami klarnetami bębnami i robią raban w chwilach, gdy führer akurat go nie robił.

Ferdinand Trompetta wstał zaczął się z namysłem zataczać doszedł do miejsca z aparatem na bufecie. Pomajstrował przez chwilę przy guzikach, rozległa się muzyka dychawiczna brzydka i zwycięska. Huczało mlaskało pierdziało.

Jego twarz poważna nabożna przerażona. Wypadłem z mieszkania, ulicą bez historii, zaczęło się ściemniać. Czarny śnieg. Minąłem dom Maryjki Porwol, nasłuchując, czy czasem nie wzywa pomocy, ale nie, głucha cisza. Beczka znów stała w piwnicy. Ukryłem się w beczce, co robiłem zawsze, gdy tylko była pusta. Mili untermensze wymietli ją do czysta. Teraz mogłem spokojnie czekać na zakończenie wojny, która trwała u nas od trzech dni, przynosząc mi rozczarowanie;


[…]


XXXIX


Obudziłem się chwyciłem za puloka uznałem że nudna była ta historia i dobrze jest móc znowu opowiadać w beczce, puściutkiej, bez strzępeczka kiszonej kapusty, a wszystko w samym środku zimy, w samym środku regularnych wypędzeń.

Był to w rzeczy samej czas okropnych wypędzeń, Polacy popełnili wiele okrucieństw na Niemcach, a ja bez beczki. Siedziałem w swojej izdebce na poddaszu, nie chodziłem do szkoły, bo były ferie zimowe, nie mogłem się więc nawet chować pod ławkami, surowy mróz, ptaki spadały i spadały z drzew przez sen, a gołębie nie chciały wyfruwać na dwór, co miało dla mnie złe skutki, gdyż gołębie gówna nie były równomiernie rozdzielane na mnie i na zdruzgotany świat, mnóstwo tych gówien spadało na moją głowę, oczy paliły podrażnione od niewiarygodnej ilości gołębiej sraczki, która jest żrąca.

Byłem bliski ostatecznego zwątpienia, prawie nie mogłem działać dalej, postanowiłem wypróbować jakieś zastępcze historie, co było hańbą, postanowiłem wreszcie wymyślić powrót do beczki, pomyślałem sobie, że wyjątkowo raz skłamię, wymyślę to po prostu, zmyślę, dlaczego nie, kto to w ogóle zauważy, nikt a nikt, nikt oprócz mnie, i to też była przyczyna, dlaczego nie skłamałem, no bo przecież nie z powodu jakichś głupich ludzi, nie mógłbym okłamywać sam siebie, od historii wyssanych z palca zawsze chciało mi się rzygać, nigdy nie mógłbym ich wymyślać tak jak inni. Wolę już cierpieć pod deszczem gołębiej sraki niż oszukiwać, pomyślałem i postanowiłem, że nie będę opowiadać historii wyssanych z palca, które pomogłyby mi uniknąć udręki wypędzeń. Wypędzenia to wypędzenia, powiedziałem sobie. W końcu nie można twierdzić, że nie było wypędzeń.

Nie skusiłem się więc na żadne kłamstwo, co było z pożytkiem nie tylko dla mnie, lecz także dla historii.

Od czasu do czasu szedłem do Mariki, która była moim jedynym życiodajnym źródłem i miała duże cyce, ale też niemowlę, które należało sprzątnąć jako mojego rywala, bo ciągle wisiał przy cycku, chociaż wcale nie był taki chłonny. Nastały złe czasy i musiałem z tym ciemnoskórym untermenszątkiem dzielić biust Mariki przyglądać się jak pęcznieje wisząc przy jednym cycu, podczas gdy ja byłem zasilany z drugiego. Pęczniał w milczeniu i był już na poły utopiony, wystarczyło więc pewnego razu, że niepostrzeżenie pozwoliłem mu trochę dłużej wisieć przy cycku wielkim jak pierzyna, czyli przycisnąć go do niego ręką, aż – i tak już półżywy – utopił się i bezgłośnie odpadł od cyca. Teraz Cyganka mogła mnie jednemu podawać oba cycki, przy czym również stary Czogalla nie chciał zrezygnować z mleka Mariki, ale to była drobnostka, bo miał do napełnienia tylko małą bańkę.

Potem zaczęła się szkoła, poszedłem więc w dół Aschengasse, czarna Aschengasse była teraz zaśnieżona i biała, na szczęście śnieg padał również od strony Czornyj Budy, obłuda miała więc swoje granice, przez most, Odra parowała żółtawo ziała trucizną na mróz, Odra nigdy nie zamarzała, bo trucizna nigdy nie zamarza, potem skręciłem w lewo wspiąłem się po schodach.

Wczołgałem się pod ławkę, w której siedziała Wera Baran. Jeszcze jej nie było, nie było nikogo, potem jednak przyszli inni uczniowie i Wera Baran też przyszła. Była dużą dziewczyną, bo od wielu lat, to znaczy jeszcze przed wojną, chodziła do I.A.Schule, u nas zawsze była I.A.Schule, raz polska, raz niemiecka, ale zawsze dla niedorozwiniętych umysłowo i wszelkiej maści idiotów oraz nieudaczników w wieku dziecięcym, Wera regularnie zostawała na drugi rok w pierwszej klasie, nie umiała robić ćwiczeń i-a i niczego innego też nie, nawet łatwa piosenka Jeszcze Polska nie zginęła przysparzała jej trudności. Wera chichotała przy niej wręcz płakała ze śmiechu i klaskała w dłonie przytupując nogami do marszu, cienki gil wypływał jej z nosa, co uniemożliwiało śpiewanie, podczas gdy inni śpiewali z wielkim zapałem. Była więc bardzo mocno opóźniona w rozwoju, ale tylko umysłowo, za to fizycznie dobrze rozwinięta, pannica o bujnych kształtach, po której można się było spodziewać, że ma puloka.

Jeszcze zanim zdążyłem oddać się badaniom, pan Kamiński swoją bambusową rózgą wyłowił mnie spod ławki na powierzchnię. Dostałem lanie, gwizdało syczało świszczało w suchym i zimnym powietrzu na poddaszu, ale nie czułem bólu, bo pod ubraniem miałem grubą warstwę gazet chroniących mnie od mrozu. W pewnej ruinie znalazłem kiedyś całą ich stertę, były to niemieckie gazety o nazwie „Völkischer Beobachter” i widać było nawet führera na miejscami nadpalonych obrazkach. Teraz wreszcie dowiedziałem się, jak on wygląda, to na pewno był führer, który wrzeszczał w radiu u Trompettów, jeśli akurat przypadkiem nie nadawali pieśni marszowych, i mógł charczeć i dławić się, to był on, bo wydzierał się również na tych pożółkłych obrazkach. Owijałem się tymi gazetami, była to moja bielizna, grzała mnie ona i wszystkie okropne cięgi, które dostawałem i w domu i w szkole, pozbawiała karzącego działania.

Ty idioto ty germańska poczwaro, wrzeszczał pan Kamiński, smagając mnie giętką bambusową rózeczką, przy czym nie wiedział, że smaga führera. Koledzy śmiali się krzyczeli tłukli się wzajemnie z radości, bo bójki stanowiły ich jedyną frajdę. Starsi przystawiali się do piszczącej Wery Baran i całowali ją w usta, które ciągle oblizywała szerokim językiem, więc były wilgotne, obmacywali ją, a tymczasem pan Kamiński zamiast mnie karał niewinnego führera. Nikt jednak nie wiedział, że


XL


w mieście polska milicja przeprowadzała wielką obławę i szukała wszystkich możliwych członków AK partyzantów z UPA i podobnych bandytów, którzy chcieli wykorzystać historię dla własnych celów.

Historia musiała więc wpaść na jakiś pomysł, a ja jej w tym pomogłem. Było dwóch chłopaków, ale nie chodzili do I.A.Schule i jak większość ludzi pozostaliby bez znaczenia w historii, gdyby nie przyszła im do głowy śmiała myśl, żeby pojeździć na łyżwach po zamarzniętym Kleiner Sumpf czyli Małym Bagnie.

Nie mogli oczywiście wiedzieć, że Małe Bagno właściwie nigdy nie zamarza na dobre, no i w którymś momencie rozległ się trzask, lód załamał się pod łyżwami, a nieprzeczuwający niczego chłopcy, którzy i tak nie odegrali żadnej roli w historii, wpadli do wody i utonęli. Wydobyto ich martwych, dwóch chłopaków dwa psy i rosyjskiego żołnierza, wszystko to zaś było dowodem na okrucieństwa politycznej bandy i zaczęto bić na alarm podczas gdy pan Kamiński bił führera.

Później zrobił się kołowrót w historii, ludzie z biało-czerwonymi opaskami przeczesali las Obora, mieli na czapkach polskie orzełki nosili rosyjskie i niemieckie pistolety maszynowe niczego więcej nie znaleźli w lesie zaczęli więc przeszukiwać okoliczne domy i zaskoczyli mężczyzn u Trompettów przy radiu, w którym właśnie nadawano wiadomości i Głos Ameryki informował o nowych sukcesach niektórych band.

Nie ulegało wątpliwości, że to oni są poszukiwanymi bandytami, którzy zamordowali rosyjskiego żołnierza, bo siedzieli gromadnie przy radioodbiorniku, słuchając wrogiego Głosu Ameryki. Chociaż z miejsca ich aresztowano, poszukiwania broni trwały dalej, a kiedy wróciłem ze szkoły, byli już u nas; trzech żołnierzy z biało-czerwonymi opaskami przeszukiwało dom, demolowali go tłukli raz to raz tamto. Jeden z nich, mężczyzna o złej twarzy, dźgnął Chrystusa w bok, a Ukrzyżowany spojrzał na niego szyderczo.

Matka krzyczała wychodziła z siebie wściekle rzucała w trzech natrętów rozbitymi skorupami naczyń i mebli. Ale oni nie zwracali na nią uwagi. Wiedziałem już, że jej nie zastrzelą, od dawna byłem świadom tego, że taka podła baba jest niezbędna historii, rozpruli bagnetem poduszki i pierzynę matki, aż zaczęło cuchnąć zdechłymi gęsiami, obrzydliwie. Podła baba ugryzła jednego z nich, miałem nadzieję, że teraz ją zastrzelą, ale oni zbiegli do piwnicy, którą chcieli przeszukać, i to było słuszne. Nigdy nie wiadomo, co się kryje w piwnicy, czy nie stoi tam beczka pełna kapusty, w której ewentualnie są schowane pistolety amunicja granaty. Taka beczka może być niebezpieczna dla historii, natychmiast więc wzbudziła ich podejrzenia, wysypali całą kiszoną kapustę na ziemię rękami i nogami rozgrzebali tę stertę rozdeptali brejowatą kupę kapusty i tak ją porozrzucali, że nic z niej nie zostało oprócz zapaćkanej grząskiej kałuży, która cuchnęła kwaśno.

Poszli sobie potem, a ja pobiegłem za nimi, krzycząc „hurra”, ponieważ byli to dzielni polscy milicjanci, którzy zniszczyli całą kapuchę. Jeszcze raz krzyknąłem „hurra”, uradowany, że teraz jest u nas po polsku: Niemcy nigdy by się nie ośmielili zniszczyć całej beczki kapusty, bo Niemcy to Kulturnation i wolą raczej obrócić w perzynę pół świata niż zrobić miazgę z beczki kiszonej kapusty. Jeszcze kilka razy krzyknąłem „hurra”, aż wreszcie zostawili mnie z tyłu.

Najwyraźniej byli nieźle przerażeni słysząc, że tak skrzeczę i wiwatuję na cały głos, i widząc, jak skaczę i podryguję, szpetny i za mały, puścili się w kłus, coraz szybszy, i zwiali.

Zawróciłem bardzo wyczerpany z tej wielkiej radości, wśliznąłem się do beczki, która trzeszczała szemrała i całkiem bez związku, ale po to żeby odtworzyć różne związki, klepała pewną historię z tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku sepleniła stękała bełkotała



XLI


podczas gdy tamci siedzieli zamknięci w zakładzie karnym w pobliżu miejskiej rzeźni.


[…]



LX


Max Krupa zatrzymał się przed domkiem Erwina Pijafki, chodźcie, powiedział artysta, wypijemy po szklaneczce miodu. Nie nie, odparł Max Krupa, muszę jeszcze zajrzeć na pole.

Trzasnął z bicza i odjechał.

Weszliśmy, Erwin Pijafka zaprowadził mnie do warsztatu. Rozejrzałem się, zniknęły wszystkie figury woskowe oprócz Herberta Hupki, który natychmiast spojrzał na mnie złym wzrokiem, przy czym rysy jego twarzy były na poły obce ale po części typowo słowiańskie wcale nie germańskie.

Rasę słowiańską cechują:

szlachetne i nie nadmiernie mięsiste rysy twarzy

proporcjonalna budowa ciała

jasne i rzadkie włosy, co świadczy o łagodnym charakterze

niewymuszona wesołość i

wrodzona niechęć do Germanów.

Rasę germańską cechują:

prostackie i mięsiste rysy twarzy

krępa niekiedy wręcz kwadratowa budowa ciała, co szczególnie nieprzyjemnie uderza u niemieckich kobiet

rude i kręcone włosy, co świadczy o gwałtownym charakterze

wymuszona wesołość, ale za to bardzo głośna

wrodzona niechęć do wszystkich innych ras.

Niemcy, boleśnie świadomi rasowej niższości, dbali zawsze o to, żeby podreperować swoją kiepską rasę, dlatego też nader chętnie poślubiali córki plemion słowiańskich, a to, co z tego wyszło, z trudem można nazwać ulepszeniem rasy germańskiej: powstała raczej nowa rasa mieszańców, wyróżniających się kiepskim charakterem.

Już dobrze, przerwał mi Erwin Pijafka. To też ludzie. A może nie? No więc. Co my tu sobie łykniemy, myślę, że dobrze zrobi nam szklaneczka miodu piastowskiego.

Tak, powiedziałem.

Zgodziłem się na miód piastowski, bo jako miód szlachetny nie jest on kleisty, w przeciwieństwie do innych miodów, które mogą spowodować sklejenie trzewi, co równa się ustaniu czynności jelit i trzeba się w takim wypadku liczyć z zejściem śmiertelnym. Symptomy sklejenia jelit na przykład przez miód inaczej symptomy niedrożności trudno odróżnić od zjawisk zapchania, gdyż w obu przypadkach powstaje lub wytwarza się przewężenie. Powyżej tego przewężenia nawarstwiają się masy gazów lub kału. Wtedy takie olbrzymie jelito rośnie, sprawiając, że brzuch robi się gruby i zdeformowany, co nazywa się również megacolon congenitum. W każdym razie nagromadzone gazy wraz z płynami i kałem nie mogą się przedostać dalej i człowiek dotknięty tym schorzeniem zaczyna krzyczeć, że zaraz pęknie. Aby temu zapobiec, trzeba wprowadzić do brzucha rurkę powyżej przewężenia. Tak więc ktoś, komu przytrafiło się sklejenie jelit, musi chodzić ze sztucznym i tymczasowym odbytem, co może być nadzwyczaj nieprzyjemne, ponieważ ekskrementy, czy to gazy, czy płyny, czy twardy kał dość mimowolnie mogą się z niego wydostać i w niespodziewanych momentach zabrudzić samego zainteresowanego i jego najbliższe otoczenie. Prawdziwy odbyt ma więc ogromną przewagę nad sztucznym i w większości przypadków posiada niezawodnie pracujący zwieracz, który należy cenić.

Przyniosę z piwnicy flaszeczkę miodu piastowskiego, powiedział Erwin Pijafka.

Dobrze, odparłem.

Wyszedł z warsztatu, podczas gdy Herbert Hupka patrzył na mnie złowrogo. Erwin Pijafka wrócił po chwili z butelką miodu piastowskiego, a Herbert Hupka czym prędzej odwrócił ode mnie gniewny wzrok, żeby artysta nie zorientował się, że z niewyjaśnionych przyczyn jest on na mnie zły.

Potem Erwin Pijafka postawił na stole butelkę i dwie musztardówki, usiedliśmy i zaczęliśmy pić. Ten szlachetny płyn był tak lekki i pachnący, że przypominał raczej aromatyczne wyziewy ze słowiańskiej puszczy niż miód.

Ostatnim, którego podarowałem, był Jan III Sobieski, król Polski. Wzięło go muzeum. Potem Erwin Pijafka zatonął w myślach i milczał, aż wreszcie jął mówić dalej. Nikogo już nie ma, a ja nie mam wosku verdammt nochmal pieroński.

Tego tutaj, lekkim skinieniem głowy wskazał na Herberta Hupkę, który wyglądał na zesztywniałego, zatrzymałem. Z historycznego punktu widzenia i tak jest bezwartościowy. Nikt go nie weźmie.

Może jednak, wtrąciłem pełen nadziei.

No tak, być może, ale później, jak już będzie starszy. Trzeba po prostu odczekać, aż historia dojrzeje. Na razie jest nic nie wart.

Ale za to jest bardzo duży, powiedziałem, sącząc ze szklaneczki i wdychając prastary zapach słowiańskiej żywicy, aż zakręciło mi się trochę w głowie i było pewne, że istnieje niezaprzeczalne pokrewieństwo egipskiej dynastii królewskiej z rodem polskich Piastów.

Erwin Pijafka spojrzał na mnie w zadumie pierdnął i ciągnął dalej.

Właściwie powinienem posłać Jana Sobieskiego do Wiednia. To był mój błąd. A teraz jest za późno. Musisz wiedzieć, że wiedeńczycy uwielbiają króla Sobieskiego. A wiesz dlaczego, zapytał.

Nie, odrzekłem, a on napełnił szklanki.

No to posłuchaj, w roku tysiąc sześćset osiemdziesiątym trzecim źle się działo w Wiedniu, bo był oblężony przez Turków. Ale nie chodziło tylko o Wiedeń. Gdyby Turkom udało się zająć Wiedeń, cała Europa stanęłaby przed nimi otworem. Wyobraź sobie, całe Niemcy tureckie. No i niemieccy panowie nie umieli sobie poradzić. Janie, pomóż, zaczęli błagać króla Polski. I wtedy Jan III Sobieski pomaszerował ze swoim wojskiem przez Śląsk i nasze miasto, a ludzie myśleli, że znowu zacznie się plądrowanie i że przywloką świerzb, ale tym razem nie stało się nic złego i ludzie w wielkim panie na wspaniałym rumaku rozpoznali króla Polski i radowali się wiwatowali i wyciągali ku niemu ręce, a kiedy odjechał, bo śpieszył się do Wiednia, płakali i na jego cześć zasadzili aleję lipową od nas aż do Rauden. Najlepszy miód lipowy jest z drzew, które wtedy zostały zasadzone dla Sobieskiego. A potem wkroczył ze swoim sławnym wojskiem do Austrii i w czasie odsieczy wiedeńskiej bez trudu pokonał nawałę turecką i zadał Turkom niesłychaną klęskę, po której już nigdy nie odważyli się oblegać Wiednia.

W niektórych niemieckich książkach jest jednak napisane, że to książę Karol Lotaryński pierwszy zmusił Turków do odwrotu, a dopiero potem Jan Sobieski, jakby Niemcy nie wiedzieli, kto był głównodowodzącym, no to naprawdę bezczelne kłamstwo. Herbert Hupka zawsze się na to złościł, bo zawsze opowiadał się za prawdą historyczną, on by ci wyjaśnił, jak to rzeczywiście było. Niestety dał dyla.

Potem wypiliśmy do dna, a Erwin Pijafka dolał nam i ciągnął dalej. Jan III Sobieski nie był już królem z rodu Piastów, to chyba wiesz, tak czy nie?

Pokręciłem przecząco głową.

Nie, powiedział, Piastowie już od dawna nie byli królami Polski. Po nich przyszli Jagiellonowie, oni też byli dobrzy, ale nie pochodzili stąd, tylko z Litwy. A potem –



LXI


Zobaczyłem, że Herbert Hupka ma zamiar się rozmnożyć i powiedziałem do Erwina Pijafki:

Ta figura z wosku jest bardzo duża.

Tak, Herbert był zawsze wybujałym młodzieńcem.

A Stalin, zapytałem przezornie.

Stalin, powtórzył Erwin Pijafka, Stalin jest właściwie niski, przysadzisty i niski, ot taki untermensz.

No to może by wystarczyło, wtrąciłem ostrożnie.

Na co, zdziwił się Erwin Pijafka, który wciąż nie mógł pojąć, do czego zmierzam.

Na dwóch małych Stalinów Herbert Hupka jest wystarczająco wysoki, powiedziałem już dość zniecierpliwiony.

Patrzcie go, zdumiał się Erwin Pijafka. No wiesz co, na to bym nigdy nie wpadł, dodał, spojrzał na mnie z podziwem, a Herbert Hupka w przeciwieństwie do niego całkiem jawnie obrzucił mnie złym spojrzeniem. Artysta tworzący swą sztukę z plastrów miodu podumał powiedział, no nie wiem czy wystarczy na dwóch. Wysoki jest, ale czy będzie z niego dość materiału na dwóch Stalinów. Pieroński świat. Gromnica Paulka nie na wiele się zda.

Milczałem z właściwą sobie skromnością.

W każdym razie miałeś dobry pomysł chłopcze, mruknął wstał usiadł ponownie ogłupiały zabulgotał speszony pierdnął. Potem z dzikim wzrokiem wyszedł z warsztatu i wrócił z dużą piłą, którą jął wywijać, a ta śpiewała cienkim głosem i szczerzyła straszliwe zęby. Herbert Hupka zbladł jak trup i choć był odważny, zaczął drżeć na całym ciele.

No, powiedział Erwin Pijafka, za duży jest, nie zmieści się do kotła. Chodź trochę go podpiłujemy. Podniosłem się z krzesła i poczułem, że wszystko, co mnie otacza, zaczyna falować, także Herbert Hupka chciał kołysząc się uniknąć mojego wzroku. Potem położyliśmy go na podłodze, ja trzymałem za jeden, a Erwin Pijafka za drugi koniec piły i przecięliśmy Herberta Hupkę na pół, syczało dudniło pierdziało, a potem rozpiłowaliśmy go na małe kawałki, żeby skwiercząc w kotle mógł się roztopić i żeby można było go przetopić na Stalina a może nawet na dwóch Stalinów.

Ale do tego była jeszcze daleka droga. Bulgotało wyło lamentowało w kotle, który grzał się z wielkim ociąganiem, nie starczy, powiedział Erwin Pijafka z zatroskaniem w głosie, rozmyślał, mierzył oczami dwie nierzeczywiste postacie, dodawał dzielił przez dwa pierdział mnożył, nie mógł sobie poradzić ze skomplikowanym rachunkiem, stękał i jęczał, na pewno nie wystarczy, wykrzyknął i spojrzał na mnie z rozpaczą w oczach.

Kawałki wosku topiły się i kurczyły powoli, robiło się coraz mniej cennego materiału, Erwin Pijafka wrzucił więc do kotła grubą jak koński pulok gromnicę Paulka Kolosski, którego małżonka wydała na świat jednego z utopków, ale od gromnicy przybyło niewiele wosku, i co teraz, spytał Erwin Pijafka. Usiedliśmy przy stole bardzo zafrasowani i popijaliśmy miód piastowski, obaj rozmyślaliśmy, podczas gdy gęsta ciecz w kotle kwiczała mruczała bulgotała.

Potem Erwin Pijawka przemówił. Muszę to z czymś zmieszać. Tylko to, chłopcze, mogę zrobić.

Milczałem uradowany, że nie ma już złego Herberta Hupki.

Wprawdzie zawsze byłem za czystą sztuką, ciągnął dalej Erwin Pijafka, ale przecież istnieje też uznana sztuka mieszana. Tak czy nie?

Potem znowu zagłębił się w myślach i powoli piliśmy miód.

Co można dodać do wosku z czystych plastrów miodu, zapytał głośno.

Wszystko, powiedziałem.

Jak to wszystko, burknął.

Wszystko czego jest za wiele, odparłem.

A czego mamy dzisiaj w nadmiarze, wszędzie przecież bieda aż piszczy.

Olej i sztuczny miód, rzuciłem bez wahania.

Amerykańskie, zawołał Erwin Pijafka i spojrzał na mnie zmieszany.

Pójdę już, powiedziałem.

W porządku, odparł. Ale wróć.

Dobrze, powiedziałem.

I przynieś chłopcze trochę sztucznego miodu albo oleju.

Auf Wiedersehen, powiedziałem, co znaczy do widzenia i co większość Niemców potrafi z łatwością wymówić.

Możesz zawsze przychodzić, pamiętaj, u mnie możesz się czegoś nauczyć, powiedział. Wyszedłem.

Możesz zostać artystą, czuję to, zawołał za mną Erwin Pijafka, gdy już zataczałem się w stronę cmentarza, bo znowu byłem pijany od szlachetnego miodu piastowskiego.


[…]


XCVI


Na początku był Utopek. Siedział na planecie składającej się z wody i pary. Ta planeta nazywała się Utopia i została stworzona przez Prautopka, ojca Utopka. Utopek, syn Prautopka, stworzył Boga i kazał mu opowiadać świat z nicości.

Tak więc Bóg stworzył wszystko, co się dało, między innymi również człowieka, który jest bohaterem Wielkiego Opowiadania Boga.

Potem Bóg rozzłościł się na człowieka, który zbyt często szukał swojego puloka, więc Bóg go wypędził i od tej pory człowiek żył na planecie zwanej Ziemia, a także Erde, gdzie do woli mógł się zabawiać pulokiem i rozmnażać niepostrzeżenie.

Spodobało się to Utopkowi, opuścił więc planetę Utopia i znalazł sobie na Ziemi nową ojczyznę, którą nazwał Śląskiem. Tam też się rozmnażał.

Bez utopka człowiek się nie liczy, potrzebuje utopka, który opowiada mu najrozmaitsze historie, i człowiek wierzy we wszystko, co opowiada mu utopek.

Ale również utopek kiepsko radzi sobie bez człowieka; gdyby nie było człowieka, utopek nie miałby komu opowiadać swoich historii i szybko by wymarł.

Niestety utopki są często psute przez człowieka, który jest złą istotą, i trudno je potem odróżnić od ludzi.

Utopek jest wyłącznie rodzaju męskiego i, kiedy już dorośnie, szuka sobie samiczki, którą najczęściej ukradkiem zapładnia. Wybiera na ogół ludzkie samice i krowy ze względu na ich pojemne wnętrzności.

Utopek jest więc pilnym rozpłodowcem i rozprzestrzenia swój rodzaj od Śląska po całą Ziemię. Zanim dorośnie i poświęci się rozmnażaniu, jest sumiennym gawędziarzem dbającym o to, żeby świat miał swoją historię.

Istnieje kilku utopków w wieku dziecięcym, którzy wyróżnili się w opowiadaniu historii. Było ich trzech: prostaczek, który był bardzo głupi, garbaty werblista, który nader chętnie czynił wrzawę, i uczciwy Utopek, który nigdy nie wypiera się swojego utopkowego pochodzenia.

Oprócz dorosłych i dzieci można też spotkać młodocianych utopków. Są oni w nadzwyczaj trudnej sytuacji, bo nagle nie wiedzą, czy mają dalej opowiadać czy też oddać się zapładnianiu żeńskich wnętrzności. Dlatego też często dochodzi do tego, że utopki w wieku młodzieńczym usiłują robić jedno i drugie, wskutek czego zapadają na schizofrenię hebefreniczną.

Schizofrenia hebefreniczna jest zidioceniem zaczynającym się w okresie dojrzewania. Dotknięty nią młodzieniec zwraca na siebie uwagę afektacją oraz tym, że zajmuje się sprawami arcyduchowymi, choć wykazuje również cielęce zachowania.

Nie ma do tej pory ani jednej historii o młodzieńczym utopku, który byłby jako tako rozumny. Jednakże mimo wszystkich niesprzyjających okoliczności przypuszcza się, że takowa gdzieś istnieje. Współczesna nauka nie ustaje w poszukiwaniu cennej historii niedorostka pochodzenia utopkowego. Może pewnego dnia poszukiwania te zakończą się sukcesem.


Przełożyła Sława Lisiecka




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio