Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Ermanno Bencivenga



Bajki filozoficzne

Księżyc


Kiedyś księżyca nie było. Byli jednak ludzie, którzy go widywali, zwłaszcza nocą, niemal każdej nocy. Byli to ludzie o dwóch nogach. Ale istnieli też ludzie o trzech nogach, i oni nie widywali księżyca ani nocą, ani za dnia. Zamiast księżyca istniała dziwna choroba, na którą zapadali ludzie o dwóch nogach. Powodowała omamy, a chorym zdawało się, że widzą nocą – niemal każdej nocy – coś białego na niebie. Była to choroba nieuleczalna, lecz niezbyt uciążliwa, nie dawała żadnych innych objawów ani nie skracała życia. Ludziom o dwóch nogach nie można było ufać, bo niemal każdej nocy widywali to dziwne białe coś, którego przecież nie było. Byli pod ciągłym nadzorem, nie mogli podejmować ważnych decyzji, a także kazano im wcześnie chodzić spać. Pod każdym innym względem byli jednak zupełnie normalni, a nawet pożyteczni, bo pracowali ciężko i wydajnie.

Pewnego dnia pojawiła się inna choroba, która dotykała ludzi o trzech nogach. Pierwszym jej objawem było mrowienie w trzeciej nodze, kolejnym czerwona wysypka, a po tygodniu chory stawał przed obliczem Stwórcy. Również ta choroba była nieuleczalna, w dodatku bardzo szybko się rozprzestrzeniała. Po pewnym czasie ludzie o trzech nogach wyginęli, a ci o dwóch musieli nauczyć się radzić sobie bez nich.

Od tamtej pory minęło wiele czasu. O ludziach o trzech nogach nikt już dzisiaj nie pamięta. Ci o dwóch nogach podejmują wszystkie ważne decyzje, a jeśli komuś coś nie odpowiada, to każą mu iść wcześnie spać. A księżyc już jest, zwłaszcza nocą, niemal każdej nocy.


Problem liczby cztery


Pewnego dnia liczbie cztery znudziło się bycie liczbą parzystą. Nieparzyste – myślała – mają w sobie o wiele więcej radości i są zabawniejsze. Poza tym miała już dość swojego nijakiego kształtu krzesełka. Taka siódemka – zżymała się w myślach – to jest dopiero klasa i elegancja! Albo trójka! Jakaż ona okrąglutka i fikuśna! Nie to co ja, taka kanciasta i bez charakteru. Nie chciała już być tradycyjnym dwa plus dwa, synonimem tego, co jest oczywiste; mówi się przecież, że dwa plus dwa równa się cztery. Marzyło jej się być długą i skomplikowaną liczbą, trudną do zapamiętania, a gdyby ktoś chciał coś do niej dodać, to nie obeszłoby się bez kartki i ołówka.

To oczywiście nie była łatwa sprawa, bo czwórka wcale nie miała zamiaru zostać inną liczbą, dajmy na to piątką albo 1.864.372. Liczba cztery chciała pozostać tym, czym była, chciała być sobą, a jednocześnie chciała być jak piątka, to znaczy nieparzysta, albo jak 1.864.372 – długa i skomplikowana. Jednakże liczba cztery nie może być ani nieparzysta, ani też długa i skomplikowana, bo inaczej nie będzie liczbą cztery. Stałaby się wówczas czymś innym, a ona nie chciała być wcale czymś innym. Chciała pozostać sobą, stając się jednocześnie inna.

Liczba cztery nie umiała rozstrzygnąć samodzielnie swojego problemu. Być może nawet nie istniało żadne rozwiązanie. Jeśli jednak istniało, to powinien je znać Wielki Matematyk. Liczba cztery udała się więc do Wielkiego Matematyka i przedstawiła mu swój problem. Wielki Matematyk się roześmiał. On też kiedyś chciał być inny niż jest; nie chodziło o to, że chciał być kimś innym, bo chciał pozostać sobą, ale chciał się upodobnić do Wielkiego Tancerza. Albo do Wielkiego Tenisisty czy Wielkiego Napastnika Środkowego. I on miał zatem niegdyś taki sam problem jak liczba cztery, wiedział więc, jak sobie z nim poradzić. Poprosił liczbę cztery, żeby usiadła na ziemi (krzesło w jej przypadku byłoby dość niestosowne!), po czym zwrócił się do niej tymi słowami:

„Bo widzisz, czwórko, ty wcale nie musisz być inna, nie musisz być ani nieparzysta, ani długa i skomplikowana. Nie jest to konieczne, bo ty już jesteś inna, choć jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Tobie się wydaje, że jesteś pospolitym krzesełkiem, które dla wszystkich oznacza wiadome dwa plus dwa równa się cztery, tymczasem masz w sobie cechy, których inni nie mają, cechy bardzo szczególne. Bo i owszem składa się na ciebie rachunek dwa plus dwa, ale jednocześnie też dwa razy dwa, jak również (i tu przechodzimy do spraw trudniejszych) dwa do drugiej potęgi. A to rzecz zupełnie wyjątkowa. Zważ, że trzy plus trzy nie daje tyle, ile trzy razy trzy ani tyle, ile trzy do trzeciej potęgi. A cztery razy cztery plus trzy razy trzy daje pięć razy pięć, co oznacza, że liczby trzy, cztery i pięć tworzą trójkę pitagorejską, a takich trójek jest więcej. Liczba siedem z kolei, tak przez ciebie podziwiana, nie tworzy żadnej takiej trójki. Albo...”.

Ale liczba cztery miała już mętlik w głowie i poprosiła Wielkiego Matematyka, żeby przerwał swój wywód. Nic a nic nie rozumiała, o co chodzi w tych trójkach pitagorejskich, a że wydało jej się to dość ważne, chciała to sobie ze spokojem przemyśleć. I do dziś nieprzerwanie liczy. W końcu zrozumiała trójki pitagorejskie, a także wiele innych rzeczy, i każdego dnia odkrywa, że jest coraz bardziej inna.


Rzeczy nie z tej ziemi


Pewnego dnia rzeczy się zbuntowały. Potoki zaczęły płynąć wspak, woda zamarzała w promieniach słońca, kamienie zaś same wznosiły się w powietrze. Ludzie nie bardzo wiedzieli, co w tej sytuacji począć. Najpierw odnieśli wrażenie, że oszaleli, jednakże po upływie pewnego czasu – gdy zdobyli się na odwagę i w końcu porozmawiali o tych dziwnych zjawiskach z innymi – okazało się, że wszyscy widzą to samo i że nie oni oszaleli, lecz świat.

Ludzie postanowili wysłać delegację, która miała pertraktować z rzeczami. Zasiedli wszyscy przy beznogim stole, wzięli po łyku wody z pustej szklanki i zaczęli gromadnie utyskiwać. „Tak dalej być nie może!” – odrzekł najstarszy i najmądrzejszy z ludzi. „Wasze zachowanie jest niezgodne z prawami natury, to nieodpowiedzialne i niedorzeczne. Będziemy zmuszeni uznać was za omamy”.

„To ci dopiero bezczelność!”, powiedziała gumka, która zamiast zmazywać pisała. „Za kogo wy się uważacie, żeby nam mówić, jakie są prawa natury? Co najwyżej jesteście częścią natury tak samo jak i jesteśmy nią my, przysługują nam zatem takie same prawa. Czyli w waszym mniemaniu odpowiedzialny jest tylko ten, kto postępuje zgodnie z waszym widzimisię?”.

„Brałem pod uwagę podobny rozwój wypadków” – odrzekł młody, porywczy mężczyzna. „Skoro wszczęliście prawdziwą wojnę, to nie będziemy sięgać po słowa, lecz po broń”.

„Zaraz, zaraz, jaką broń?” – wtrąciła się do dyskusji strzelba. „A skąd ta pewność, że broń będzie po waszej stronie?”. I żeby jej słowa zabrzmiały dobitniej, odbezpieczyła się i wystrzeliła.

„Spokojnie!” – odparł mądry mężczyzna. „Nie dajmy się ponieść emocjom. My wam niczego nie narzucaliśmy. Wieloletnie obserwacje pozwoliły nam dobrze poznać wasze zachowania, prawa natury nie są niczym innym jak ich streszczeniem”.

„Otóż to!” – burknął wiszący na ziemi żyrandol. „Patrzyliście na nas przez długie lata, wyciągnęliście swoje wnioski, a teraz już na nas nie spoglądacie. Zużyliście nas, macie nas w głębokim poważaniu, i jeszcze macie tupet mówić, że jeśli nie będziemy postępować zgodnie z waszą wolą, to nie istniejemy. Ale my jesteśmy właśnie dlatego, że możemy odmówić wam posłuszeństwa”.

Ludzie przecierali oczy ze zdumienia. „Co więc mamy zrobić?” – zapytał jakiś drobny mężczyzna o łagodnym spojrzeniu. „Trudno się nie zgodzić, że jeśli wszystko nie wróci do normy, to nie mamy szans na przeżycie”.

„Nie chcemy wcale waszej śmierci” – odpowiedziała w imieniu wszystkich piłka, która nie chciała się odbijać. „Oczekujemy jednak, że poświęcicie nam trochę więcej uwagi. Wciąż jesteśmy w stanie was zaskakiwać. Jeśli jednak znów o tym zapomnicie, to sytuacja rychło się powtórzy”.

Po tych słowach dyskusja dobiegła końca: okna otworzyły się szeroko, a w kominku zabłysł ogień. Wszystko było po staremu, tyle tylko, że od tej chwili ludzie patrzyli już na rzeczy z większym zainteresowaniem i z większym niepokojem.


Dwie szkoły


Na świecie są dwa typy szkół. Podopieczni szkoły pierwszego typu uczą się samych prawdziwych rzeczy: kto naprawdę założył Rzym, który szczyt naprawdę jest najwyższy na świecie, kto naprawdę żyje pod wodą. Uczniowie uczęszczający do drugiej szkoły uczą się natomiast tylko rzeczy nieprawdziwych: że Rzym założył Remus lub Numa Pompiliusz i że pod wodą żyją smoki i syreny.

Obie szkoły dzieli duża różnica. Prawda jest tylko jedna: jeśli prawdą jest, że Rzym założył Romulus, nie może być prawdą, że założył go ktoś inny. A zatem dzieci, które chodzą do szkoły tego rodzaju, uczą się wszystkie tych samych rzeczy, a kiedy już się ich nauczą, utrwalają zdobytą wiedzę poprzez powtarzanie: „Rzym został założony przez Romulusa”. „Pod wodą żyją ryby” i tak dalej. Jeśli w dowolnej chwili w ciągu roku zajrzycie do tej szkoły, zawsze spotkacie tam dzieci powtarzające te same rzeczy, na przykład, że Rzym został założony przez Romulusa. A jeśli ktoś się pomyli i powie, że założycielem Rzymu był ktoś inny, to nazwą go osłem. Wszystko dlatego, że w tego rodzaju szkole naucza się prawdy, a prawda jest tylko jedna.

Z biegiem czasu dzieci uczęszczające do takich szkół upodabniają się do siebie: wszystkie noszą białe fartuchy, mają rude i czarne włosy oraz żółte i niebieskie oczy, i wszystkie jedzą lody porzeczkowe. Z wiekiem, kiedy osiągają dorosłość, chcą mieć bardzo duży samochód z telefonem w środku, a także lodówkę i pralkę.

Drugi rodzaj szkoły to zupełne przeciwieństwo pierwszej. W związku z tym, że każdej prawdziwej rzeczy odpowiada nieskończenie wiele rzeczy nieprawdziwych, w każdej z tych szkół dzieci uczą się nie tylko rzeczy odmiennych, ale i każde dziecko w takiej szkole uczy się rzeczy innych niż pozostali uczniowie. Jeden uczy się, że założycielem Rzymu był Remus, inny że Numa Pompilius, a jeszcze inny że wujek Gustaw, który nie miał niczego lepszego do roboty, więc postanowił zbudować miasto. Jeśli zajrzycie do takiej szkoły, zastaniecie w niej niebywały chaos – każde dziecko opowiada zupełnie inną historię i nikt nie może nikomu odmówić racji, bo przecież wszyscy tkwią w błędzie i doskonale o tym wiedzą. Różnią się między sobą także same dzieci: jedno ma zielone oczy, drugie białe, jedno ma nos z przodu, a drugie z tyłu, jedno nosi fartuszek, a inne skafander. A kiedy dorosną, jedno będzie chciało samochód z lodówką, drugie zaś lodówkę z samochodem w środku, jedno będzie chodzić pod krawatem w garniturze, a drugie bez krawata i bez garnituru.

Nasuwa się teraz pytanie: która z tych szkół naprawdę jest szkołą?


Upływ czasu


Pewnego razu czas przestał płynąć sam, trzeba było mu pomóc płynąć. Gdy człowiek pracował z mozołem, kiedy żył w nieustannej bieganinie, wtedy czas płynął bardzo szybko, lecz gdy człowiek przysiadywał w fotelu, wówczas czas naciskał hamulec i jego koła przestawały się kręcić.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby każdy człowiek pracował mniej więcej tyle samo. Tak jednak nie było. Gdy niektórzy wyskakiwali skoro świt z łóżka, gotowi stawić czoło codziennym wyzwaniom, inni w najlepsze gnili pod kołdrą. Popołudniami, gdy niektórzy zmywali talerze i zaczynali myśleć o przygotowaniu kolacji, inni ucinali sobie drzemkę. Jednym więc czas upływał błyskawicznie, innym zaś ciągnął się w nieskończoność. Jedni starzeli się w mgnieniu oka, inni wiecznie pozostawali dziećmi.

Po pewnym czasie Bóg musiał przyznać, że ten system nie działa. Niektórzy synowie byli starsi od swoich ojców, a od braci dzieliły ich wieki. Ale Bóg się tym szczególnie nie przejął. Wiedział bowiem, że kiedy robi się coś po raz pierwszy, zawsze znajdzie się jakaś drobna usterka, którą trzeba będzie usunąć. Przemyślał sprawę, po czym postanowił, że od tej pory czas będzie dla wszystkich płynąć jednakowo, bez względu na to, co będą w życiu robić, czy – odwołując się do starego włoskiego porzekadła „kto śpi, nie łowi ryb” – będą spać, czy łowić ryby.

Od tego czasu ludzie nie muszą się już zamykać w szufladzie czy w szafie, ani też wstrzymywać oddechu czy zamierać w bezruchu. Czas i tak upływa tak samo, sam z siebie.


Strona trzydziesta druga


Strona trzydziesta druga była niezapisana. Nie było na niej nawet numeru „32”. Strona trzydziesta druga była zupełnie pusta. Rozdział pierwszy kończył się na stronie trzydziestej pierwszej. W związku z tym, że wydawca nie chciał zaczynać drugiego rozdziału od lewej strony, umieścił jego początek dopiero na stronie trzydziestej trzeciej, zostawiając stronę trzydziestą drugą czystą. Wszystkie pozostałe rozdziały kończyły się po lewej, więc nie trzeba było zostawiać pustej strony. Dlatego trzydziesta druga była jedyną niezapisaną stroną w całej książce.

Bycie jedyną, pustą stroną książki to nic przyjemnego. Każda książka jest jak małe miasteczko oddzielone od reszty świata. Przez większość czasu stoi sobie na półce i tylko jej okładka ma kontakt z rzeczywistością – z innymi okładkami, ze słońcem i kurzem, a czasem nawet z muchą-plotkarką, przynoszącą wieści ze świata. Gdy ktoś ściąga książkę z półki, to rzadko ją otwiera, raczej chce ją komuś pokazać, i wówczas tylko okładka obcuje z otoczeniem. A jeśli już ją otworzy, to każda strona jedynie przez krótką chwilę może cieszyć się światłem. I tak bardzo się wówczas stara wykorzystać tę krótką chwilę, że wnet dostaje kociokwiku i niczego nie pamięta. „Ile osób mnie czytało? Dwie, a może trzy? I rozmawiali właśnie o mnie? Podobałam im się? Trudno powiedzieć, nie kojarzę, może już nigdy się to nie powtórzy”.

W takiej sytuacji strony książki rozmawiają przede wszystkim ze sobą. A że nie mają wiele do powiedzenia, to rozmawiają głównie jedna o drugiej. Możecie sobie zatem wyobrazić, ile musiała na swój temat usłyszeć pusta strona. „Popatrz tylko na nią, nie ma nawet numeru”. „Gdyby nie następna strona, to w ogóle nie wiedziałaby, kim jest”. „Równie dobrze mogłoby jej zupełnie nie być”. „Żaden z niej pożytek, tylko podnosi cenę”. I tak dalej, w ten deseń. Nie, nie mówią ci wszystkiego prosto w oczy, ale świat jest mały, więc chcąc nie chcąc treści tych rozmów dotrą do twoich uszu. Strona trzydziesta druga miała dużo cierpliwości i nigdy nie narzekała, ale było jej bardzo smutno.

Pewnego dnia przyszli ojciec z synem. Z chłopca był rozrabiaka co się zowie, zdolny wyrządzić wiele szkód. Okładki drżały w obawie, że zrobi im krzywdę. Większość jednak odetchnęła z ulgą, gdy ojciec powiedział: „Poczekaj, pokażę ci, którą książkę możesz sobie podrzeć. Proszę, weź tę. Jest nikomu niepotrzebna”. A była to właśnie książka z pustą stroną. W trymiga chłopiec rozerwał ją na strzępy. Strony doznały szoku i poczuły się dotknięte, ale opisywane na nich przygody trwały nadal. W pewnej chwili ojciec zaczął szperać pośród kartek, wziął do ręki tę z pustą stroną i zrobił z niej samolocik. Złożył go pustą stroną do zewnątrz, bo uznał, że tak będzie ładniej wyglądać. W ten oto sposób strona trzydziesta pierwsza (która jako końcówka pierwszego rozdziału była zapisana tylko w połowie), nie mogła zobaczyć wiele z tego, co się działo. Potem przyszła mama i powiedziała: „Co wyście nawyprawiali? Posprzątajcie to!”. Pozostałe strony trafiły do kominka, zapisane na nich cenne słowa obróciły się w popiół. A strona trzydziesta druga wzniosła się w powietrze i poszybowała do ogrodu, gdzie zobaczyła drzewa i motyle. I mogła bez pośpiechu przyjrzeć się wszystkiemu dookoła. To dlatego, że strona trzydziesta druga była niezapisana. Nie było na niej nawet numeru „32”.


Jutro


Pewnego razu było sobie jutro. Teraz już go nie ma. Jest za to inny dzień, który nazywamy jutrem, ale jutra już nie ma. Jutro stało się dniem wczorajszym albo zeszłym rokiem, przez co nie jest już tym samym jutrem. To trochę tak, jak z grzecznym chłopcem, który nagle zaczyna kraść kury: to już nie on, tylko ktoś inny.

Jutro było pięknym słonecznym dniem. Wstaliśmy o poranku i kipieliśmy energią. Wybiegliśmy z domu i hasaliśmy na łące, po czym wróciliśmy do domu, wzięliśmy prysznic i zjedliśmy smaczne śniadanie. Przy filiżance gorącej kawy rozmawialiśmy o planach na resztę dnia: trzeba było zrobić zakupy po szkole, spotkać się ze znajomymi, a wieczorem obejrzeć ważny mecz w telewizji. Naszej drużynie wystarczyłby remis, żeby wejść do finału. Rywale zamierzali grać ofensywnie, stwarzając tym samym więcej okazji do kontrataku.

Naprawdę lubiłem jutro. Taki dzień od czasu do czasu jest potrzebny: wprawia cię w dobry nastrój, a uśmiech na długo gości na twoich ustach, niczym płomień, który trudno zgasić.

Teraz jutra już nie ma: stało się dniem wczorajszym lub zeszłym rokiem. I nie jest już takie samo: gdy jutro stało się wczoraj, padał deszcz, więc trudno było wyjść z domu w taką pogodę, nikt nie miał ochoty rozmawiać, a nasza drużyna przegrała 5 do 0. Rywale zamierzali grać ofensywnie i tak też zrobili.

Teraz inny dzień nazywamy jutrem. Niektórzy mówią, że tego dnia świeci słońce, więc można wyjść z domu, i że wygramy mecz. Może to prawda, ale mnie ten dzień nie interesuje, nawet nie wiem, dlaczego nazywają go jutrem. Jutra już nie ma. Jutro stało się dniem wczorajszym albo zeszłym rokiem.


Miejsce na pomysł


Sara miała pomysł. Był to wspaniały pomysł. Już na samą myśl o nim się uśmiechała. Chciała go zatrzymać przy sobie, bo tak zawsze robiła z rzeczami, które jej się podobały. Pewnego dnia znalazła biedronkę, która chodziła po jej ręce łaskocząc, po czym zamknęła ją w starym pudełku po miętówkach. Biedronka miała tam dużo miejsca, by się swobodnie poruszać. Dziewczynka wrzucała jej do środka okruszki, żeby stworzenie nie cierpiało głodu. A kiedy chciała poczuć przyjemne łaskotanie na ręce, wówczas wyjmowała ją z pudełka i się z nią bawiła. Któregoś dnia dziewczynka znalazła dużą, biało-błękitną muszlę, którą wystarczyło przyłożyć do ucha, by usłyszeć szum morza. Sara schowała ją w pierwszej szufladzie komody, pod pończochami. Było tam mięciutko, jak w piasku, w dodatku bardzo czysto. Kiedy dziewczynka chciała usłyszeć szum morza, otwierała szufladę i wyjmowała muszlę spod pończoch.

Ze znalezionym pomysłem miała jednak kłopot. Trudno przecież zamknąć pomysł w pudełku po miętówkach czy też schować go pod pończochami. Pomysłu nie można nawet schwycić ręką. Jak więc zatrzymać przy sobie pomysł? Gdybym umiała pisać – pomyślała Sara – mogłabym go uwiecznić na kartce, nigdzie by wtedy nie uleciał. Może powinnam opowiedzieć go mojej mamie, wtedy ona go zapisze. Ależ nie – pomyślała po chwili zastanowienia – kto powiedział, że znaki na papierze naprawdę go utrwalą? Przecież pomysł przyłącza się do znaków, dzięki czemu znaki stają się czymś więcej niż tylko znakami, bo pomysł łączy się z nimi w niepodzielną całość. Ale jeśli pewnego dnia pomysł postanowi ulecieć, znaki będą znów tylko znakami, przestaną znaczyć.

Sara była zrozpaczona. Poszła więc poradzić się dziadka, do którego chodziła zawsze wtedy, gdy była zrozpaczona. Dziadek siedział w swoim bujanym fotelu, pogrążony w myślach. Być może i on wpadł na jakiś pomysł. Sara oznajmiła: „Dziadku, jest mi smutno”. „Dlaczego?” – zapytał dziadek. „Bo miałam pewien pomysł”. „Jakiś zły pomysł?” – zaniepokoił się dziadek. „Nie, wspaniały pomysł. Na samą myśl się uśmiecham”. „Więc dlaczego jesteś smutna?”. „Boję się, że go stracę”. „Że go stracisz?” – dziadek najwyraźniej nie rozumiał. „Tak, że go stracę. Jak teraz przyjdzie mi na myśl coś innego, stracę swój pomysł, a kiedy będę się starała go sobie przypomnieć i mi się nie uda, wtedy przestanę się uśmiechać”.

Dziadek potrząsnął głową i rzekł: „Saro, czy wiesz, dlaczego pomysłów nie można zatrzymać przy sobie?”. „Nie, dziadku”. „Bo wtedy ludzie zamykaliby je w pudełkach lub w szufladach, zupełnie jak ty robisz ze swoimi skarbami, i dookoła nas nie byłoby pomysłów, przynajmniej tych wspaniałych, które wywołują uśmiech. A tak nikt ich nie może złapać i one krążą sobie po świecie. Dzisiaj przychodzą do głowy tobie, jutro przyjdą do głowy komuś innemu, ale nikt nie może ich uwięzić, do nikogo nie należą, są jakby każdego z nas. I każdy z nas może o nich pomyśleć i się uśmiechnąć”. „Ale dziadku, jeśli stracę swój pomysł, już nie będę taka szczęśliwa jak przedtem” – odrzekła Sara. „Będziesz, bo nie stracisz go na zawsze. Pewnego dnia on do ciebie wróci i znów się będziesz radosna, a nawet radośniejsza niż teraz, bo będzie to jak spotkanie ze starym przyjacielem, którego od dawna nie widziałaś. Zatrzymasz go na chwilę przy sobie, potem go pożegnasz, on zaś powróci na swoje miejsce, między ludzi”.



Przekład: Beata Bryk, Monika Czaja, Katarzyna Górka, Patrycja Górka, Zbigniew Hudaszek, Karolina Kizińska, Anna Kotarba, Anna Machowska, Anna Majdańska, Aleksandra Majka, Claudia Melani, Karolina Myjak, Natalia Nowak, Ewelina Piwowarska, Jagoda Sadowska, Agata Setlak, Magdalena Sobolewska, Dominika Szwanda, Monika Szydło, Ewa Śmist, Magdalena Więcek, Marcin Wyrembelski, Edyta Zawora.




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio