Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Katarzyna Turaj-Kalińska


PSTRYK!



Na zachodniej ścianie łączącej kuchnię z jadalnią mam maleńkie okienka wychodzące w głąb czasu. Niektóre z nich są niewiele większe od judasza w drzwiach, lecz jeden, bardziej okazały, przypomina mały lufcik. Kto przezeń wyjrzy, zobaczy wnętrze atelier fotograficznego sprzed ponad stu lat, w którym zamarła gruppa di famiglio in un interno. Na odwróconej ramie tego okienka przeczytać można napis: „London. Specjalny oddział portretowy oraz pierwsza pracownia broszek, spinek, szpilek itp. na emalji, Łódź, ul. Średnia 5”. London?! W Łodzi?! Chwileczkę!

Tęga strzelba, prawdziwa to sagalasówka,

Napis: Sagalas London a Bałabanówka

(Sławny tam mieszkał ślusarz, który robił

Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił.)

Sagalas London a Bałabanówka, takie to atelier, hmmm… choć może pochopnie posądzam o snobizm Bogu ducha winnego właściciela zakładu fotograficznego, który po prostu nosił nazwisko London…

„Specjalnego oddziału portretowego” już nie ma, ba, po ruchliwej niegdyś ulicy Średniej w Łodzi został niewielki, peryferyjnie wymarły kawałek. Pod numerem piątym jest tam pusta działka między dwoma maleńkimi domkami. Z tej pustki, z tej niekoszonej trawy i chwastów, wyłoniło się kiedyś zdjęcie ośmiu osób, z których cztery stoją, a cztery siedzą.

Pierwszy od lewej to ośmioletni chłopczyk, który ma na sobie płócienne ubranko złożone ze spodenek sięgających kolan i marynarki o zaokrąglonych klapach zakończonej sztywnym, owalnym kołnierzykiem. Pod szyją – jedwabny fular. Na nogach – buciki lśniące jak skórka świeżego chleba, z których wystają długie, prążkowane skarpetki.

To Genio. Ma niewyraźną minę, za to jest wyraźnie przestraszony. Kurczowo ściska balasek bambusowego krzesła, na którym siedzi jego matka. W wąskiej spódnicy do kostek, spod której wystaje jeden, wyczyszczony bucik. W koronkowych rękawiczkach do łokcia. Ze skrzyżowanymi na podołku rękami, z których jedna, wierzchnia, delikatnie, zaledwie dwoma środkowymi palcami przytrzymuje pasek torebki niedbale, lecz zwisającej z kolan.

Matka Genia ma na sobie jasną bluzkę z koronkową stójką i rękawami do łokci. Bluzkę ozdabia długi łańcuszek. Włosy – dyskretne fale.

Między nią a Geniem uplasował się jej najstarszy syn, Józef. Gimnazjalista w mundurze ze stójką, spod której biały kołnierzyk wystaje jak koloratka. Gimnazjalista aż szesnastoletni, stąd pewnie tyle swobody, wyrażonej w nonszalanckim oparciu łokcia o fotelik matki. Może i lepiej, że się garbi, bo inaczej, jako najwyższy, głową wyskoczyłby z kadru, podczas gdy Genio i siedząca matka sięgaliby mu do pasa.

Na szczęście fotograf kontrolował sytuację i sprawił, że szesnastoletni Józef przewyższa tylko bardzo nieznacznie stojącego na stołeczku pięcioletniego braciszka, Sylwestra, poniżej którego, na krzesełku, siedzi siedmioletnia siostra, Sylwia.

Sylwester i Sylwia są w jasnych ubraniach jak Eugeniusz. On w bluzie z marynarskim kołnierzem, ona w sukience do kolan z obniżonym i podrzucanym stanem. On w miękkim krawaciku, ona w czółenkach z kokardkami zapinanych na paseczki. On z lnianymi włoskami ostrzyżonymi na pazia, ona – z przewiązanymi wstążką. Oboje w takich samych jak Genio, prążkowanych skarpetach.

Sylek wygląda na naburmuszonego, Syla na mocno wystraszoną. Za to z całą pewnością zupełnie dobrze ma się siedzący na prawo od nich ojciec. Garnitur, buty lśniące jak przyrumieniona skórka chleba, a nawet sztywny okrągły kołnierzyk nie przeszkadza mu czuć się jeszcze swobodniej niż jego najstarszy syn, wyrośnięty gimnazjalista. Siedzi rozparty, ukosem na bambusowym krześle, z łokciem na jego oparciu, nogą na nodze, dłonią na kolanie. Z pogodną dumą zaczajoną w oczach i ustach lekko uśmiechniętych pod sumiastymi wąsami. Można by powiedzieć: panisko, choć w rzeczywistości – tylko bardzo dobry administrator cudzych majątków. A jednak dumny. Może między innymi z dzieci, których spłodził dziewięcioro, wychowując i kształcąc pilnie te, które zdołały przeżyć wczesne dzieciństwo bez dobrodziejstw medycyny końca XX wieku? Lecz czy także z tych nieślubnych rozsianych po okolicznych wsiach, po których słuch zaginie?

Tuż obok ojca, wieńcząc kompozycję z prawej strony, stoi jego najstarsza córka, Helena. Czternastoletnia pensjonarka na potęgę zawstydzona wewnętrznymi igraszkami hormonów. Ubrana w ciemny fartuszek z białymi mankietami, riuszką tuszującą biust i różyczką przy gorsie, zdradzającą jak daleko ten biust już – o, zgrozo! – sięga. W lewej ręce trzyma Hela parę białych rękawiczek, zwisających z dłoni jak zaspane kociątko.

I ona także, podobnie jak pozostali, ma na nogach olśniewające trzewiki – apetyczne jak błyszcząca skórka chleba.

Spomiędzy spłoszonej Heli a dumnie rozpartego ojca wystawia swe popiersie jakaś dama, nieco młodsza od matki – może jej niezamężna siostra lub kuzynka? W jasnej bluzce ze szczypankami, starannie uczesana, w złotych, zapewne, kolczykach. Z tajemniczym uśmieszkiem na ustach, godnym pędzla Leonarda. Trzeba ją będzie ostrożnie złożyć w Grobie Nieznanej Ciotki.

Pstryk!

Pewnego letniego dnia 1914 najprawdopodobniej roku. W „Specjalnym oddziale portretowym oraz pierwszej łódzkiej pracowni broszek, spinek, szpilek itp. na emalji. London, Łódź, ul. Średnia 5”.

Wyobrażam sobie, jaki rozgardiasz i podniecenie towarzyszyły podróży ośmioosobowej rodziny z majątku, w którym mieszkała, do najbliższego wielkiego miasta z małym Londynem przy ulicy Średniej. Wśród tego podniecenia i rozgardiaszu musieli się wszyscy razem nieźle wytłuc powozem, pociągiem i dorożką, aż wreszcie wylądowali na miejscu. Czy było to w maju, czy raczej w czerwcu? Czy zrobili sobie zdjęcie przed zabójstwem arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, czy też w panice, na wieść o działaniach wojennych w Belgii – byle zdążyć przed wojną?

Sądzę, że prawie na pewno sfotografowali się przed jesienią 1914 roku, kiedy front przetaczał się właśnie pod Łodzią i nikt tam nie myślał o robieniu sielskich, rodzinnych zdjęć. Bo jeśli ktoś wtedy pchał się przed obiektyw, to raczej – wojsko. Tak czy owak między 1905 a 1914 rokiem musiało być dość niespokojnie. A tuż przed wojną? O, wtedy podróż z pewnością uchodzić mogła za ryzyko.

Jednak – pojechali.

I – dojechali.

A w apetycznie lśniącej skórze ich butów, w prążkowanych skarpetach, w płóciennych ubrankach, popelinowych wstążkach i luźnych krawacikach u dzieci, w koronkowych rękawiczkach do łokcia, które ma na sobie matka, w jej spódnicy do kostek i zwisającej z kolan torebce – dziwnie przypominającej torebkę Mamy Muminka – ba, nawet w pozornie sztywnym, zaokrąglonym kołnierzyku ojca, czy też w giocondycznym uśmieszku nieznanej ciotki nie ma nawet śladu zmęczenia. Młodsze dzieci są wystraszone, to prawda. Ale i tak stają na wysokości zadania.

A może to zasługa fotografa? Tego pana, który najpierw długo się krzątał ustawiając dekoracje. I na podłodze z surowych desek kazał ułożyć dywanik z delikatnym roślinnym wzorkiem, na którym tak imponująco prezentują się wyczyszczone buciki. Po bokach – ustawić gipsowe kolumny i drapowane kotary z tektury. Z tyłu – umieścić horyzont z namalowanymi kępami drzew i krzewów oraz obłokami w oddali.

Potem znów starannie usadzał ośmioosobową rodzinę, aż stworzył kompozycję, której nie powstydziliby się i Velazquez. Lecz pewnie miał przed oczami i inne wzory.

Zamieszczane w gazetach fotografie rodzin królewskich.

Pstryk!

Ostatni dzwonek. Nie tylko dlatego, że przed wojną światową.

Także z tego powodu, że osiem osób głodnych podziwu u potomnych trafiło na najlepszy moment w dziejach fotografii, która miała już za sobą pierwsze nieudane eksperymenty, a jeszcze daleko jej było do stoczenia się w kolor i masową produkcję.

Nie zapominajmy jednak o najważniejszym. O aktorach, którzy bezbłędnie zagrali swoje role. Przez ułamek sekundy, ale zawsze. Na zawsze.

Wiele bym dała za to, żeby widzieć ich w chwilę przedtem lub w chwilę potem. Nic z tego, choć mogę im wywróżyć dalsze losy.

Ciekawe, czy chcieliby wiedzieć.

Przed Geniem jeszcze tylko drugie tyle życia. Prawda, że wygląda, jakby zaraz zamierzał wymknąć się chyłkiem z obrazu, gdy tylko patrzący nań na chwilę odwróci wzrok? Smutny, wystraszony – żywa reklama melancholii i lęku po trzy grosze sztuka. Aż szkoda, że nigdy nie było na ten towar zbyt wielu chętnych.

Genio wygląda, jakby miał lada moment czmychnąć, nie wymknie się jednak zaraz, lecz dopiero za osiem lat. Umrze w polu, pomagając doglądać żniw. Miał już wcześniej ataki padaczki, ale ten okaże się śmiertelny. Chłopiec upadnie nagle, a baby z wrzaskiem pobiegną do dworu zawiadomić rodziców. Czy udławi się własnym językiem, czy też rozbije głowę o kamień? Nie wymagajcie ode mnie aż takiej dokładności.

Co się tyczy gimnazjalisty Józefa, to zostanie w przyszłości geodetą. W tym zawodzie zawsze można znaleźć zajęcie. W każdym ustroju i pod każdą władzą, w niewoli i na wolności, w centrum i na prowincji, mają przecież miejsce spory o miedzę, umowy kupna i sprzedaży, parcelacja, czyli rozdrapywanie i komasacja, czyli zabliźnianie ziemi rozdartej podziałem.

A wywłaszczeni? Ci dopiero w te pędy do geodetów, gdy tylko zmieni się wiatr historii.

Do geodetów się nie strzela. Nie potrzebują nawet napisu ochronnego jak, dajmy na to, pianiści. Bez żadnych ochronnych napisów pan Józef przetrwa obydwie wojny i umrze mając siedemdziesiąt trzy lata, dorobiwszy się żony, dwojga dorosłych dzieci i jednej wnuczki. Zostawi każdemu z nich po dwa złote ruble „świnki”. Niewiele, lecz w każdym razie nie zostawi karcianych długów, z którymi wstąpi podobno w związek małżeński – pierwszy, jedyny i bardzo nieudany.

Zupełnie inaczej potoczą się losy pięcioletniego Sylwestra, któremu zachce się być bohaterem wielkiej bitwy nad Bzurą, w podeszłym jak na żołnierza wieku dwudziestu dziewięciu lat. Zginie więc jako kawaler, najprawdopodobniej bezdzietny, zostawiając po sobie legendę zarozumiałego dziwaka, wiecznego studenta prawa.

Czy istotnie los Sylka jest już przesądzony? Pewien generał napotka jego odział w czasie odwrotu i każe im maszerować z powrotem pod ogień niemiecki. Za to ci, którzy wówczas zginą, spoczną w pięknej żołnierskiej mogile, którą po latach opiekować się będą harcerze i młodzież szkolna. Pozostałe rodzinne groby rozproszone po kraju prędzej czy później popadną w zaniedbanie i zapomnienie, aż w końcu znikną z powierzchni ziemi. Czy nie lepiej zginąć nagle ku chwale ojczyzny niż bezsensownie konać w łóżku z powodu banalnego wyczerpania sił życiowych?

Lepiej, choć większość ludzi pragnie na tym świecie wegetować jak najdłużej, o czym mówią urodzinowe życzenia niemal identyczne na całej kuli ziemskiej. Inna sprawa, że formuły tych życzeń zrodziły się w czasach, gdy starości dożywali tylko najzdrowsi. Nikt nie przewidywał wówczas utrzymywania przy życiu milionów starców niezdolnych do samodzielnej egzystencji.

Na innej, zrobionej nieco później fotografii, na której są obaj chłopcy, ktoś, niewątpliwie po latach, dopisze z tyłu ołówkiem: „Drogie Dzieci, Sylek i Genio”. Kaligraficzne, najzupełniej niedzisiejsze pismo. Ale trudno zgadnąć – męskie czy kobiece. Kto pisał: ojciec czy matka? I po co? Dla kogo?

A jeszcze ten przymiotnik „drogie”? Niby wyrażający i miłość, i rozpacz, ale tak jakoś sztywno, oficjalnie... Żeby choć „ukochane dzieci”, a tu tylko „drogie”... Z drugiej strony ta kaligrafia rozpaczy. Ta ozdobność tak rozrzutna w obliczu śmierci jak czarne strusie pióra na łbach koni karawaniarskich. To początkowe „D” zaopatrzone w ślimakowaty zakrętas, to końcowe „o” podkreślone większym od całego wyrazu zygzakiem. Jak gdyby rodzice, którzy zawsze tak dbali o dzieci, potrafili jeszcze po ich śmierci – w dodatku po latach – wystroić im imiona, zapewniając w ten sposób nieskazitelną harmonię obu stron zdjęcia.

Próbuję sobie wyobrazić, czym musi być strata dziecka, tego podania do łaskawej przyszłości, tego maleńkiego zadatku wieczności, szczypty naszego życia po naszej śmierci. Ba, mam tylko jedno, a oni mieli ich dziewięcioro i choć aż pięciokrotnie przeżywali stratę, to przecież trzy córki i jeden syn zdołali ich przeżyć.

Moje jedyne dziecko już się rozmnożyło, zapewniając mi transmisję genów. Miałam szczęście, stawiając wszystko na jedną kartę. Ale bardziej niż przerwania transmisji genów, bałabym się rozproszenia na zawsze myśli i emocji, a tych nie należy zbyt pochopnie powierzać dzieciom, już lepiej pamiętnikom, w nadziei, że przysporzą nam późnych i przyszywanych wnuków.

Na chwilę, niewiele dłuższą od jednego „pstryk”.

Genio i Sylek. Wystrojeni jak do filmu, ale czy to przypadkiem nie filmy o tamtych czasach są wzorowane na fotografiach z epoki?

Takie same koszule w prążki z kieszonkami na lewej piersi. Właściwie dziś wciąż się nosi podobne fasony i desenie, i jeśli coś tu zdradza przynależność do epoki solidnych krawców i praktycznych rodziców, to sposób wszycia rękawów – poniżej ramienia, z podwójnym stebnowaniem. Niedzisiejsza jest także mała patka w poprzek zapięcia. I ona, i obniżone ramiona zdają się być wypustkami w przyszłość, poufnymi wiadomościami, że chłopcy wkrótce zmężnieją rozrastając się w barach i w torsach równie gwałtownie tak jak rozrośli się już w nogach niczym szczeniaki dogów albo źrebięta. Genio nosi chyba czterdziesty drugi numer tego swojego lśniącego bucika, sznurowanego powyżej kostki na lekko licząc dwanaście par dziurek i zaczepów. Sylek, no, powiedzmy – czterdziesty numer identycznego trzewika.

Z tym szyciem na zapas to oczywiście dość naciągane. Koszule dla dorosłych mężczyzn w tamtych czasach też miały nisko wszyte rękawy i patki chroniące zapięcia przed niestosownym rozchełstaniem. Taka moda! Modne były wówczas także szerokie, gurtowe pasy podkreślające szczupłość talii oraz bryczesy, które na sepiowanej do głębokiego brązu fotografii zdają się mieć ten sam kolor co podkolanówki i niemal się z nimi zlewają.

Wydaje mi się, że gdyby Genio i Sylek żyli w dzisiejszych czasach, to sfotografowaliby się w za dużych o trzy numery, wypchanych na zadkach dżinsach zwisających pod pośladkami, za dużych kangurkach i baseballówkach założonych daszkami do tyłu. Nawet pochodząc z jako tako przyzwoitego domu i mając za sobą staranne wychowanie, udawaliby przynależność do najgorszej ulicznej, w dodatku amerykańskiej biedoty.

W ich czasach, wręcz odwrotnie, obowiązywała tendencja do udawania kogoś lepszego – przynależności do wyższej klasy, która dyktowała poziom szpanerstwa.

Oni wszyscy najwyraźniej kreowali się na bogatych ziemian, choć podobnie jak Niechcicowie z Nocy i dni byli tylko rodziną zarządców.

Nazwijcie to jak chcecie: formą, konwencją, kanonem, gustem, a nawet obelżywie: sztywnością, pozą, szpanem. Bo rzeczywiście – było w tym coś ze stawania na palcach i zakładania koturnów. Maleńkiej, wprost nieznacznej uzurpacji w przynależności do klasy, z której tak naprawdę nie pochodzili, lub z której ich eksmitowano.

Doprawdy, Ukraińcy trafią w sedno, kiedy w 1943 roku zaczną nawoływać: Rizaty panyw i pidpankiw!

To była klasa podpanków! Nieszczęsne, ponad miarę rozmnożone potomstwo jednej dziesiątej ludności Rzeczypospolitej Szlacheckiej, obarczone podwójnym historycznym pechem – przynależnością do podbitego narodu i niezaspokojonymi aspiracjami do zmierzchającej kasty feudałów.

W pojęciu pogardliwych chłopów – zawsze poniżej ziemian, ale grubo powyżej chłopów w swoim własnym pojęciu. Wiecznie stający na palcach i wciąż pragnący udowadniać swój wątpliwy prestiż. I kto wie, czy nie dzięki temu zachwianiu, niepewności, ciągle w pracy nad sobą, ciągle w biegu, ciągle w skoku wzwyż. Choć z drugiej strony nigdy tego po sobie nie pokazujący i dzielnie trzymający fason.

Klasa podpanków była skazana na doskonałość.

Arystokrata, ziemianin mógł ubierać się z chłopska – obnosić z dumą strój ludowy jak Lew Tołstoj – a nawet sam car Mikołaj II – swą rubaszkę. Jego totumfacki, pidpanek – jak go kpiąco nazywali chłopi ukraińscy – musiał nieustannie czuwać, żeby mu się nóżka w błyszczącym trzewiku nie omsknęła w gnój czyhający w rowie, a czasem nawet wprost na drodze. Bo tak naprawdę chodził po świecie tylko po to, by zastępować chłopom panów – by ci ostatni nie ubrudzili sobie rąk zbyt bezpośrednim korzystaniem z chłopskiej krwawicy.

Nie splamimy się chyba zbyt mocno spiskową teorią dziejów zauważając w tym miejscu, że ktoś strzegący z zapałem interesów gminu, zadbał bardzo dokładnie o to, by klasa podpanków znikła z powierzchni tej części Europy razem z klasą ziemiańską. Część ziemiaństwa skorzystała ze swych koligacji za granicą, ocalając głowy i ruchomy majątek. Ich wierni, zaufani podpankowie nie mieli gdzie się schronić. Dopadła ich Kampania Wrześniowa, rzezie na Ukrainie, rosyjska wywózka, Katyń i Miednoje, Powstanie Warszawskie, wreszcie – czasy stalinowskie.

Niedobitki skazano na powolne chamienie.

Tak zginęła polska klasa podpanków, zdolna może zastąpić stan trzeci – mieszczaństwo, którego tak brakowało krajowi nad Wisłą. Podpora społeczeństwa, jego szkielet, jego stelaż, który kazał się dźwigać klasom niższym – choćby z zawiści.

Zostały po nich nieskazitelne zdjęcia. Fotografie arystokratów są znacznie bardziej niedbałe. A co z resztą z mistrzowskiej fotografii od „Londona”?

Małą Sylę czeka długie życie, prawie do dziewięćdziesiątki. Fatalne małżeństwo z niekochanym człowiekiem. Na okrasę – córka i wnuk. Ale córka to jedno z bliźniąt, z których drugie umrze zaraz po przyjściu na świat. Nic przyjemnego.

Czternastoletniej Helenie los szykuje troje dzieci i pięcioro wnucząt. Jednak i ona z pewnością nie będzie szczęśliwa. Ostatnie lata życia spędzi na strychu, nie odzywając się do nikogo. Zresztą Syla także w pewnym momencie przestanie rozmawiać z mężem. Szczególna rodzinna tradycja. Czy nie było lepszej? Widać – nie. Zamiast hałaśliwego sufrażu – milczenie obrażonych kobiet.

Co do rodziców, oboje przeżyją siedemdziesiątkę z okładem. Przed nimi jeszcze śmierć dwóch synów i separacja na stare lata. Umrą osobno. Jedno u najmłodszej córki, której jeszcze nie ma na zdjęciu, drugie kątem u obcych ludzi na powojennym wygnaniu. Matka do końca życia nie odezwie się do ojca, przeżuwając w myślach w kółko jego zdrady, którym musiała stawić czoła na ganku, gdzie młode chłopki z wielkimi brzuchami zgłaszały się po rekompensatę za nieszczęście, jakie na nich sprowadził temperament pana administratora. Wciskała im pieniądze za pazuchę, napełniała prowiantem koszyki…

Nic przyjemnego. Ale też nie tragedia o rozmiarach tej, jaka przydarzyła się w Jekaterynburgu rodzinie ostatniego cara, na której zdjęciach nasz mistrz niewątpliwie także się wzorował. Poza tym, czy to wszystko, co stanie się potem, poza atelier fotograficznym „London. Specjalny oddział portretowy oraz pierwsza pracownia broszek, spinek, szpilek itp. na emalji, Łódź, ul. Średnia 5” zasługuje na uwagę?

Wątpię, gdyż chce mi się wierzyć, że oni byli zawsze i tylko tacy jak na rodzinnej fotografii. Wymyci, wypucowani, wykrochmaleni – zarazem onieśmieleni i zadowoleni z siebie. Niezdolni do popełniania błędów, odporni na ciosy losu, perfekcyjni, nieruchomi i nieśmiertelni.

Pstryk!

Cała reszta to plotka.


Katarzyna Turaj-Kalińska




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio