Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Lew Gomolicki


Śmierć z niebieskimi oczami. O twórczości Sołomona Barta
(Odczyt wygłoszony w Towarzystwie Literackim)



1.

Głównym tematem poezji Sołomona Barta jest śmierć.

Śmierć to jego „jedyna”, jego ukochana, której oddał bez reszty całe swoje natchnienie, wszystkie myśli i serce.

Mówi też o życiu – i jego głos jest suchy i niewyraźny. Ale oto słyszymy narastanie dźwięków; wiersz zamienia się w symfonię, słowo nabiera wielkiego znaczenia... Zaczął mówić o śmierci.

Życie, jego powszedniość albo odświętność, nawet natura, nawet miłość do kobiety – nie inspirują Barta.

Miłość jest dla niego pełna goryczy, zatruta świadomością przemijania i nieosiągalności ziemskiej radości, i rozdwojona przez jakąś duchową pustkę.

Mówi on:

Miłość... lecz to jest takie smutne.
.................................................
Wszystko, co spełnia się po drodze,
Wszystko, co chciwe serce trwoży –
Wszystko to proch, kwitnący proch.

I w innym wierszu: „Palce proch biały pieszczą czule... / Lecz w sercu tylko resztka żaru.”

Oczywiście, skoro w sercu jest tylko „resztka żaru” – wszystkie przykrości, burze i klęski w niepewnym żywiole miłości są tylko udręką dla opustoszałego serca.

Nie może dać Batrowi pocieszenia także przyroda. Ona też pełna jest dla niego niebezpieczeństw i cierpień. Poeta krztusi się jesiennym dniem – powietrze jest zbyt „kłujące” dla jego płuc. Rozkoszowanie się światem dane jest tym, „którzy potrafią oddychać”.

Jego opisy pozbawione są plastyczności. Wchodząc w jego świat, zanurzamy się w wichrze dźwięków i cieni. Wszystko tu wymyka się naszemu dotykowi, zmieniając formy.

Obraz i słowo stają się niewyraźne, tracą swoje pierwotne znaczenie, stają się aluzjami do pojęć abstrakcyjnych. Ale dźwięki czarują, prowadzą, sugerują – i zapomina się o nierealności tego, co nas otacza.

Niczego nie mogą mu też dać ludzie. Ich świat to „targowisko zgiełkliwych placów”. Poeta spotyka w nim tylko „mroczne oblicza tych, którzy urągają światu, tworzą marność”. I jeśli zstępuje do niego, to tylko po to, żeby poprzez ból świadomości swojej obcości dojść do mądrości, do wyższego stopnia kontemplacyjnego poznania – w istocie, odrzucenia świata ludzkiego.

„Zła przebiegła czułość żmii” zachowana jest w jego sercu dla bliźniego. Ale z nią jest mu jednak lżej w ciszy swojego pokoju, z dala od hałasu i marności.

Wyobrazić go sobie można tylko w ciszy samotności. Oto z przymkniętymi oczami kołysze się o zmierzchu, szepcząc te skąpe słowa: „Cicho nad książką. Skrzyżowałem ręce. /

a sama jasność w bólu i czułości...”.



2.

Według Barta życie to igraszka nieubłaganego okrutnego losu. Do losu modli się w jednym ze swoich wierszy:

I Katu nader nudno bez rozrywek.
Jak wiele w niebie świeczek chybotliwych.
Ja także świecę jasną zapaliłem
I całą noc do Kata się modliłem:
Zgładź mnie, bez winy zgładzający ludzi,
Zgładź miłość mą i sen, co zachwyt budzi.
W nagrodę tobie oddaję z ochotą
Swą nieśmiertelną i wieczną – tęsknotę!

Ale bólu zebrało się już tak wiele, że „maleńkie kłamstwo” życiowej samoułudy staje się nie do zniesienia, wydaje się niepotrzebne i daremne. I poeta woła:

Spalić, spalić na popiół
Nawet to maleńkie kłamstwo –
Ono też nie może dłużej żyć...
Spalić, spalić na popiół!
„Kochaj mnie” –

zwraca się do niego głos życia. Ale on odpowiada:

– Mogę żałować.
„Kochaj mnie”
– Nie, umrzeć
Byłoby mi lżej niż kochać!
Spalić, spalić na popiół...

Zadziwiający u Barta jest ten brak strachu przed śmiercią. Pragnienie śmierci urasta u niego do rozmiaru jakiejś wszechpochłaniającej namiętności. Z początku, jak gdyby, migały chwile kołysania, wątpliwości. Wydaje się, że życie jeszcze nie straciło nad nim władzy. Ale oto dosłownie spada w czarną czeluść unicestwienia, spalając w sobie resztki żalu za życiem i strachu. I wspomnienie życia rozpływa się w jego świadomości we „wpół zapomnianą twarz”.

Ta gwałtowność lotu w przepaść z zadziwiającą siłą została przez niego oddana w następującym wierszu:

Tam, tam – do bezlicego gnicia.
Uwolnić się z niewoli życia.
Uwolnić z ducha, z ciała, z błogiej
Gnuśności swojej, bólu, trwogi.
I czułość przestać kochać aż:
Wpół zapomnianą twoją twarz.



3.

Popiół to jego ulubione słowo. „Popielaty cień” na twarzy zmarłego, popiół to spalone ciało... A następnie – rozkład, przemijalność, proch.

Życie to dla niego ogień, eksplozja, pląs, dźwięk, plusk.

Śmierć to popiół, rozkład, proch, cisza, zawiązane usta, kamienny nagrobek. „I ciszy pełen i rozkładu, / Doszczętnie spłonę,” - mówi o upragnionej godzinie śmierci. I w innych wierszach:

I ciszę i ten wyszczerbiony kamień
Nazwać swoim zasłużonym końcem.
.....................................................
Nazbyt cicho przy nagrobnych płytach.

W agonii słyszy „śmierć idącą przez pokoje na cichy ziemski triumf”. Ale ziemski triumf śmierci to rozkład, popiół, cisza.

Ale jaką uroczystą symfonią wita jej przyjście! W swoim najlepszym pod względem muzyczności i konstrukcji wierszu, szczególnie bogatym w rymy wewnętrzne, aliteracje i współbrzmienia, Bart tak opiewa „godzinę unicestwienia”:

Nie trąby w głos rozebrzmią, nie mie-
dziane trąby trwogą rozjaśnią ten dzień.
Na te woskowe usta zawiązane
Położy się żałobny cień.

Ten popiół, srogą nietknięty pie-
szczotą i cierpieniem ziemi niemiłym,
Powie wam, że dokonałem żywota
I powinności wypełniłem.



4.

Wiersze Barta prowadzą przez wszystkie etapy powolnego gaśnięcia, posłusznego cierpieniu i śmierci.

W domu umierającego panuje złowroga niepokojąca cisza – „w kroki i szmery wnikał ponury stary dom”. Zbliżanie się nieznanego wyczuwa się w każdym kroku, każdym poruszeniu. Wydaje się, że przechodzący przez puste pomieszczenia znajduje się w nich „ nie sam”. I ten „ktoś drugi” szepcze na razie jeszcze niepojętą tajemnicę. I nagle... popłoch. Wszyscy rzucają się do okna, przez które wyleciało życie i pomknęło, wskoczywszy na konia...

Czyj koń tak pomknął niespodzianie?
Czym prędzej światło dać
I bieg przy świecach, drzwi trzaskanie,
I płacz... i płacz... i płacz....

Tak Bart przedstawia chwilę śmierci.

Ale oto dla wszystkich stało się jasne, że dokonało się coś nieodwracalnego. Zdenerwowanie minęło, płacz przeszedł w ciche łzy, a nieboszczyk spoczął na stole przy świetle świec.... Wówczas w poecie zachodzi rozdwojenie: obserwując w wyobraźni swojego trupa, jego wieczna duchowa cząstka zbliża się do swojego wcześniejszego siedliska, żeby złożyć ostatni pocałunek:

Czyją to trumnę świec płomyki
Zamglonym światłem zasnuwają?
Czyje to słowa i okrzyki
Iluzorycznie mnie witają?

Brzmi pieśń... Machnąwszy wtem skrzydłami,
Do nieba wzniósł się duszny strop.
Starożytności tchnie wiekami
Mądrości nadgrobowej wzlot.

Swój ból czy obcy ból tak pali?
Całuję blade czoło smutnie.
O wielka trumno! nocna dali!
Kanionie ciszy absolutnej!

I oto już orszak pogrzebowy unosi doczesne szczątki tego, „który doszczętnie spłonął” ku ciszy wyszczerbionego nagrobka. Mądrej ciszy cmentarza poświęcone są najlepsze wiersze Barta. Oto jeden z nich:

Wiosenne niebiosa. Wiosenny cmentarz.
Pogrzebowy śpiew jest taki prosty.
Jak gdyby śmierć przychodziła na wiosnę,
Jak gdyby kwitnięcie – spokojem.

Wciągają i odprowadzają aleje krzyży.
I zda się – przy śpiewie psalmów
Wiosna złączyła się z moją śmiercią
W przybytku pochylonych gałęzi.

I słońce się pochyliło I dzień opadł z sił.
I cicho za błękitny próg,
Pokornie idąc, niosą – przenieśli
Ostatni poranek na ziemi.



5.

Wydawałoby się, że wionąca chłodem cisza nadgrobna, rozkład, skamienienie śmierci powinny spowodować drżenie wszystkiego, co jest ruchome, ciepłe, żywe. Powinny budzić odrazę. Ale Bart wyobraża sobie śmierć w postaci dziewczyny ze złotą kosą i niebieskimi oczami.

Może jakieś doznanie ze „smutnego” dzieciństwa zrodziło w jego duszy ten obraz. Napomyka o tym jeden czterowiersz:

Pamiętam nad sadem tę gwiazdę w przestworze,
Nad smutnym dzieciństwem świeciła,
I dziewczę pamiętam; i – w sennym jeziorze
Dziewczęcia niebieską mogiłę...

Od tamtej pory, przeżywszy wiele rozczarowań i cierpień, wspomnienie „błękitnej mogiły” dziewczyny zamieniło się dla opustoszałego serca w kraj, „Gdzie ból rozkwita w imię Boże / I gdzie wesoła śmierć jest dana”.

Jak na randkę, poeta czeka na przyjście swojej niebieskookiej dziewczyny – śmierci:

Moja śmierć ma niebieskie oczy
I dziwne czułe słowa.
Moja śmierć ma złotą kosę
I dziecięce nieśmiałe ramiona.
Ciemnieje. Na trawy kładzie się rosa.
Milknę przed wyczekiwanym spotkaniem.

Rozpoznając już jej zbliżające się rysy, woła: „To ty, jak widmo, lekka. / To ty – przez wieki, przez tułaczki...”. Ostatecznie ona pojawia się dla pierwszego i jednocześnie wiecznego objęcia:

I wyciągnąłem mimowolnie ręce
I cicha się zjawiłaś ty.
I gdzieś tam w lustrach, w przelotach
Od głębi do głębi
W szalonym, nadzwyczajnym wzlocie
Byliśmy ze sobą spleceni.



6.

Nie na darmo dana jest poecie „wesoła śmierć”. „Pamiętaj, pamiętaj – mówi – śmierć nie wszystko spala...”

Cisza ziemskiego triumfu śmierci jest aluzją do innej ciszy – ciszy tajemnicy „wieczności życia”. Wszystko doczesne przemija – i myśli, i osoby, ale

...Gwiazdy w jaśniejącej mgle,
Chmury, chmury i błyski
Nigdy nie przeminą na ziemi.

Śmierć jest tylko przetopieniem niedoskonałej formy w bardziej doskonałą, w niebieski oczyszczający płomień. I zaklinaniem wydaje się wiersz wyjaśniający ten wyższy sens śmierci:

Żeby się urodzić, trzeba umrzeć –
Pogrążyć się w rozkładzie, w rozkładzie spłonąć.
Nie bój się ciała – powłoką spal ducha.
Wszystkie szaleństwa świata, wszystkie swoje drogi.
Modry płomień... modra rzeka...
Modry płomień... pierwsza linijka...
Drgnęła zasłona... Jasny, złoty
Wstaje świat cielesny, młody świat ziemski.

Droga duszy – tancerki na linie, wedle oryginalnego obrazu Barta – to wieczne balansowanie nad przepaścią cierpienia i śmierci, dopóki w chwili, kiedy „szemrze tamburyn” i „czeka żywioł”, nie wstępuje do wieczności, „dotykając nieba”.



7.

Tam za oknem – lodu wstęgą,
Za spokojem dali białej
W trwożnym świetle modrej księgi
Wieczne zorze rozbrzmiewały.

Przyszedł – ach ten ból spełnienia!
Cały w śnieżnym był obłoku.
Ja nie wierzę w przywidzenia,
Ale rozległ się szmer kroków.

Stanął z boku, jak ubogi,
W gwiazdkach – w gwiezdnym pyle cały.
I cmentarza cienie srogie
Bladą twarz mu omraczały.

Ja milczałam. Boleść inną
Wtem dostrzegłam i pojęłam.
I odchodząc, stygnąc z zimna,
W modrej księdze się zamknęłam.

Wiersz, na pierwszy rzut oka wyglądający na ciemny i niezrozumiały, staje się jasny, należy tylko mu się przyjrzeć przy świetle poetyckiego kaganka Barta.

Świat, w którym upływa życie człowieka, to pokój. Za jego oknem w „modrej księdze” niebiańskiej tajemnicy rozbrzmiewa czymś wieczność.

Ale oto on – wysłannik śmierci – nagle wchodzi do pokoju życia w białej chmurze chłodu unicestwienia. „Ach ten bój spełnienia!”, woła poeta.

Twarz przybysza omraczały srogie cienie cmentarza i inna boleść – nie ból życia, nie ginący w „pustce” „śmiertelny krzyk” cierpienia – ale inna, mądra, cicha boleść świadomości nieuchronności przetopienia, przemienienia w śmierci ujawnia się w tym momencie.

I, odchodząc, życie wchodzi do „modrej księgi” nieba, z jawności w tajemnicę, z doczesności – w wieczność...



8.

Światopogląd autora jest nieuchwytny. Ujawnia się w obszarze nieuświadomionego.

Lubi kolory zimne: „niebieski”, „modry”, podkreślając nimi metaforyczność swoich obrazów.

Jego śmierć ma niebieskie oczy. Mogiła jest niebieska. Modry jest płomień przetopienia w śmierci. Modry próg to cmentarz. Modre jest wiosenne powietrze.

Udręka, wieczny smutek, oczekiwanie, trwoga, niejasne przeżycia, i, w końcu, cienie i milczenie przepełniają jego wiersze.

Wskrzesza romantyzm.

W jednym ze swoich wierszy, samotny, śpiewa hosannę „ukrzyżowanemu Przyjacielowi”, podczas gdy obok wzgórza – wiecznej Golgoty – tłocząc się przechodzą obce mu, „stada pokoleń”.

Pokorne, samotne ukojenie udręk znalazł w swoim romantycznym chrześcijaństwie. Może dlatego triumfalnie brzmi jego entuzjastyczne powitanie śmierci:

Wielka radość jest we mnie.
Wielka czułość. Bez złości
Milknę w przedsionku grobu.
Co było, to było we śnie...
Wielka radość jest we mnie.



9.

Pozostaje mi powiedzieć o formie i środkach artystycznych Barta.

Podobnie jak w ludowych zaklęciach, w wierszach Barta powtarzają się jedne i te same słowa. Wydaje się, że poeta wymawia je ciągle na nowo, upajając się ich brzmieniem:

Modry płomień... modra rzeka...
Modry płomień... pierwsza linijka...
.....................................................
I płacz... i płacz... i płacz...
Zgładź mnie, bez winy zgładzający ludzi,
Zgładź miłość mą i sen, co zachwyt budzi...

Lubi też powtarzać zwroty, jednakowo budować sąsiednie zdania, lubi miejsca paralelne. Lubi zaczynać kilka zdań pod rząd od „i”, „jak”, „gdzie”. Lubi powtarzać w jednym wierszu te same wersy.

Jego powtórzenia raz są żywiołowe: „Tam, tam – do bezlicego gnicia...’. Innym razem wydają się nieskończenie długie: „żegnając się na zawsze... na zawsze...”. Czasem nabierają surowej powagi: „Pamiętaj. pamiętaj. Śmierć nie wszystko spala”.

Jego rymy, na ogół niebogate i czasem się zacinające, szczególnie ważne są przeważnie nie na końcu, lecz w środku wersu:

Tuda, tuda, w biezlikij tlen,
Izbyt’ stolikoj żyzni plen...
......................................
Eto ty, kak widienje, legka,
Eto ty – skwoz’ wieka, skwoz’ skitanja...

Chociaż świat wierszy Barta wydaje się statyczny, jest w nich wiele ruchu. Poczucie rytmu ruchu w Barcie jest wyostrzone na niekorzyść plastyczności. Natomiast ruch, o którym opowiada, widzimy dosłownie na własne oczy, jesteśmy przy nim obecni. Nawet jakby czuć wiatr wywoływany przez ten ruch:

I cicho za modry próg,
Pokornie idąc, niosą – przenieśli
Ostatni poranek na ziemi.
.......................................
Twoja miłość jak promień w śniegach!
Jak zorze w okna – na oścież, na oścież!

Żywiołowość, spokój, przyśpieszenie, spowolnienie i miarowość potrafi on przekazać odpowiednim słowem, skokiem przez pustkę rozziewu logicznego, powtórzeniami, spowolnieniem lub przyśpieszeniem rytmu itd. Nie na darmo tyle u niego wykrzykników i pytajników, myślników i wielokropków.

Bart wypróbował wiele stóp wierszowych i wszystkie przetworzył, podporządkował sobie, upiększył swoją indywidualnością. Naśladownictwa w jego wierszach się nie wyczuwa. Ale uświadamiamy sobie ich pokrewieństwo z liryką Tiutczewa i Błoka.

Każdy jego wiersz ma swoje samodzielne życie. To skończone jedności artystyczne – mam na myśli najlepsze jego wiersze. Wraz ze swoimi wadami i zaletami wchodzą w życie tego, kto je zrozumiał i polubił, wchodzą jak coś żywego – nieomal istoty.

Początkowo wiersz rozbrzmiewa, następnie dźwięki rozwijają się w słowa, a słowa – w bezdenną tajemnicę wieczności.

Taka jest ich droga do czytelnika.

I nie bojąc się wpaść w przesadę, śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedyna i rzeczywista droga prawdziwej poezji. To, czym jest usprawiedliwione i na wieki wieków utrwalone jej istnienie w życiu.


Lew Gomolicki
Przełożył Zbigniew Dmitroca




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio