Wyszukiwarka:

 


 



Karina Stempel

 

Noica patrzy na poetę, czyli tam, gdzie kończy się teoria literatury

Dzień prawdopodobnie jest piękny, bo refleksy światła padają na ścieżkę, którą w kierunku domu zmierza Constantin Noica. Po obu stronach w tym górskim krajobrazie otaczają go drzewa. Sam jest ciemnym zarysem na tle jasnej dróżki w ciemnej ramie wyznaczanej przez pnie na tej czarno-białej fotografii, jednej z wielu, jakie znaleźć można, wpisując w wyszukiwarkę jego nazwisko i hasło „Păltiniş”. Bardzo lubię to zdjęcie – Noica jest na nim integralną częścią monochromatycznego świata, co ilustruje towarzyszące mu przekonanie, że los jednostki jest częścią większej całości, nieustannym poszukiwaniem sensów ogólnych. Być może podczas takiej wędrówki w górę, powrotu ze „zwykłego” świata do swojego odosobnienia „cztery tysiące stóp nad resztą ludzkości” [1], Noica opracował ideę sześciu chorób ducha współczesnego [2]. Nazwał je chorobami ontycznymi, które razem z chroniczną chorobą bytu ludzkiego, polegającą na zanurzeniu człowieka w czasie, stały się dla niego podstawą opisu kultury, cywilizacji, twórczości czy religii. Ale przede wszystkim opisu kondycji jednostki.

Noica wraca do Păltinişu, w którym urządził prawdziwą akademię platońską. Jego założenie, że w dwudziestodwumilionowym narodzie rumuńskim musi znaleźć się co najmniej dwudziestu dwóch geniuszy, których on sam poprowadzi w nieskończoność świata filozofii i kultury, zaowocowało powstaniem grupy kilkudziesięciu osób, które systematycznie odwiedzały jego pajdeiczny, niewielki pokoik w ciemnym domu z białymi oknami, gdzie pod jego okiem kształtowała się późniejsza elita intelektualna Rumunii [3].

Ten wielki filozof z kraju, którego kultura znana jest wyrywkowo i głównie za pośrednictwem słynnych emigrantów: Ciorana, Eliadego czy Ionesco, w jedynym przetłumaczonym na język polski dziele, Sześciu chorobach ducha współczesnego, zdiagnozował aspiracje, lęki i niepowodzenia świata XX wieku. Pokazał przy tym, w jaki sposób można interpretować twórczość. Pisząc o chorobach ontycznych, zachował ironiczny i autoironiczny dystans do formułowanych przez siebie pojęć, przez co ich analiza stała się nie tylko konceptem filozoficznym, ale także wielką intelektualną podróżą literacką.

To właśnie o Noice myślę, zastanawiając się nad niekończącymi się dyskusjami dotyczącymi natury poezji. Noica uważał między innymi, że „poezja mówi o przed-słowach i […] zmienia rzeczy we własne ich nieskończoności” [4]. I jeszcze: „Nie możesz być poetą, nie pragnąc być samą poezją. […] W każdej wielkiej formie kultury (lecz nie w zwykłym pragnieniu uczestnictwa w kulturze, bycia w niej) jest droga do uzyskania pełni, kompletności […]” [5]. Idea łączenia sensów jednostkowych poprzez określniki z sensami ogólnymi, uznawana przez Noicę za tyleż piękną, co utopijną i niemożliwą do zrealizowania (człowiek nie może być wolny od wszystkich chorób ontycznych jednocześnie, ba, rzadko zdarza się, że cierpi tylko na jedną z nich!), stanowiła według niego impuls, który zmusza człowieka do ciągłego wysiłku twórczego [6].

Myślę o Noice, czytając poezję. Zachwycając się frazą Justyny Bargielskiej, zanurzając się w pociągający, choć pełen śmierci świat Jakobe Mansztajna, rozgryzając tajemnice oszczędnego języka Grzegorza Kwiatkowskiego czy odnajdując „Miłoszowy” obraz świata w twórczości Łukasza Jarosza. W czym tkwi tajemnica zachwytu? Dlaczego czytelnik poezji ma wrażenie, że obcuje z czymś nieuchwytnym, a jednak znajomym? Co sprawia, że poezja zatrzymuje myśli, zmienia ich bieg, wytrąca z równowagi? Dlaczego wreszcie uwodzi w niej tak wiele zupełnie różnych czynników?

W czytaniu poezji dzieje się coś nieuchwytnego. Mówiąc słowami Umberto Eco, dzieło skończone, zamknięte, wysłane jak komunikat do świata przez autora, okazuje się zawsze dziełem otwartym – gotowym na przyjęcie czytelnika i zbioru jego doświadczeń, plastycznym i poddającym się interpretacji [7]. Wiersz zdradza sam siebie, będąc otwartym na Innego, z jego percepcją i brakiem pokory. Odbiorca nie zgadza się na proste przyjęcie ewokowanych sensów. Rozumie, jak chce, odczytuje, co chce.

Postmodernistyczna „śmierć autora”, zdawałoby się – wyzwalająca dzieło sztuki z więzów „właściwej” interpretacji, nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Pośrednim efektem bujnego rozkwitu mowy wiązanej, tak jak we wszystkich innych dziedzinach twórczości ludzkiej, stała się konieczność usystematyzowania jej zjawisk. W XX wieku, jak pisał niegdyś Janusz Sławiński, miejsce dawnej teorii, czy też filozofii poezji zajęła teoria języka poetyckiego [8]. Ta „specjalizacja” stała się cezurą, która kształtuje myślenie o poezji czytelnika w wieku XXI. Rozdział pomiędzy nowożytnym sposobem formułowania „ambicji poznawczych” a spekulacjami metafizycznymi nie zniknął, a nawet zaczął się pogłębiać [9].

Od momentu, gdy nauka zaczęła multiplikować narzędzia do eksplorowania natury słów i ich związków w języku poetyckim, nie wypada już pytać o „istotę” poezji. To pytanie jest nie na miejscu, okazuje się bezwzględnie anachroniczne, nie wpisuje się w nurt krytyki literackiej, która jest w stanie zdefiniować każde zjawisko językowe w utworze poetyckim, zanalizować je diachronicznie i synchronicznie, zmieścić we wszelkich możliwych ramach. Ona sama nie pokusi się jednak o odpowiedź na pytanie (ba, z prawdziwym zażenowaniem wysłucha ignoranta, który je zada) o to, czym jest poezja. Jaki jest jej rdzeń. Dlaczego „działa”. Dlaczego wzrusza i wreszcie – czemu i po co powstaje.

Czy nie warto wrócić jednak do metafizyki, kiedy wszystkie narzędzia opisu okazują się niewystarczające i człowiek staje z pustymi rękami wobec tak niedefiniowalnego uczucia jak zachwyt? Czy, jak chciałby Josif Brodski, to właśnie nie dzięki poezji rodzi się właściwa nam wszystkim „świadomość tragiczna” – poezja odrzuca wszak to, co zbędne, a więc pozwala na panowanie istoty nad istnieniem (w domyśle – wyzwalające człowieka z niego samego, ale i prowadzące do rozpaczy, ponieważ nie potrafi on trwale stać się nikim więcej, niż jest?)? [10] A może chodzi o różnicę między sztuką a rzeczywistością – w sztuce, jak mówi Brodski, osiągalny jest taki stopień liryzmu, jaki „nie ma żadnego fizycznego ekwiwalentu w realnym świecie” [11]. I czyż nie jest to właśnie owa sygnalizowana przez Noicę zamiana rzeczy w ich własne nieskończoności?

Spory o funkcję poezji zdewaluowały się już dawno; przynajmniej w zakresie jej utylitaryzmu. Poezja nie porusza tłumów. Prędzej piosenka, ale najprędzej chwytliwy mem czy udane hasło reklamowe. Chciałoby się powiedzieć: to nie Ameryka Południowa i nie trzeba nam Pabla Nerudy, którego wierszy w Brazylii i na lotnisku w Santiago słuchały dziesiątki tysięcy osób. A przecież od tamtych wydarzeń upłynęło niecałe pół wieku – czyli Neruda odgrywał swój one man show już w czasach, gdy każdy jego wiersz został rozebrany na cząstki i opisany przez krytyków dokładnie i na setki możliwych sposobów. To nie odległe czasy antyczne, o których dzieci uczą się w szkołach.

Kilka lat po przyznaniu Nerudzie nagrody Nobla w komunistycznej Rumunii odrodziła się idea wielkich antycznych filozofów. Ani daleko, ani dawno. Idea Noiki cechowała się specyficznymi, używając jego własnego pojęcia, określnikami: była próbą wykroczenia poza jednostkowe doświadczenie mieszkańca jednego z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Czy poezja nie jest podobną próbą wykroczenia poza i ponad własne doświadczenia?

Akademicki podręcznik do nauki poetyki definiuje poezję między innymi jako teksty skupione na obrazie, doznaniach, refleksji, grze słownej lub wrażeniach. Wszystkie one posiadają zintensyfikowaną funkcję estetyczną [12]. To bardzo szeroka definicja; mówi wiele o tym, czym poezja jest; nic na temat tego, jak „działa”. We współczesnych opracowaniach teoretycznoliterackich nie brak jednak głosów, które wyrażają bezradność podejścia systematycznego, akademickiego wobec zachwycającej siły słowa. Derek Attridge pisze nawet o wskrzeszeniu na nowo starej debaty na temat literatury, tym razem z poważnym potraktowaniem kwestii jej estetycznego efektu, a nawet estetycznego afektu[13]. „Dzieło otwarte” otrzymuje w tym ujęciu wymiar zdarzenia, które może powtarzać się w nieskończoność, a jednocześnie nigdy nie być dokładnie takie samo (s. 15).

Według Attridge’a twórca pracuje na materiale, który jest mu dostępny. Nie ma więc pełnej wiedzy; inność, którą chce wyrazić, musi traktować jak możliwość formalną. Ma do swojej dyspozycji wyłącznie własną „idiokulturę” – ucieleśnienie kulturowych norm i sposobów zachowania, jakie dokonuje się w nim samym (s.15, 39). Implicite w proces twórczy wpisane jest zaproszenie do niego Innego (odbiorcy) – jednocześnie należącego do obszaru kultury, ale i wykraczającego poza doświadczenie samego twórcy (s. 54-57). Wyjątkowa dziedzina twórczości literackiej – poezja – posiada przy tym cechę niepowtarzalną – język wiersza poprzez rym i rytm pozwala kontrolować i porządkować czas (s. 106). Dotyczy to oczywiście samego (najlepiej głośnego) aktu odczytania utworu poetyckiego, jednakże ta konstatacja prowadzi znów wprost do Noiki – wszak chroniczną chorobą ontyczną (czy na pewno jest to choroba? – pyta Noica), na jaką cierpimy wszyscy bez wyjątku, jest według niego nasze zanurzenie w czasie (s. 106). Poezja staje się więc nie tylko remedium w zakresie ustalenia swojej pozycji w świecie pomiędzy jednostkowością i ogólnością, ale oddechem od bezwzględnego podporządkowana nieustannie drążącej nasze ciała czasowości.

Sam czas to co prawda najważniejszy, ale tylko jeden z naszych problemów. Oprócz niego toczą nas choroby: brak indywidualnej rzeczywistości (todetis), brak sensów ogólnych (katholitis), brak odpowiednich określników, czyli przejawów rzeczywistości „godzących się harmonijnie zarówno z [...] bytem indywidualnym [człowieka], jak i z sensem ogólnym, jaki próbuje osiągnąć (horetitis)” (s. 20); oraz trzy schorzenia duchowe wynikające z odmowy przyjęcia lub niezdolności przyjęcia któregoś z wymienionych wcześniej warunków bytu: atodecja, akatholia i ahorecja.

Twórczość nie oznacza tryumfu człowieka nad materią, ale także jest objawem choroby: „Wszelka twórczość jest zrazu próbą wyniesienia stanów duchowych oraz określników zewnętrznych do poziomu jakiegoś sensu, następnie zaś skojarzenia go z sensem ogólnym w taki sposób, by owe stany i określniki, już uładzone, mogły skupić się w jakimś wcieleniu” (s. 76). Podstawowym problemem artystów jest to, że są „niestali”, zmienni i niepewni (s. 77) – jednostkowe ucieleśnienie staje się więc rozwiązaniem chwilowym, ulotnym, dezawuującym się w momencie, w którym powstaje. Z todetitis nie można się wyleczyć, a sama twórczość jest nieskończona, bo nigdy nie znajdzie ostatecznego spełnienia.

Czytam Noicę w kontekście dyskusji na temat funkcji poezji, która nabrała nowych rumieńców wiosną ubiegłego roku w polskiej przestrzeni kulturowej. Rumieńce te wywołał wywiad, którego dla „Gazety Wyborczej” udzielił poeta Tadeusz Dąbrowski, a następnie – w reakcji na formułowane przez niego tezy – wypowiedź Krzysztofa Siwczyka, także na łamach „GW”. Módl się. Albo przeczytaj wiersz – oznajmia nagłówek rozmowy z Dąbrowskim [14]. Poeta uważa, że najnowsza twórczość poetycka nie mówi o tym, co dzieje się z człowiekiem w XXI wieku; buntuje się wobec hermetyczności, a jednocześnie apeluje o odrzucenie patosu, jak i o to, by poezja mówiła o rzeczach najważniejszych (takich jak dobro, zło czy sumienie) – przy czym wiersz według niego sam powinien obnażać swoją sztuczność i umowność. Wszak „wiersz jest mądrym rozkładaniem rąk”. Krzysztof Siwczyk, sytuujący się w pozycji adwersarza, w artykule Nie módl się, nie czytaj wiersza. Gryź [15] wybiera zupełnie inną optykę: odrzuca patos i pytania „ontologiczne”, mówiąc, że tak naprawdę „[F]ascynujący jest […] język pojedynczy, pierwsza osoba, lokalne narzecze – by stare słowa przysłużyły się nowym znaczeniom pod piórem kogoś nieoczekiwanego”. Chciałby, aby o „człowieku” poezja nie mówiła nic, skoro tak naprawdę „u człowieka nic nowego. Od jaskini w Lascaux zrobiliśmy raptem parę kroków”.

Czytam słowa obu poetów, i czytam ich wiersze. Nie wierzę Dąbrowskiemu, kiedy mówi, że filozofowanie w poezji przynosi marne efekty, i nie wierzę Siwczykowi, że nie obchodzi go „człowiek w ogóle” i jego smutne losy. Ale też: wierzę im obu, ponieważ sądzę, że obaj mówią o tym samym, obracając się w orbicie własnych idiokultur. Że każdy z nich, dysponując własnym zestawem określników, szuka sensów ogólnych i wciela je we własną, niepowtarzalną jednostkowość. I że tak naprawdę zderzenie tych trzech składników bytu, jak je nazywa Noica, tworzy poezję – nieodpowiadającą na pytania, ale szukającą odpowiedzi, niedysponującą uniwersalnym językiem, ale operującą tysiącami idiolektów, które jak antyczny chór próbują nazwać fatum i wykroczyć poza nie.

Powyższe rozważania mogłyby stanowić dobry pretekst do sformułowania postulatu ponownego zaproszenia filozofii do procesu odczytywania poezji – ale wydaje mi się to zbędne. Poezja zawsze będzie dziełem otwartym, w którym to, co jednostkowe, za pośrednictwem indywidualnych określników próbuje dotrzeć do sensów ogólnych. Dążenie to, miejmy nadzieję, nigdy nie zostanie uznane za skończone. Poezja jest drogą i jak każda droga zmienia się z każdym krokiem. Jest w niej miejsce na każde indywidualne poszukiwanie – czego dowodem są nagrody, jakie za swoją twórczość otrzymują i Dąbrowski, i Siwczyk. Odkrycie, że utwór poetycki koresponduje z tym, czego sami poszukujemy, staje się na płaszczyźnie kultury jedyną „prawdziwą” iluminacją. Tym, co wzbudza i będzie wzbudzać zachwyt, zatrzymywać myśli, sprawiać, że nasze choroby ontyczne, jak chce Noica, pozostaną w zmiennym i nienazywalnym świecie wciąż odradzającym się impulsem do nieposkromionego, nieskończonego poszukiwania – źródła aktu tworzenia.

                                                                                                          Karina Stempel


[1] G. Liiceanu, Zamiast przedmowy. Co znaczy być dzisiaj Europejczykiem w powojennej Europie wschodniej? [w:] tegoż, Dziennik z Păltinişu. Pajdeja jako model w kulturze humanistycznej, przeł.  I. Kania, Sejny 2001, s. 34.

[2] C. Noica, Sześć chorób ducha współczesnego, przeł. I. Kania, Kraków 1997.

[3] Por. tamże, s. 35-36 i 39 oraz I. Kania, Constantin Noica: kultura jako model soteriologiczny [w:] C. Noica, dz. cyt., s. 6-8.

[4] G. Liiceanu, Dziennik z Păltinişu…, s. 74.

[5] Tamże, s. 154.

[6] Jak pisze Constantin Noica: „u człowieka i tylko u niego choroby bytu są bodźcami ontologicznymi. […] Nieład człowieka jest źródłem jego sił twórczych. […] Sześć konstytucjonalnych chorób człowieka może prowadzić do sześciu wielkich form człowieczej afirmacji”; C. Noica, dz. cyt., s. 43.

[7] Por. U. Eco, Poetyka dzieła otwartego [w:] tegoż, Dzieło otwarte: forma i nieokreśloność w poetykach współczesnych, przeł. ł. J. Gałuszka [i in.], Warszawa 1994.

[8] J. Sławiński, Wokół teorii języka poetyckiego [w:] tegoż, Dzieło, język, tradycja, Warszawa 1974, s. 91.

[9] Por. tamże.

[10] Por. J. Brodski, Poeta i proza, tł. A. Pomorski [w:] tegoż, Mniej niż ktoś. Eseje, Kraków 2006, s. 152-153.

[11] Tamże, s. 151.

[12] D. Korwin-Piotrowska, Poetyka – przewodnik po świecie tekstów, Kraków 2011, s. 175.

[13] D. Attridge, Jednostkowość literatury, przeł. P. Mościcki, Kraków 2007, s. 13. Kolejne przywołania z tej książki zaznaczam w nawiasie przywołaniem numeru strony. 

[14] https://goo.gl/SSfH7o (dostęp: 1.02.2016).

[15] https://goo.gl/lPZOB7 (dostęp: 1.02.2016).



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio