Wyszukiwarka:

 


 



Konkurs literacki „Dzień, ostatni, dzień pierwszy”

Monika Rosiek

Kartka z zeszytu do fizyki

 

Anna z uczuciem rezygnacji wobec rzeczy nieodwracalnych wyjęła z metalowej szafki rzeczy ojca. Powoli, systematycznie wrzucała do plastikowej torby kolejne przedmioty. Kubek, sztućce, maszynka do golenia, mydło, pianka, portfel, sztuczna szczęka, piżama, brudna bielizna. Z poręczy łóżka zdjęła ręcznik, potem drugi.

̶ Może pani poczekać na korytarzu. Proszę pani, proszę na chwilę wyjść na korytarz.

Pielęgniarki wskazują drzwi i zaczynają sprawnie odłączać ojca od kroplówek, przewodów, rurek, kabli.

Poczekać? Na co czekać? Anna usiadła na białej ławce pod oknem, za którym widać cmentarz, zakład pogrzebowy „Styks”, zakład stolarski z żółtym szyldem „Wyrób trumien”. Po prawej stronie skrzydło szpitala ginekologiczno-położniczego, gdzie na świat przychodziły dzieci. „Konglomerat”, pomyślała. Człowiek się rodzi, żyje, choruje, umiera, pakują go do trumny i na cmentarz. Wszystko mieści się na dwóch hektarach.

Oparła głowę o parapet okna. Myśli spokojnie płyną. Nie czuje rozpaczy ani radości. Oddech. Jeszcze jeden. Reklamówka pod nogami się przewróciła, Anna chciała ją złapać, szarpnęła. Ucho się urwało. „Jak zwykle”, stwierdziła. Rzeczy ojca wypadły na zieloną podłogę. Pozbierała je, wzięła do ręki portfel. Stary, zniszczony. Podarowała go ojcu na imieniny chyba dziesięć lat temu. Otworzyła. W środku cztery banknoty stuzłotowe, dwie dziesiątki, kilka monet. Za plastikową szybką zdjęcie matki. Wielkie oczy patrzą lekko w prawo, wystraszone jak zawsze. Kiedyś, gdy powiedziała, że mama na zdjęciach ma takie przestraszone oczy, ciotka Beata zaprzeczyła, „Eee, jakie tam przestraszone, takie duże oczy ma po dziadku”. Anna wie swoje. Matka ma przestraszone oczy. Na zdjęciach ma i w życiu miała. Na odwrocie widnieje napis: Maria Kossowska. Stempel z datą: 12 lipca 1997. Miała wtedy trzydzieści siedem lat i białe pasma w ciemnych włosach. Za tym małym zdjęciem było drugie: Anna po ukończeniu studiów. W dyplomie inżynierskim jest takie samo. Na odwrocie niewyraźnym pismem ojca napisane: Ania. Magister inżynier Anna Kossowska. I uśmiechnięte słoneczko. Anna próbowała włożyć zdjęcia do przegródki, ale coś przeszkadzało. Wsunęła szczupłe palce głębiej i wyjęła kwadratowy, złożony kilkakrotnie papier. Właściwie była to kartka z zeszytu, w kratkę. Brzegi wytarte i brudne. Anna powoli, delikatnie ją rozłożyła. Zwyczajna kartka z zeszytu . Rozpoznała swoje pismo, zaczęła czytać.

Wigilia.

Przyszedł. Pocałował matkę w siną rękę. Usiadł przy białym stole. Spod pochylonej głowy nie widać rozbieganych oczu szukających flaszki. Drżącą ręką rozkruszył opłatek. Podał matce i mnie.

Czasem łamanie się opłatkiem jest cięższe

od łamania kołem.

Kraków, 24 grudnia 1999

 

Czyta jeszcze raz. Litery nie tańczą ani nie wirują. Stoją karnie w szeregu, w kolejnych linijkach. Tak jak je ustawiła piętnaście lat temu. Kartka z zeszytu do fizyki. Pamięta to.

Grudzień w 1999 roku był smutny, zimny, ale nie mroźny. Tak. Zamiast białego puchu brunatna maź na niestarannie odśnieżonych chodnikach. I wiatr, który rozwiewał jej długie włosy. Anna z ciężką reklamówką wlecze się do przystanku autobusowego. Jest zmęczona. Uczyła się w nocy do klasówki z matematyki, potem osiem godzin w szkole, jeszcze zakupy. Nie zdążyła wpaść do domu na obiad. Na przystanku grupa obcych ludzi drepcze w mazi, facet w czerwonej kurtce spogląda nerwowo na zegarek. Przy słupie ogłoszeniowym stoi chłopak z sąsiedniej ulicy. Anna się uśmiecha. Chłopak już dawno się jej podoba. „To dobra wróżba, dzisiaj będzie dobry dzień”. Prostuje się, poprawia przykrótkie rękawy szarego płaszczyka. Kupiła go dwa lata temu w sklepie z używaną odzieżą. Przydałby się nowy. Może matka rzuci jakimś groszem, jak sprzeda te swoje koronkowe aniołkowe cudeńka. Nagle Anna zesztywniała. Zza rogu wytoczył się mężczyzna. Bełkocze przekleństwa pod nosem, w ręce trzyma zwiniętą w rulon gazetę i puszkę z piwem. Na kurtce ślady wymiocin albo wylanej zupy. Na nogach trampki. Zerwała się do ucieczki. Reklamówka zaplątała się jej między nogami i urwało się ucho. Pomarańcze rozsypały się, torebka z cukrem wpadła w błoto, opłatki wylądowały w kałuży. Nie zdążyła. Chuda, koścista ręka z czarnymi pazurami trzyma ją za przykrótki rękaw.  ̶ A dokąd to, kurwa, wybiera się panienka?! Co się szarpiesz, kurwa!? Trzymaj, trzymaj, kurwa. Twoje te pomarańcze? Kurwa, pojebało cię. Gdzie idziesz, zdziro?! – Anna czerwona ze wstydu i wściekłości w końcu wyrwała się z łap pijaka. – Gdzie? Wracaj, kurwa, wracaj! Ojcu pomóż! – facet w obrzyganej kurtce kopnął ją w tyłek i upadła w pośniegową breję. Podjechał autobus, przystanek opustoszał. Anna podniosła dwie pomarańcze, cukier i schyliła się po opłatki. Nagle z furią zaczęła po nich deptać. – Pieprzone opłatki! – deptała je mściwie, jakby nowo narodzony Jezus ze swoją uśmiechniętą i świętą rodziną był winien jej upokorzeniu. Ochłonęła. Pijany ojciec zniknął w bramie odrapanej kamienicy. Pozbierała połamane szare opłatki i wyrzuciła je do kosza.

W domu matka dziergała koronkowe aniołki, Anna postawiła brudną reklamówkę na stole w kuchni i szybko poszła do łazienki. Zdjęła płaszcz, z tyłu był odbity ślad trampka. Umyła twarz, szmatką wyczyściła płaszcz. Potem spojrzała w lustro. Nagle splunęła prosto w środek szklanej tafli. – Gówno jesteś. Jak twój tatuś. Gówno, gówno, gówno. Nie jesteś w stanie obronić się przed tym skurwysynem. Jesteś jak matka. Skul się, schowaj głowę w ramiona – szeptała do swojego odbicia – jeszcze uśmiech. Nie zapomnij, kurwa, o tym cielęcym uśmiechu.

Starannie wytarła lustro ręcznikiem ojca, uczesała włosy i wyszła z łazienki. Matka włożyła dwie pomarańcze do koszyka z jabłkami, odgarnia z czoła siwe pasemko włosów. Ma trzydzieści dziewięć lat. Cukier już przesypany do blaszanej puszki.

– Co to, torba ci się, dziecko, urwała? Takie słabe te torby robią teraz, pewno w autobusie ktoś o nią zawadził.

– Tak, w autobusie.

– Aniu, a opłatków nie kupiłaś? Zapomniałaś?

– Tak, zapomniałam, przepraszam, jutro kupię.

̶ Tylko nie zapomnij. Wigilia już pojutrze.

̶ Nie zapomnę.

Dzwonek. Anna przyciska oko do judasza. Woli tę nazwę niż wizjer. W judaszu zniekształcona twarz Agnieszki. Miały się razem uczyć. Ale to przecież dopiero za dwie godziny. I nie tutaj. Nie tutaj!

Anna otwiera drzwi z zamiarem spławienia Agnieszki, lecz roześmiana dziewczyna wchodzi z impetem do mieszkania i ściąga buty. Anna wyciera o dżinsy spocone dłonie.

̶ Cześć, wpadłam wcześniej, bo u mnie matuli odwaliła przedświąteczna gorączka i zarządziła mycie okien. W mieszkaniu zimno jak w psiarni. Wybyłam. Możemy tutaj się rozłożyć?

̶ Tutaj? Tutaj nie. Zaraz… zaraz przyjdzie hydraulik, poza tym mama źle się czuje, muszę do apteki. Idź do tej kawiarenki na rogu, ja tam przyjdę. Tak, tam przyjdę  ̶ Anna niemal wypycha zdziwioną Agnieszkę za drzwi. – Czekaj, buty chociaż zawiążę…

Trzask! Dźwięk rozbitego szkła i pijackie wrzaski słychać z dołu.

̶ Co to jest, kurwa, co to, kurwa, jest? Szklana, pojebana pułapka, kurwa, zaskarżę sukinsynów, przejebane u mnie macie, kurwa wszyscy, wszyscy. Aaa… Maryśka, Anka! Jesteście tam, chodź tu, chodź, kurwa, krew się leje, no chodźcie tu cipy, jedna z drugą!

„Nie zdążyłam”, myśli Anna.

̶ Jezu, co to?! – Agnieszka ma strach w oczach.

̶ Sąsiad. To sąsiad! Jak się napije to masakra. Mówię ci, idź już, idź!  ̶ Anna krzyczy. Agnieszka widzi, że sąsiad wchodzi do mieszkania Anny. Zastyga na chwilę, a potem zbiega ze schodów. W kawiarni na rogu czeka na Annę. Po godzinie płaci za kawę, zbiera zeszyty i wychodzi.

̶ Bandaż mi dajcie! Kurwa mać.

̶ Wejdź, tato, do łazienki, dywan pobrudzisz.

̶ Ja ci, kurwa, dam dywan, ja ci dam dywan! Ojca na ulicy na pośmiewisko zostawić, to umiała, dziwka jedna!

̶ Zygmunt, zostaw ją, zostaw ją. Błagam, Zygmunt, nie szarp! Zostaw ją!

Matka w łazience myje zakrwawioną rękę ojca. Anna delikatnie wyplątuje długie pasmo wyrwanych blond włosów i wyrzuca je do kubła na śmieci.

Wigilia. Anna spogląda w okno, nasłuchuje. Ojca nie ma już od tygodnia, pojawił się tylko przedwczoraj, rozbił szybę na klatce i poranił się. Z białym bandażem i w brudnej kurtce zbiegł ze schodów. W zdrowej ręce trzymał portfelik matki.

Matka gniecie ciasto na uszka, podsypuje mąką. Szczupłe palce pracują sprawnie. Mąka oprószyła sine wybroczyny jak puder. Ojciec przytrząsnął jej palce szufladą, gdy sięgała po nożyczki, żeby uciąć bandaż. Darł się, żeby zostawiła ten nóż, bo on nie da się zarżnąć, bo nie jest pieprzonym barankiem wielkanocnym. Anna patrzy w okno. Matka dosypuje majeranku do barszczu. Nuci kolędę: „Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem…”

W Betlejem to może i wesoła nowina. W Krakowie na Kochanowskiego, a już zwłaszcza pod siedemnastym, nie ma żadnych nowin. Żadnych! Kurwa, żadnych, a już na pewno żadnych wesołych!

Anna nasłuchuje. Trzasnęły ciężkie drzwi na dole. Tup, tup, tup. Biegną drobne nóżki. To dzieciaki Nowakowskiej.

Stary radziecki budzik pokazuje siedemnastą. Matka bez makijażu, ale w pięknej, czarnej sukience, którą dostała od ciotki Beaty w zeszłe wakacje. Pod szyją srebrny wisiorek. Włosy ciasno związane w kok i już żadne pasmo nie opada na czoło. Uśmiecha się, rozstawiając talerze. Jeden, drugi, trzeci… To dla zbłąkanego wędrowca. Patrzy na Annę przestraszonymi oczyma.

Trzask drzwi na dole. Anna sztywnieje. Te kroki pozna o każdej porze dnia i nocy. Ktoś jeszcze chodzi w grudniu w trampkach?

Zbliża się północ, jutro Boże Narodzenie, już za chwilę. Anna wyrywa kartkę z zeszytu do fizyki i pisze wiersz. Literki równo ustawiają się w szeregu. Linijka za linijką.

Wigilia.

Przyszedł…

̶ Proszę pani, proszę pani – głos pielęgniarki przywołuję Annę do rzeczywistości na szpitalnym korytarzu.  ̶ Może się pani pożegnać z tatą.

Anna spogląda na wychudzoną, żółtą, nieogoloną twarz. Przez ostatnie piętnaście lat ojciec golił się codziennie. Wyjmuje z reklamówki piankę do golenia i maszynkę. Powoli, dokładnie goli jego policzki. Niewprawnie, ale chce to zrobić sama.

Myśli płyną spokojnie. Golił się codziennie. Nawet wtedy, gdy tłukł głową zawiniętą w koc o ścianę i błagał matkę żeby go zabiła. Jak tylko odpięli go z pasów i mógł wstać po detoksie – poszedł do łazienki i ogolił się. Kiedy rzygał, to potem golił się i płukał usta wodą z solą. Gdy wił się, majacząc, nerwowo pocierał sztywne włosy na brodzie. Zaraz potem się golił.

Gdy skończył wyć i rzucać sztuczną szczęką w zamknięte okno – oblewał się lodowatą wodą i golił się. Kiedy roztrzaskał szufladę z lekami, z której matka usunęła spirytus salicylowy, tę samą, którą kiedyś przytrzasnął jej palce, więc gdy ją roztrzaskał o drzwi łazienki, to potem się ogolił. Gdy robił setną pompkę i pięćdziesiąty przysiad, gdy śmierdzący pot zalewał go od czubka głowy do bosych stóp – był ogolony. Tak samo jak wtedy, gdy codziennie rano biegał w parku.

Gdy umierała matka, siedział przy jej łóżku ogolony u szpitalnego fryzjera. Spokojny i cichy. Ogolony przyszedł na uroczystość rozdania dyplomów, gdy skończyłam studia i ogolony chodził codziennie do pracy w instytucie. Gdy wylał do zlewu butelkę wódki, którą dostał od studentów, mówiąc do Anny, że to toast za długie życie pewnej poetki – był ogolony. Gładki jak niemowlęca pupa.

Pogrzeb zorganizowała szybko, jeszcze przed wigilią. W zakładzie pogrzebowym „Styks” miła pani pokazuje Annie świeżo wydrukowane klepsydry. – Proszę sprawdzić – prosi, delikatnie się uśmiechając. Anna czyta: Dr Zygmunt Kossowski, najukochańszy ojciec, żył lat 56, zmarł po długiej i ciężkiej chorobie… Pogrzeb odbędzie się… Pogrążona w żalu córka Anna.

̶ Tak, dziękuję. Dobrze. Mam jeszcze jedną prośbę.

̶ Tak, słucham? Czym mogę służyć?  ̶ uśmiech nie schodzi z jej ust.

̶ Proszę to włożyć do trumny ̶ Anna podała kobiecie opłatek zawinięty w kartkę kratkowanego, poszarzałego papieru.

                                                                                                                           Monika Rosiek



Opowiadanie uhonorowane I nagrodą w ogólnopolskim konkursie literackim „Dzień ostatni, dzień pierwszy” w łodzie i grudniu 2015 r. 



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio