Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

Pisarz zawsze jest na emigracji

Z Nataszą Goerke rozmawia Adam Bienias


Adam Bienias: Przygotowując sie do tej rozmowy sięgnąłem po zbiór opowiadań Dryfując przez granicę. Polsko – ukraińskie Euro 2012. Kilka lat temu podczas Europejskiego Stadionu Kultury w Rzeszowie promowała pani tę książkę. W opowiadaniu Piłka nożna a sprawa polska opublikowanym w tym zbiorze czytamy: „Nasza literatura zrodziła noblistów [...]. Najbardziej dumni jesteśmy jednak z poetów. Poeci są zdecydowanie płodniejsi od prozaików i rzadziej od nich emigrują, przynajmniej w ostatnim czasie... Bądź co bądź niemal każdy młody Polak pisze wiersze. Niektórym to z wiekiem mija, niektórym zostaje do śmierci, a niektórzy przy tym nie piją…”. Odnosząc się do tego fragmentu, chciałem zapytać o dwie rzeczy. Wiem, że Pani także pisała wiersze. O czym one opowiadały i czy można powiedzieć, że były wprawką do późniejszych książek? Po drugie: dlaczego zdecydowała się pani na emigrację?

Natasza Goerke: Napisałam w życiu trzy wiersze: jeden w wieku dziesięciu chyba lat, o poznańskim tramwaju, potem jeden o czerwonym samochodzie oraz sonet o Czarnej Łapie. Wszystkie one przepadły, bo za czasów pierwszego nie było Internetu, a dwa ostatnie utopiły się wraz z moim laptopem. Jeśli więc rozumieć poetę jako osobę piszącą wiersze, to nią raczej nie jestem. W innym znaczeniu też zresztą nie, bo nie widzę w sobie zbytniej skłonności do liryzmu. Na drugie pytanie nie odpowiem, bo na nic się nie decydowałam, tylko tak się ułożyło życie. Od lat dzielę je zresztą na Niemcy, Polskę i Nepal.

Jak z perspektywy emigrantki wygląda polska literatura? Czym możemy się pochwalić, a czego jej brakuje?

– Polska poezja współczesna jest wspaniała, nawet nie zacznę nikogo wymieniać, bo lista jest długa i na pewno kogoś pominę. A współczesna proza też coraz lepsza, zwłaszcza opowiadania. Prowadzę w Wydawnictwie Czarnym dwa razy w roku warsztaty pisania i jestem pełna podziwu dla młodych pisarzy. Tworzą prozę błyskotliwą, inteligentną, czujną, pełną humoru, co nie zubaża jej głębi. Jak to wszystko dopieścić jeszcze językowo, to jest się z czego cieszyć.

Każdy pisarz ma swoją listę najważniejszych ksiażek. Takich, które go ukształtowały, były ważne w dzieciństwie i na studiach. Mam na myśli książki, które towarzyszyły nam w ważnych momentach, ale i takie, które stanowiły dla nas pewną inspirację. Ma pani taką listę?

Pan Samochodzik Zbigniewa Nienackiego, Król Maciuś Pierwszy Janusza Korczaka; twórczość takich autorów, jak Hermann Hesse, Comte de Lautrémont, Gabriel García Márquez, Julio Cortazar i jego opowiadania, Kurt Vonnegut, Michaił Bułhakow, Bohumil Hrabal, Heller, Pessoa, Bursa, Boris Vian, Michaux, eseje Audena i Brodskiego, Leo Lipski, reportaże Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego. Podaję pierwsze z brzegu, z tamtych czasów. Niektóre zostały do dziś.

Pozostańmy w takim razie przy tych inspiracjach. Schulz, Witkacy, Gombrowicz – który z nich byłby pani najbliższy? Krytycy wielokrotnie wskazywali u pani takie inspiracje, jak oświeceniowa powiastka, przebrana w nowoczesny kostium, Charms, Tabucchi. Wskazywano surrealizm, postmodernizm. To „szuflady”, czy może trafne spostrzeżenia?

– Tabucchi jest cudowny, ale jego Perreira pojawił się później, a Schulza zapomniałam wymieić, choć od zawsze był dla mnie bardzo ważny. Co do innych inspiracji… Nie wiem, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś przypisuje pisarzowi inspiracje, to dla mnie po prostu znaczy, że się z innym pisarzem kojarzę. To wszystko.

A sny bywają dla pani inspiracją?

– Bardzo często.

Wydaje mi się, że nie tylko sny są w pani twórczości czymś istotnym. Kiedy myślę o pani opowiadaniach, to wydaje mi się, że szczególnie ważna jest dla pani forma. Przemysław Czapliński, charakteryzując twórczość najważniejszych pisarek zaliczanych do nurtu współczesnej prozy kobiecej, uznał, że dokonałyście demontażu pewnych stereotypów u Filipiak stereotypów rodzinnych, u Gretkowskiej związanych z narodem, u Rudzkiej erotycznych, zaś u pani – formalnych.

– Forma jest adekwatna do treści. Wszystko zależy, co akurat piszę, o czym i o kim. Nie widzę tu szans na uogólnienie.

Krytycy wielokrotnie nazywali panią mistrzynią małych form. Nigdy nie chciała pani stworzyć powieści?

– Przenigdy! (śmiech)

Powiedziała pani kiedyś, że świadomie kaleczy język polski..... Na czym to polega i czy nadal „kaleczy” pani polszczyznę? (śmiech)

– Nie pamiętam tej wypowiedzi i nie uważam jej też za mądrą. Co najwyżej dopasowuję język do potrzeb tekstu, ale to raczej już zabieg świadomy i techniczny. I nie kaleczenie, ale formatowanie.

Powróćmy w takim razie do krytyków. Są pisarze, którzy mają ich w nosie, ale są i tacy, jak na przykład Olga Tokarczuk, która kiedyś przyznała się do tego, że liczy się z ich zdaniem, a „każdy gorszy tekst to woda na młyn dla tych nienawistników”. Przemysław Czapliński, który bardzo chwalił pani prozę, pisał też, że pani opowiadania „po 10 stronach intrygują, po 20 przerażają, po kolejnych 10 nudzą”. Takie słowa bolą, czy może są pewnego rodzaju pochwałą? Może Czaplińskiemu chodziło na przykład o zróżnicowane emocje... (śmiech)

– Pewnie miał na myśli Fractale. To był debiut i rzeczywiście, wszystko jest tam trochę na jedną nutę. Kiedy teraz patrzę na tę książkę, to był to raczej tomik wierszy o tym samym, zoomowanie, kadrowanie życia niż zbiór opowiadań. A co do krytyków ogólnie, to oczywiście, że nieprzyjemnie jest słyszeć, że się coś kiepsko zrobiło. Tyle, że to tyczy wszystkiego, nie tylko książek. Książki, tak jak wszystko, wychodzą raz lepiej raz gorzej i trzeba z tym żyć.

Którą ze swoich książek lubi pani w takim razie najbardziej i z której jest Pani najbardziej dumna? 47 na odlew krytyka doceniła chyba najbardziej....

– Jeśli już, to Pożegnania plazmy. Ale tak naprawdę to tą, którą właśnie piszę.

Jak wyobraża sobie pani w takim razie swojego czytelnika? To jest taki zwykły zjadacz chleba, czy może człowiek, dla którego tekst literacki jest pewnego rodzaju zagadką i labiryntem?

– Nie mam pojęcia. Targetem może być każdy, kto rozumie moje aluzje, metafory, metajęzyk, poczucie humoru.

Zapytam o literaturę niemiecką. Kogo poza Goethem poleciłaby pani polskim czytelnikom?

– Nie odpowiem, za mało czytam niemieckich książek.

W takim razie zapytam o pisanie. Na emigracji pisze się inaczej? Czy inaczej spogląda się na polskie sprawy?

– Pisarz tworząc zawsze jest na emigracji tak to widzę. Dystans do tematu jest fajnym katalizatorem, ale do tego nie trzeba nigdzie wyjeżdać.

Zgodzi się chyba pani z tym, że pisze pani rzadko. Wydaje mi się, że nie traktuje pani pisania jako pracy. Wiesław Myśliwski na przykład otwarcie mówi, że książkę pisze średnio raz na 10 lat, bo do powieści trzeba się przyłożyć i tak sobie postanowił. Jak jest w pani przypadku?

– Podobnie, choć peszy mnie porównanie z Myśliwskim. Ja zresztą piszę nieustannie, tyle że większość tego wyrzucam, bo uważam, że jest kiepskie.

Czego zatem mogą spodziewać się czytelnicy i miłośnicy pani prozy? Nad czym pani teraz pracuje?

– Są to dwie książki. Jedna z nich to eseje o Nepalu dla Wydawnictwa Czarne, druga zaś kapie powoli i są to opowiadania, ale ich pisanie potrwa jeszcze pewnie z rok.

– Życzę więc sił do pracy i czekam na pani nowe książki.

Rzeszów, lipiec 2015 r.



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio