Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

Ermanno Cavazzoni

Z tomu opowiadań Krótkie żywoty idiotów (1994)



Trzej Królowie

Wiele osób uważa, że Jezus był kosmitą. Przez całą swoją dorosłość – to znaczy od dziewiętnastego roku życia aż do śmierci, która nadeszła zaraz po pięćdziesiątce – twierdził tak również Rafael Drzekot. Jego przypadek jest najlepszym dowodem na to, do jakiego stopnia pogląd oparty na irracjonalnych przesłankach może zrujnować komuś życie. Według niego istniały dwie wersje wydarzeń: albo Jezus był pozaziemską istotą, która spadła z pocisku rakietowego w noc Bożego Narodzenia, albo też przybyszem z obcej planety, wykluczonym ze społeczności ufoludkiem porzuconym na Ziemi po wylądowaniu latającego spodka przez trzech płatnych morderców przebranych za Trzech Króli, którzy następnie wrócili na pokład i słuch po nich raz na zawsze zaginął.

Rafael Drzekot był człowiekiem gotowym prowadzić dyskusję na różne tematy i skłonnym do kompromisu w każdej kwestii za wyjątkiem Trzech Króli. Według niego Jezus stał się w pewnym sensie mieszczuchem. Z biegiem lat upodobnił się do nas, zwykłych śmiertelników, wszak porzucono go, kiedy był jeszcze dzieckiem. Z punktu widzenia czystości rasy ustępował zaś Trzem Królom. Trzeba by też sprawdzić, czy owym płatnym mordercom z kosmosu zdarzyło się jeszcze od tamtego czasu odwiedzić Ziemię i coś na niej porzucić.

Problem polegał na tym, jak to wszystko pogodzić z marksizmem, którego Drzekot był gorliwym wyznawcą. On sam nie widział w tym żadnej sprzeczności. Jego życie jednak było niekończącym się pasmem sporów i nie mógł liczyć na zrozumienie. Zdaniem marksistów Trzej Królowie to była tak zwana nadbudowa. Ta opinia wyzwalała w nim negatywne emocje – w odruchu bezzasadnej złości rzucał się z pięściami zwłaszcza na teoretyków i co bardziej zagorzałych zwolenników partii. Przekonywał marksistów, że w gruncie rzeczy on też jest ateistą i że wiara w latający spodek wcale nie stoi w sprzeczności z marksizmem, co więcej – rozszerza wpływy ideologii na gwiezdne przestrzenie. Zasadniczy sprzeciw z ich strony dotyczył obecności trzech wielbłądów. „To dlaczego w takim razie – pytał Siccardi, sekretarz komórki partyjnej – Trzej Królowie przybyli akurat na wielbłądach, a nie na rakietach?”. Rafael Drzekot odpowiadał wtedy, że marksizm wykazuje po prostu niesprawiedliwe uprzedzenia w stosunku do wielbłądów. Zresztą jakie ci marksiści mają pojęcie na temat systemu napędów kosmicznych? Ówczesne lata cechowała wysoka nietolerancja polityczna, jedynie słuszną wykładnią byli Marks i Engels, nietrudno zatem było o rękoczyny dla dowiedzenia swoich racji. W 1952 roku Drzekotowi złamano lewą rękę, a kilka miesięcy później on sam złamał rękę pewnemu księdzu. Za każdą wyrządzoną przez marksistów krzywdę mścił się w taki sam sposób na kapłanach. Było to coś w rodzaju kompensacji psychicznej, będącej wówczas również nowym pojęciem w nauce, zupełnie jakby księża byli dla marksistów workiem treningowym do odreagowania nerwów. W obronie swojej teorii o pochodzeniu Trzech Króli Drzekot stracił nawet kilka zębów. Z reguły jednak już po pierwszej wymianie zdań zarząd partii oraz sekretarz we własnej osobie powalali go na ziemię, on sam zaś w miarę możliwości starał się im wyrwać, rozdawał ciosy, wierzgał nogami i kopał na oślep. W obliczu znacznej przewagi liczebnej – wszyscy na jednego – udawało im się przekonać go do swoich racji i uciszyć, dzięki czemu mogli dalej prowadzić obrady. Wiedziony złością wyruszał następnego dnia na poszukiwanie księży. Jeden wystarczyłby do wyrównania rachunków. „Trzej Królowie podróżowali na rakietach” – twierdził. Na te słowa napotkani księża nie kryli strachu i natychmiast brali nogi za pas, bo i do nich doszły słuchy, kto zacz i czym grozi konfrontacja z takim zajadłym wrogiem duchowieństwa. Drzekot domagał się teologicznej dyskusji, do której jednak nigdy nie dochodziło, potrafił on bowiem odczytać z wyrazu twarzy księdza jego konformistyczne i zacofane poglądy w kwestii Trzech Króli. Bywało, że księża chowali się przed nim w konfesjonałach, ale on i tak ich znajdował i zadręczał wciąż tym samym pytaniem: „Kim są Trzej Królowie”? – krzyczał i walił pięściami w drewno, aby wypłoszyć kapłana z kryjówki. Trzeba tu powiedzieć, że jeśli duchowny był sam, Drzekot nie miał z tym większych problemów, ponieważ konfesjonały na ogół były z cienkiego drewna. Tyle tylko, że zazwyczaj księża nieczęsto bywają sami, od razu więc przybywały z odsieczą posiłki wiernych i kleryków. Wtedy Drzekot przerywał natarcie. „Ja chcę tylko wiedzieć – mówił – dlaczego w ogóle zaprzeczacie możliwości istnienia latających spodków?”. Wszyscy wiedzieli, że Drzekot jest marksistą, co stanowiło barierę. Dlatego Drzekot pozostał przez całe życie odludkiem, często trafiał na komisariat, zdarzały mu się kryzysy tożsamości politycznej: to wszystko raz wpędzało go w ostentacyjne milczenie, raz w niepohamowany słowotok o silnikach rakiet czy wielbłądach Trzech Króli.

W 1960 roku doszło do interesującego zdarzenia: otóż w trakcie jednej ze swoich wypraw w poszukiwaniu księży Drzekot spotkał duchownego, który okazał się mieć dlań właściwości ozdrowieńcze. A jeszcze ciekawsze jest to, że duchowny ten – o ironio! – nazywał się Drzepies. Wielebny Drzepies był leciwym, emerytowanym wiejskim proboszczem, który palił jak smok. I miał taką oto teorię: twierdził, że Marks i Engels byli wymysłem marksistów i że w jego mniemaniu nigdy nie istnieli, a dowodem na to miały być ich sztuczne portrety, do których myśliciele pozowali w sztucznych, prawdopodobnie wypożyczonych brodach. Podejrzewał, że na pomysł ten wpadło dwóch braci, szeregowych i nikomu nieznanych marksistów, przy okazji jednego rautu z innymi marksistami. Według wielebnego Drzekota dwaj bracia przyszli do zakładu fotograficznego już z przyczepionymi brodami. To było na rękę całemu ruchowi marksistowskiemu, który oba portrety obnosił z lubością podczas pochodów, choć wszyscy dobrze wiedzieli, że broda jest przylepiona i dodatkowo umocowana na gumce i że bracia to jednojajowi bliźniacy, skrywający się pod pseudonimami Marks i Engels.

Wielebny Drzepies spacerował z Drzekotem w przyjaznej atmosferze, dyskutując to o Trzech Królach, to o Marksie i Engelsie, jednakże bez wzajemnej ingerencji w przekonania. Istniał między nimi niepisany pakt o demokratycznym poszanowaniu zakresu własnych kompetencji. Widywano ich razem na ławce, często siedzieli w milczeniu. Zabawne, że jeden nazywał się Drzekot, a drugi Drzepies, obaj żyli w Varese przynajmniej do 1965 roku.



Kochankowie samobójcy

Niejaka Marietta, kobieta zamężna i nieszczęśliwa, miała kochanka, który też był nieszczęśliwy. Ich nieszczęściu winna była nie tylko udręka wynikająca z potajemnej relacji, lecz przede wszystkim ich indywidualne cechy charakteru. Właściwie spotykali się tylko po to, by wzajemnie się zamartwiać i płakać. Kochanek Marietty nazywał się Paride Germi. Obiecał swojej kochance, że któregoś dnia oboje odbiorą sobie życie w hotelu, na co Marietta (której nazwisko panieńskie brzmiało Nosèi) rzuciła mu się na szyję i tonąc we łzach rzekła: „Obiecaj mi to!”. Wówczas Paride Germi odpowiedział: „Obiecuję”. Warto zauważyć, że gdyby mieli inny temperament, mogliby być normalnymi albo prawie normalnymi kochankami. Jednakże oni upajali się nieszczęściem tak samo jak niektórzy upajają się szczęściem.

W końcu umówili się na spotkanie w hotelu „Regina” przy ulicy Makallè, o dziesiątej rano. Paride Germi miał ze sobą pistolet. Prawdopodobnie najpierw chciał zastrzelić Mariettę, a później – spocząwszy w łóżku obok niej – siebie. Jednakże pierwszy strzał – zgodnie z późniejszymi ustaleniami policji – przez przypadek padł zbyt wcześnie i pocisk nieszczęśliwie przestrzelił nogę mężczyzny. Paride strzelił potem do Marietty, która patrzyła nań błagalnie i szlochała. Ale pistolet był stary i nie wypalił. Naboje pochodziły jeszcze z czasów II wojny światowej, była to amunicja kalibru dziewięć milimetrów z demobilu, a mosiądz, jak się później okazało, zdążył się już utlenić. Paride Germi zeznał potem, że wyżej wspomniana Marietta rozpaczliwie całowała go po rękach, błagając, by czym prędzej ją zabił. Pistolet był automatyczny, więc mężczyzna musiał go przeładować, niewiele jednak widział, bo łzy napływały mu do oczu, Marietta zaś uwiesiła się na nim, szlochając; wtedy pistolet niespodziewanie wypalił i pocisk przedziurawił but i stopę mężczyzny. O ile poprzedniego strzału w udo prawie nie poczuł, to tym razem przeszył go ostry ból. Rozległo się pukanie do drzwi, bo oba strzały narobiły sporo hałasu. Paride Germi, wykazując dużą trzeźwość umysłu, odpowiedział, że on także je słyszał. „Skończ ze mną!” – krzyczała Marietta, wypowiadając w miłosnej gorączce także inne słowa. Germiemu zrobiło się słabo, zwłaszcza na widok zakrwawionego buta. Tymczasem padł kolejny strzał. Podczas przesłuchania Paride Germi tłumaczył, że nie zna się na broni, że nigdy wcześniej jej nie używał, a ten pistolet ma śliską rękojeść i wadliwy spust. Na dodatek trzęsły mu się ręce, bo wiedział, że sprawy zaszły za daleko. Pocisk przeszył ścianę i rozbił lustro w sąsiednim pokoju, w którym jeden z hotelowych gości zaczął wzywać pomocy. Zanim jednak portier, bagażowy i ochroniarz Silvio Mèsoli wyważyli drzwi, Paride Germi zdążył strzelić ostatni raz, mierząc do celu z większą dozą spokoju. Twierdził, że był w amoku, w ogóle plótł jakieś głupstwa. Zamiast trafić w pierś Marietty, ponownie przedziurawił ścianę. Następnie został obezwładniony i rozbrojony, nie stawiał przy tym żadnego oporu i oddał pistolet, w którym były jeszcze dwa naboje.

Sąd skazał go za usiłowanie zabójstwa, uwzględniając okoliczności łagodzące zajścia. Mężczyzna doznał trwałego paraliżu stopy. Do zdarzenia doszło w Genui 6 października 1950 roku i po dziś dzień się o nim mówi.



Niepotrzebni pisarze (2002)

1

Był sobie pewien pisarz, który żył z dmuchaną lalką. Tu wcięta, tam wypięta, i poza tym że, się nie odzywała ani nie ruszała, to w niczym nie ustępowała prawdziwym kobietom.

Pisarz ten dość często widywał się ze swoimi kolegami po piórze, z których każdy miał własną lalkę. Wszyscy spędzali czas na rozmowach w salonie lub w jadalni, ich dmuchane lalki zaś siedziały razem w drugim pokoju, wiadomo przecież, że nie mogły ani jeść, ani uczestniczyć w dyskusji. Przyjemnie jednak było na nie popatrzeć. Wydzielały charakterystyczną fiołkową woń, zapach świeżej gumy, bardziej intensywny w miejscach intymnych. Wyczuwało się go nawet wtedy, gdy lalki były ubrane. Pomimo dużej różnorodności zapachów – każda lalka bowiem pachniała inaczej – wszystkie miały domieszkę fiołka wonnego, co tłumaczyłoby unoszącą się w powietrzu woń wyuzdania. Od czasu do czasu docierała do pisarzy i łaskotała ich nozdrza, oni zaś siedzieli niewzruszeni, paląc papierosy i rozmawiając. Nastrój zadowolenia udzielał się nie tylko pisarzom, ale i lalkom, uradowanym takim porządkiem świata. Były one też zadowolone – jeśli można tak powiedzieć – z siebie nawzajem, a także ze swoich pisarzy. Nie przywiązywały wagi do takich drobiazgów jak to, czy pisarz jest łysy czy włochaty, młody czy stary, karłowaty czy średniego wzrostu. Nie miało nawet znaczenia, czy byli to pisarze traktujący swój fach pół serio czy też półanalfabeci. Być może wyda się to oczywiste – wszak mowa o dmuchanych lalkach – ale pisarze mieli na nie bezustanne baczenie: pilnowali, czy się nie garbią, czy przyjmują pozę, którą ma wyrażać coś w rodzaju zmysłowego onieśmielenia, czy nie ulatuje z nich powietrze, bo wtedy lalka nie tylko wiotczała, a co za tym idzie upodabniała się do sfatygowanej małżonki, ale zanieczyszczała też atmosferę, która miast wonią fiołka wonnego, nasycała się odorem jelita w nieładzie, tak silnym, że każdy pisarz musiał osobiście obwąchać swoją towarzyszkę, by sprawdzić, czy nie jest przedziurawiona, co wiązałoby się z koniecznością oddania jej do wulkanizatora.

Pisarze mają jednakową wadę: niełatwo im dogodzić. A przecież mogliby wieść spokojne życie bohemy. Pewnego dnia jeden z nich – w sumie było ich czterech – przyszedł na spotkanie z dmuchanym z pisarzem. Zrobili mu miejsce. Nie oczekiwali żadnych przemówień ani wystąpień ze strony nowego kolegi, bo jakżeby mógł cokolwiek powiedzieć? Przecież był z gumy! Niemniej jednak widać było, że jest inteligentny, przysłuchiwał się rozmowie z szeroko otwartymi oczami, nie wchodził innym w słowo. Pisarzom wydało się oto, że zyskali wychowanka. Obca mu była młodzieńcza buńczuczność właściwa awangardzie, nie miał w sobie ani krzty pychy cechującej ludzi o ciasnych umysłach, nie był też karierowiczem szukającym za wszelką cenę poklasku. Dzięki temu był przez wszystkich lubiany. Nawet gdy koledzy literaci pogrążali się w milczącej zadumie lub gdy zapadała cisza, niezbędna, by duch pisarski mógł wznieśc się na wyżyny, dmuchany pisarz siedział bez słowa na swoim miejscu niczym pilny, posłuszny uczeń. Bo co innego miałby robić?! – od razu na usta ciśnie się pytanie. Cała czwórka literatów zdawała sobie z tego sprawę, bo kto jak kto, ale akurat pisarze nie ulegają byle złudzeniom. Z drugiej strony obecność ucznia słuchającego z wybałuszonymi oczami (których w ogóle nie przestawał wybałuszać) ich hermetycznych wywodów – żaden z nich bowiem nigdy nie wyrażał się w sposób jasny – dodawała pisarzom owej intelektualnej otuchy, której w innym miejscu i w innych okolicznościach z powodzeniem dodawały im dmuchane lalki.

Ze względu na łatwą dostępność dmuchanych pisarzy, których można było kupić u sprzedawców kajaków, kamizelek ratunkowych i tym podobnych artykułów, a także z uwagi na ich niską cenę, podyktowaną tym, że w odróżnieniu od lalek ich narząd płciowy odznaczał się prostotą, pisarze zaczęli odtąd zabierać na swoje wieczorki literackie jednego albo nawet kilku podopiecznych, którzy w mgnieniu oka – pobudzeni sprężonym powietrzem – z należytą uwagą, zdumieniem i nabożnością byli gotowi śledzić wywody swoich mistrzów. Aż miło było na nich patrzeć! Wkrótce w spotkaniach uczestniczyło już dziesięciu uczniów; pełni zachwytu słuchali z szeroko otwartymi oczami czterech pisarzy, którzy rozprawiali o tym, jak odkryli w sobie pisarską wenę, o powołaniu, które narodziło się zbyt wcześnie, ale należało już przecież do odległej przeszłości, a także o seksie; właśnie tak, o seksie rozprawiali bardzo dużo, czyniąc z tego zagadnienia przedmiot swoich wykładów. Czasem wyglądało to tak, jakby dmuchany pisarz przeprowadzał wywiad. Pisarze z natury są próżni, a na starość nawet bardzo próżni, opowiadają więc z dumą o podróżach dookoła świata ze swoimi lalkami, spędzonych w oparach fiołkowej woni na seksualnych igraszkach z rozlicznymi otworami regulowanymi pompką. To bardzo osobiste literackie wspomnienia.

Okres, w którym prowadzili swoją, nazwijmy to, działalność prozelicką, trwał dość długo. Trwał wiele lat i – jak sami stwierdzili – wcale nie na darmo. Uczniowie jednak nie byli najlepszej jakości, w związku z czym co jakiś czas nieoczekiwanie pękali. Nie było to wcale przyjemne. Odgłos uchodzącego ze świstem powietrza, jakby prychnięcie, choć pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia, wprawiał pisarzy w szczery smutek i odbierał ochotę na cokolwiek. Jeżeli w tym samym czasie wiotczała także jakaś lalka, w powietrzu unosił się smród zgniłego fiołka wymieszany z zapachem gumy, zbliżony do tego, jaki wydzielają jelita prawdziwych uczniów i prawdziwych kobiet.

18

Był sobie pewien pisarz, Węgier z pochodzenia, który przeczytawszy dzieła Leopolda von Sacher-Masocha poświęcone perwersjom seksualnym, sam zapragnął zostać masochistą. Poprosił więc swojego kolegę po piórze, by ten wybatożył mu tyłek, co tamten i owszem zrobił, lecz bez szczególnego zaangażowania. W rzeczy samej nie miał do tego ręki i wymierzone przezeń razy były czysto symboliczne.

„Mocniej!” – wołał węgierski pisarz. „Chcę wreszcie poczuć, czym jest ten cały masochizm!”. Kolega jednak sprzeciwiał się publicznemu pokazywaniu tyłka. Na co węgierski pisarz odpowiadał, że przecież trudno przeciwstawiać się autentyzmowi literatury. „Podważasz wartość Masocha?” – pytał z wyraźnym oburzeniem Węgier. „Sam nie wiem” – odpowiadał z wrodzoną nieśmiałością intymisty jego kolega (był to bowiem pisarz intymista). „Wszak tyłek to prywatna sprawa. Ja mogę to uznać. Ale ty chcesz się nim chwalić”. „Że co? Ja się niby nim chwalę? Domagając się razów?” – odparł ze złością węgierski pisarz, zrywając się na równe nogi, coraz bardziej wściekły z racji tych kaznodziejskich i świętoszkowatych morałów. Następnie chwycił za pejcz i w jednej chwili ściągnął koledze spodnie. „Już ja ci pokażę!” – wydarł się i, przyciskając mu stopą szyję, zaczął go bezlitośnie chłostać: „A masz, rozumiesz wreszcie czy nie? A masz!” – wrzeszczał. „Zrozumiałem, już zrozumiałem!” – słychać było bolesną skargę. Jednak jako słabeusz i intymista skarżył się po cichu, zwracając się do swojego kolegi per ty: „Zrozumiałem, masz rację” – szeptał przy każdym kolejnym uderzeniu.

Po czym wszystko zaczynało się od początku: „Chłostaj mnie!” – wołał, lecz jego kolega po piórze czynił to dość niechętnie. „Beztalencie!“. „No bo niedobrze mi się robi na widok twojego tyłka, toż to sama skóra i kości!” – słyszał w odpowiedzi. „Co chcesz przez to powiedzieć?”. „No to, że jest taki kościsty, a po drugie krępuje mnie, że inni patrzą”. Co ty wygadujesz?!” – wykrzykiwał węgierski pisarz, poirytowany tym, co usłyszał. „Ty żółtodziobie, ty pisarzyno! Nie wiem, co mnie jeszcze powstrzymuje przed tym, żeby spuścić ci manto po raz kolejny!”. Chwycił więc pejcz, cisnął na ziemię węgierskiego pisarza i batożył go zajadle przez cały kwadrans, miał bowiem nieodparte wrażenie, że kolega wciąż jest nie dość przekonany.

Trzeba powiedzieć, że pisarz masochista miał bardzo twardy tyłek, jak jego węgierscy koledzy po piórze, którzy pokonywali konno rozległą pusztę. Tyłek zaś drugiego pisarza był pulchniutki i biały jak umączona twarz piekarza, w związku z czym wyraźnie rysowały się na nim czerwono-purpurowe pręgi, co skądinąd było zgodne ze wskazówkami zawartymi w książce von Sachera-Masocha. Nazajutrz pisarz węgierski znów chodził rozjuszony. „Sprowadź mi tu jakiegoś innego pisarza!” – powiedział. „Ale takiego, który nie będzie mnie oszczędzał. Muszę koniecznie zgłębić zagadnienia opisane przez von Sachera- Masocha”. I oto pojawił się inny kolega po piórze, co namniej tak samo wstydliwy jak jego poprzednik, tyle że postmodernista. Gdy zobaczył z daleka mocno przetrzepany, nieszczęsny tyłeczek Węgra, taki go strach obleciał, że aż upuścił pejcz. Węgier zaczął wrzeszczeć: „Ty pisarczyku afektowany!” – i plask na tyłek! „Ty pisarczyku ckliwy i wydelikacony!” – i plask po raz drugi! „Ty pisarczyku współczesny!” – i wołał tak przez bite (nomen omen) dziesięć minut, póki nie ustał jego gniew.

Wkrótce jednak stało się to jego nawykiem (mówiono, że wszedł w rolę) i wraz ze swoim asystentem chodził chłostać innych pisarzy, którzy ochoczo wypinali przed nim tyłeczki. A gdy wymierzał im razy, stosował zwroty typowe dla krytyków literackich: „Pisarczyku ludożerco!” – wyzywał jednego mięczaka, który leżał wypięty na stole. „Pisarczyku ludożerco!” – i pisarz w ciągu kilku minut miał malinowy tyłek. „Ałć!” – protestował tamten, ale jak protestuje ten, kto świadomie wystawił swój tyłeczek na pośmiewisko i tak jakby czekał od dawna na takiego Węgra czy kogoś podobnego. Przecież i tak ten tyłek jest dla wszystkich niewidoczny.

„Panie pisarczyku od siedmiu boleści, minimalisto jeden!” – mówił z kolei do innego pisarza. „Stoję i czekam”. A tamten zawstydzał się od razu. „Teraz grzecznie zsuniesz portki”. „Ale jakże to?!” – wykrzykiwał pisarz minimalista. Wówczas działo się to, co zwykle, a mianowicie pisarz, okazując całkowitą lub częściową uległość, dawał wyraz duchowej gotowości do chłosty.

Węgierski pisarz miał długą listę takich pisarzy: byli to pisarze poniżej jakiegoś roku życia, pisarze nowego Tysiąclecia, pisarze zdziczali i wielu innych (nie chciałbym zbyt urazić naszych czytelników). Krążył po mieście i po sąsiednich miejscowościach z pejczem w torbie, przedstawiał się jako sprzedawca mydełek, mówiąc przy tym: „Jestem Węgrem, nadszedł dzień rozrachunku”. Pisarze, ludzie z zasady bezwolni, nie odmówili mu ani razu, tak samo jak nie odmówiliby, gdyby stanął przed nimi baron Leopold von Sacher-Masoch we własnej osobie.

Ermanno Cavazzoni

Przekład: Gaia Bisignano, Julia Gierczyk, Karolina Gieroś, Katsiaryna Karachun, Anna Ligaj, Monika Maciejewska, Barbara Owsiak, Edyta Raczyńska, Wiktor Węglewicz, Marcin Wyrembelski. Opieka translatorska: Marcin Wyrembelski    



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio