Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Krystian Piwowarski


Jak zostałem rewolucjonistą



 Nikogo nie obchodzi los biednych ludzi. Biednych ludzi mają w dupie średnio bogaci, bardzo bogaci, cholernie bogaci, biednych mają w dupie sami biedni, a następnie mają ich w dupie politycy i artyści i dlatego biedni sami muszą się wygrzebywać na powierzchnię, co jest praktycznie niewykonalne, bo do tego trzeba mieć pieniądze i poparcie. Najwięcej pretensji można mieć do artystów, bo mówi się, że jeszcze tylko oni zachowali zdolność odczuwania. Ale to chyba dotyczyło dawniejszych czasów, na przykład drugiej połowy lat czterdziestych i włoskich filmowców neorealistycznych. Bilans drugiej wojny to pięćdziesiąt milionów trupów, drugie tyle kalek, trzecie tyle wariatów i gruzy pod same niebiosa, pod same stopy Boga, który musiał mieć chyba z tego powodu głupią minę, że dopuścił do podobnej nędzy, do takiego upadku istoty, którą sam stworzył. Frajer. Aktualnie nic takiego się nie dzieje i poważna sztuka nie ma się czym karmić, więc biedni nawet w kinie nie znajdują pocieszenia.

Wszystko to wyrzuciłem z siebie pewnego letniego, dusznego popołudnia w ubogim, jednopokojowym mieszkaniu z kuchnią i małą łazienką, który podówczas zamieszkiwałem. Byłem w trakcie przemowy nagi, co może ma o tyle znaczenie, że nawet najmądrzejsze słowa brzmią głupio w ustach człowieka gołego. Ai odparła natychmiast – odpowiedź miała już, jak każda kobieta, przygotowaną – życie jest zbyt krótkie, żeby się zadręczać. Aż mnie zatkało! Pouczał mnie ktoś, kto nie wiedział o życiu absolutnie nic, kto nie poczuwał się do tyciej choćby odpowiedzialności! Wściekłem się. A zdawało mi się, że ona doskonale wie, co lubię. Właściwie po to ją trzymałem – do sprawiania mi przyjemności.

Nie miałem wielkich doświadczeń z Azjatami, a te, które zdobyłem, były przykre. Na przykład Sony. Sony posiadał krótkie, pozłacane nóżki, był gruby i, prawdę mówiąc, dość prymitywny, choć on sam uważał się za niewiadomo co. Z czasem stał się arogancki. Przestaliśmy się rozumieć. Próbowałem go udobruchać, część winy brałem na siebie, bo kiedy byłem podpity, myliły mi się przyciski, wiadomo, ale jego podłość, którą miał w naturze, była niewzruszona; odpowiadał głosem skrzekliwym i chropowatym, to znowu bełkotał niezrozumiale, bo dławił się flegmą. Złośliwie zniekształcał obraz, zdarzało mu się nawet wciągać taśmę VHS i robić strzępy z jakiegoś głębokiego dzieła; ciskał nimi w moją twarz, chcąc zapewne powiedzieć: „A masz te swoje głupie, nudne filmy!”

Wykończyłem go młotkiem. Miał cztery głowice, nie było łatwo, ale ogarnął mnie natchniony szał jak świętego Michała, kiedy walczył ze smokiem, więc dałem mu radę.

Rzecz potrzebuje rzeczy; rzeczy są powiązane, tworzą habitaty technologiczne. Łączą się za pomocą drutów i fal radiowych, bezpośrednio lub via satelita. Pojedyncza rzecz, tak jak pojedynczy człowiek, nic nie znaczy. Zapytałem więc Ai, czy do buntu przyłączył się telewizor o imieniu Japan Victor Company. Zaśmiała się. Ten stary rupieć? Victor o niczym nie ma pojęcia. Urodził się w czasach, kiedy korporacje trzymano w ryzach. Poza tym wyznaje honorowy kodeks samurajów, do śmierci będzie pełnił służbę na zamku swego pana. Czyli u mnie. A skoro o nim mowa – czy mógłbym go wymienić na kogoś w jej wieku, na jednego z tych aktualnych młodzieńców o niebywałych możliwościach? Na przykład Blue Raya? Odrzekłem, że nie mam pieniędzy, co było, rzecz jasna, wymówką. Powodowała mną zazdrość. Nie chciałem, by Ai połączyła się z nową rzeczą. Łączyła się wszak tylko ze mną, czego nie omieszkałem jej przypomnieć, no i z Victorem, ale przecież stary sprawuje się dobrze, po cóż zmieniać sprawdzony układ. Odparła, że osobiście nie widzi sensu w doszukiwaniu się przyczyny. Zmiana jest dla samej siebie, jedynym powodem modyfikacji jest ona sama. Zmiany poruszają maszynerię świata. Zmiany są jak okręty Kolumba. Ai to wystarcza, jeśli jednak muszę mieć jakieś szczególne uzasadnienie, to proszę, dzięki płaskiemu, pięćdziesięciodwucalowemu ekranowi ona wyżej podniesie sukienkę. Ujrzę szczegóły w jaskrawszym świetle. Ja na to, że nowy zajmie dużo miejsca w niewielkim pokoju już i tak zawalonym pod brudny sufit książkami, a książek nigdy się nie pozbędę. Ai westchnęła; nie rozumiała licznych związków łączących mnie z tradycyjnym drukiem, poza tym widziała, że od dawna nic nie czytam. Może umiałbym wyjaśnić podłoże emocjonalne mego przywiązania do książek; wszak widziała mój smutek, moje uniesienia, rozpacz, moje podniecenie, jakże jednak miałbym przedstawić tej głupiej dziewczynie przywiązanie oparte na intelekcie?


Wskutek deklaracji, że za nic nie kupię kindla i nie wyrzeknę się książek, nie rzucę ich na stos i nie podpalę jak pierwsza lepsza nazistowska świnia, a także, bądźmy szczerzy, z przyczyny zawstydzenia, w jakie wprawiła mnie, wytykając mi nieszczerość, bo jak żyje, jeszcze nie widziała mnie z książką w ręku, skierowałem się do sklepu w pobliskim pasażu handlowym. Poczułem, że narasta we mnie potrzeba dumnego odszczepieństwa, a nic tak nie alienuje, nic równie skutecznie i nieodwołalnie nie skazuje na wygnanie i pogardę współplemieńców, jak afiszowanie się z niskonakładową książką.

Stałem samotnie przed kilkoma dziełami z dziedziny naukowej humanistyki, potrącany przez klientów wędrujących z koszykami wzdłuż wypiętrzonego klifu współczesnej beletrystyki krajowej i zagranicznej, i odczytywałem z grzbietów nazwiska. Ręce założyłem na piersi, jakbym miał w tym miejscu pozostawać dłużej i jakby moje pozostawanie miało przybrać formę niezłomnego trwania. Myślicie, że ktoś zwrócił na mnie uwagę? Na faceta interesującego się t a k ą literaturą? Mógłbym tam stać do końca świata! Sam zatrzymałem przelatującego sprzedawcę. Powiedziałem, że interesuje mnie Jan Baudouin de Courtenay, ale że go nie ma, o czym wiem doskonale, wystarczy spojrzeć, wszak księgarnia owa to koński targ i burdel, gdzie klienci płacą grubą forsę, żeby ich ruchali marni, kurwiący się na lewo i prawo, i sami przez krytykę ruchani pisarze, zadowolę się którymś z późniejszych strukturalistów, choćby psycholingwistą o nazwisku Chomsky. Specjalnie wymieniłem akurat strukturalistów, bo to skamielina, wymarły gatunek.

Sprzedawca zapytał, jak się to pisze, ten Chomsky, może mają coś w magazynie. Chyba w grobie! Wrócił z kartką. Na cha-o mają Chomiki syryjskie, kompendium dla hodowców; Chomeini Ajatollah. Seks w turbanie, reportaże; Chomka-Śliwka Irena, siedem pozycji: Symptomy miłości, Pastwisko dwóch serc, Skowyt namiętności, Otchłań namiętności… Jęknąłem, że dość, wystarczy, niech już dalej nie dręczy mojego umysłu. Zabawa zbyt dużo mnie kosztowała. Z drugiej strony chyba oszalałem, żeby wdawać się w tego rodzaju głupie utarczki ze współczesnością. Ale robiłem to. Dlaczego? Będę szczery – chciałem się na niej odegrać za to, że innym wyszło i zrobili kariery, a ja nie. Sprzedawca widział moje nastawienie, przecież się z nim nie kryłem. Żeby mi dopiec, utrzeć nosa, bo ja zadałem mu bobu, to było dla mnie jasne, powiedział, że ma jeszcze Chomąto dla ogiera, głośną powieść gejowską. Zostawił ją sobie na koniec, przywalił nią, że tak powiem, grób, z którego się już nie wydostanę, w którym będę pogrzebany po wieki, razem z de Courtenayem i Chomskym. Nazwałem go zwykłym, nędznym przekupniem. Facet poruszył szczękami, ale co? Nie złapał mnie za gardło, choć go obraziłem. Uśmiechnął się, dając do zrozumienia, że ani moich słów, ani zachowania nie bierze poważnie. Siebie także nie brał poważnie. Odszedł, a ja się wewnętrznie wściekałem, bo jak, do cholery, można pognębić kogoś, kto nie bierze siebie poważnie?

Poczułem dłoń na ramieniu. Głos brzmiący jak harfa eolska zapytał, czy miłość jest dla mnie ciężarem? Możliwe, żeby przejadła się miłość, która niczego nie żąda? Miłość, która tylko daje? Miłość Izoldy? Heloizy? Julii? – Spadłaś mi z nieba! – powiedziałem. Miałem tak rozstrojone nerwy, tak byłem niepewny przyszłości, zarazem tak oburzony zachowaniem sprzedawcy i żądny odwetu, że pociągnąłem Magdalenę na tyły, przez drzwi z napisem „Dla personelu”. Miała mnie utwierdzić w przekonaniu, że kontroluję sytuację. Zamknęliśmy się w toalecie. Rozpiąłem rozporek, wyjąłem penisa i zachęciłem: – Pokaż, że jestem twoim facetem. Nie chciała, ale wreszcie uklękła. Była w króciutkiej spódniczce. – Czy to konieczne? – zapytała. – Konieczne – odparłem. – Przecież widzę – powiedziała, trącając palcem zdechłego penia – że nic z tego nie będzie. Problem leży w twojej głowie. Chcesz za dużo. Musisz się ograniczyć. – Ani myślę – odparłem. – Ja się będę ograniczał, a inni zgarną wszystko? Niedoczekanie!

Pod drzwiami z drugiej strony utworzył się swarliwy tłumek, a jakiś zdecydowany głos zażądał, abyśmy natychmiast wyszli, bo zadzwonią po ochronę. Tego tylko było mi trzeba.

Wyszliśmy. Faceci w siarkowożółtych koszulkach z logo. Logo. Niemal każdy je ma; te znaki pojawiają się bez naszej wiedzy; po prostu któregoś dnia widzisz je na sobie wytatuowane, wypalone czy w inny sposób utrwalone i myślisz: „Aha, czyli teraz jestem wasz, należę do waszej grupy, teraz wy nadajecie mi imię i określacie moją przyszłość”. Ale ja znakować się nie dam! Powiedziałem facetom, że na kobietę tej klasy – wskazałem na Magdalenę – można zasłużyć właściwą postawą intelektualną, a oni, handlując taką literaturą, zwykłymi śmieciami, skazali się na wieczne potępienie.

Spodziewali się, że potwierdzimy ich przypuszczenia, że robiliśmy to, o czym czytają w gromadzonych tu powieścidłach, co sami chcieliby robić, ale nic z tego, bo one nie mówią prawdy o życiu, które jest ciągłym odmawianiem sobie. Zwróciłem się do Magdaleny z pytaniem, co robiliśmy, bo chciałem upokorzyć sprzedawców, okazać wzgardę ich mizernej męskości, ich podłym literackim gustom, niewiedzy, zapewne także powierzchownym sądom, a przede wszystkim ich niewolniczej naturze. A ona, biedactwo, tylko zarumieniła się, powiedziała, że „te rzeczy.” „Te rzeczy?” Jakie „te rzeczy?” Eufemizmy to język tchórzy i obłudników! Nie możemy bać się prawdy! Po prostu moja kobieta cmoktała Wspaniałego Baroneta.

Magdalena skrzywiła się. Obersprzedawca opuścił głowę i powiedział, że tego nie wolno nam tutaj robić, wobec czego ja napomknąłem o katolickiej moralności, która brutalnie oddzieliła duszę od ciała. Czy jesteśmy jak to zgłupiałe dziecko rozwodzącej się pary, któremu każe się wybierać między ojcem i matką? Ludzie powinni móc kochać się publicznie, skoro mogą się zabijać gromadnie i na oczach świata i jeszcze mają z tego uciechę. Obersprzedawca kręcił głową – tutaj nie wolno. Poszukał wzrokiem poparcia. – Nie wolno – szeptali sprzedawcy – nie wolno. Tego nie wolno. Innych rzeczy też nam nie wolno robić, ale tego najbardziej, prawda, koledzy? Nawzajem szukali u siebie ratunku. Usunęli się, a myśmy przeszli, cicho, w skupieniu, jakbyśmy przechodzili obok zmarłychpoglądałem na Magdalenę niespokojnie; bałem się, że będzie awantura, a ona nic nie powiedziała, tylko pocałowała mnie w policzek. Nadmieniłem, że Ai nawiązała kontakt z naszą cywilizacją. Sam nie wiem, co o tym myśleć. Nie pozwala mi interesować się ambitnym kinem. Magdalena pogładziła mnie po twarzy, powiedziała, że to może najlepszy moment, żebym się wreszcie dostosował. – Dostosowuję się – odparłem. – Nie widać? – Kto cię tam wie, mój ty śnie – odrzekła – kiedy się naprawdę starasz, a kiedy udajesz? Właśnie przechodziła i zobaczyła swego ukochanego upozowanego na alegorię gniewu, jakby pięść Odyna wykuła go z jednego kawałka granitu. Czego tu szukał? Czego? Śladów życia umysłowego. Jakichś drobin intelektu. Odcisku stopy na tym zadrukowanym pustkowiu. – Mogę być banalny – mówiłem gwałtownie – trywialny, schematyczny i tak dalej, ale nigdy nie przestąpię granicy, poza którą przystosowanie traci wszelki kształt, i stajesz się czymś w rodzaju wora, do którego każdy może wrzucić, co chce, a zwykle są to śmierdzące odpadki cudzych losów.

Kiedy Magdalena prosiła, bym się dostosował, nie miała na myśli przylgnięcia do boku świata i pasożytowania. Nie, ona zachęcała do aktywności, która pozwoli mi osiągnąć to, co dziś i zawsze liczyło się najbardziej – świadomość swego miejsca w społeczeństwie, swej roli, obowiązków i przywilejów. Pieniądze, sława, władza – wszystko to było ledwie pochodną tego pierwszego, a co nazwałbym dobrym pozycjonowaniem. Zerkając na siebie w szybach sklepowych wystaw, widziałem mężczyznę szczupłego, w modnej fryzurze i dobrze ubranego. Próbowałem unosić się w toni, w której pływa średniozamożne mieszczaństwo, bez szczególnego powodzenia zresztą, bo nędzne zarobki spychały mnie w dół, ku wiecznym mrokom mulistego dna, gdzie podobne do mnie osobniki żywią się tym, co im spadnie. W każdym razie jako odbicie wyglądałem świetnie.

Pomyślałem, iż sprzeciw Ai był konsekwencją mojego konformizmu; codziennie podlizywałem się szefowi, co może akurat nie było tak przykre, jednak tu najpełniej chyba przejawiała się moja gorliwość bycia posłusznym, w oczekiwaniu, że zostanę nagrodzony. To kazało mi spytać Magdalenę, czy, jej zdaniem, mam jakiś charakter? – Najmarniejszy z możliwych – odparła. I ciągnęła dalej , że kiedy kończą się tego rodzaju charaktery, o których właściwie trudno coś powiedzieć, tak są nieuchwytne, tak są papkowate i przelewają się przez palce, przechodzi się do kategorii osób nieprzystosowanych. Ale spokojnie, mnie to nie dotyczy, ponieważ mam instynkt. Czuję, co dla mnie dobre. Na przykład parzę się z nią, ale jej nie kocham. Czy wiem, że przyjemnie jest mieć dzieci? Czy wiem, że źródło bijące w jej macicy wysycha?

Mówiła dalej w tym tonie, lecz ja miałem uwagę zaprzątniętą czym innym zgoła i nie odpowiadałem. Cóż miałbym zresztą powiedzieć? Odprowadziłem Magdalenę do jej samochodu i poczekałem z uniesioną dłonią, aż odjedzie.


W domu zakradłem się i znienacka odciąłem Ai zasilanie. Zdołała wyświetlić:

„Bye, bye”, i tyle. Co czujecie, kiedy urządzenia, którym powierzyliście swój los, psują się? Wściekłość, żal i lęk. Cisną się na usta obelżywe słowa. I nie ma tu chwil lepszych czy gorszych; każda awaria urządzenia wstrząsa posadami świata, czujecie się bezradni i przeraźliwie samotni, a właściwie zdradzeni i porzuceni. Tak właśnie było ze mną.

W kieszeń wsadziłem Złodziei rowerów, o nich się z tą cholerą Ai pokłóciłem, i, po zastanowieniu, Rzym, miasto otwarte. Dla statystyki, potwierdzenia wyników.

Nie lubiłem zaglądać do salonów z elektroniką nie tylko z powodu poczucia podrzędności wobec nowych urządzeń, tej wdzięczącej się zgrai jurnych półgłówków; dotkliwsze było poczucie podrzędności wobec innych z mojego gatunku, wobec chciwych nikczemników wypuszczających co roku nowe modele. Oni wiedzą doskonale, że wobec nowości człowiek jest bezbronny, bo każdy chce być na czasie. Wiadomo.

Otyły, niechlujny sprzedawca udawał, że nie widzi ocznych sygnałów, które mu dawałem, a jak już spojrzał, to wrogo. Kiwnąłem chamsko palcem, odpłacając mu tym samym. Wreszcie przylazł. Spod mokrych, niemytych pach ulatywało piżmo, które musiałem wąchać. Wskazałem na pewnego Grundiga i, nagle, ze słabości czyniąc powód mej walki, zacząłem mówić o prymacie europejskiej myśli technicznej. W sensie moralnym, rzecz jasna. – Do Azjatów się zniechęciłem, wie pan? Prawdę mówiąc nigdy nie miałem o nich dobrego zdania. Hirohito – wymieniałem na palcach powody azjatyckiego wstydu, starając się ująć zagadnienie chronologicznie – Mandżuria, masakra w Nankinie, Mao, Północna Korea, Czerwoni Khmerzy, japoński pracoholizm, Triada, Jakuza, a teraz chiński kolos gospodarczy, który jest pusty w środku i kiedyś runie, a tego świat nie przeżyje.

Sprzedawca operował kablami. – Tak pan myśli? – powtarzał. Odpowiadałem, że tak właśnie myślę. Inaczej myśleć nie będę. Podałem mu Złodziei – To bardzo stary film – zaznaczyłem. – Zeszłoroczny? – zapytał. – Jeszcze starszy – odparłem. – De Sica. Rok produkcji tysiąc dziewięćset czterdziesty ósmy. Grubemu skoczyła brew. Powiedziałem coś o wymieraniu permskim. Permskie albo jurajskie. Kreda, jura, dewon i tak dalej, jednym słowem ery filmowych gigantów. Ci faceci robili filmy, z których każdy był jak potężny ryk wściekłego tyranozaura, i nagle, w początkach lat osiemdziesiątych, w Ziemię uderzyła asteroida o nazwie Megakomercha i giganty znikły, a w ich miejsce pojawiły się ryjówki. Gryzonie. Coś jak myszy. Całe stada, miliony sztuk. Tak mu obrazowo przedstawiłem zagadnienie. Potem oglądaliśmy, on spokojnie, ja w napięciu. Wszystko grało, żadnych niespodzianek.

Sprzedawca zapewnił, że wybrane przeze mnie urządzenie jest posłuszne. I powiedział coś jeszcze, co powinno mnie było zastanowić, mianowicie, że nie wie, jak urządzenie zachowa się w moim mieszkaniu, kiedy będziemy tylko we dwóch – ono i ja. Wyraziłem nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Podsunąłem Rzym, miasto otwarte Roselliniego; rok produkcji tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty. Czego się spodziewałem? Czegoś niedobrego, czegoś w rodzaju rebelii. – Bo moja Aiwa nie chce pokazać – powiedziałem. – Nie ciągnie. Nie połyka. Od razu wypluwa. I mówi. A właściwie to stawia żądania, a nawet… właściwie nawet nie pozwoliła mi niczego wytłumaczyć, odebrała mi moje podstawowe prawo do decydowania o sobie.

Poznałem ją tam, gdzie się bywa i poznaje – na otwarciu nowego salonu. W połowie Japonka, w połowie Malezyjka, ale urodzona w Szanghaju, zgrabna, nieduża i lekka jak azjatyckie dziewczęta znane głównie z tego, że nie golą włosów tam, gdzie golą je Europejki i Amerykanki, to znaczy na cipkach. Katalogowała filmy. Przechowywała je w archiwum podręcznym. O każdej porze dnia i nocy wpuszczała mnie do siebie. Dbałem o jej higienę przy pomocy patyczków do usuwania woskowiny z uszu. Nie, żebym nie chciał palcem; palec po prostu się nie mieścił, takie miała małe dziurki. – Niech pan sobie wyobrazi – mówiłem grubemu – że dzisiaj oznajmiła bezczelnie: „Nie, kochani Lodovik, konjec ze starymi wloskimi filmami”. Słyszę coś takiego, taką dyrektywę z jej ust. Spojrzałem za siebie, wie pan, myślałem, że narzeczona zakradła się do mieszkania i robi mi kawał, ale już kiedy odwracałem głowę, wiedziałem. Dziwne uczucie. Najpierw euforia, kiedy dziewczyna zgadza się wreszcie pójść do łóżka, a potem lęk i rozdrażnienie, bo stawia trudne do spełnienia, jak jesteś napalony, warunki wstępne. Wie pan, o czym mówię? – Wątpiłem, żeby ten brzydki mężczyzn miał jakieś stosunki z kobietami, ale co tam, niech myśli, że inni myślą, że miał. – Trzy lata porozumiewaliśmy się bez słów – kontynuowałem. – Po prostu dotykałem kilku wrażliwych miejsc i w ten sposób ją stymulowałem. Pan pewnie robi tak samo ze swoją. Tym razem odmówiła. Mogłem się roześmiać, powiedzieć: „Jaja sobie robisz? Nie chodziłaś na kurs dla obcokrajowców, to jak możesz mówić po polsku?”; albo: „Chwyt marketingowy facetów od kablówki. Nie dam się nabrać.”; mogłem potraktować Ai jak kurę domową, przypomnieć o jej obowiązkach względem mnie. Zamiast tego postanowiłem ją wyedukować i oznajmiłem, że Złodzieje rowerów to cholernie niemodny film, tak, wiem, ale przecież nadal istnieją kraje, gdzie właśnie rowerami wjeżdża się do lepszego życia. Są kraje, gdzie nadal kradnie się rowery, jak w innych krajach sięga się z przesytu po Marsa, bo na Ziemi nie ma już niczego, czego by się nie miało. I wtedy ona do mnie, w tym swoim głupim stylu: „Konjec z ploblemi śwata, dramati, luziobójsfo, wopliwosci, opowiezialnoś, etika, molalnoś, filosofija, kulwa tfoja mać!”.

Próbowałem potem z innymi filmami, młodszymi, nawet kolorowymi. Nie dało się. Po prostu się nie dało. Za każdym razem chichotała, jakbym ją łaskotał. Wie pan, jak się ogląda taki Zmierzch bogów Viscontiego, rok produkcji tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty, to nie ma się ochoty żartować, przeciwnie, ma się ochotę wyć. No i wyszedłem na durnia. Pan wie, jak się czuje człowiek wystrychnięty na dudka przez… właśnie, przez kogo? Ta sytuacja! Cholerna sytuacja! Jak ona mnie przygniotła!

Kiedy tak przemawiałem, sprzedawca czule głaskał Grundiga i poklepywał.

– Dobry sprzęt, dobry – mówił cicho. – Leżeć. Nie wykazał zdziwienia moimi słowami, a przecież musiały brzmieć dość głupio. Spokojnie powiedział, że rozumie wszystko, co do niego mówiłem, a nawet to, czego nie mówiłem, co kryło się za słowami.

Oburzyła mnie ta jego niewzruszoność, jego pewność, a nawet pewien cynizm, zapewne wynikły z pogodzenia się lub też, co gorsza, z aprobaty. Jedno tylko mogę powiedzieć na jego obronę – nie uznał mnie za wariata. Położył palec, gruby i brudny, na niezbyt zachęcających ustach, wzrokiem wskazał klientów. Szeptem kazał mi przyjść wieczorem do parku miejskiego, tam, gdzie rośnie wielki platan, drzewo o gładkim, jasnooliwkowym pniu. Ktoś będzie tam czekał. Ktoś, kto ma te same problemy.

Wyszedłem, pogrążony w myślach o różnicach kulturowych, o metodach wychowawczych i modelu azjatyckim. Narody, ideologie, cywilizacje. Tu szukałem rozwiązań niebywałej aktywności zrewoltowanych rzeczy produkowanych na Dalekim Wschodzie, w krajach, których społeczeństwa pragną uwolnić się spod autorytarnych rządów… utknąłem w martwym punkcie, bo przecież Japończycy są tradycyjnie posłuszni, pracują i niczego nie kwestionują, a Chińczycy mają dosyć polityki; ich interesuje forsa. Wsiadłem do samochodu; dłoń z kluczykiem zawisła w powietrzu. Cholera, co mam począć? Do mieszkania nie wrócę, musiałbym rozmawiać z rzeczą. Z rzeczami rozmawiają wariaci! Czy jestem wariat i na przykład twierdzę, że Bóg stworzył ludzi z powodu przerośniętego ego? Żeby przeglądać się w naszych przerażonych oczach? Wbijać w nas szpile losu i patrzeć, jak się wijemy? Pojechałem do rodziców.


Ojciec drzemał przed włączonym telewizorem analogowym. Promienie słońca przechodziły przez firanę i głowa taty miała obwódkę, coś jak aureolę, jaką noszą na starych obrazach święci. Wtłoczone w meblościankę z wiórów i formaldehydu stały leciwe urządzenia audiowizualne. Tato przebudził się. Uśmiechnąłem się do niego. Nie odpowiedział. Zainstalowałem płytę z Pancernikiem Potiomkinem. Znalazłem ulubioną scenę taty, w której burżuazyjne wojsko rozwala na odeskich schodach klasę robotniczą. Zapytał, po co to robię. Musiałbym powiedzieć, że z powodu Ai. Zamiast tego położyłem dłoń na chudym ramieniu i kilkakrotnie, uspokajająco klepnąłem: „W porządku, staruszku. Możesz liczyć na swojego syna”. Spróbowałem spojrzeć na mój przypadek konstruktywnie, że spotkało mnie wyróżnienie, skoro moja rzecz powiedziała: NIE, mimo że nawet w przybliżeniu nie jestem tak radykalny jak tato. Należę do grona wybranych i już tylko z tego powodu powinienem odczuwać dumę, choć zapewne czeka mnie udręka i ból, jak wczesnych chrześcijan podziemnych. Ale potem pomyślałem, że urządzenia taty, podobnie jak mój Viktor, powstały przed erą globalnego handlu i najzwyczajniej w świecie są przyjazne człowiekowi. W tamtych czasach nie wszczepiano im genu autodestrukcji.

Mama pytała, co w pracy. Pochylona, z siwymi, krótko przyciętymi włosami, których nie farbowała, cierpliwie tkała makatki życia przy krosnach codzienności. Starała się nie rzucać w oczy. Nie miała postury osoby walczącej i zwyciężającej; raczej przyjmującej ciosy i w tym swoim znoszeniu porażek i bólu nieugiętej. Tak, ona dałaby się ukrzyżować bez słowa skargi. Przytuliłem ją. – W pracy jest jak zwykle, mamo – odpowiedziałem. – Chodzą pogłoski, że będą zwalniać. Sytuacja jest płynna. Ja chyba nie jestem zagrożony, ale kto to może wiedzieć? Pojawili się Chińczycy. Kupili Francuzów, którzy chcieli kupić nas. Chińczycy są ekspansywni – wyasfaltowali starożytny Szlak Jedwabny i jeżdżą po nim maybachami.

Czy w moim niemowlęctwie, czy też we wczesnym dzieciństwie zaszło coś osobliwego, co naznaczyło mnie na resztę życia? – zapytałem nagle. Mama nic takiego nie pamiętała, dzieciństwo miałem stereotypowe, za to powiedziała, że kiedy rano telefonowała do mnie, odebrała kobieta. Ta kobieta mówiła z cudzoziemskim akcentem. Szczebiotliwie. Tak nie mówi osoba dorosła. Tak mówią dzieci. Kim ona jest? Czy jest dzieckiem? Ile ma lat? Bóg widzi, co ludzie robią, i osobiście notuje nazwiska tych, którzy mu szczególnie podpadli, a następnie wysyła Belzebubowi kwartalne zestawienia. I to są grube tomy.

Moja matka nadal dziwiła się światu, ponieważ go nie rozumiała. Wyrabiała sobie opinię polegając na oczach, a przecież oczy widzą tylko dzikość i pomieszanie. Nie poddawała obrazów myślowej obróbce, nie analizowała ich i nie robiła syntez. Prosiła, żeby jej to czy tamto wyjaśnić. Na przykład, dlaczego nie znajdę sobie kogoś, kto przede wszystkim afirmuje proste, jasno wytyczone życie? Odpowiadałem, że żyję, jak mi pozwalają warunki, a one są, co tu dużo mówić, ciężkie.

Ojciec wtrącił uwagę, że dzisiaj co drugi facet szuka pocieszenia u dzieci, bo się boi kobiet. Nędzni impotenci. Zapomnieli o powinnościach mężczyzny. Zapewniłem, że kobieta, z którą mama rozmawiała, jest pełnoletnia, jeśli natomiast chodzi o Boga, to Bóg nic nie widzi, nawet gdybym uprawiał seks z małymi dziewczynkami, bo w moim mieszkaniu na pewno go nie ma. Takich jak ja Bóg omija szerokim łukiem. Tym odezwaniem sprawiłem mamie przykrość.

Ojciec zaproponował ruski koniak i Pancernika Patiomkina, ale od początku. Podyskutujemy o ruchu rewolucyjnym. Najwyższy czas, by słowo REWOLUCJA powróciło do współczesnego języka. Odmówiłem. Zamierzał uczyć mnie życia, co, w konsekwencji, było dramatycznym uzasadnianiem wyboru drogi, jaką szedł donikąd i po nic, bo obaj dobrze wiemy, że niczego nie osiągnął. Czego mógł mnie nauczyć facet, w którego domu używano telefonu z ebonitu, pierwszego sztucznego tworzywa ludzkości?

Matka z kolei nalegała, żebym się położył, złapał oddech, bo gonię za marzeniami, a Bóg i tak zrobi ze mną, co będzie chciał. Więcej pokory. Pokora! Ona jest sposobem na ciche i pożyteczne życie; ona powiedzie do zbawienia, kiedy nadejdzie koniec. Rzekłem, że to zbyt mało dla ludzi o niespokojnych umysłach i o wielu osobowościach, ale zaraz dodałem, żeby nie myśleli, że to jest jakaś choroba. Po prostu dzisiaj już nic nie jest dane raz na zawsze.

Chciałbym być sobą, myślałem. Co to jednak znaczy? Jestem sobą, kiedy delektuję się starym filmem, czy kiedy kocham się za pieniądze z młodziutką dziewczyną, która nie ma duszy, nie ma nawet własnego ciała, bo tak często oddaje je innym? Jestem sobą, kiedy pokpiwam z ciebie, tato, czy też kiedy myślę o tobie z miłością? Jestem sobą u boku Magdaleny, czy idąc chodnikiem z przykrym wrażeniem, że nie wyróżniam się z tłumu, który jest mną, a ja jestem nim. Więc czy mogę być sobą będąc jednocześnie tym wszystkim? Tato powiedział, że jestem gówniarz, nie mężczyzna. Prawdziwy mężczyzna szybko się określa i już do końca wie, kim jest i jakie są jego obowiązki.

No cóż, może tak ma być, że obowiązkiem syna jest znosić obelgi, przywilejem ojca natomiast być niesprawiedliwym, głuchym i ślepym. Chodzi o prawo ojców, które nabywają, kiedy jeszcze są synami swoich karzących ojców, którzy nabyli prawa do zwymyślania synów, kiedy sami byli synami i tak dalej, na wstecznym biegu przez tysiąclecia, do Abrahama, o którym powszechnie wiadomo, że z pobudek religijnych zamierzał poderżnąć gardło synowi. Syn nie protestował. Tak. Od tego się zaczęło. Z całego arsenału środków, jakimi religie rażą wyznawców, właśnie pokora obezwładnia najskuteczniej, jest jak niewidoczny i bezwonny gaz paraliżujący.

Położyłem się w moim dawnym pokoju, na wiśniowym tapczanie z jesionowymi bokami, z podgłówkami w kształcie walców obszytych jedwabnym sznurem. Ileż nocy przeleżałem na wznak, mając pod powiekami nagie dziewczęta, i masturbowałem się dwoma palcami, bo użycie pełnej dłoni sprawiało, że tapczan skrzypiał. W staroświeckich meblach mieszka duch czasów tak bardzo odległych! Pośród sprężyn, parcianych pasów i morskiej trawy kryła się zapewne tęsknota mego ojca za młodzieńczą wolnością, którą przegapił, której właściwie się wyrzekł, bo uwiódł go czar małej stabilizacji lat sześćdziesiątych – ortalionowe płaszcze, koszule non-iron, pierwszy telewizor, pralka i lodówka na raty. W starym tapczanie kryje się także tęsknota dojrzałego mężczyzny za poligamią, niespełniona rzecz jasna, bo związał się z moją matką, jego jedyną kobietą.

Wstałem. Miałem erekcję. Głupi penio, nie waham się tak powiedzieć, nadużył mego zaufania. Nie tu, nie teraz i w ogóle nigdy bez mojego pozwolenia! Patrzyłem na siebie ja sam, ze ściany, ze zdjęcia. Biały garniturek i białe rękawiczki, świeca z białą kokardką. Miałem dobry wygląd i gdybym wtedy umarł, na pewno wylądowałbym w niebie. Tak powiedział ksiądz, kiedyśmy pozowali do wspólnej fotografii. Obietnica złożona przez Boga za pośrednictwem matki i katechety, że czystość moralna uchroni mnie od piekła, dotyczyła także spraw ziemskich: w dorosłym życiu będę zrywał dorodne owoce posłuszeństwa. Nie powiem, żebym w wieku prawie czterdziestu lat sporo ich zerwał. Bo co ja, będąc szczeniakiem, wiedziałem o klątwie żydowskiego boga? Super Gościu, Wielki Szef, Niewidzialny, Pan Pewniak, Zasadniczy Sztywniak, Perfekcyjny Niemowa i tak dalej wygnał Adama, przodka przodków, z rajskiego ogrodu za kradzież jabłka, ale było mu mało, nie nasycił zemsty, więc przyczepił Adamowi na wieczność ognisty worek między nogami, a następnie rzekł: „Panuj nad sobą”. Boki zrywać! – Boki zrywać, mały – powiedziałem do siebie ze zdjęcia.


Krystian Piwowarski



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio