Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Książki są śladami naszych kolejnych wcieleń. Spotkanie z Krystyną i Stefanem Chwinami*(fragment)


Magdalena Rabizo-Birek: Serdecznie witam na drugiej części sympozjum „Stefan Chwin – przestrzenie wyobraźni”, która w naszym zamierzeniu ma być rozmową skoncentrowaną wokół twórczości literackiej naszych gości – pisarskiej pary Krystyny i Stefana Chwinów. Z profesorem Markiem Staniszem, który poprowadzi ze mną spotkanie, uzgodniliśmy, że on krótko przedstawi profesora Stefana Chwina jako pisarza, natomiast ja powiem kilka słów na temat pani Krystyny, której właściwie zawdzięczamy to spotkanie, ponieważ cały wysiłek logistyczny jego organizacji spoczywał właśnie na niej. Pani Krystyna Chwin, publikująca także pod pseudonimem Krystyna Lars, jest poetką. Debiutowała literacko wcześniej niż mąż, bowiem w roku 1981 roku ukazał się jej pierwszy tomik. Z mężem tworzą bardzo niezwykły przypadek nie tylko małżeństwa i rodziny, ale też twórczego tandemu. Nasi goście tworzą związek, który wzajemnie się inspiruje i oddziałuje na siebie, co można dostrzec w utworach obojga. Są koleżeństwem ze studenckiej ławy, spotkali się pierwszego dnia studiów na gdańskiej polonistyce. Przypomnę, że mamy na sali więcej przypadków takich par – są z nami państwo Pasterscy, państwo Ożogowie, Wojtek Maryjka i jego żona Paulina… Wszyscy oni są studenckimi małżeństwami polonistów.

Marek Stanisz: To wspaniała reklama polonistyki…

Stefan Chwin: Polonistyka jako kierunek matrymonialny...

Magdalena Rabizo-Birek: Kiedy Krystyna i Stefan Chwinowie rozpoczynali studia, był rok 1968. Najpierw studiowali w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku, która rok później stała się Uniwersytetem Gdańskim. Wkrótce przyszedł rok 1970 i kolejne ważne wydarzenia historyczne dla Polski i dla ich pokolenia, które dojrzewało w ich czarnym cieniu. Być może, z perspektywy wysłuchanego przez nas przed chwilą wykładu profesora Chwina, przyniosły one po latach pozytywne, jaśniejsze skutki, niemniej są doświadczeniami trudnego okresu historycznego. Wtedy też, przypomnę, drugi raz po obronie w 1939 roku Poczty Gdańskiej, Gdańsk wchodzi do najnowszej historii Polski, bardzo mocno i na trwałe się w nią wpisuje.

Nasi goście bardzo wcześnie, bo jeszcze podczas studiów się pobrali i założyli rodzinę. Potem była praca i takie jej elementy, jak u wielu z nas, obecnych tu na sali poetów, krytyków literackich i literaturoznawców. Zatem mieści się w nim współpraca z czasopismami – gdańskimi „Literariami” i „Autografem”, w którym pani Krystyna była sekretarzem redakcji. Tu rozpoczyna się odrębna droga pani Krystyny, która związała się z pracą dziennikarską, mediami, pismami i wydawnictwami literackimi. Najmocniej ten wątek był obecny w jej życiu po roku 1989, gdy była założycielką, redaktorką naczelną i spiritus movens pisma „Tytuł”, które ukazywało się w latach 1991–2002. To było ważne pismo i warto do niego zaglądać, ponieważ zawiera cenne teksty i także całe numery monograficzne dotyczące pisarzy gdańskich, literatury skandynawskiej i krajów nadbałtyckich, gdańskich śladów Miłosza. Ten ostatni temat znalazł kontynuację w ostatnim wspólnym dziele naszych gości – monumentalnej publikacji Miłosz, Gdańsk i okolice. Dokumenty i świadectwa.

A to prowadzi ku twórczości poetyckiej naszego gościa, która rozpoczyna się bardzo dobrze przyjętym przez czytelników i krytyków tomikiem o tytule-masce Ja, Gustaw. Poetka Krystyna Lars – tak brzmi przyjęty przez panią Krystynę literacki pseudonim i mam wielką ochotę zapytać o niego oboje państwa. Pamiętamy bowiem, że kilka lat później pod pseudonimem Max Lars ukażą się dwie niezwykłe książki pana Stefana – pastisze dziewiętnastowiecznych powieści przygodowych Ludzie-Skorpiony (1986) i Człowiek-Litera (1989), ozdobione wspaniałymi ilustracjami autora (m.in. iluminowanymi inicjałami kolejnych rozdziałów).

Wracam do krótkiej opowieści o twórczości Krystyny Lars, która co kilka lat ogłaszała kolejne tomy poetyckie – w 1989 roku Krainę pamiątek, w 1992 roku Ciekawe i pouczające sceny z życia kobiet i mężczyzn spisane podczas podróży do Europy – tomik z ważnego okresu, kiedy Europa otworzyła się przed Polakami. Bardzo ważny i bodaj najszerzej komentowany był jej tomik o ciekawym, trochę „białoszewskim” tytule Umieranki i inne wiersze, który ukazał się w 2000 roku. Dwa niedawno wydane tomiki poetka przywiozła ze sobą. To Zaprosimy do nieba cały świat i Proste wiersze o szczęściu.

Wspomnę jeszcze o ciekawym elemencie jej dorobku, który tworzą książki napisane wspólnie lub w bardzo bliskiej współpracy z mężem, z których bodaj najgłośniejsza jest zbiorem opowiadań o znaczącym tytule Wspólna kąpiel z 2000 roku. Ważną publikacją w formule szczególnego literackiego przewodnika jest Gdańsk według Stefana Chwina, przygotowany przez panią Krystynę. Powiedziała mi też pani w kuluarach, że w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych trochę za namową Olgi Tokarczuk, założyła oficynę wydawniczą „Tytuł”. Przypomnę, że pod jej egidą do dziś ukazują się wszystkie publikacje naszych gości i myślę, że bycie wydawcą to także bardzo ważny obszar działalności pani Krystyny. Takie wydawnictwa bowiem nie zawsze się udają – przykładem wydawnictwo Olgi Tokarczuk „Ruta”, które szybko zakończyło swoją działalność. Sukces odniosło założone w podobnym okresie, ale działające na odmiennych zasadach wydawnictwo Czarne Moniki Sznajderman i Andrzeja Stasiuka.

Powinnam także wspomnieć o wielu latach pracy pani Krystyny na eksponowanych stanowiskach, na przykład dyrektora programowego, w oddziale Telewizji Polskiej w Gdańsku. Poprosimy później panią Krystynę o lekturę kilku wierszy z jej nowych tomów, a teraz bardzo proszę Marka Stanisza o zaprezentowanie naszego drugiego gościa.

Marek Stanisz: Czynię to z bojaźnią autentyczną, a z drżeniem trochę innym niż to, o którym pisał filozof, bardziej drżeniem emocji, że mam przyjemność siedzieć obok wybitnego pisarza, którego nie tylko czytamy wszyscy, ale który jest jednym z najczęściej czytanych pisarzy w moim domu i w kręgu moich wychowanków. A zatem pozwolą państwo, że w kilku słowach przypomnę dorobek pisarski Stefana Chwina. Zwrócę też uwagę, w jaki sposób jego twórczość koresponduje z działalnością profesora humanistyki, literaturoznawcy. Magdalena przypomniała już pierwsze powieści, które ukazały się pod pseudonimem Max Lars. Potem Stefan Chwin wydał ważną autobiograficzną powieść Krótka historia pewnego żartu (1991)…

Magdalena Rabizo-Birek: Chciałam w tym miejscu podkreślić jeszcze jeden ważny, szczególnie mi bliski w biografii i zainteresowaniach naszego gościa, element. Jest bowiem absolwentem liceum plastycznego w Gdyni-Orłowie, co nie jest to bez znaczenia ze względu na bogatą obecność tematów związanych ze sztuką i fascynacji malarskich w jego twórczości, ale też dlatego, że wspomniane książki, a także Hanemann w jego ostatnim, ósmym bodaj wydaniu, jest ilustrowany perfekcyjnymi, naprawdę pięknymi rysunkami jego autorstwa. Ten artystyczny talent łączy go jeszcze mocniej z osobą innego słynnego gdańskiego pisarza Güntera Grassa.

Marek Stanisz: Już prawie nic nie zostało do powiedzenia, poza kilkoma tytułami: Hanemann (1995), Esther (1999), Wspólna kąpiel z Krystyną Lars (2001), Złoty pelikan (2003), Kartki z dziennika (2004), Żona prezydenta (2005), Dolina Radości (2006), Dziennik dla dorosłych (2008) i Panna Ferbelin (2011). Jak widać, Stefan Chwin z dużą regularnością wydaje swoje powieści i eseje. Dodam jeszcze, że jest autorem wielu prac krytyczno- i historycznoliterackich – począwszy od wydanej z profesorem Stanisławem Rośkiem książki Bez autorytetu (1981) i przygotowanej z profesor Marią Janion dwutomowej antologii Dzieci (1988). Ponadto jest autorem pięknej książki Romantyczna przestrzeń wyobraźni (1989), a także niezwykle interesujących studiów poświęconych problemowi zdrady w literaturze polskiej (Literatura i zdrada: od „Konrada Wallenroda” do „Małej Apokalipsy”, 1993). W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o znakomitym wstępie do Konrada Wallenroda w wydaniu Biblioteki Narodowej (1991). Wreszcie w dorobku Stefana Chwina znajdują się liczne studia dotyczące tych pisarzy, którym od lat poświęca on swoją uwagę – myślę o Czesławie Miłoszu i Adamie Mickiewiczu (chociaż Miłosz jest tu chyba twórcą ważniejszym). Pojawia się także Witold Gombrowicz (m.in. głośny esej o Trans-Atlantyku oraz formie polskiej, 2003) i Wisława Szymborska. I wreszcie dwie eseistyczne książki poświęcone samobójstwu – wydane w roku 2010 Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni i w 2013 Samobójstwo i „grzech istnienia”. To tyle, jeśli chodzi o krótką prezentację dorobku naszego gościa...

Stefan Chwin: Oprócz tego zajmuję się jeszcze projektowaniem okładek moich książek. Co jakiś czas odczuwam potrzebę przypomnienia sobie, że los obdarował mnie także pewną umiejętnością rysowania i malowania. Kiedy mam wyrzuty sumienia, że z tej umiejętności nie korzystam, jak może powinienem korzystać, wtedy robię ilustracje do książek, żeby troszkę to sumienie uspokoić. Po maturze wahałem się między dwiema drogami – czy iść na Akademię Sztuk Pięknych, czy w stronę literatury.

Marek Stanisz: Ryszard Kapuściński mówił o tym, że pisanie zaczyna się od pierwszego zdania. U pana jest tak – pamiętam wiele wypowiedzi na ten temat – że powieść zaczyna się od obrazu. Tutaj najwyraźniej widać wyobraźniowy, plastyczny impuls pańskiej twórczości.

Zadając pierwsze pytanie, poprzedzę je nieco dłuższym wywodem. Otóż każda z tych powieści, które wymieniłem, to jest właściwie temat na osobne, uczone seminarium albo pożyteczne spotkanie – jak to dzisiejsze. Wszystkie składają się na obraz niezwykle różnorodny, a zarazem spójny. Każda bowiem zawiera piękną, poruszającą opowieść o jakimś człowieku, który jest nieprzystosowany, nieco „odklejony” od świata i traci grunt pod nogami. Bohaterowie prozy Stefana Chwina zwykle stoją w obliczu nieprzeniknionej zagadki życia. Można powiedzieć, że pańskie powieści są o tym, co za Marią Janion można nazwać niepokojącymi tematami egzystencji. Wymienię kilka z nich, które wydają mi się szczególnie ważne: czym jest świat, który nas otacza? Czym jest dobro i zło? Czy, żyjąc, możemy czuć się spełnieni? Czy możemy czuć się niewinni? Czy należymy do samych siebie? Czy cierpienie naprawdę uszlachetnia człowieka? Czy świat da się jakoś naprawić? Dlaczego władza jest złem, nawet jeżeli chce być dobra?

To tylko niektóre problemy poruszane w pańskich powieściach, ale widać gołym okiem, jak wielki jest ich ciężar gatunkowy. Zmierzam więc do pytania – napisał pan wiele, to są tysiące stron, na pewno należy pan do pisarzy wybitnych, czytanych, spełnionych. Czy ma pan poczucie, że powiedział to, co chciał powiedzieć? Ma pan poczucie, że udało się panu „ogarnąć świat” swoim pisarstwem? (Używam tu sformułowania Ryszarda Kapuścińskiego z głośnego wywiadu Nie ogarniam świata).

Stefan Chwin: Byłbym nierozsądny, gdybym powiedział, że ogarnąłem. Bardzo sobie na przykład lubimy z żoną porozmawiać o naszych znajomych. Takie rozmowy są, jak myślę, dobrym treningiem dla powieściopisarskiej wyobraźni. Siedzimy sobie w kuchni i rozmawiamy o gościach, którzy akurat wyszli z naszego mieszkania. Nie mówimy o nich źle, ale próbujemy zrozumieć, kim oni są i o co im w życiu chodzi, co naprawdę znaczą ich słowa i gesty. Takie rozmowy to zaledwie hermeneutyczne przybliżenia do tajemnicy Innego, bo doskonale wiemy, jak trudno odczytać duchowy rysunek drugiej osoby. I ja ten status postaci nierozpoznanej bardzo staram się zachować przy kreowaniu postaci powieściowych. Nie należę do tych pisarzy, którzy rozpisują sobie charakter „osób dramatu” w punktach. Na przykład Andrzejewski miał dziwną dla mnie technologię pisania powieści – robił spis osób mających w niej występować, szkicował ich biografie, określał ich temperamenty. W ten sposób sporządzał sobie szczegółową partyturę postaci, którą potem w pisaniu rozwijał i uzupełniał. Ja tego unikam. Lubię, kiedy postać, o której piszę, umie mnie czymś zaskoczyć, jakby była postacią ode mnie niezależną. Poza tym nie piszę nigdy powieści od pierwszego zdania do ostatniego. To w ogóle nie wchodzi w grę. Mój sposób pisania jest inny. Ponieważ – jak pan mówił – mam bardzo silną wyobraźnię wzrokową, obrazy są dla mnie ważniejsze niż plan fabularno-personalny, więc raczej oplatam fragmenty narracji wokół jakiegoś obrazu, który poruszył moją wyobraźnię. Nie prowadzę narracji w sposób chronologiczny. Piszę na przykład najpierw siódmy rozdział powieści, później drugi, później dwudziesty drugi. Mam całość ułożoną w głowie, wiem, w którym miejscu co ma być, ale piszę, „wyjmując” fragmenty z tej gotowej, wyobrażonej całości. W związku z tym moje powieści nie są tak spójne jak klasyczna powieść realistyczna. Są tak pomyślane, żeby się pojawiały w nich rozmaite luki i niedopowiedzenia.

Marek Stanisz: Kiedy czytam pańskie powieści, na każdym kroku uderza mnie jak głęboki jest ich wymiar autobiograficzny. Autobiograficzne tropy są oczywiście bardzo często mylące, specjalnie zatarte, porozsiewane w różnych miejscach. Niejednokrotnie odnosiłem jednak wrażenie, że ukrywa pan własną tożsamość pod postaciami swoich bohaterów, że pojawiają się przeróżne gry z autobiografią. To szalenie romantyczny pomysł, w tym sensie, że nie chodzi tu o kronikarską zbieżność własnego życia z fabułami literackimi, lecz o przekonanie romantyków, że świata nie da się zobaczyć z innej perspektywy niż własna. Jednocześnie – i tutaj docieram do pytania – oprócz prawdy życia istotą literatury, jej miąższem, jest zmyślenie. Pytam więc: czy pan bardziej wymyśla fabuły, fikcje, czy raczej pisze o własnych przeżyciach?

Stefan Chwin: Jest kilka powieści, które bezpośrednio wyrastają z mojej biografii, na przykład Złoty pelikan. Miałem na uniwersytecie przygodę podobną do tej, którą opisałem w tej powieści. Pewnego dnia byłem na dworcu w Gdańsku i nagle w tłumie twarzy, które mnie otaczały, zobaczyłem twarz, która przyciągnęła moją uwagę. Nasze spojrzenia się spotkały i wtedy człowiek, na którego patrzyłem, zaczął przede mną uciekać, chciał skryć się w tłumie. Poczułem się niewyraźnie. Jakby obudziło się we mnie jakieś niezrozumiałe poczucie winy, którego nie umiałem sobie wytłumaczyć. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że to jest człowiek, który rozpoczynał razem ze mną karierę uniwersytecką, pracowaliśmy w jednym pokoju, biurko w biurko. Potem on zniknął z uniwersytetu i z mojego życia. Nie wiedziałem, co się z nim stało. Ktoś mi powiedział, że tam była jakaś dramatyczna historia z kobietą, stracił pracę, dom i teraz mieszka na dworcu. To zestawienie dwóch losów bardzo mnie poruszyło. Ja jestem, jak pan przed chwilą zechciał to określić, „spełniony” – chociaż sam o sobie tak nie myślę, bo mam wątpliwości, czy spełnienie w życiu jest w ogóle możliwe, może do pewnego stopnia – ale w tamtej chwili, tam, na dworcu, gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułem silne ukłucie w sercu. Stało się coś, czego nie rozumiałem. Punkt wyjścia mieliśmy podobny, ale potem? Ja się systematycznie wspinałem na górę, a on osuwał się na samo dno. I w końcu stał się mieszkańcem gdańskiego dworca, spał na kartonach w kącie przy kasach biletowych. Kiedy miałem chat w rozgłośni Polskiego Radia w Warszawie, ludzie nagle zaczęli pytać o nazwisko tego człowieka. – Proszę podać nam nazwisko, bo my jesteśmy z wydziału prawa – bohater tej powieści jest pracownikiem tego wydziału – i chcemy mu pomóc. Oczywiście nazwiska nie podałem. Spotkanie na dworcu było dla mnie bardzo silnym doznaniem tajemniczości losu. W jakimś momencie, kiedy usiłowałem odnaleźć go w tłumie, pomyślałem: Dobry Boże, przecież moje życie mogło się potoczyć dokładnie tak samo jak jego! Mogłem być dzisiaj w tym samym miejscu co on! Co więc sprawiło, że nie jestem? Czy to tylko moja zasługa, czy zadecydowało tu coś dużo ważniejszego i potężniejszego? A jeśli zadecydowało, jakie mogło mieć intencje, że obdarzyło nas tak różnym losem? Chciałem opisać ten równoległy do mojego los, żeby trochę lepiej zrozumieć mój własny. Tak powstał Złoty pelikan.

A Krótka historia pewnego żartu to już całkowicie autobiografia. Tam występuje chłopiec, który po prostu jest mną, postępuje tak, jak ja. Natomiast Dolina Radości to znów spotkanie dwóch obrazów, każdy o silnym podkładzie autobiograficznym. Obraz pierwszy, macierzysty dla tej powieści, to była scena, kiedy pewnego dnia, podczas którejś z moich podróży niemieckich, znalazłem się na rynku w Monachium i nagle w tłumie ludzi przed monachijskim ratuszem zobaczyłem mężczyznę w czarnym stroju, którego twarz, szyja i ręce były pokryte wapienno białym makijażem. Wyglądał na ulicznego klauna, więc powinien swoim widokiem wzbudzać raczej wesołość, ale biła od niego jakaś wielka, przyprawiająca o dreszcz powaga. Przemieszczał się wśród ludzi powoli, spokojnym krokiem, wyprostowany, wyższy od nich, lodowato obcy. Tłum się przed nim rozstępował. Pomyślałem sobie: warto by o kimś takim napisać powieść. A drugi obraz to pewne miejsce pod Gdańskiem, które od dzieciństwa przyciągało moją wyobraźnię, do którego i dzisiaj lubimy – ja i moja żona – czasem zaglądać. Na wzgórzu wśród oliwskich lasów leży olbrzymi głaz. Wygląda jak rozłamana łupina orzecha. Obok siebie dwie kamienne połówki. A w obu tych połówkach wgniecenia, podobne do kształtu ludzkiego ciała. Tak, jakby dawno temu głaz rozpękł się i z tej kamiennej, rozłamanej formy wyszedł człowiek. Pewnego dnia, kiedy tam byłem, stanąłem tak, żeby sprawdzić, czy moje plecy pasują. I okazało się, że pasowałem do tej formy wgniecionej w kamieniu. Bardzo poruszyło to moją wyobraźnię. Dolina Radości nie jest żadną powieścią realistyczną, chociaż mówi o wydarzeniach historycznych XX wieku. To jest powieść mitologiczna. Jej bohater opowiada sobie historię własnego życia w taki sposób, żeby nie mieć ludzkich rodziców, on ich nie chce, chce być zrodzony z kamienia. Poloniści lubią od razu interpretować tego typu obrazy – co to znaczy „być zrodzonym z kamienia”? Dla mnie to był temat psychoanalityczny: martwa materia, w której wnętrzu jest żywe ziarno, człowiek jak migdał wyjęty z kamiennej skorupy. To było drugie zahaczenie autobiograficzne tej powieści. Obie te sprawy się w niej spotkały i połączyły. Człowiek z rynku w Monachium i jego początek na wzgórzu pod Gdańskiem. Bo on opowiada swoją historię tak, jakby chciał uwierzyć, że wyszedł z tego głazu, leżącego wśród lasów, że nie został urodzony przez kobietę jak wszyscy śmiertelnicy. Bardzo to tajemnicza postać, o rysach biblijnych, która występuje w wielu religiach. Postać Wysłannika, który może jest człowiekiem, a może kimś zupełnie innym niż człowiek, przybywa nie bardzo wiadomo skąd i chce ludziom pomóc naprawić świat. A inne powieści… Panna Ferbelin jest oparta na mojej autobiograficznej topografii Gdańska, bo tam widzimy całe – połączone w jedno – miasto z wieku dziewiętnastego i dwudziestego, które znam na pamięć…

Marek Stanisz: A Warszawa w Esther?

Stefan Chwin: Tak, Warszawa w Esther. Bo ja w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie mam tylko biografii gdańskiej, ale jeden z nurtów mojej biografii rodzinnej to jest nurt warszawski, po mojej matce. Cała linia kobieca mojej rodziny biegnie przez Warszawę i w Esther próbowałem zobaczyć tę linię, trochę dla mnie fantastyczną, bo niewiele o niej wiem. Napisałem więc fantastyczną autobiografię mojej rodziny. Ale jeśli ktoś czyta tę powieść, nie musi koniecznie o tym wiedzieć, bo Esther jest całością samowystarczalną na tyle, że nie musimy jej czytać poprzez tego rodzaju odniesienia.

Marek Stanisz: Na tym także polegał romantyczny autobiografizm – wcale nie wymagał prostych zależności między dziełem a biografią jego twórcy. Jest też w pańskich powieściach inny ważny problem, o który chciałbym spytać – mam na myśli kwestie odpowiedzialności moralnej. Z jednej strony bardzo wyraźnie pan pisze o projekcie eksterytorialności literatury, która ma być poniekąd amoralna…

Stefan Chwin: Tak, literatura jako przestrzeń eksterytorialna, w której pisarz może sobie pozwolić na więcej niż w życiu, to znaczy może wdawać się w rozmaite przedsięwzięcia etycznie ryzykowne czy dwuznaczne, których w życiu raczej nie pochwalamy. Chodzi na przykład o wyobraźniową identyfikację ze złem, przechodzenie podczas pisania (i czytania!) na stronę zła, wnikanie w jego rzeczywistość psychologiczną, aż do głębokiego utożsamienia się z nim, by mu się lepiej przyjrzeć od środka…

Marek Stanisz: …a z drugiej strony fabuły pańskich powieści, podobnie jak kreacje ich głównych bohaterów, są bardzo głęboko zakorzenione w perspektywie etycznej. Nie chodzi mi o moralizatorstwo, parenezę czy kaznodziejstwo, ale właśnie o perspektywę etyczną, która jest w pana utworach tak silna, że czytelnikowi trudno się jej wyzbyć. Ująłbym to w ten sposób: narrator tych powieści i ich bohaterowie cały czas pokazują, że nie możemy pozbyć się poczucia winy. Do czego jest nam ono potrzebne?

Stefan Chwin: Nie wiem, czy jest potrzebne, czy nie, ale może to jest tak, że moje myślenie i odczuwanie nie do końca zgadza się z duchem czasów, w których żyjemy, ponieważ duch czasów, w których żyjemy, to jest duch, który bardzo nie lubi poczucia winy i kiedy tylko może, energicznie nas zachęca: „Wyzbądź się niepotrzebnego poczucia winy. Na co ci to poczucie? Po co? Wyluzuj! Nie spinaj się! Odpuść sobie! Żyj na luzie!”. Tego rodzaju wezwania są bardzo ponętne, bo obiecują życie bez stresu, ale w istocie uderzają w samą istotę chrześcijaństwa. Bo poczucie winy konstytuuje chrześcijanina. Prawdziwy chrześcijanin przez cały czas czuje, że ma nie do końca czyste sumienie i rozmyśla nad skazą, którą w sobie nosi. Na tym polega różnica między nim a tymi, którzy nie chcą mieć poczucia winy – to znaczy wolą żyć w poczuciu, że mają sumienie czyste jak łza. Chrześcijanin to na dodatek ktoś, kto jest obdarzony, jak mówią teologowie, sumieniem skrupulatnym, to znaczy ktoś, kto cały czas czujnym okiem obserwuje samego siebie i pyta: czy ja dobrze postąpiłem, czy zboczyłem z drogi? Nie wiem, czy poczucie winy jest do czegoś potrzebne, ale mówię tak: jakbym miał mieć do czynienia w poważnych sprawach życiowych z człowiekiem, który nie ma poczucia winy i z człowiekiem, który ma poczucie winy, to jednak wolałbym mieć do czynienia z tym, który ma poczucie winy. Tak dla mojego bezpieczeństwa. Wydaje mi się, że moment doświadczenia winy osłabia w nas niedobre skłonności i może – taką mam nadzieję – trochę oczyszcza duszę, choć wiąże się też ze stresem. Z pewnością moi bohaterowie mają poczucie winy. Rzecz tylko w tym, że jako pisarza interesuje mnie szczególny rodzaj winy: wina niedefiniowalna. Jako pisarz nie występuję jako moralista, który każe wszystkim bez ustanku dokonywać rachunku dobrych i złych uczynków, tylko uważam, że warta uwagi kultura rodzi się z poczucia winy, którą nazwałbym – z braku lepszych określeń – winą metafizyczną, winą samego istnienia. Może już więcej na ten temat nie będę mówił, bo mówię trochę pod włos obecnym nastrojom, a to jest zawsze ryzykowne. Lepiej mówić tak, żeby wszyscy chcieli słuchać. [....]

Zapis i redakcja: Damian Niezgoda, Matylda Zatorska i Magdalena Rabizo-Birek



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio