Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Vladimír Balla


Pasje i zdrady



Wiedział, że wrażliwy człowiek nie może być szczęśliwy. To go czasami denerwowało tak, że skubał ścianę i żuł chusteczki. Ale kiedy rano przed drzwiami jego mieszkania dostrzegał kota sąsiada, nie kopał go w dupę, bo widział w nim towarzysza w nieszczęściu. Kot był na pół idiotą, często spacerował po mieszkaniu, wpadał do szafy i pod zlewozmywak, leżał na łóżku i niejednoznacznie mrugał. Kilka godzin później, z wyprostowanym ogonem wracał z nocnej wędrówki i spacerował przed wejściem, żeby go ktoś wpuścił do domu – i wpuszczał go Opakovsky – kot patrzył na niego przerażony jak na obcego. Innego dnia pukał w obce drzwi, za którymi czekało go mleko i szynka.

Kiedy Opakovsky nakarmił kota, szedł do pracy, rozkazywał podwładnym i był w szoku, że podwładni spełniają jego rozkazy. Musiało ich to wyniszczać, ponieważ jego rozkazy były nieprzemyślane – praca od dawna już go nie interesowała, więc improwizował, działał po omacku próbując utrzymać wrażenie, że zarządza działem i prowadzi do realizacji zadań, ale w rzeczywistości wszystko działo się spontanicznie.

Czuł, że prąd obecnych wydarzeń wkrótce zmiażdży go o metaforyczne przybrzeżne skały, gdzie krzyczące mewy będą dzielić między sobą jego gałki oczne, a potem lecieć do urzędu, do jego biura z ciepłymi resztkami ciała i z wiadomością o wyborach na miejsce nowego, głównego pracownika.

Jego własne polecenia upokarzały go.

Stał przed kolegami pochylony do przodu, opierając obie ręce na niebieskim krześle, przerażało go, że za plecami miał zawieszone na ścianie lustro. Stał i nie wiedział co powiedzieć. Zamiast myśleć o pracy, myślał o tym, dlaczego w swoim mieszkaniu karmi kota sąsiada, kiedy bezdomnego człowieka nie nakarmiłby i nie wpuścił do środka. Bezdomni nie mają takiej pięknej sierści jak kot, ale za to na pewno nie są winni swojej bezdomności.

Pochylał się coraz bardziej nad niebieskim krzesłem, słyszał siebie wypowiadającego kolejne polecenia służbowe i czuł jak słowa gęstnieją wokół niego, otaczają go, zaciskają mu  pętlę na szyi, duszą go kolejne zdania, których w ogóle nie chciał powiedzieć, co do których nie był przekonany, więc chciał się jeszcze poprawić, nawet wymamrotał coś, co też nie było mądre, o czym również nie był przekonany, czego nigdy nie chciał powiedzieć, poza tym nigdy w dzieciństwie, w szkole średniej a póżniej na Uniwersytecie nie śniło mu się nawet, że kiedyś, w przyszłości będzie wypowiadał takie zdania, wyroki, nie miał pojęcia, że pewnego dnia znajdzie się w tej sytuacji, ale wiedział jednocześnie, że istnieją sytuacje tysiąc razy gorsze. Pozostawał zgarbiony nad niebieskim krzesłem i coraz mocniej zaciskał palce. Chciał uciec z pułapki własnych słów na korytarz, chciał stworzyć wrażenie jakby śpieszył do celu, który znajduje się na końcu tego korytarza, ale nie miał takiego celu. Dlatego szybko wyciągnął klucze z kieszeni, gdzie były ukryte pod brudną chusteczką. Klucze były od drzwi mieszkania, nie mogły być używane w urzędzie, były od drzwi piwnicy i od zamka do zamknięcia roweru, skradzionego piętnaście lat temu.

Do dzisiaj nie pozbył się tego bezużytecznego kawałka metalu. Każdy człowiek trzyma takie rzeczy w przekonaniu, że kiedy je ma, to ma też przeszłość, z którą te rzeczy są powiązane. Dzięki temu przeszłość nie jest stracona i w niej trwa, i młodość, i szczęście.

Dawniej w każdym życiu można było znaleźć przynajmniej jeden szczęśliwy moment, i w tym jest problem, w tym przeklętym momencie szczęścia. Bo kiedy ta chwila kiedyś istniała, pojawia się kontrast między nią a całą resztą życia.

Wybiegł z gabinetu na korytarz i tam zobaczył młodą urzędniczkę, o której pasji i zdradzie miała być ta opowieść, zaczęta trochę od środka.

Mogłaby być także o kierowy wózka widłowego. Gdyby Opakovsky był przełożonym kierowców w centrum logistycznym w Galante, kazałby pracownikom przenosić niepotrzebne rzeczy w pudełkach z chińskimi, koreańskimi, indonezyjskimi napisami w bezsensowe miejsca, jakby te rzeczy nie mogły pozostać tam, gdzie były do tej pory. Znał kilka takich osób, którym chciałby rozkazywać. Znał bezsensowy, skromny świat takich ludzi. Jeden z nich, w przeszłości mądry, wesoły i zabawny Rado, dziś po latach intensywnego alkoholizmu rozmyśla jak przedłużyć sobie zwolnienie lekarskie, żeby uniknąć szefa, któremu kilka dni temu, po pijaku wysłał bezsensowną, wulgarną wiadomość. W wiadomości nazwał szefa zakompleksionym biednym biedakiem. Kiedy Opakovsky zapytał Rada, czy nie wystarczyło napisać, że szef jest biedakiem, niebiedny biedak, Rado zamrugał mętne brązowymi oczami i powiedział, że on w czasie pisania wiadomości „nie chciał umieścić serwetki przed ustami”. serwetkę? Opakovsky nie rozumiał. „Ale teraz kiedy jestem trzeźwy“, pijany Rado dodał: „najbardziej chciałbym tę wiadomość usunąć, ale w tym moim trzeźwym stanie” - nadal pijanym głosem: „wiem, że usunięcie tej wiadomości nic by nie zmieniło w moich relacjach z szefem, ale nie żałuję” – powiedział z żalem. Opakovsky często zastanawiał się, co to są za ludzie, którzy spełniają jego polecenia. Najbardziej lubił myśleć w czasie podróży. Jeden słowacki literaturoznawca niedawno napisał, że kto nie podróżuje, jest tylko duchem bez życia. Od tamtego razu Opakovsky podróżuje przez całą republikę i poza granice, nawet wtedy, gdy jest w domu, ciągle się przemieszcza: od drzwi łazienki do balkonu i z powrotem, i kiedy jest przy balkonie zawsze spogląda na zewnątrz, mając nadzieję, że ten uczony od literatury go zauważa. Podczas podróży po kraju i za granicą, i po mieszkaniu myślal zawsze o zmarnowanej młodości. Ale w młodości chciał być starszy. Za granicą, oprócz rozmyślania, dyskutuje także z ludziami w kawiarniach. używa obcych języków – jeden zna gorzej od drugiego, ale dogaduje się, bo rozmowy bywają płytkie i nie wymagają wyszukanego słownictwa. Często zapada cisza, ponieważ jest zmęczony. Tworzy wtedy wrażenie, że podziwia świat przez okno. Ale on patrzy na kota, który śpi na stole obok, przy podstawce doniczki. On też chciałby być kotem i nie zajmować się niczym. Zmęczenie działa jak truczina. Ryby gniją w błotnistym ukryciu pod kamieniami. Błoto zabrudza czyste, błyszczące łuski. Skąd się wzięły zdania o rybach?

Oparł się o ścianę korytarza urzędu. Jeszcze czuł, ale zastanawiał się, co czuje. To zadziwienie odsuwało go od życia. W przeszłości żył nie myśląc, ostro, nic go nie zaskoczyło, nie miał wątpliwości. Dziś był jakby za grubym szkłem, które oddziela go od świata, tak jakby był rybą w akwarium, na które w holenderskiej kawiarni patrzył ze zdumieniem, kiedy wiedział, że żyje. Robiono kropki. Z tyłu. Cały rząd kropek. Dziś już wie zbyt dużo o ludzkich interesach, postawach, opiniach, preferencjach idiotów, o zdradzie. Nawet ten najmniejszy problem rozwściecza go do skrajności, to najmniejsze rozproszenie. On chce czegoś i nie chce. Szaleje, czas go niszczy, zmęczenie go niszczy, małe przedmioty na stole go niszczą, sprzedawczyni – elastyczna łasica go niszczy, pomysł na łasice go niszczy, nie chce myśleć o łasicy, popełnia błąd w słowie łasica, także w wyliczeniach, w których zawsze powtarza się łasica, także w tym, że celowo nie naprawia tego błędu. I po co to wszystko? Gdzie z tym wszystkim? Z jednego bezsensowego miejsca w inne? Z wózkem widłowym? Bez głupich pytań byłoby z nim źle, po co pytania? A potem jeszcze dodatkowo pojawiła się informacja o infekcji. Że mysz polna robiła sobie norę i w ziemi ją zaskoczyła cielęcina. Wszystkie ryby w islamskich wędlinach w Rotterdamie i we wszystkich akwariach, we wszystkich restauracjach Europy zostały przemienione w kawałki cielęciny. Nikt nie wiedział, co się dzieje, ale nowy premier republiki w centrum Europy powiedział, że infenkcje rozwinęła opozycja, by zaszkodzić krajowi. Ale opozycja w tym czasie już nie istniała i najbardziej znane instytucje krajowe wykazały, że infekcja nie tylko zmienia wszystko w cielęcinę, ale tworzy również nowe, małe, państwowe służby – nowe kraje są infekcją starych krajów – zainfekowani mieszkańcy starych krajów szaleją w nowej armii i w nowych mundurach.

Kurczę! Opakovsky był hieną! Nie tylko przez wszystko co zostało wyżej wymienione ale także dlatego, że interesował się tragiczną śmiercią popularnej czeskiej piosenkarki Bartosovej. Zaciekawiony klikał w plotkarskie portale internetowe. Martwa przyciągała go bardziej niż żywa i bardziej niż jego ojczyzna – tu również zauważyłby ją tylko wtedy, gdyby skoczyła pod pociąg. Ale to było niemożliwe – jego ojczyźnie wszystkie pociągi już uciekły.

Szedł dalej prosto korytarzem gdy zobaczył, że młoda urzędniczka, która chwilę temu minęła go bez powitania, już zamyka drzwi na końcu korytarza, zdecydował, że ta opowieść będzie nadal o niej.


Vladimír Balla
Przełożyła Zuzana Compelová



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio