Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści


Wiersze laureatów X Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia


Wojciech Roszkowski


O mojej ostatniej kobiecie


Jestem w tamtym pokoju z oknem na ogród

i wieżę kościoła w zimowy wieczór na wsi, kolejny z mojego

dzieciństwa, które trwa tam jeszcze,

w dzień kiedy zmarła starsza pani,


więc widzę to, na mrozie rzeźbiącym ciało, w śniegu

na szachownicach oszronionych pól, widzę wyraźnie: nie ma

granicy między światłem a nocą, gdy szare płótno nieba przesiąka

czerwienią krwi. Łuna wypala las na horyzoncie, rośnie zwęglone

czarne mięso zmierzchu. Jeszcze szkarłat przekrwionym skrzydłem

upycha wzdęte słońce


do brzucha zmarłej kobiety – w tamtym pokoju z oknem na ogród,

tapetą w lilie ecru – rozkłada nogi jak nożyce, uwalnia rój owadów

spomiędzy ud, garście owadów rzucane na ściany, ikony świętych,

w warkocze, jakby lód wiązał we włosach barwne ważki.

Widziałem później


na placach Rzymu żywe i srebrne. Leciały, leciały, upływał dym

na Lateranie, daleko, w powietrze otwarte na oścież, bramy katedr,

witraże pęknięte od ciszy innej


niż ta, za którą na wsi nadchodzi grudzień, wilgotne języki wiatru

oblizują drzewa, omszałe deski zagród, smakują szadź z dachów

– to trochę jak dotyk warg i woskowego czoła zmarłej. Pamiętam

z dzieciństwa ciało, twoje ciało, czułe i duszne, leżało trzy dni

w domu, w tamtym pokoju z oknem na ogród, odwiedzane

przez bliskich, śpiewano nad nimi pieśni, w ostatnią drogę żegnano

pocałunkiem – czuję smak, twój smak, mam na ustach,

w jątrzących smugach


światła z półmroku pachnącej ziołami sieni. I wiem, jesteś

moją pierwszą, moją Ewą, pierwszą kobietą, i – to pewne – ostatnią

przed tą, z którą spędzę życie.


Czytam nocami, zimą jadę na południe*


Spędzę życie na małej stacji, całe życie czując się na coś

za stary. Od rana piszę o Lenie, o tamtym świcie. Znów

późny grudzień w sukni panny młodej, na mrozie las pełen

skwierczących łożysk i mutr wyciąga ramiona, próbuje

wyjść z brzegów, wspiąć się na wiadukt, gdzie sika

człowiek. Jakby namaszczał tory; śnieg staje się rudy,

ten człowiek zardzewiał od środka. Nie zamazuj moich kół, 

proszę – mruży oczy zaspany dróżnik. – Je steś por ce la no wą

lal ką – wystukują wagony. Obiecałem ocalić go

w wierszu, który ma nic do powiedzenia, jak przechodnie

dziewczyny, ryby, dzieci zgubione we mgle. A potem patrzeć

ze wschodniego skraju zatoki na tory, trakcje, nieliczone pociągi.


*T.S. Eliot, Ziemia jałowa


Akwarela w sypialni ojca


Patrzeć ze wschodniego skraju zatoki San Francisco,

z tarasu mieszkania w Oakland, do którego mnie nie zaprosiłeś,

tato. Parne lato w ławicach chmur i deszcze

w twarzy. Jeśli odchodzę, zostawiam za sobą burze

i staje się jasne –


kobalt nad oceanem, szkunery w słońcu, sylwetka Leny

jak smagły kliwer na dziobie jachtu. Jasne żaglowce nocą

w hotelu Skanska na rzece jej ciała o smaku morwy i pieprzu

cayenne. Fale płonące w delcie ud, świątyni otwartej dla wiernych,

gdzie klękam na progu przed wejściem, a ściany lśnią wilgocią,

zroszone koronką drgań


jeszcze ciepłych śladów w pościeli, słodkiego odcienia skóry,

gdy w blasku lampy depiluje podbrzusze. Tak myślę, jest sierpień,

chłodne mury złuszczone jak kora na Plantach; biją dzwony. Pogłos

w powietrzu o błysku spiżu


w oknie airbusa do Oakland dzień później. Obraz z pokoju ojca:

miasta późnej Hanzy? srebrzyste łańcuchy na lustrach Sekwany?

Lub inny słodki kicz. Mieszkanie, gdzie mnie

nie zaprosiłeś, tato, więc nie wiem,


choć ty wiesz pewnie wszystko, teraz, gdy zrastamy się

przez szybę Cremation & Funeral Service i płyniesz mi gorzko

jak ołów w ustach. Zawsze wiedziałeś wszystko, prócz tego,


kto jest moim ojcem i jak nazwać żółte kwiaty kurczące się w lusterku

jadącego auta, w którym myślę o tobie, o Lenie, pejzażu gasnącej

zatoki. Jest w tym uczuciu obojętność plaż,


obcych jak przypływ, jak ciało po miłości wyrzucone na brzeg.


Dzieci i ryby

Zrobiłbym to znów, ale ustalmy
To, ustalmy
To: wiodła nas ta droga do
Narodzin czy Śmierci? Narodziny,
To pewne, były. Widziałem narodziny i śmierć,
Myślałem, że się różnią;

T.S. Eliot, Podróż Trzech Króli


Jest w tym uczuciu obojętność plaż, obcych jak przypływ,

jak ciało ryby rozbierane na piasku przez upał. Puchnie

lato, na Nereśli, pod młynem mielącym dzieciństwo łowimy


tłuste płocie i złote karasie pachnące tatarakiem. Migoczą

mgławice, stągiewki, świetliki – ognie świętego Elma. Łuski

w ognisku, pieczona ikra przyjmowana jak wiatyk. Smak

mokrych wybrzeży Holandii, odległych portów i krain po ulewie,

która zmyła z pól namuł, sypiąc na łące półksiężyce wydm.

Przychodzę tu w każdy sierpień – niemy

film, prześwietlony, urwany z żyłki, gdzie czas starzeje się obok:

butwiejąca trawa, grząska zieleń stawu


i wylizywane cielę na niepewnych nogach, i zmęczona matka.


Zrobiłbym to pewnie znowu, lecz ustalmy to, ustalmy:

Czym różni się życie? Śliskie oko ryby i spojrzenie

cielęcia? Życie, kiedy podaję nóż ojcu. Są tylko dwa kolory,

ze Stendhala, czerwony i czarny, łaszą się u stóp niczym koty.


Tętent racic tnie łąkę. Jest brzytwą,

więc przychodzę tu w każdy sierpień –

po złotą koniczynę, żółcienie, wsuwam między deski zagrody,

karmię pustkę.


Dzieci i róże


Karmię pustką serce małego chłopca. Bije szybko,

pompuje ziarenka piasku w górę klepsydry, w tamtym


pokoju z widokiem na ogród i wieżę kościoła, zimowy

wieczór na wsi, kolejny z mojego dzieciństwa, które trwa


jeszcze, dni składają się w kołyski śpiących niemowląt,

róża jest różą, jest różą. A cielę ma wzrok jak mój


ranny pies pośrodku szosy. Patrzyłem skulony na poboczu,

a koła w obie strony toczyły się, toczyły bez końca.


Michelangelo da Caravaggio Ecce Homo


A koła w obie strony toczyły się, toczyły bez końca. Śnieg parzył

białym kirem, wypełniał mój cmentarzyk zaschniętych piskląt,

płoszyły się. Klucze otwierały niebo, trochę mniej nieśmiertelne –


jak wiecznozielone sekwoje w piekącym powietrzu cyklonu

czy smutne cedry Libanu płynące Hasbani, która przy ujściu

rozchyla uda, wody odchodzą i odsłaniają nieznany ląd –


horyzont spokojny i senny jak Chrystus u Caravaggia. Popatrz

na ruchy mężczyzny, właśnie go rozbiera, ruchy zmysłowe, jakby

rozbierał kobietę do snu (À l'ombre des jeunes filles en fleurs?),

jakby nie chciał dotykać martwego Boga, bo krzyż jest

karuzelą i kręci się po wodach jeziora Genezaret. Pod prąd,

pod prąd, coraz większe napięcie. Pozwólcie mi wyjść, 

muszę zwymiotować – prosi


człowiek. Nie widzę go, tylko słyszę w programie Zone

Xtreme. Prezenterka TV zachęca, publiczność zagrzewa, więc

81% uczestników używa dźwigni z napięciem 460 V. To zabija.

Nie wiedzą, że to aktor, że wszystko jest na niby. Najbardziej

ciekawią mnie ludzie, którzy wyszli ze studia


w ciemne wody jeziora Genezaret, czerwone morza pełne liści,

nierówne tętno wieczoru. Czy w Europie wybuchnie wojna?

spytała mnie Lena, a ja myślałem o ojcu, dzielił cielę i dawał

dzieciom czas – a one jadły. I o pierwszej komunii:

„To jest Ciało moje” – jedliśmy, bez wahania.

Wojciech Roszkowski



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio