Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



ŁUKASZ MARCIŃCZAK

Mistyczny zakapior, czyli pustelnik in flagranti



Panie, jeżeli tak traktujesz swoich przyjaciół,
nie dziwota, że masz ich tak niewielu.

Św. Teresa z Avila





Pustelnik Jano ma w swojej pustelni Internet i stale włączoną komórkę, a na Facebooku 1526 znajomych. Jednak wystarczy otworzyć Dostojewskiego, aby się przekonać, że anachoreci prawosławni stale mają gości i drzwi się do nich nie zamykają. Zajmując lokum wielkości dawnego kiosku „Ruchu”, jednakowoż z zapierającym dech widokiem na Zalew Soliński, napisał przedziwną książkę, dowodząc w niej, iż tylko dwie postacie z Biblii doznały tego, czego on doświadczył (i to dwa razy).

Żadna książka nie musi się dobrze kończyć, każda natomiast powinna się dobrze zacząć, o czym najlepiej wiedział urzędnik Joseph Grand, który zasłynął najfatalniejszym zapewne zdaniem w całej literaturze francuskiej, które, choć brzmiało niewinnie: „W piękny ranek majowy smukła amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego”, podcięło twórcy ścięgna. Rozpoczynano rozmaicie – Gombrowicz swoje dzienniki zaczął od poniedziałku, Kapuściński egzotyczny reportaż od kupna land-rovera, a Żeromski w pierwszym zdaniu puścił ogary w las. A ponieważ bohater Autobiografii mistycznej (wydanej przez lubelskie wydawnictwo Norbertinum w 2014 roku) większość swego świadomego życia przeżył w lesie (obecnie zajmowana pustelnia jest już w kolejności siódmą), zainicjował swoją opowieść tyleż prosto, co szeroko: „Korzystając z ciszy i samotności, piszę tę książkę, którą mogę określić mianem książki mojego życia, nie tylko dlatego że jest ona autobiografią, lecz również dlatego iż zapisałem w niej najważniejsze i najcenniejsze wydarzenia mego życia”.

Zdanie to tylko na pozór skromne, albowiem nie można rozpocząć bardziej intrygująco, skoro czekają nas rzeczy trudne do wyobrażenia, jeszcze trudniejsze do wysłowienia, a pomimo tego jakoś przecież istniejące. Warto zacytować kolejne, aby się przekonać, że jesteśmy w świecie solennym, gdzie nie ma miejsca na awangardowy modelunek i artystowskie gdybania, a kto nie tęskni do takich książek, nie wie, co to tęsknota: „Gdy w tej chwili, mając za sobą 59 lat, patrzę wstecz na całe moje życie, dziękuję Bogu, że pozwolił mi przeżyć tak wiele. Gdybym chciał spisać dokładnie wszystko, czego doświadczyłem, księga grubością przypominałaby cegłę. Może kiedyś taką napiszę, w tej natomiast skoncentruję się na mych najciekawszych przygodach oraz duchowych doświadczeniach, których miałem mnóstwo, i to tak szokujących, że aż trudno w nie uwierzyć”. Autor nie jest gołosłowny, nie było dotąd książki tego rodzaju, na wskroś religijnej, a przecież na poły sensacyjnej – z pewnością unikniemy przesady określając ją jako metafizyczny thriller!

„Modliłem się bez przerwy, będąc w pustelni czy chodząc po lesie z aparatem fotograficznym. Wtedy też zauważyłem w sobie wyraźne poruszenia, coś duchowego się we mnie działo. Gdy czasami zaglądałem do kawiarni w sanatorium »Plon«, ktoś się dosiadał do mojego stolika i już po kilku minutach rozmowy płakał. Rozchodziła się wieść o pustelniku, wokół którego dzieją się tajemnicze rzeczy. Zaczęli mnie odwiedzać w pustelni różni ludzie, prosząc, abym im mówił o Bogu. Była to o tyle osobliwa sytuacja, że to nie ja szukałem ludzi, aby ich »nawracać«, to oni za mną chodzili. I moja pustelnia zaczęła bardziej przypominać lekarską przychodnię niż samotnię, ale drzwi były otwarte zawsze i dla wszystkich”. Gdy do pustelni wkroczył wytatuowany drab, któremu z kapoty nie wystawał co prawda ogon z chwostem, lecz niewiele lepiej wróżąca flaszka, Jano zamknął oczy: „Widząc, że jestem bezradny, w myślach powiedziałem: Jezu, teraz mów Ty. I już po chwili facet płakał! Był wstrząśnięty, zaskoczony, nie wiedział, co się z nim dzieje”.

Daleko groźniejsze okazało się spotkanie z czarnym magiem „Skorpionem”, podającym się za uzdrowiciela, który wysysał energię z ludzi (przerażająco brzmi przypuszczenie, że po to zjawiał się w szpitalach, gdzie modlił się przy chorych, którzy, po krótkiej poprawie, umierali). „Skorpion” zasadził się też na Jano, a raczej zarzucił na niego sieci energetyczne – „»Skorpion« siedział naprzeciwko mnie, poruszając tajemne tematy, a w pewnej chwili poradził mi, żebym się przespał, bo jestem zmęczony... Odpowiedziałem, że nie chce mi się spać, ale on natrętnie nalegał, abym się zdrzemnął. Coś mi się zaczęło wydawać podejrzane, dlaczego mu tak zależy, abym zasnął? W końcu uległem, oparłem się plecami o ścianę przedziału, próbowałem zasnąć, zamknąłem oczy i... po chwili poczułem jakieś delikatne dotknięcia na klatce piersiowej”. 

Znajdziemy też istne boje homeryckie z demonami, które przybierają postać księży, wielkich kotów, czarnowłosych kobiet, a nawet dwumetrowego, średniowiecznego rycerza w zbroi, który pojawił się na tylnym siedzeniu auta: „Pewnego dnia Apsarasa pojechała ze swoim znajomym do lasu, aby odpocząć od miasta. Od chwili, gdy samochód ruszył, zaczęło się dziać coś bardzo podejrzanego. Samochód ledwie jechał z szybkością mniej więcej 30 km. Kierowca był zaskoczony, bo samochód był sprawny, a hamulec ręczny zwolniony... Odnosili wrażenie, jakby ciągnęli, czy też wieźli, ogromny ciężar. Siedząca obok kierowcy Apsarasa obejrzała się do tyłu i zobaczyła siedzącego na tylnym siedzeniu tajemniczego rycerza”. Umierającej na raka Apsarasie (tylko ona widywała rycerza, ale samochód coś naprawdę obciążało!) rycerz przynosił chwilową ulgę, aby w końcu okazać się kolejnym demonem. Jesteśmy na pierwszej linii frontu w wojnie Boga i Szatana o ludzką duszę, gdzie literatura nie bywała od czasów Bernanosa i Claudela („literaturę” rozumiemy szeroko – śladem Milana Kundery, twierdzącego, że pewne rzeczy o świecie da się powiedzieć tylko powieścią, uważamy, że mowy Churchilla albo spisane prawa Rewolucji Francuskiej również odzwierciedlają jedynie właściwe im sposoby obrazowania; tak samo jest z Autobiografią mistyczną, wnoszącą do piśmiennictwa nowy rodzaj ludzkiego bycia w świecie „które inaczej wyrazić się nie chce”).

Czytelnika pozbawionego eksperiencji w lekturach duchowych, skłonnemu widzieć w pustelniku Jano kontynuatora oeuvre Sapkowskiego, a w jego książce jakiś pendant do Matki Joanny od Aniołów Iwaszkiewicza, trzeba od razu ostrzec, że sprawa jest daleko poważniejsza. Po pierwsze – poważną jest rzeczą mistyka i choć wciąż z trudem akceptuje ją nauka, a bywa, że i Kościół instytucjonalny, to jednak zjawisku temu (gdzie nie takie przypadki, jak opisane w książce Jano się zdarzały!) oba przypatrują się z najwyższą uwagą. Po drugie zaś, napisał tę książkę człowiek, który w najmniejszym stopniu nie uważa się za pisarza, natomiast, jak to wyraźnie zadeklarował, chce zostać świętym, a zważmy, że nie może być świętości bez mistyki, a nie ma mistyki bez życia na granicy realności i rozsądku. I jeszcze po trzecie – słowo „pustelnik” (prawie tak samo jak „mistyk”) pachnie dziś anachronizmem, a nawet ekscentryzmem, ponieważ przekonani jesteśmy, że osoby takie poznikały jak szeptunki na Podlasiu.

Tymczasem żyją razem z nami, w XXI wieku, ludzie z innego paradygmatu i znajdziemy w książce Jano relację z podróży, jaką autor przedsiębrał do współczesnych eremitów. Jeden doglądał uli i zbył wędrowca, pustelnik Stanisław poczęstował gościa zupą i przenocował w wieku od trumny, jeszcze inny, pod Krakowem, okazał się franciszkaninem i mieszkał samotnie w lesie już od pół wieku. W naszych, supramodernistycznych czasach co parędziesiąt kilometrów żyje człowiek, który kosztem życia szuka Boga w samotności. Oczywiście, bokserzy łatwiej rozpoznają w tłumie byłych bokserów tak jak złodzieje złodziei. Wystarczy przejąć się grą w szachy, aby się przekonać, że świat pełen jest szachistów, ale jedno nie ulega wątpliwości – mistycy są wśród nas.

W „Pustelni Leśnej Róży”, która niedługo po opisanych wypadkach spłonęła, znajdujemy scenę, w której świetnie widać fenomenalny charakter tej książki, która bywa momentami humorystyczna, nigdy nie tracąc powagi: „W końcu zdobyłem się na odwagę, do jednej ręki wziąłem świecę, do drugiej siekierę i podszedłem do zamkniętych drzwi. Powolutku otworzyłem, wszedłem do środka, nikogo jednak nie zauważyłem, pusty pokój, a mimo to nadal coś chodziło, na dodatek zaczęło iść w moim kierunku i łazić tak metr przede mną. Pojąłem wreszcie, że to duchy. Okropnie wystraszony, zacząłem się tyłem wycofywać. Zamknąłem drzwi i... No właśnie, co dalej robić? Przecież nie pójdę spać do lasu. Poza tym moja pustelnicza duma nie pozwoliła mi uciec przed duchami. Postanowiłem więc całą tę sytuację potraktować jako wyzwanie do walki »duchowej«. Gdy tej nocy poszedłem spać, tuż obok położyłem Biblię, świecę, zapałki i oczywiście siekierę. Duchy musiały mieć niezłą zabawę, widząc, jak pustelnik poluje na nie z siekierą. Od chwili pojawienia się duchów moje życie modlitewne zdecydowanie się wzmogło, zwłaszcza nocą, gdy wkraczały one do akcji, a były bardzo pomysłowe”. Dotykamy tutaj sprawy podstawowej w mistyce, gdzie, by tak rzec, cuda są czymś naturalnym, chociaż żaden mistyk ani się o nie nie stara, ani nie na nich buduje swoją relację z Bogiem. W gruncie rzeczy buduje ją na odrzuceniu i ludzkim szyderstwie; każdy czytelnik Autobiografii mistycznej musi zająć stanowisko wobec wyrażonych tam spraw ostatecznych, a przecież o to naprawdę w tej „mistycznej” książce chodzi.

„Mistyczna”, „mistyk” – co to właściwie znaczy? Kościół oficjalnie podaje, że liczba osób doznających tak spektakularnych doświadczeń mistycznych jak stygmaty (dodajmy, że w rejestrach kościelnych są, rzecz jasna, ci stygmatycy, których relacje urzędnicy kościelni uznali i zakwestrowali) od początku chrześcijaństwa sięga trzystu. Jeśli doznał ich tylko co setny mistyk, to i tak mistycy idą w tysiące. Popularność zdobyło zaledwie kilku – można ich nazwać celebrytami mistycyzmu na tej samej zasadzie, jak celebrytami literatury są Homer, Szekspir i Faulkner, to znaczy człowiek średnio wykształcony kojarzy te nazwiska z literaturą, a nie z malarstwem lub astronomią. Mistycy ci, w kolejności chronologicznej, to: św. Augustyn z Hippony, św. Hildegarda z Bingen, św. Franciszek z Asyżu, św. Katarzyna ze Sieny, św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, czy żyjący już w naszych czasach Amerykanin Thomas Merton i Polka Helena Kowalska, w zakonie siostra Faustyna (dziś już święta Faustyna, wyniesiona na ołtarze przez dziś już także świętego Jana Pawła II; niewykluczone, że również Merton dostąpi świętości, gdy papieżem zostanie Amerykanin).

Oto jest kontekst, w którym pojawia się Pustelnik Jano, urodzony w Rzeszowie w roku 1955, człowiek świecki. To istotna dystynkcja – Merton wstąpił do trapistów, siostra Faustyna należała do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, Katarzyna ze Sieny była dominikanką, Jan od Krzyża karmelitą, sławna Julianna z Norwich związana była z kościołem anglikańskim, a zagadkowy Serafin z Sarowa to mnich z monasteru Zaśnięcia Matki Bożej. Wszystkich ich łączy jedno – doświadczali istnienia Boga intensywniej – stokroć intensywniej niż każdy z nas. Mistyk jest bowiem kimś, kto poprzez wiarę, już w życiu doczesnym, dostępuje bezpośredniego spotkania z Bogiem (w mistyce chrześcijańskiej jest to najczęściej Matka Boska lub Chrystus). Co znaczy bezpośrednio? Właśnie bezpośrednio – a więc najczęściej słyszy wyraźnie Jego głos, stając się przekazicielem Boskiej woli, bardzo często widuje też Jego postać – tak jak widziała Chrystusa siostra Faustyna, zatrudniony malarz Go namalował. Autor Autobiografii mistycznej opisuje scenę, kiedy Chrystus go dotyka, bierze w objęcia, a niezwykle poważany w Kościele ojciec Pio otrzymał od Boga dar zapachu, który świadczył o jego pozacielesnej obecności w odległych miejscach (z czym wiąże się „zdolność” bilokacji, czyli przenoszenia się w przestrzeni oraz przebywania w kilku miejscach jednocześnie). Niedawno, kiedy Jano pisał w pustelni, nagle poczuł zapach wanilii, przekonany, że ktoś pali na zewnątrz fajkę, wyszedł, jednak nie było nikogo. Acha – skonstatował.

Tak – to wszystko brzmi niewiarygodnie, niejeden z pewnością pomyśli: o książce – fantazmaty, a o piszącym te słowa jej czytelniku – dobroduszny (polszczyzna jest na szczęście ojczyzną synonimów). Ta książka jednak istnieje, a wszystko, co napisał jej autor, znajdziemy w tekstach, które cieszą się w naszej tradycji szacunkiem i uznaniem (choć nieczytane) i tak samo dotykalny jest człowiek, który zawarł w niej cały swój świat, a na końcu książki podał nawet numer telefoniczny – każdy może sprawdzić, kim naprawdę jest. Czy zadałby sobie tyle trudu, jeśliby chodziło mu tylko o budzenie sensacji, od dwudziestu lat żyjąc w świecie, na pozór jak każdy z nas, a przecież poza nim. Któż byłby na tyle szalony, aby podporządkować fikcji jedynie realne i prawdziwe życie? Nazwanie go obsesjonatem niczego nie zmieni – tylko „obsesjonatką” była wobec tego Faustyna, w obłędzie pisał swe teologiczne traktaty Jan od Krzyża, w pewnym sensie i Bruno Schulz ze swoją wizją Ulicy Krokodyli, nieistniejącej, a wszechobecnej, pozostawał „prorokiem”. I gdzie jest granica dzieląca szaleństwo od aprobowanej przez psychiatrów normy egzystencjalnej, w której nie mieści się co drugi pisarz, malarz czy kompozytor? Czy Abraham, który wyszedł z Ur, albowiem usłyszał głos, był rozsądny? Albo sprawa z „oślepieniem” św. Pawła – czy ci, znający go przed tym, gdy zobaczył coś, czego wcześniej nie widział, zrozumieliby go potem? W mistyce common sense nie wystarcza, lepiej „myśleć” Dantem – wy, którzy tutaj wchodzicie, nie dziwcie się niczemu. Albo dziwcie, nawet bardzo dziwcie.

Czesław Miłosz o najwybitniejszym liryku Lublina, Józefie Czechowiczu, napisał: „Miał temperament mistyczny, sztukę ujmował jako zbliżanie się do Dziwu”. Twierdził tak w końcu poeta, który przez dziesięć lat korespondował z Mertonem i pewne rzeczy rozumiał. Wielka szkoda, że Miłosz nie dożył świadectwa bieszczadzkiego pustelnika, jego Widzenia nad Zatoką San Francisco zyskały bowiem interesujący odpowiednik nad Soliną. Jano każdego poranka wychodzi przed pustelnię i patrzy na szkliste, gładkie jak jedwab jezioro, pod którym jakoś przecież ciągle istnieją (zatopione dopiero w 1967 roku) wiejskie uliczki i piwniczki, nie do końca opuszczone cmentarze, zdziczałe sady i fundamenty paru świątyń, pagórki i doliny, o których arcyrealnym bycie nie wątpił nikt – który mieszkaniec Soliny pomyślał, że nad kominem jego chaty pływać będą żaglowe łodzie i ryby, a pola porosną wodorosty?

Bo czy nie jest tak (czy może być inaczej), że człowiek ślepy i zamknięty na Inny Świat żyje akcją tego świata, a ten, kto uchyli drzwi sprawom duchowym, doświadcza „przeciągu” stamtąd – żyjąc tutaj, bierze zarazem udział w całkiem innym scenariuszu. Wówczas żadne spotkanie może nie być przypadkowe, duchowe zaklęcia otwierają duchowe sezamy, a szyfry transcendencji same się łamią. Kto świadomie wybiera drogę zjednoczenia z Bogiem – a Jano jest zdeterminowany i konsekwentny – tego życie staje się przenikaniem dwóch światów, które stają się jednym, choć ten tutaj pozostaje widzialny i uchwytny dla każdego, a tamten tam prześwituje jak we mgle drugi brzeg rzeki, niczym owa tajemnicza Druga Przestrzeń, której do końca łaknął kryptomistyk Miłosz. Być może tego fenomenu nie jest w stanie pojąć człowiek ponowoczesny, mieszkaniec Ziemi Ulro, który nie wierzy (a przecież nie zobaczy), że jednocześnie istnieje Solina podniebna i podwodna.

Mistyka budzi wiele wątpliwości, ale być może nie powinno być inaczej, skoro wywodzi się ona od słowa „mystikos” – tajemniczy. Jest wręcz coś niepokojącego w tym, że ogromna większość, sięgająca pewnie 90 procent duchownych, pozostaje pozbawiona mistycznego zmysłu, a nie inaczej sprawa zdaje się wyglądać w zakonach, czego dowodzi kazus św. Faustyny, którą zakonnice wyśmiewały i złośliwie nazywały histeryczką. Z drugiej strony niemal każdy znalazł się kiedyś w sytuacji, o której mógłby powiedzieć, że nosiła znamiona stanu mistycznego – nagle jak gdyby zatrzymał się czas i nie wiadomo skąd pojawiło obezwładniające poczucie doskonałej pełni, błogości, szczęścia płynącego z roztopienia się we wszechbycie – chwilowa jasność pełnego zrozumienia. Któż tego nie zna? Natomiast „twarda” mistyka to zjawisko mające też punkt zwrotny – kiedy Bóg staje się dojmująco obecny: mówi, ukazuje się, dotyka... I tu cały kłopot, tu pies pogrzebany i sceptycyzm wiecznie żywy – bo nieweryfikowalność!

A przecież przygody Jano dotyczą rzeczywistości najzupełniej obiektywnej, o czym świadczą relacje innych mistyków pozostawiających świadectwa pisane, różniące się niekiedy przemożnie stylem, lecz bez trudu daje się stwierdzić, że wszyscy starają się ubrać w słowa te same doznania. Droga mistyczna jest przetarta i wszystkie jej zakręty zostały opisane, najwnikliwiej przez Jana od Krzyża, z którego Drogą na górę Karmel Jano się nie rozstaje, a jego egzemplarz nosi w sobie drugą książkę – jego własną, zapisaną na marginesach. Natomiast nierozwiązany jest ciągle problem powołania do tego, żeby w ogóle znaleźć się na tej drodze – bo tego nie zapewniają ani pragnienia, ani żaden „trening” mistyczny. Wiara i modlitwa nie wystarczają, potrzebny jest dodatkowy czynnik, pewna zdolność, która przeważnie daje o sobie znać już w dzieciństwie mistyka. Kto znajdzie się na tej drodze, i postępuje w niej naprzód, ten może otrzymać dodatkowe talenty: proroctwa i widzenia przyszłości, leczenia, także możliwość niezwykle plastycznych i intymnych kontaktów z Bogiem.

Ci, którzy stoją na zewnątrz i patrzą w zadziwieniu, mogą pojednać się z Miłoszem we wspólnym niepojęciu: „Płaczmy, lamentujmy po wielkiej utracie./ Porysujmy węglem twarze, rozpuszczajmy włosy./ Błagajmy, niech nam będzie wrócona / Druga Przestrzeń”. Kto jednak przejdzie przez to ucho igielne – a nie ma lepszego dowodu przejścia – zaczyna żyć jakby na przekór życiu, a w gruncie rzeczy lepiej powiedzieć: umiera dla świata. Jak gdyby dotknął czegoś tak niepojętego i potężnego, że większemu zbliżeniu się do Tego poświęca wszystko. Tak samo Jano miał tak zwane normalne życie, jednak doświadczenie mistyczne (pierwsze miał już w wieku ośmiu lat) sprawiło, że pozamykał swoje sprawy, zakluczył dotychczasowe życie i skazał się 20 lat temu i – jak deklaruje – na resztę ziemskiej egzystencji na bezdomność, nędzę i samotność. Zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą – nie poradził sobie w życiu, ale czy religijne intuicje pascalowskie (ochrzczone „zakładem”) nie podpowiadają, że lepiej radzić sobie w Niebie niźli na ziemi?

Jednakowoż mistyka to nie tylko ta – przyznajmy – efektowna sfera dostępna zmysłom, którą można opowiedzieć w świecie fizycznym, to jedynie jej zewnętrzna część i nieskończone wariacje na ten temat znajdziemy w żywotach świętych, mnóstwo ich także zwłaszcza w dawniejszych popularnych tekstach kościelnych. Wszelako są jeszcze widzenia, ekstazy, z których nie sposób zdać relacji, odwołując się do zjawisk znanych z tej rzeczywistości. Zważmy zresztą, że nawet powiedzenie, którego używamy bezwiednie: „czuję się jak w siódmym niebie”, okazuje się być proweniencji teologicznej, a konkretnie właśnie mistycznej, gdzie stanem najwyższym, kiedy człowiek jak wosk roztapia się w Bogu, jest tak zwany siódmy dom duszy. Znaczy to przecież, że istnieje sześć etapów wcześniejszych. Przy czym nie można ich wytrenować, nie ma procedury takiej jak w buddyzmie, gdzie mistrz uczy, jak poprzez odpowiednie techniki wyłączać się ze świata. W świetle całej literatury mistycznej jedną z osobliwości Jano jest doświadczenie, o którym szczegółowo nie napisał żaden z mistyków nowożytnych. Jano bowiem mówi wyraźnie, że jedynie dwukrotnie w Biblii mowa jest (w sposób zawoalowany, dyskretnie) o szczególnym darze mistycznym, jakim jest widzenie Boga „twarzą w twarz”, które miało się stać udziałem polskiego mistyka w XX wieku.

Sam Jano stara się „porwanie” jakiego doświadczył, scharakteryzować w sposób możliwie precyzyjny, zwracając uwagę na umykające zwykle czytelnikowi napomknięcia, jak choćby takie, że Mojżesz „zdjął zasłonę”, a prorok Eliasz „zasłonił twarz płaszczem”. Są to szczególnie frapujące partie książki, których nie sposób czytać bez ekscytacji, skoro Bóg wyraźnie powiedział: „Żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostać przy życiu” (miłośnikom Agathy Christie i eleatów podpowiadamy, że istnieje w książce Jano rozwiązanie tej pozornej sprzeczności). Jano wchodząc w taki stan (każdorazowo poprzedzany „darem łez”), patrzył na zegar i kiedy wracał do rzeczywistości, jak sądził po kilku minutach, okazywało się, że upłynęły dwie godziny. I wszystko, co najważniejsze w doznaniu mistycznym, dzieje się wtedy – poza światem fizycznym i poza ciałem (i poza czasem). W rzeczywistości, której nie sięgają ani zmysły, ani rozum. Milczą zmysły, milczy rozum, a człowiek czegoś doświadcza!

Jednak widzenia zmysłowe, tak samo jak ekstazy, to zawsze były w życiu mistyków incydenty, również u Jano kilka stronic dalej znajdziemy precyzyjnie rozróżnienie kontemplacji i modlitwy, dowiemy się o „kontemplacji wlanej” i „modlitwie odpocznienia”. W książce polskiego Christophorosa, obok historii awanturniczych, które spotykają autora – bezdomnego pustelnika – na dworcach czy w przypadkowych noclegowniach, można znaleźć, podobnie jak w pamiętniku św. Faustyny, określenia trafne i nieodparte, jak to o „ukrytym” Bogu, którego „pełno” wszędzie: „Tak jakby lecący ptak krzyczał pełen lęku – gdzie jest powietrze?!” One same lepiej dotykają istoty tej książki niż średniowieczni rycerze w samochodzie, ale być może największym „literackim” odkryciem Jano jest ukazanie, że to jedna i ta sama rzeczywistość – rycerz nie istnieje „naprawdę”, lecz auto naprawdę obciąża.

To z pewnością nie jest książka dla oświeceniowych racjonalistów: „Bóg dla rozumu jest jak powietrze zaciskane w dłoni, skutecznie umyka, im mocniej dłoń zaciskamy, tym jest go mniej, lecz gdy dłoń otwieramy pojawia się ponownie”. No i cóż odpowiedzieć na takie dictum? Religia i wiara albo jest właśnie taka, albo nie ma jej wcale. Dlaczego niewysoki facet w moro z nieodłącznym aparatem fotograficznym nie miałby być świętym, skoro prawie zawsze okazywali się nimi ci, których świętości współcześni nie zauważali – mistrz Eckhart został ekskomunikowany, Jana od Krzyża w zakonie prześladowano, szykanowano św. Faustynę, „wybryki” Mertona z trudem tolerowano. Tak, pustelnikowi Jano znacznie bliżej do Augustyna niż Iwaszkiewicza, choć wiersze o drzewach tego ostatniego jako żywo przypominają modlitwy. W tej napisanej „po bożemu” książce mamy do czynienia z mistyką par excellence, gdy w pięknej frazie Iwaszkiewicza, Miłosza, także Stasiuka, z jej ledwie przeczuwalnym przedsionkiem.

Być może jest to książka niezamierzenie prowokacyjna, z ducha bliższa mistyce wschodniego chrześcijaństwa, gdzie u pustelników „w dobrym tonie” było szokować i zbijać z pantałyku, nieprzypadkowo to tam powstało słowo „jurod” (tłumaczone zwykle jako „szaleniec boży”), niemające swojego odpowiednika w klarownym i rozsądnym chrześcijaństwie łacińskim, a przedziwne figury jurodiwych napotkamy nawet w opowiadaniach kronikarza dawnej Rusi Iwana Bunina. Wielu czytelników (beznamiętnie powtarzających podczas niedzielnej mszy zbitki wyrazów: „Duch Święty”, „Krew Chrystusa” i „Słowo Pańskie”) drażni w tej książce właśnie to, że przemieszane są tutaj porządki i przekroczone granice, do których się przyzwyczaili – można usłyszeć „głos” na basenie, pies, w którego wszedł demon, może być uzdrowiony „krwią Chrystusa”, można nawet fizycznie zobaczyć „wylanie Ducha Świętego”, a nie mieć żadnych praw do głoszenia podobnych rewelacji.

Jano jest świadomy wątpliwości, jakie budzi jego wybór i po swojemu je rozwiązuje – cytuje św. Bernarda z Clairvaux: „Znajdziesz coś więcej w lesie niż w książkach. Drzewa i kamienie nauczą cię tego, czego nie dowiesz się od profesorów”. A on, nie porzucając drzew, wybiera profesorów! Od kilku lat jeździ na Zloty Filozoficzne, ale też mądrze (to znaczy po swojemu) czyta klasyków – profesora (w Bazylei) Nietzschego i profesora (w Port-Royal) Pascala. W innym miejscu cytuje Wittgensteina: „Co się w ogóle da powiedzieć, da się jasno powiedzieć; o czym zaś nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. A on w milczeniu rozmiłowany całkiem nie milczy – właśnie wydał tę bulwersującą wielu książkę! Mistyka stoi na paradoksach, dlatego gorąca wiara może buchać w człowieku o temperamencie angielskim, a pełne przygód życie toczyć się na kilkunastu metrach kwadratowych.

W zachodnim, trochę żołnierskim chrześcijaństwie, gdzie polski czytelnik przywykł do książek pobożnych, nieco mdłych, niekiedy w przykry sposób infantylnych, Jano musi się jawić niczym chuligan chrześcijaństwa, ponieważ wytrąca nas, zdumiewa, gorszy, rozśmiesza, gniewa, trudno powiedzieć, czym przyciąga. Zapewne już dziś dałoby się napisać książeczkę złożoną z elukubracji na jeden temat: „Co to za pustelnik, który...!”. Ano właśnie, jak bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o innych kategoriami „listu gończego”. Pustelnik ma mieć wzrok błędny, brodę do pasa, na szyi krzyż wielkości przydrożnego i połatane sandały, poza tym powinien czytać przy kaganku nadpalony brewiarz, nie mieć pojęcia jak wrzucić piątkę w samochodzie i być konduity niebiańskiej co najmniej od szóstego roku życia. A przecież gdyby Bóg nie posiadał za grosz poczucia humoru, w żadnym razie nie stworzyłby Wisławy Szymborskiej.

Sięgnąłem po wnikliwe studium Pawła Czapli Fenomen doświadczenia mistycznego, w którym autor pokusił się o porównanie doznań chrześcijańskich wizjonerów z będącymi rezultatem zażywania środków halucynogennych oraz wywołanymi wpływem terapii transpersonalnych. Zaiste prawdą jest, że Indianie Ameryki Południowej albo szamani syberyjscy dzięki rozmaitym ziołom wchodzili w stany jakoś mistyczne – w takim też stanie pozostawała może prorokini w Delfach, do której pielgrzymował Sokrates. Jednak z tej znakomitej rozprawy naukowej mogłoby wynikać (autor jedynie referuje ustalenia, zachowując godny uznania obiektywizm), że mistyk chrześcijański przypomina sekciarza, który odrzuca leczenie, choć użycie odpowiedniego środka – dostępnego w aptece – postawiłoby go na nogi w dwa dni. Nie wynika z tej książki zgoła wcale, dlaczego niektórzy (wszyscy?) mistycy cierpią nierzadko całe lata w „nocy ciemnej”, skoro dwa seanse transpersonalne pozwoliłyby im postąpić wzwyż w drodze mistycznej w miesiąc.

A zatem wniosek, który się z tej książki nasuwa, musi być jeden – mistycy chrześcijańscy to masochiści, w najlepszym przypadku himalaiści, którzy chcą zdobyć szczyt najtrudniejszą drogą i bez tlenu, zimą i w tweedowych marynarkach. Czytam ze zdumieniem, że psychologowie Harvardu uważają, że na ten sam szczyt można wejść od drugiej strony, drogą, gdzie nawet liny nie trzeba brać, a nawet dojechać kolejką. Bo ich zdaniem, na szczycie czeka wszystkich (wierzących w Boga, wierzących w LSD i wierzących swojemu psychoterapeucie) to samo – rozpływamy się w błogostanie, jednoczymy z całym wszechświatem, dostępujemy „oświecenia”. No to – na Boga! – po co cierpieć?

Żaden psychoterapeuta nie mówi ani słowa o tych zdaniach: „Chcę bardziej cierpieć” (św. Faustyna, kobieta, wiek XX), „Pragnę być ukrzyżowany i wzgardzony” (mistrz Eckhart, mężczyzna, wiek XIII). A przecież bez tego cała mistyka chrześcijańska pachnie zabobonem, a mistycy przypominają tych osadzonych, którzy połykają w celach rączki od wiadra i widelce. Współcześni lekarze dusz musieliby powiedzieć swoim pacjentom (klientom!), że to jest droga uwarunkowana historycznie i kulturowo – że tamci (Faustyna, Eckhart, etc.) zafiksowali się na naśladownictwie Chrystusa, a ten kulturowo zrozumiały zakrętas ascetyczny wynikał, po prostu, z nieznajomości współczesnej psychologii. Skoro na te same łąki można się dostać autostradą, to kręta ścieżka, którą chciałby podążać do Boga mistyk chrześcijański, jawi się wyrafinowaniem na granicy patologii – jakby uparcie pragnął leczyć grypę nie przy pomocy polopiryny, lecz upuszczaniem krwi. „Transpersonaliści” nie pojmują sensu religijnych udręczeń, jeśli można z powodzeniem zastąpić je rozmową dżentelmenów w wyciszonym apartamencie – ich zdaniem światło na końcu będzie tak samo jasne. Czy jednak różnica nie jest taka, jak między słońcem w południe, a zapaloną żarówką?

Pustelnik Jano napisał swoiste kompendium mistyki, dzieło z żadnym innym tekstem mistycznym nieporównywalne. O ile świadectwa innych mistyków przeważnie są dziełem duchownych, poddanych pewnej formacji, również werbalnej, którzy poza tym podlegali władzy kościelnej, tak jak ich pisma surowej cenzurze, to Jano znalazł swój własny język do opisu tych doświadczeń, bardzo współczesny, a nawet postmodernistyczny, dzięki czemu w jego „opowieści” współistnieją miłosne relacje z Bogiem i spór z redaktorem, który zarzuca pustelnikowi ucieczkę od rzeczywistości i rodzinnych obowiązków, niepozbawiona ironii polemika z Nietzschem i głębokie porozumienie z lubelską profesor filozofii Jadwigą Mizińską, religijne Himalaje z życiowym „mięsem”, a wszystko to jest uziemione, choć podniebne, i arcypobożne, choć bez namaszczenia.

Niewątpliwie egzotyczność tej książki bierze się z tego, że została napisana poza Kościołem, młyny kościelne tego nie przemieliły, nie ma imprimatur. Chociaż przypadek – ale czy przypadek? – sprawił, że Autobiografia mistyczna ukazała się w wydawnictwie katolickim. Jednak niemającym tzw. kościelnego asystenta. Wszystko w tej książce zdaje się znaczące, w swej przedziwnej prostocie niepojęte i zagadkowe. Ludzie przyjeżdżający do Janowej pustelni widzą tylko powierzchnię – kreskę wody, i czasem bardzo się dziwią, gdy im opowiada, że poniżej, w głębi – pokazuje palcem kierunek – jest wieś o nazwie Rajskie. Część Rajskiego ocalała – dodaje – pod wodą jest klasztor.


Łukasz Marcińczak




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio