Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Dzikość lektury. Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem



Jan Wolski: Jurij Andruchowycz w tomiku Piosenka da martwego koguta, przełożonym przez Bohdana Zadurę, zamieścił wiersz o znamiennym tytule More Than a Cult. Jego fragment brzmi tak:


Stasiuk widzi wszystko.
Organ jego miłości – to pamięć wzrokowa.
Organ jego oddechu – to paczka papierosów.
Organ jego pisma – to zdezelowana maszyna do pisania.
Ponieważ zdezelowana, pisze ręką.
Czyli „od ręki”, od siebie, ode mnie, od ciebie.
Czyli jest jednym z nas, choć, być może, najlepszym.
To pismo jest autentyczne, to nazywa się charakter.
Po czymś takim poznaje się pisarza czy seryjnego mordercę.
A więc nigdy nie przyłapiecie go na szachrajstwie.


To bardzo trafna charakterystyka twórczości, a i charakteru naszego dzisiejszego gościa, którego zapewne bliżej przedstawiać nie trzeba. Tym bardziej, że w naszym mieście gościł już niejeden raz. Jego talent ma tu liczne grono wielbicieli, z którymi spotykał się w klubach, bibliotekach, a teraz w uniwersytecie. Przed państwem Andrzej Stasiuk.

Andrzej Stasiuk: Bardzo się cieszę, że po raz kolejny jestem w Rzeszowie. Ostatni raz byłem tutaj dwa lata temu, w więzieniu. Też było przyjemnie… Publiczność mniejsza i głównie męska, ale interesująca. A teraz goszczę w uniwersytecie.

Damian Niezgoda: Jeżeli już mówimy o więzieniu, w książce Nie ma ekspresów przy żółtych drogach wspomina pan o tym, że często odwiedza więźniów, między innymi w Uhercach. Czy dostrzega pan jakąś różnicę pomiędzy środowiskiem opisanym w Murach Hebronu, a tym, które teraz odsiaduje swoje wyroki? 

Andrzej Stasiuk: To nie jest tak, że często bywam w więzieniach. Chciałbym je częściej odwiedzać, ale jestem tam dwa, może trzy razy do roku… Pozmieniało się, oczywiście, że się pozmieniało. Szczególnie jeśli chodzi o kulturę więzienną, o tak zwaną drugą władzę – grypsujących, więzienną mafię – zniknęła, w sumie nie wiadomo dlaczego. Jak twierdzą osadzeni, teraz kasa rządzi wszystkim. Nie opłaca się tak żyć – po prostu. To po pierwsze. Po drugie, jest teraz swobodniej, nie ma już takiego napięcia między więźniami a klawiszami. Pojawiły się oddziały terapeutyczne, rzeczy kiedyś niepoważne. Po trzecie, więzienie się cudownie sfeminizowało. Na męskich oddziałach jako wychowawcy i kierownicy oddziałów pracują kobiety. I to kapitalnie działa. Kiedy facet jest naprzeciwko faceta, po dwóch stronach barykady, to automatycznie włącza się agresor, zaczyna rywalizacja. A tutaj spotyka piękną kobietę, która, co prawda, jest klawiszem, ale takiej relacji towarzyszą już zupełnie inne emocje, jakby ona była zjawiskiem z innego świata. To nie jest już to więzienie, co kiedyś. Niestety...

Matylda Zatorska: Wiele pisze pan o badziewiu, często architektonicznym. Co jest zatem dla pana Statuą Wolności polskiego badziewia? Jaki budynek?

Andrzej Stasiuk: Nie wiem, nic mi nie przychodzi do głowy. Kopia czegoś, ale czego? Może tak wszystko ze sobą zlepione – Grecja, Wenecja, coś europejskiego. Ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. Jakaś całość… Może krasnal? Papież w jakimś lichym wykonaniu? Chyba jednak papież – jako postać zupełnie zdesakralizowana, przemielona przez popkulturę. Taki papież większy od Jezusa w Świebodzinie. Największy papież świata. Pusty w środku, zrobiony z żywicy epoksydowej, z takim głuchym dźwiękiem, kiedy się w niego zastuka. Nie ma chyba czegoś takiego. Ja sobie to tak po prostu wyobrażam. To byłoby coś! Największy Papież Świata!

Damian Niezgoda: Wyobraźmy sobie taką abstrakcyjną sytuację, że wchodzi pan do knajpy, gdzie przebywają wszyscy pisarze świata ze wszystkich epok. Może pan wybrać jednego, któremu postawi pan piwo. Kogo by pan wybrał i dlaczego?

Andrzej Stasiuk: Trudno mi sobie wyobrazić taką knajpę, gdzie byłoby tylu pisarzy. Nie wchodzę do krakowskich knajp, kiedy jest tam choćby trzech pisarzy. Przede wszystkim jednak jest tak, że ci wszyscy pisarze, którym chciałbym postawić piwo, są starsi ode mnie, a większość z nich, albo wszyscy, już nie żyje. Zaś dobre wychowanie zabrania młodszemu, żeby starszemu proponował piwo. Tak przynajmniej było kiedyś, nie wiem jak jest teraz. Ja jestem z tych czasów, kiedy, gdy chciałem postawić Januszowi Głowackiemu pięćdziesiątkę, bardzo długo się wahałem. Oczywiście się zgodził, ale miałem taką gówniarską tremę, przecież on był starszy ode mnie o dwadzieścia lat. Zatem nie wiem, komu mógłbym postawić piwo. Wielkim nieobecnym, wielkim umarłym? Zygmuntowi Hauptowi stawiać piwo? To on mógłby mi w swojej łaskawości piwo postawić. Płatonowowi? Jak stawiać piwo geniuszowi? Nie… Wy, młodzi, za bardzo skracacie dystans.

Matylda Zatorska: Odwracając sytuację – może pan wybrać pisarza, który postawi panu piwo...

Andrzej Stasiuk: Staram się nie pić piwa. Może byłby to jakiś młody pisarz, który mnie podziwia? A czy młodzi pisarze mnie podziwiają? Nie wiem. Może zostawmy to piwo, bo mi się zaczyna chcieć pić.

Damian Niezgoda: Pamięta pan lata swojego debiutu. Czy dziś młodym pisarzom jest łatwiej debiutować? A może jednak trudniej?

Andrzej Stasiuk: Nie znam się na tym za bardzo. Ja miałem szczęśliwy debiut. Mój dobry przyjaciel wydawał książki w małym wydawnictwie. Powiedział: „Piszesz? To ci wydam książkę”. I wydał Mury Hebronu. To było poza literackim światem, tak bardzo poza Krakowem i Warszawą, że trudno to nawet nazwać debiutem literackim. Żadnych krytyków, broń Boże. A potem ktoś zauważył tę książkę. Teraz można dowolne rzeczy publikować, za chwilę, podejrzewam, taka zwykła, papierowa książka nie będzie miała posmaku nobilitacji. Wydaje mi się jednak, że teraz trudniej debiutować, bo młodzi pisarze odczuwają większe ciśnienie. W tej chwili problemem nie jest literatura, a kariera. Natychmiast chce się swoją obecność zaznaczyć. Działa potężna presja współczesności. Teraz psychicznie jest trudniej, po prostu istnieje jakiś przymus. Że się musi, że natychmiast, że już, że będzie kasa i kariera. My zapieprzaliśmy bez nadziei na jakąkolwiek nagrodę. Nagrody były bardzo skromne. Macie trudniej. A może łatwiej?

Matylda Zatorska: W jednym z wywiadów powiedział pan: „Wszyscy piszą. Lud się dorwał do twórczości i nie ma zmiłuj”. Co z tego wynika? Czy to jest dobre? Czy pan czyta wydawane teraz książki?

Andrzej Stasiuk: Nie zaglądam do nich, bo nie mam czasu. Jestem zajęty swoimi rzeczami. Czy to jest dobre? Nie wiem… Tak jest dziś z każdą dziedziną. Wszyscy robią zdjęcia, wszyscy grają muzykę. Sztuka się strasznie demokratyzuje. Być może coś odchodzi w przeszłość. Literatura zawsze była sztuką hierarchiczną. Było naturalne, że jedni piszą trochę lepiej, drudzy trochę gorzej i nikt tego nie kwestionował, chyba że paranoicy. Ale to odchodzi w przeszłość. W tej chwili technologiczność świata i dostęp do narzędzi jest ogromny. Znam dużo dzieciaków znajomych, którzy grają muzykę. Miałem przyjaciół w swoim pokoleniu, którzy byli muzykami. I widzę radykalną różnicę w poziomie gry. Dziś szesnastolatki grają tak, że moi trzydziestoletni koledzy za Boga by tak nie potrafili, ponieważ nie mieli dostępu do biblioteki muzycznej całego świata, do nowości, do instrumentów. Z literaturą będzie podobnie. A to jest jakiś komunistyczny mit, że wszyscy powinni być magistrami. Pisarz Juan Carlos Onetti powiedział kiedyś takie ładne zdanie, które lubię: „Wszystko wzięło w łeb, od kiedy wojskowi i kobiety nauczyli się czytać”.

Jan Wolski: Nie było poprawne politycznie.

Andrzej Stasiuk: Miał do tego prawo, był wielki!

Damian Niezgoda: W Taksimie jest taka scena, w moim odczuciu dość drastyczna, kiedy broniąca młodych locha zagryza Wietnamczyka. Jak to jest z takimi zdarzeniami w pana utworach – są czystą imaginacją, czy też zainspirowały je autentyczne wydarzenia?

Andrzej Stasiuk: A co w tym dziwnego? Dzika locha. Przecież to jest niebezpieczne – kiedy zobaczysz taką świnię, natychmiast spieprzasz. To była rumuńska czarna locha, podobna do dzika. Te świnie pasą się na wolności, buszują w stepie. Działo się to na targowisku, w północno-wschodnich Węgrzech. Była tam cerkiew, do której Rusini karpaccy zjeżdżają we wrześniu na doroczny odpust. Przyjeżdżają tam także ludzie z Rumunii, Polski, Cyganie. W tym świecie pobożności chrześcijańskiej i emocji środkowoeuropejskiej, w tłumie rozmodlonych Cyganów, Rusinów i słowackich Łemków chodziła wielka locha, pilnująca swoich prosiąt.

Damian Niezgoda: Skoro o zwierzętach mowa, podobno pan kiedyś hodował lamy. Ma pan coś teraz, choćby owce?

Andrzej Stasiuk: O czym rozmawiamy, o hodowli czy o literaturze?! Przyjechałem tu jako pisarz, nie jako hodowca! To prawda – mam parę baranów. Kiedy zapada na spotkaniu cisza, zaraz pada pytanie: „Podobno pan hoduje owce”. Lubię towarzystwo zwierząt, dobrze się czuję, kiedy są gdzieś obok mnie.

Matylda Zatorska: Są profesorowie, którzy twierdzą, że po trzech minutach egzaminu są w stanie ocenić studenta i nie pomylą się w ocenie. Ile panu, osobie, która wiele czyta i wydaje książki, zajmuje czasu ocena, czy to, co trzyma pan w ręce, nadaje się do druku, czy też nie?

Andrzej Stasiuk: Ja już tego, co autorzy przysyłają do naszego wydawnictwa, nie czytam. Na początku z żoną czytaliśmy, teraz są takie ilości, że mamy od tego redaktorów – bardzo inteligentnych i błyskotliwych, którym ufamy. Ale ogólnie – myślę, że potrzeba mi lektury czterech, pięciu stron. Nie da się oszukać, jeśli ktoś pisze źle po polsku, jest skreślony. Co mnie obchodzi, że ma wielkie idee i świetne pomysły, jeśli nie da się przez to przebrnąć. Jest dokładnie tak jak z muzyką – słuchasz i od razu czujesz jasno i wyraźnie, że facet fałszuje. Co z tego, że komponuje i nuty składa. Mówią: „przeczytaj do końca”, ale nie daję rady, nie mam z tego przyjemności. Kiedy czuję, że tekst jest nieporadny i kaleczy język polski, mówię: sorry.

Damian Niezgoda: Pańskie książki znajdują się już, i to od dość dawna, na liście lektur. Jak się pan czuje jako klasyk?

Andrzej Stasiuk: Nie sądzę, żeby bycie na liście lektur było równoznaczne z byciem klasykiem. Klasykiem stajesz się dopiero po trzydziestu, sześćdziesięciu, stu latach po śmierci. Jak cię wtedy jeszcze czytają, może jesteś klasykiem. Jak się czuję, będąc na liście lektur? Średnio. Nie przeczytałem w szkole żadnej lektury. Dziady z wielką przyjemnością przeczytałem mając lat trzydzieści. Dopiero wtedy i z pełnym zrozumieniem, bo mnie straszono, że to „wielka poezja jest”. Kiedyś moja córka przyszła ze szkoły i powiedziała: „Tato, jesteś na liście lektur”. I wstyd, bo się wszyscy w szkole na nią patrzą.

Matylda Zatorska: Czy kanony lektur, listy typu „100 najlepszych książek” są potrzebne?

Andrzej Stasiuk: Są ludzie, którym potrzebny jest jakiś drogowskaz, ale moje doświadczenie mówi coś innego. Mnie potrzebna była wolność lektury. Kiedy miałem dwanaście, trzynaście lat i biblioteka szkolna zaczęła istnieć w mojej świadomości, szperałem po półkach, od jednej książki do drugiej, prowadzony przez czysty przypadek, los. Dzikość lektury jest czymś ekscytującym. Wypuszczasz się w nieznaną przygodę, podróż, która nie wiadomo jak się skończy. Lektura jest podróżą i niekiedy prowadzi na manowce. Czasami ścieżka się nie kończy. Można też zwariować od nadmiaru lektur. Nie jestem człowiekiem wykształconym, zatem widzę to trochę inaczej. Wszystkie rankingi – dziesięciu najsłynniejszych morderców, dziesięciu najsłynniejszych gwałcicieli – to jest bardziej zjawisko medialne, w którym jest coś banalnego. Książki to są zupełnie różne, niezależne byty. Każda książka jest światem. Z samochodami jest łatwiej. Jest wręcz coś obelżywego w takich gazetowych rankingach książek. Tak mówię, bo w żadnym chyba się nie znalazłem.

Damian Niezgoda: Dużo pan podróżuje. Czy jest takie miejsce, do którego najchętniej pan wraca?

Andrzej Stasiuk: Do Wołowca, do domu się chętnie wraca. Czasem mam takie poczucie, że wyjechałem tylko po to, żeby po miesiącu wrócić. Nie wiem…. Są takie miejsca w Polsce i niektóre w Europie… Blisko granicy słowacko-węgierskiej jest takie miasteczko, zawsze stawałem i patrzyłem, jak ono się zmienia. Piękne, malownicze miejsce, ale takich jest tysiące na świecie.

Matylda Zatorska: Właściwie w każdym pańskim utworze pojawia się wiocha. Czy uważa pan, że kiedyś przyjdzie moda na polską wiochę? Co z niej wtedy zostanie?

Andrzej Stasiuk: Dlaczego polska wiocha ma się stać modna? Co tam jest takiego? Sprzedać polską wiochę w świat? Nie, to tak nie działa. Kiedy mówię o wsi, mówię o wsi swojego dzieciństwa, której już nie ma, do której jeździłem do dziadków. Mówię tak naprawdę o przeszłości, której już nie ma. Jeżeli zrobi się ze wsi produkt narodowy, to, szczerze mówiąc, będziemy sprzedawali jakieś ochłapy. Polska wieś jest różna i jest to jakiś fragment tożsamości, który spychamy z polskiej świadomości. Wszyscy udają, że są z miasta. Moi rodzice całe życie udawali, że urodzili się w Warszawie. A pochodzili ze wsi mazowiecko-podlaskiej. Wydaje mi się, że Polacy zrobili swego rodzaju kastrację umysłu, kastrację tożsamości. Żyjemy w jakiejś pogardzie do wsi, w jej kompleksie. I co – zaczniemy przyjeżdżać na tę naszą kochaną wiochę, pojawią się na niej jacyś hipotetyczni turyści ze świata? Chodzi o tożsamość, nie o krajobraz wiejski. Nie ma już tamtej wsi. Jest asfalt. Trzydzieści kilometrów od Warszawy nie ma ani jednego zwierzęcia, ani jednej krowy. Kiedyś na wsi była bliskość zwierzęcości i ludzkości, zapachy, które się mieszały. Teraz trasa wiedzie przez środek „wsi”, a po lewej i po prawej stronie mamy posadzone i wystrzyżone tak zwane iglaki. A jeszcze niedawno kwitło tam życie, ryły świnie. To się zmieniło, ta zmiana jest kapitalna i fascynująca, jeśli chodzi o ogólną tożsamość. Ale mnie chodzi o taką wieś nierealną, której już nie ma. Może to i lepiej, to było nudne miejsce do życia. Wszyscy stamtąd uciekali. Cała rodzina ze strony mojej babki uciekła do miasta, na wsi został tylko głuchoniemy brat. I tylko ja, podobni do mnie, tęsknią do tamtej wsi. Prawdziwa wieś? Nic z niej nie zostało. Nic tam już nie ma.

Karolina Kumka: Czy jest jakiś współczesny polski pisarz, którego pan szczególnie ceni i za co?

Andrzej Stasiuk: Tak naprawdę cenię tylko martwych pisarzy. Ostatni wielki zmarł w sześćdziesiątym siódmym roku. Jest tak, że czci się przede wszystkim zmarłych. Jak Haupta. Z żyjących, z którymi poszedłby na piwo, nikt nie przychodzi mi do głowy. Pani by pewnie chciała, żebym powiedział, kto jest najlepszym, a kto najgorszym żyjącym pisarzem. Dorota Masłowska była takim zjawiskiem w swojej pierwszej książce – to było coś tak wyrazistego, że trudno było przejść obok niej obojętnie. Może Odojewski ze swoim ukraińskim cyklem.

Magdalena Rabizo-Birek: Stał kilka lat temu w tym miejscu, w którym teraz stoisz.

Andrzej Stasiuk: Czuję to! Jego cykl ukraiński to było coś, co mną wstrząsnęło, kiedy zacząłem go czytać piętnaście lat temu, i do tej pory we mnie zostało. Masłowska i Odojewski. Ale duet! Także Miłosz, ale jako osoba przede wszystkim. Na jego poezji się nie znam. Przeczytałem jednym tchem tę wielką biografię Andrzeja Franaszka. Miłosz fascynuje mnie jako postać zakorzeniona w historii Polski, w swoim tragizmie, dramacie, rozdarciu. To był człowiek potwornie tragiczny. Dostał Nobla, tysiące dolarów, a jednocześnie miał tak przesrane życie, że trudno sobie wyobrazić większą życiową udrękę. Ta jego wielka litewska siła pozwalała mu za każdym razem wstawać, podnosić się, dożyć tego wieku i odejść z klasą.

Jan Wolski: Czy nie napisałbyś z Jurijem Andruchowyczem nowej wersji Mojej Europy? W kontekście tego, co się obecnie dzieje na Ukrainie?

Andrzej Stasiuk: Myślałem o tym, żeby z nim pogadać o Ukrainie, o wszystkim, o najnowszej historii ukraińsko-polskiej, o wydarzeniach aktualnych. Ale brakuje mi czasu. Natomiast jest pewna nadzieja, że Paweł Smoleński zrobi z nim wywiad-rzekę. Jurko wydał ostatnio Leksykon miast intymnych. I raptem ten pstryk historyczny i książka stała się kompletnie nieważna, bo jest taka ładna, taka śliczna. Pisarz jeździ po świecie i spisuje swoje wrażenia, a tu dwa miesiące twardej historii i wszystko przepadło. Ostatnio go powitałem: „Witamy uchodźców. Zostańcie u nas”. Smoleński może z nim zrobić ciekawą rozmowę. Będzie o Wołyniu, UPA – takich rzeczach. Miejmy nadzieję, że uda się zdążyć. Brakuje takiej rozmowy na wyższym poziomie, bez rzucania sobie obelgami w twarz. Paweł się na zna na tej problematyce i może wyjść z tego coś dobrego. Nie wiem, czy bym potrafił z nim o tym gadać, za dobrze się znamy, za bardzo lubimy, żeby zaryzykować. Rozmawialiśmy o tysiącu rzeczy, chodziliśmy po górach. Z Ukraińcami czuję szczególną więź. Ale nie z całym jej światem literackim, broń Boże. Pan mnie zapytał, co zrobię, kiedy trafię do knajpy, w której będą siedzieli sami pisarze. Ja tam nie wejdę.

Jan Wolski: Tak wygląda zapewne piekło pisarzy. Wszyscy razem w jednym miejscu.

Andrzej Stasiuk: Właśnie. W Krakowie tak siedzą, w „Pięknym Psie”, i rozprawiają, coraz grubsi, coraz starsi, coraz bardziej łysi, z coraz mniejszą odpornością na alkohol. Opowiadają o swoich przewagach i o tym, jacy inni pisarze są słabi. Takie piekło pisarzy. Albo Targi Książki we Frankfurcie. Tam są miliony i miliardy książek. Patrzysz, ile jest książek na świecie, a ty masz tylko jedną. Tak też można przedstawić pisarskie piekło. Kiedyś byłem arogancki, wykłócałem się z publicznością. Jak to się z wiekiem niesamowicie zmieniło. Zapraszam, można pytać!

Krystyna Lenkowska: Nie zapamiętałam, jak się nazywa twój ulubiony pisarz, idol, Rosjanin, już nieżyjący?

Andrzej Stasiuk: Andriej Płatonow. To jest jeden z największych, a podejrzewam, że największy pisarz rosyjski XX wieku. W sensie zmierzenia się z historią, z przekleństwem komunizmu. On, wierzący komunista, który stracił wiarę i tę utratę opisał. Tam jest wszystko na temat Rosji – potworne, piękne i wstrząsające. Zawsze kiedy jadę na Wschód, zabieram jakąś jego książkę ze sobą. Z literaturą jest tak, że można ją przyłożyć pod światło, porównać rzeczywistość z tym, co się odbija w książce. Zmierzyć się z nią z krajobrazem i z historią. Płatonow...

Krystyna Lenkowska: Czy współcześni rosyjscy pisarze są na tyle dobrzy, żebyś mógł coś więcej o jakimś opowiedzieć? 

Andrzej Stasiuk: Świetny jest przede wszystkim współczesny rosyjski film. A rosyjska literatura… Nikt nie przychodzi mi do głowy. Rosjanie. Trochę nas to ominęło, wiadomo wszyscy Polacy mówią: „walić ruskich!”. Ale się okazuje, że jesteśmy ignorantami. Formuła europejska się wyczerpała, najwyższy czas na rosyjską. Myślę, że wyjdą z tego konfliktu z twarzą, tylko nie można do nich przykładać naszej miary. Kino rosyjskie jest genialne. Właściwie oglądam tylko amerykańskie westerny, które mam w swojej płytotece. Radzieckie kino też jest ciekawe, kiedy ma się świadomość, w jakich warunkach było kręcone, co tam było ukryte, a co skłamane. Da się je oglądać z wielką przyjemnością, bo to jest prawdziwa epika. Kino jest sztuką epicką – sztuką przestrzeni i przyrody. Rosja ją daje i Ameryka. Na przykład western – na horyzoncie jedzie jeździec, zmieniają się kolory i już jest co oglądać. Jest jednak trochę tak, że wielkie kraje robią wielkie rzeczy.

Magdalena Rabizo-Birek: Jak rodzą się pomysły na twoje utwory?

Andrzej Stasiuk: Na początku jest zdanie. Dzisiaj ktoś długo i skomplikowanie mówił o Jak zostałem pisarzem. A to się dzieje z jednego zdania, z pierwszego zdania. „W latach siedemdziesiątych” – i już mam do tego gotowy obraz. Nie zastanawiałem, po prostu przyszło mi do głowy takie zdanie. Trzeba dobrze zacząć, powiedzieć sobie na przykład: „Co za syf” i zaraz się coś pojawi w głowie. Dziewięć zaczyna się od obrazu – facet budzi się w nieznanym mieszkaniu. Potem przychodzą do mnie następne obrazy. Na początku jest zatem także obraz. I przeczucie...

Magdalena Rabizo-Birek: W Taksimie jest taki lejtmotyw – człowiek, który pcha ulicą wózek i blokuje ruch…

Andrzej Stasiuk: To on jest w Taksimie? Potem miał wypadek i przestał jeździć, samochód go potrącił. Miał taki wózek przyczepiony z tyłu do roweru. Był w książce symbolem powtarzalności. O tym, kiedy i jak zginął, dowiedziałem się od kolegi prokuratora i poczułem, że skończyła się pewna epoka. To są takie obrazy, które pociągają za sobą następne i następne. Zmysły, wzrok, który się ślizga, zapach, czasami jakiś dźwięk.

Magdalena Rabizo-Birek: A jak powstają tytuły twoich utworów?

Andrzej Stasiuk: To jest potworne, po prostu gehenna. Tytuł Taksim łatwo mi przyszedł do głowy. Byłem w Turcji, stałem przy placu Taksim i spodobała mi się jego nazwa. Dziewięć wymyślił kolega, bo to moja dziewiąta książka. Fado to jest taki elegancki, zagraniczny tytuł. Nie ma ekspresów przy żółtych drogach wyszło przypadkiem, a chodziło mi o ekspresy do kawy. Przy trasach oznaczonych żółtymi znakami są stacje benzynowe, ale bez ekspresów do kawy. Taka jest zasada i stąd wziął się tytuł. Wschód łatwo mi przyszedł do głowy, bo w tej książce wszystko dzieje się na Wschodzie. Niektórzy pisarze zaczynają od tytułu, a nie mają jeszcze książki. Tytuł Opowieści galicyjskie wymyślili w „Tygodniku Powszechnym”, gdzie był publikowany jako cykl reportaży. Zima jest o zimie. Proste sprawy, proste tytuły, bez zbędnej komplikacji.

Magdalena Rabizo-Birek: Mówiliśmy dzisiaj podczas konferencji o problemie, który napotykam czasem w rozmowach ze studentami. Zwykle nie potrafią określić gatunkowo twoich książek. Nie wiedzą, czy Opowieści galicyjskie to jest zbiór opowiadań czy powieść. 

Andrzej Stasiuk: Trudno to rozpoznać, bo teksty, które złożyły się na tę książkę, były pisane na początku jako portrety ludzi z prowincji, z upadających PGR-ów i w pewnym momencie się przemieniły w prozę literacką z realizmem psychologicznym. Kiedy zamarzł główny bohater Kościejny, moja żona powiedziała: „Zrób coś z nim, on był taki fajny”. Pomyślałem: wskrzeszę go, będzie ciekawiej. Studenci się głowią nad czymś, co najczęściej wynika z przypadku. Żona zakochała się w Kościejnym i tchnąłem w niego jeszcze coś w rodzaju życia. Rzeczywiście, nie bardzo wiadomo, czym jest ta książka. Jest w niej jakaś fabuła, ale czy to jest już powieść, czy jednak wciąż reportaż? Nie wiem. To jest hybryda – jak cała współczesność. Taksim, Biały kruk i Dziewięć są powieściami. Będzie jeszcze jedna i koniec.

Gabriela Kaszowska: Jak wspomina pan nieżyjącego już pisarza Augustyna Barana, którego książkę pan wydał?

Andrzej Stasiuk: Cudowny człowiek, przede wszystkim kompletnie inny od zwykłych pisarzy. Jemu w gruncie rzeczy nie zależało na pisaniu. Był kapitalnie skromny, miał same dobre uczucia, zero próżności i zawiści. Trudno mi mówić o nim jako pisarzu, był przede wszystkim człowiekiem.

Matylda Zatorska: Mówił pan, że więzienia się feminizują. Może pan się także kiedyś sfeminizuje i stworzy w powieści prawdziwą heroinę?

Andrzej Stasiuk: Nie znam się na tym temacie. Żyję w szczęśliwym związku od dwudziestu paru lat… Kiedyś może było inaczej. Ale właściwie dlaczego uważa pani, że nie ma u mnie postaci kobiecych? W Dukli jest piękna, dziwna postać dziewczyny, kobiety – takiej, jaką zapamiętałem z dzieciństwa, niczym święty obraz. Sugeruje pani, że nie potrafiłem do tej pory zgłębić duszy kobiety? Nie potrafię. Mogę zgłębiać dusze bliskich mi kobiet, ale czy one chcą być bohaterkami literatury? Wątpię. Czuję, że jest w tym pytaniu jakiś zarzut. Po prostu tak jest, że kobiety mają mniejszy udział w moim świecie, aczkolwiek go mają. Przede wszystkim piszę o facetach, którzy przegrywają, bo na tym się trochę znam. Ale w Opowieściach galicyjskich jest Babka. W Taksimie Ewa i, proszę pań, to jedyna moja książka, która się dobrze kończy. Bohaterka jest w ciąży. Ratuje tego swojego faceta, nadaje sens jego działaniom w drugiej części książki. Dzięki niej przejeżdża jakby na drugą, lepszą stronę świata. W Dziewięć jest wiele kobiet. Jest Rosjanka-katoliczka, dziewczyna ze sklepu. W Przez rzekę są postacie kobiece, w trzech lub czterech opowiadaniach, trochę dziwne. Ponieważ kobiecość jest dla mnie przede wszystkim dziwna. Mam się tego wstydzić? Nie potrafię udawać, że jesteśmy – mężczyźni i kobiety – tożsami. W moich książkach nie ma kobiet… W pewnym sensie tak, ale nie jest najgorzej, proszę nie narzekać. W najnowszej powieści będzie kobieta, przed sześćdziesiątką. Zobaczymy, jak wybrnę z tego świata, w kosmos ich chyba wystrzelę, albo pojadą do Mongolii handlować ogórkami. Śmiejecie się? W każdej mongolskiej jurcie jest słoik ogórków konserwowych firmy Urbanek. Na każdym stole, i kwiatki w nim stoją. Takie rzeczy są na świecie.

Magdalena Rabizo-Birek: Przed południem pytaliśmy o twoje projekty pisarskie. Wspominałeś o trzech książkach.

Andrzej Stasiuk: Jesienią wychodzi takie grube tomiszcze, które będzie się nazywać Wschód. To opowieść o mojej rodzinnej, podlasko-mazowieckiej miejscowości, o komunizmie, o ojcu i matce. O polskich losach, transferze ludności wiejskiej do miast, próbie stworzenia w czasach komunistycznych nowego człowieka. Będzie się rozgrywała także w stepie mongolskim, w górach Pamiru, w drodze na Wschód. To także nie będzie klasyczna powieść, a hybryda. Piszę także książkę o starym samochodzie, którym mam za jakiś miesiąc jechać do Tadżykistanu. I piszę powieść o Polsce lat 70. Trzy książki. Mam nadzieję, że się uda.

Damian Niezgoda: Jeszczekilka lat temu wydawnictwo Czarne wydawało sporo polskiej prozy. Teraz drukuje się w nim głównie reportaże i literaturę faktu. Czy to jest przyszłość polskiej literatury, czy może po prostu takie książki się dobrze sprzedają?

Andrzej Stasiuk: Rzeczywiście dobrze sprzedaje się reportaż i opowieści o prawdziwych ludziach. Czarne to jest w tej chwili duże wydawnictwo i trudno, żebyśmy czekali na objawienia polskiej prozy, których zwyczajnie nie ma. Po prostu nie ma tylu powieści, żeby zaspokoić nasze wydawnicze potrzeby. Choć się zdarzają. Rzeczywiście dziś literatura faktu, podróżnicza, eseistyczna, wypiera inne gatunki. Wydajemy coraz więcej książek o Chinach – to jest prawdziwie przeraźliwe piękno. Publikujemy wiele hybrydycznego dziennikarstwa – czegoś, co nigdy w Polsce nie istniało, na przykład tak zwaną literaturę podróżniczą. Wspaniałe opisy świata, rozbudowane portrety ludzi i jednocześnie bardzo osobiste pisanie. Dziennikarstwo czy proza dokumentalna – trudno to nazwać.

Magdalena Rabizo-Birek: Książka Bukareszt. Krew i kurz jest świetna.

Andrzej Stasiuk: Małgosia Rejmer jest świetna. Robiła doktorat z rumuńskiego kina, mówi po rumuńsku, napisała książkę z duszy i z serca. Krzysiek Varga pisze książkę za książką. Gatunki się u niego mieszają i zacierają – jak w muzyce. Tak się robi prawdziwą literaturę, dlatego potem biedni studenci mają kłopoty.

Janusz Pasterski: Forma pana sztuk teatralnych jest jakby na przeciwległym biegunie dramatów, które powstają współcześnie. Co panu daje forma dramatyczna? 

Andrzej Stasiuk: Szczerze? Kasę mi daje! Wszystkie dramaty napisałem na zamówienie teatrów, najczęściej niemieckich. To są proste sztuki, nie są to wydumane konstrukcje, na tym się nie znam i taki dramat mnie śmiertelnie nudzi. Piszę teksty do wystawiania na scenach. Jedną sztukę napisałem o Łemkowszczyźnie. Nie wiem, czy mi wyszło, czy nie wyszło. Dziwne przeżycie – pięćset osób zmieściło się w tym niemieckim teatrze. Wszystko w nim było takie wyzłocone, takie granitowe, cała miejska socjeta przyszła, w sukniach i garniturach za trzy tysiące euro. Teatr jest dla pisarza interesującym doświadczeniem społecznym. Ściboli taki w samotności przez pół roku, a tu wchodzi w inny świat. Dziwne i straszne jest tak siedzieć w środku tłumu, patrzeć na scenę – to są dziwne zdarzenia, doświadczenie głębi. Ale przede wszystkim kasa...

Krystyna Lenkowska: Pojawił się wątek obecności twojej twórczości za granicą. Jesteś chętnie i często przekładany. Jaki jest tam odbiór twoich książek?

Andrzej Stasiuk: Mam tam spotkania autorskie, przychodzi na nie kupa ludzi, tyle co tutaj i więcej, płacą po dziesięć euro za wejściówkę. Pytają o Polskę, ile mamy dzieci i o to, co się tutaj dzieje. Mam spotkania w kościołach protestanckich, w niedzielę po mszy. Stoisz jak ksiądz na ambonie, jest kapitalna akustyka. Kościół jest przejęty, przyszli słuchać słowa. Muszę się strasznie sprężać, żeby dobrze czytać, a trudno tę esencję czysto literacką wycisnąć, czasem ktoś inny czyta moje teksty po niemiecku. Wtedy mówią: „Jaki ten polski język jest…”. Przychodzą i chcą rozmawiać Słuchają, chcą się czegoś o Polsce dowiedzieć, podziwiają nasz dziwny język. To są bardzo fajni czytelnicy, nie tak jak Polacy, którzy od razu zaczynają żarty i docinki. A ja piszę smutne książki.

Krystyna Lenkowska: A jaki jest odbiór w krajach słowiańskich? 

Andrzej Stasiuk: Byłem i tam. Do Chorwacji jeździłem, w Serbii byłem.. Nie, w Serbii nie byłem. Czytelnicy mają dobre rozeznanie, gdy jest się w jakimś kraju regularnie tłumaczony. W Szwecji wychodzi dużo moich książek. Idę tam na spotkanie do kina, w którym czeka na mnie sto osób. Ludzie są zadowoleni. Jesz potem kotlet z łosia i wracasz do swojego domu, do swojego pokoju i swojej rozgrzebanej roboty. I to jest najważniejsze, a nie jakieś spotkania autorskie, kolejne wydania książek. Nie ma to na mnie szczególnego wpływu. Gdy ci wydają wszystkie książki, książka za książką, to boisz się przesadzić. Robisz, co masz do zrobienia, czy dostaniesz Nobla, czy nie dostaniesz. To są oczywiście żarty. I mogę tak mówić, bo mi wydają książki za granicą.

Krystyna Lenkowska: Jak ci smakowało filmowe Wino truskawkowe? 

Andrzej Stasiuk: Wiedziałem, że padnie to pytanie. Ale, że to będzie cios od ciebie? Mnie nie bardzo smakowało, ale wiem, że ludziom się podobało. W Gorlicach na ulicy mnie zaczepiają, mówią: „Panie Andrzeju, takiego kina trzeba, jakie to piękne”. Niektórzy płakali, jak wychodzili z kina. Z tysiąc osób w nim było. Ale to jest wizja reżysera, który wymyślił swoje rzeczy i załatwia w nim prywatne sprawy. Straciłem kontrolę nad tym filmem, w pewnym sensie czułem się oszukany. To nie jest moje kino. Oddaję swoją książkę reżyserowi, on zrobi, co będzie chciał, czy powinienem mieć o to pretensje? Ale nie tak to sobie wyobrażałem. Ładny film, ale czegoś mu brakuje, coś z mojego świata przepadło. Ciemny duch galicyjski, czarny świat, który jest w książce, ciemność… Tak jest z ekranizacjami dzieł literackich. Chyba tylko Pilch był ostatnio zadowolony z ekranizacji swojej książki.

Magdalena Rabizo-Birek: A co mógł powiedzieć Odojewski, kiedy zobaczył swoje Zasypie wszystko, zawieje w telewizji?

Andrzej Stasiuk: Powstał na podstawie tej powieści film?

Magdalena Rabizo-Birek: Nie, tylko spektakl telewizyjny.

Andrzej Stasiuk: Jaki mógł z niej powstać spektakl telewizyjny? Przecież to się dzieje w przestrzeni, tam się cały czas jedzie przez step, jest przyroda, jest oddech. A co powiedział? Pewnie nic... Kino to jest bardzo skomplikowana materia. Bardzo trudno jest zrobić film. Potrzeba na to wiele czasu. Pisałem scenariusz Wina truskawkowego dziesięć lat, a następne pięć go poprawiałem. Powoli traciłem zainteresowanie tym pisaniem. To strasznie skomplikowane, żmudne – staranie o scenki, jakieś kulminacje. Nuda...

Magdalena Rabizo-Birek: Chciałam bardzo serdecznie podziękować Andrzejowi Stasiukowi, że do nas przyjechał, był z nami przez cały dzień, przeżył to poranne rozgrzebywanie jego tekstów na konferencji naukowej, życzliwie ustosunkował się do autorów referatów. Dziękuję także Matyldzie Zatorskiej i Damianowi Niezgodzie, którzy byli pomysłodawcami konferencji i spotkania z pisarzem oraz wszystkim osobom z Instytutu Filologii Polskiej, które nam pomogły w organizacji spotkania. A także tak licznie zgromadzonym uczestnikom naszego spotkania.

Jan Wolski: Zacząłem od przytoczenia wiersza Jurija Andruchowycza i przypomniało mi się, że on ma dalszy ciąg. Jest tam pewien wers… Już wiemy, że bohater wiersza nie za bardzo za nim przepada...

Andrzej Stasiuk: Tylko za jego publicznym cytowaniem!

Jan Wolski: Ale, myślę, że to spotkanie utwierdziło nas w przekonaniu, co do słuszności przesłania tego wersu, który brzmi: „Stasiuk jest Stasiukiem jest Stasiukiem jest Stasiukiem jest Stasiukiem”.


Zapis i opracowanie redakcyjne: Damian Niezgoda,
Matylda Zatorska, Magdalena Rabizo-Birek




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio