Wyszukiwarka:

 


 



Magdalena Rabizo-Birek

 

Meteor. Wspomnienie o Mariuszu Kargulu

 

Najpierw było jego pisanie, charakterystyczne komediowe nazwisko, które w swoim nicku przemienił na Mańka Kazuara (kogoś w rodzaju groteskowo-demonicznego alter ego) oraz niecodzienna biografia. Janek Wolski pokazał mi kilka lat temu jego prozę, ze zwykłą dla siebie króciutką i charakterystyczną rekomendacją: Może się nada do „Frazy”? Przeczytałam i spodobała mi się. To były niewielkie opowiadania – obrazki i opowieści z małego prowincjonalnego miasta – jak się miało okazać – jego rodzinnego Krasnegostawu, w którym nigdy nie byłam, a które natychmiast sobie wyobraziłam. Ze zdumieniem przeczytałam w przysłanej mi notatce biograficznej, że jest, nietypowo jak na kandydata na pisarza, absolwentem technikum rolniczego, że para się dziennikarstwem w pismach lokalnych i polonijnych, że działa intensywnie na niwie kultury, wymyślając artystyczne „eventy”, powołując do istnienia efemeryczne grupy poetyckie i artystyczne pisma. 

Wkrótce spotkaliśmy się na Festiwalu Ulica Poetycka w Zamościu, na który redakcję „Frazy” zaprosiła Bożena Fornek (kto wie, czy nie z rekomendacji Mariusza). W każdym razie zrobiliśmy mu wówczas zdjęcie, które reprodukujemy we „Frazie”. To najbardziej znana twarz Mariusza: okrągłolica, życzliwie uśmiechnięta, patrząca nieśmiało w obiektyw, przypominająca do złudzenia oblicze dzielnego wojaka Szwejka. Mariusz był do niego podobny także w złożoności natury. Pod życzliwym uśmiechem skrywał inne oblicza – przenikliwego, krytycznego, zadziornego społecznika, demaskującego różne oblicza prowincjonalnej (i nie tylko prowincjonalnej) głupoty oraz wrażliwego, utalentowanego człowieka, czułego na uroki kobiet, spragnionego przyjaźni, miłości i szacunku.

Zaprosiłam Mariusza do „Frazy” na stałe. W dziale „Frazy Osobiste” miał swój cykl, który z charakterystycznym dla siebie ironicznym patosem zatytułował Koniec wieku niewinności. Z opowieści, które tam opublikował, a uzbierało się ich jedenaście, Krasnystaw i jego okolice i mieszkańcy wyłaniały się dwoiście. Czasem jaśniały niczym Drohobycz Schulza, albo Nymburk Hrabala – widziane i opisywane serdecznym, nostalgicznym okiem, niezwykłe, z oryginalnymi mieszkańcami, z których każdy miał swoją osobną historię. Innym razem zaś jawiły się groteskowo spotworniałe, nakreślone grubą, satyryczną kreską, zapisane krwią serdeczną i jadowitą żółcią. Do swojego miejsca na ziemi Mariusz miał bowiem stosunek miłosno-nienawistny, jaki się ma często do osób najbliższych, z którymi jesteśmy związani na dobre i złe. Domyślałam się, ile w tych obrazach było marzeń, wizji i kreacji, które niekiedy rodzą się z głodu duszy, w kontrze do wszechobecnej nudy i frustracji. „To miasto czeka na swoją epopeję w obrazkach” – napisał o rodzinnej Nowej Rudzie Karol Maliszewski w swej pierwszej prozatorskiej książce Dzienniki pozorny. I zaczął taką epopeję tworzyć. Być może podobny cel przyświecał Mariuszowi.

Jednak on jakby nie mieścił się w żadnym twórczym zamiarze, podobnie jak trudno mu było zmieścić się w standardowym rozmiarze ubrania. Olga Tokarczuk napisała o głównej bohaterce powieści E.E.: „Ona ma za dużą duszę”. Mariusz był duży: tak ciałem, jak i niespokojnym duchem, pełnym emocji, pomysłów, pasji i fascynacji. Znałam go zaledwie kilka lat, ale miało się okazać po jego przedwczesnej śmierci, że to był szczytowy okres jego życia – jego akme. Miał zgoła „nieponowoczesny”, a wybitnie modernistyczny stosunek do sztuki i kultury, które były dla niego wszystkim: oknem na szerszy świat, którego nie zdążył poznać, prywatnym uniwersytetem, skarbnicą wiedzy i mądrości, wreszcie wybraną formą życiowej realizacji. Szczerze podziwiał pisarzy, świetnie się z nimi porozumiewał, może nawet ich przeceniał, znakomicie sprawdzając się w roli prowadzącego spotkania autorskie. Zdarzało mi się wytykać mu, gdy próbował pisać recenzje z książek, brak dystansu, niezbędnego do zawodowego uprawiania tej formy pisarskiej. Często też ponosił go jego literacki temperament. Nie pisał recenzji, a apoteozę autora lub snuł własną opowieść na marginesie omawianej książki.

Trudno było za nim nadążyć. I nie nadążałam – z lekturą jego tekstów, kibicowaniem organizowanym przez niego imprezom, odpowiadaniem na jego maile i czytaniem nadsyłanych mi lub rekomendowanych do lektury tekstów. Spotkania z Mariuszem przypominały mi, że nie jestem już młoda i w dużej mierze utraciłam cechy, którymi on promieniował: chęć działania i zmieniania rzeczywistości, dar zachwytu i zdolność do fascynacji. Nie spotykaliśmy się często, było tych naszych spotkań może cztery. Po Zamościu ściągnął w 2010 roku naszą frazową ekipę dwukrotnie do Krasnegostawu: w maju na I Festiwal Sztuk Krasnych im. Stanisława Bojarczuka, swego rodaka, chłopskiego Petrarki, którego niezwykłą osobę i twórczość niestrudzenie propagował (także na łamach „Frazy” 2013, nr 1–2). Po raz drugi w listopadzie jako jurorów organizowanego przez Krasnostawski Dom Kultury Konkursu im. A. Kamieńskiej na najlepszą książkę poetycką wydaną na Lubelszczyźnie w minionym roku. 

Potem to my zaprosiliśmy go do Szymbarku na współorganizowaną przez nas w marcu 2011 roku w dwudziestolecie „Frazy” sesję „Kultura jest jedna”, gdzie dyskutowaliśmy o perspektywach rozwoju lokalnej kultury, której był najlepszym uosobieniem. Mariusz skorzystał z okazji, by odwiedzić w niedalekim Wołowcu swojego mistrza i przyjaciela Andrzeja Stasiuka. Śladami tego spotkania pozostały przesłane mi przez Mariusza fotografie pisarza, zajętego przydomowymi porządkami oraz wiersz Zobaczyć Wołowiec i umrzeć, który opublikowaliśmy w książeczce Kultura jest jedna

Mariusz nie był wybitnym mówcą, ale potrafił zachwycić i ubawić do łez celnym zdaniem lub anegdotą. Tak właśnie zabłysnął w wigilię Niedzieli Palmowej podczas długiego spotkania w Dworze Karwacjanów w Gorlicach, kiedy w gronie przyjaciół i autorów „Frazy” wspominaliśmy dwadzieścia lat jej istnienia – opowiadaliśmy anegdoty, czytali nowe i stare teksty. Wtedy Mariusz wszedł w swój okres poetycki. Był dumny z kolejnych publikacji w poważnych literackich periodykach (także we „Frazie” ogłosiliśmy kilka jego wierszy). 

Błyskawicznie, za szybko – jak mi się wtedy zdawało – opublikował debiutancki tomik utworów nazwanych autoironicznie „wierszopodobnymi” o dziwnym, proroczym tytule Niewczesny pogrzeb wierszoroba. Na tylnej okładce zamieścił fotografię, na której trzymał kartkę z napisem: „Chcę katafalku w kształcie złotego karpia”, co – jak mi wyjaśnili jego przyjaciele krasnostawianie – miało być ironiczną aluzją do przyznawanej przez rządzących rodzinnym miastem nagrody dla wyróżniających się obywateli, której Mariusz nigdy nie otrzymał. Ale podobizna złotego karpia, wykonana przez zaprzyjaźnione artystki z krasnostawskiej (bodaj już nieistniejącej) Galerii Retro, którą odwiedziliśmy z Moniką Sznajderman i Andrzejem Stasiukiem podczas Festiwalu Sztuk Krasnych, zawisła na katafalku jego trumny w kościele Trójcy Przenajświętszej w Krasnymstawie, gdzie go w licznym gronie żegnaliśmy w słoneczny, ciepły wtorek 22 października 2013 roku. Tomik przyniósł Mariuszowi tak potrzebny mu sukces – jesienią 2012 roku został uhonorowany główną nagrodą w Konkursie im. Anny Kamieńskiej. 

Do wierszy Mariusza miałam lekki dystans, wolałam go jako prozaika i nawet kiedyś mu poradziłam, by przesłany do „Frazy” długaśny poemat zapisał „normalnie”, czyli prozą, co też uczynił, włączając utwór do tomiku. A jednak niewielka książeczka, ozdobiona okładką, niepasującą swym charakterem do krasnostawskich realiów większości zamieszczonych w nim utworów (zdjęciem drapaczy Nowego Jorku, które zrobił Andrzej Stasiuk), spodobała mi się. Nie wszystkie wiersze były klasycznie „dobre”, ale miały w sobie, niech mi wybaczą poeci – coś więcej niż poezja. Była to mocna sygnatura autora, wpisany w utwory ślad jego życia. Z perspektywy czasu coraz bardziej wydaje mi się, że Mariusz był bardziej człowiekiem (przez duże C) niż pisarzem. Pisarstwo było jedną z wielu jego życiowych aktywności i pasji. 

Czytałam jego książkę, podobnie jak inne jego teksty, jako swego rodzaj liryczny pamiętnik, przez który go lepiej poznawałam i rozumiałam. Szczególnie wzruszyła mnie elegia, którą poświęcił zmarłej matce. Napisałam mu wówczas (7 września 2012 roku) w mailowym liście: „Wczoraj dopiero wypatrzyłam Twój tomik na biurku Janka z dedykacją dla mnie i od razu go przeczytałam. Daje do myślenia, wzrusza, jak ten piękny wiersz o Twojej Mamie, która tak szybko odeszła i to w tym samym roku, w którym zmarła moja Mama. Domyślam się, jaki to musiał być dla Ciebie szok i ból. Tomik także śmieszy, bawi, poucza. Jest jak Ty – to książeczka wiel(k)owymiarowa. Czasem to są teksty bardziej użytkowe i dobrze, że potrafisz na przykład napisać dobrą piosenkę. Wrażenia mam raczej pozytywne, chociaż nie wiem, czy zostaniesz poetą. Jakoś przerastasz i rozsadzasz każdą formę. A może się mylę. Na pewno masz świadomość, że ten zbiór to takie silva rerum i rzeczy prawdziwie liryczne sąsiadują z poezją doraźną, ze słownym żartem”. 

Pomysł, by zrobić Mariuszowi we „Frazie” Portret wyłonił się za jego życia, kilka miesięcy temu, kiedy po z górą roku przeczytałam nową porcję jego wierszy. Odkryłam podczas wakacji we frazowym archiwum kilka niepodpisanych żadnych nazwiskiem osobnych utworów, napisanych najprawdopodobniej przez tę samą osobę. Spodobały się one nie tylko mnie, ale także oceniającemu je jako teksty „Anonima” redaktorowi frazowego działu Poezja Januszowi Pasterskiemu. Po jakimś czasie przyszło mi do głowy zapytać Mariusza, czy nie są przypadkiem jego autorstwa. Już wcześniej umówiliśmy się, że recenzję z jego tomiku napisze do „Frazy” rekomendowana przez niego przyjaciółka Aleksandra Nizioł. Mariusz przysłał mi też reportaż, który rok wcześniej o nim napisała, zaintrygowana jego osobowością i osiągnięciami. To miały być składniki jego frazowego Portretu, z którego się ogromnie cieszył.

Ponaglałam go, by pamiętał o nowym odcinku Końca wieku niewinności i na początku października przysłał mi kolejną kartę „krasnostawskiej księgi” – jak nazywam jego teksty związane z małą ojczyzną. Piękny, elegijny tekst o ukochanej wiosce Zastawie, który drukujemy w tym numerze „Frazy”, nosi znaczący tytuł Raj dodatkowy... Nie wiem, kto lub co sprawiło, że pojechałam na pogrzeb Mariusza drogą, która wiodła przez tę malowniczą miejscowość, bo kiedy wracałam nocą do Rzeszowa, mój GPS wybrał zupełnie inną trasę... 

Ostatni rozdział jego życia – czternaście miesięcy, które przeżyli razem, Ola Nizioł spróbowała przedstawić w wygłoszonej podczas pogrzebu niezwykłej mowie, którą tu publikujemy, a która w pewien sposób dopełnia napisany przez nią reportaż. Niełatwą miała misję (pisała mi, że musiała ten tekst napisać i wygłosić publicznie z głębokiej wewnętrznej potrzeby, jakby w imieniu Mariusza). Wielu z jego bliskich, znajomych i przyjaciół przyjmowało ze zdumieniem decyzje, które podejmował w ostatnich miesiącach życia; niektórzy je potępili lub krytykowali. Rozstał się z żoną, którą poznaliśmy w Szymbarku i zakochany, z nowo poznaną przyjaciółką wyjechał do Warszawy, gdzie próbował urządzić sobie życie i znaleźć źródło utrzymania. Z rzeszowskiej perspektywy Mariusz bez Krasnegostawu wydawał się rybą bez wody, złotym karpiem z herbu rodzinnego miasta, wyłowionym z legendarnego stawu królowej Sońki i rzuconym w mętne nurty Wisły. Zmarł w Warszawie po krótkiej chorobie 16 października 2013 roku.

Teraz wiem, że słusznie śpieszył się z wydaniem poetyckiej książki, słusznie śpieszył się z realizacją twórczych planów i pogonią za szczęściem. Boli, kiedy umiera człowiek młody, zwłaszcza gdy znało się jego pasję życia, niezrealizowane pomysły, ożywienie, które wprowadzał do stale powiększającego się kręgu przyjaciół i znajomych, wrodzony dar nadawania rzeczywistości cudownego charakteru. Mariusz żył pełnią życia i nie marnował żadnej chwili. Różne są miary życia, nie zawsze życie długie jest życiem dobrym i szczęśliwym. Cóż zresztą możemy zrobić w takiej chwili, jeśli nie próbować odnaleźć nić sensu w niezrozumiałym fakcie jego przedwczesnej śmierci. „Opłakiwać śmierć to tak jakby nadgryzać kamień” – mówi jedna z bohaterek powieści Zyty Rudzkiej Pałac Cezarów

Mariusz był jasnym meteorem, który przeleciał nad powiatem krasnostawskim, nad Lubelszczyzną, nad Polską, nad światem, i ta metafora byłaby nieznośnie patetyczna i banalna, gdyby nie uwiarygodnił jej jeden z jego ostatnich, szalonych pomysłów, przypomnianych przez przyjaciela podczas wspominkowego spotkania po pogrzebie. Mariusz pod koniec sierpnia zaimprowizował towarzysko-artystyczne spotkanie, którego główną atrakcją miało być podziwianie deszczu spadających meteorytów. Impreza udała się znakomicie pomimo tego, że w oglądaniu kosmicznego widowiska przeszkodziły gęste chmury. Podczas tego spotkania na poddaszu Krasnostawskiego Domu Kultury, który był drugim domem Mariusza, postanowiliśmy zebrać jego rozproszone teksty i spróbować wydać książkę, która pomogłaby utrwalić jego niepowtarzalne widzenie świata, ironiczne poczucie humoru i charyzmatyczną osobowość.

Magdalena Rabizo-Birek

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio