Wyszukiwarka:

 


 



​Bohdan Zadura


KSIĄŻKA DLA KAŻDEGO


„Czytelnicy potrzebują wyjaśnień” – pisał Wiktor Neborak w posłowiu do Półsennych listów..., gdy wyszły one w kijowskim wydawnictwie „Fakt” w 2001 roku. Nie zgadzałem – i nadal nie zgadzam się z tą opinią, choć z pozostałymi sądami wyrażonymi w tym posłowiu jak najbardziej. Z Półsennymi listami... zetknąłem się, zanim ukazały się w wersji książkowej. Była pierwsza połowa lat 90., Jaworski drukował je w prasie literackiej, dała mi je Joanna Rachoń, ówczesna sekretarz „Literatury na Świecie” i kilka z nich ukazało się w roku 1995 w numerze poświęconym współczesnej literaturze ukraińskiej. Miałem wtedy już dobre mniemanie o ukraińskiej poezji (choćby Bu-Ba-Bu, lecz nie tylko), a Jaworski był pierwszym ukraińskim prozaikiem, którego próbowałem tłumaczyć. To był czas, kiedy oszałamiającą karierę robiło słowo „postmodernizm”, które wtedy jeszcze miało zdecydowanie pozytywne konotacje, będąc niemal synonimem nowoczesności. Rewidując swój stosunek do ukraińskiej literatury jako zapóźnionej, zacofanej i zaściankowej, czytając Jaworskiego, pomyślałem, że to czysty postmodernizm, którego polska proza może pozazdrościć. Później wydawało mi się, że nie tylko warto ją wydać po polsku w postaci książkowej, ale że mogłaby stać się bestsellerem. Bo prawdę powiedziawszy, to chyba książka dla każdego – i dla przysłowiowej kucharki, która niejedną łzę mogłaby uronić nad losami jej bohaterów, bo ileż w niej historii miłosnych, i dla miłośników sensacji, ileż tu intryg, zwrotów akcji, i dla miłośników literatury batalistycznej, i dla zwolenników czegoś, co nosi nazwę fantasy. A z drugiej strony – i tu się z Neborakiem w pełni zgadzam – Półsenne listy przynależą do literatury wysokiej, są utworem artystycznym dużej próby i czytając je, nie mam wątpliwości, że to dzieło sztuki, a nie czytadło.

*

11 listopada 2011 roku dostałem od Wołodymyra taki list:

„Szanowny Panie, choruję i mieszkam teraz na głuchej wsi na Podesnieniu, jednak na ile siły mi pozwalają, interesuję się tym, co się dzieje na Ukrainie i poza nią. Niedawno czytałem wywiad z panem. Byłem bardzo poruszony tym, że jeszcze nie stracił pan nadziei na wydrukowanie książki moich Półsennych listów w swoim tłumaczeniu. »Jeśli Zadura w dalekiej (dla mnie już jak zjawa) Warszawie tyle czasu pamięta o Półsennych listach, to one naprawdę mają jakąś wartość« – pomyślałem. Jednak tutaj, na Ukrainie, ani trochę nie czuję, żeby ktoś je cenił. Kolejne fragmenty co jakiś czas drukuje »Kurier Krywbasu«, ale rezonansu to nie budzi żadnego. Dziwi mnie to. »Czyżby ludzi nie interesowały moje teksty?« – pytam siebie i nie znajduję odpowiedzi. Jednak nie bardzo się tym przejmuję, bo Półsenne listy to dla mnie przede wszystkim sposób życia, miejsce, w którym mam jakieś schronienie w tym niespokojnym świecie. Otóż tu na odludziu w pełnej samotności wśród bezkresnych desniańskich łąk piszę je sobie dalej na przemian z pracą w ogrodzie i łowieniem ryb.

Wysyłam Panu kilka ostatnich Półsennych listów. Proszę też mi łaskawie powiedzieć, jaka suma jest potrzebna, żeby wydać moją książkę w Polsce? Ktoś do mnie zadzwonił i mówił, że może zorganizować zbiórkę pieniędzy.

Wie Pan, co najbardziej oczarowało mnie w Warszawie? Nigdy Pan nie zgadnie. Wisła!!! Z daleka widziałem lśnienie jej tafli i ona niepowstrzymanie wabiła mnie do siebie. Stałem długo na jej brzegu, rozmawiałem z wędkarzem, patrzyłem na wodę, która płynęła niewzruszenie z ukrytą mądrością. Jak cudownie rzeki różnią się między sobą: Dniepr, Desna, Wisła... Dziwi mnie, że żaden z moich ukraińskich towarzyszy nie chciał wtedy pójść razem ze mną popatrzeć na tę wspaniałą rzekę.

Proszę wybaczyć tak długi list, wiem, że jest Pan zajęty mnóstwem spraw”.

*

Nie będę ukrywał, że wzruszył mnie ten list, jednak wzruszenie nie odebrało mi zdolności krytycznego myślenia i dostrzegłem niekonsekwencję między dramatycznie odczuwanym przez Autora brakiem zainteresowania jego dziełem a gotowością jakichś ludzi zrzucenia się, by sfinansować wydanie tej książki w Polsce. Czułem, że moja duma narodowa została wystawiona na szwank, tym bardziej, że ta propozycja trafiała do mnie akurat w dniu święta państwowego. Jakże to tak? Biedni Ukraińcy mają sponsorować polską kulturę? Tak, właśnie polską, bo to, co przetłumaczone na polski, polską kulturę wzbogaca, a nie kulturę języka oryginału. Nie wiem, czy zrobiłem wszystko, żeby zainteresować polskich wydawców tą książką, coś przecież jednak zrobiłem i parę razy było już blisko. Gdyby rektor pewnego uniwersytetu nie zabronił uniwersyteckiemu wydawnictwu wydawania beletrystyki, gdyby Wołodymyr Jaworski nie był autorem unus libri (bo na pierwszej książce autora profesjonalne wydawnictwo nie zarabia, dokłada do niej, zarobić może na następnych), gdyby pewien prywatny wydawca (ach, nawet umowa była podpisana) szukał źródeł finansowania nie w Ambasadzie Ukraińskiej, a gdzie indziej, gdyby pewien redaktor w innym wydawnictwie przeczytał wydruk komputerowy ze zrozumieniem (z tego, co mi napisał po przeszło pół roku, wynikało, że tylko rzucił okiem tu i ówdzie i nic nie chciało mu się złożyć w całość (mozaikowa, szkatułkowa konstrukcja przerosła jego możliwości), gdyby inne jeszcze wydawnictwo specjalizujące się w poezji wcześniej otworzyło się na prozę...

*

Wołodymyra Jaworskiego poznałem w grudniu 2005 roku. Warszawski Oddział SPP zaprosił do Warszawy (i Krakowa) grupę ukraińskich pisarzy prezentowanych w „ukraińskim” numerze „Twórczości”. To do tego pobytu Wołodymyr nawiązywał w swoim mailu. Ponieważ pociąg z Kijowa przyjeżdżał koło piątej rano, a pisarskie biura otwierane są koło 9.00, chcąc oszczędzić im czekania na korytarzu, poradziłem Żadanowi, żeby wysiedli na Dworcu Zachodnim i przyszli do mnie na Kopińską na kawę i jakieś śniadanie. Andrij Bondar, który jechał wcześniejszym pociągiem, zjawił się u mnie po północy, pogadaliśmy do trzeciej, a przed szóstą zbudził mnie dzwonek domofonu. Panowie się rozebrali, zrobiłem kawę i kiedy postawiłem ją na stole, Wołodymyr Jaworski zaczął obmacywać się po kieszeniach, potem nerwowo otworzył podróżną torbę i w niej szperał. Okazało się, że nie ma paszportu. Paszport był w portfelu, w portfelu były też pieniądze. Ostatni raz to wszystko widział w sypialnym przedziale i tam ten portfel najprawdopodobniej został. Zrobiło się ponuro i groźnie. Wiedziałem, że trzeba coś robić, ale co? Pociąg kończył bieg w Warszawie i to dawało jakąś nadzieję. Nie miałem Internetu, więc zadzwoniłem do Puław do syna, żeby znalazł mi numer na dworzec. Zawiadowca stacji poinformował mnie, że pociąg już odjechał do stacji postojowej Szczęśliwice. Podał mi kolejny telefon. Tak, pociąg stoi, ale nie istnieje możliwość sprawdzenia przez osobę trzecią, czy w tym pociągu jest paszport, to musi zrobić sam właściciel. Więc jedziemy do Szczęśliwic. Ale jak się zamawia taksówki w Warszawie? Znowu telefon do syna. Zastanawiamy się nad szansami odzyskania zguby. Głupio mi pytać, mówię, ale ile miał pan pieniędzy? Mam nadzieję, że było ich niewiele, bo im mniej, tym większe szanse na ludzką uczciwość. A tu się okazuje, że prócz jakichś hrywien i złotówek było jeszcze siedemset dolarów. Po co tyle pieniędzy na parę dni w Polsce? W drodze powrotnej miał je przekazać komuś z rodziny we Lwowie. Trudno w to uwierzyć, ale to była pierwsza podróż Wołodymyra za granicę. Jak prowidnyk uczciwy, to się znajdzie. Ale im większa pokusa, tym trudniej liczyć na uczciwość. Podjeżdża taksówka. Jedziemy z Wołodymyrem i Żadanem. Nie mam pojęcia, jak daleko jest ta stacja postojowa, mam wszystkiego 40 złotych, nie wiem, czy starczy. Ujechaliśmy ze dwieście metrów, zdezelowana taksówka się psuje; kierowca grzebie coś pod maską, mówi, że nie da rady jechać dalej. Chryste Panie! Jak pech to pech. Wzywa kolegę, przesiadamy się. Grudniowy, zimny, ale i na domiar złego wilgotny poranek. Budynek stacyjny, szukam biura zawiadowcy. Ruski już odjechał na bocznicę – mówi, ręką wskazując kierunek. Idziemy po śniegu miedzy torami kilkaset metrów, może kilometr. Panowie odnajdują wagon, którym jechali. Szarpią za klamkę drzwi, zamknięte. Tłuką pięścią w szyby. Po chwili, która jest jak wieczność, we wnętrzu jakiś ruch. Zaspany prowidnyk otwiera, nic nie wie o paszporcie, jeszcze nie sprzątał. Kiedy pociąg skończył bieg, natychmiast położył się spać. Wpuszcza Wołodię. Wołodia wraca, na twarzy wyraz ulgi. Portfel leżał tam, gdzie go zostawił. Pod poduszką.

*

Ten mail z listopada 2011 roku otworzył mi nowy etap przygód z Półsennymi listami. Po mojej odpowiedzi natychmiast posypały się następne maile od Jaworskiego, przysyłał w nich kolejne części swej epopei, słownik trudno zrozumiałych słów, mapę świata przedstawionego. Ten słownik traktowałem jako pomoc autora dla tłumacza, zanim zrozumiałem, że jest to integralna w autorskim zamyśle część dzieła. Mój program pocztowy nie wytrzymał tej ilości megabajtów i przy którejś próbie formatowania wiadomości sam się nieodwołalnie posypał. Co w takiej sytuacji zrobiłby normalny człowiek? Zaklął, posłał pisarza do diabła. A ja zamiast tego zabrałem się do tłumaczenia kolejnych listów. O ile wydana w książkowej wersji na Ukrainie epopeja obejmowała pięćdziesiąt pierwszych i miała objętość około 300 tys. znaków, to te następne – trzydzieści dwa – zawierały znaków już ponad 700 tysięcy.

Do pierwszej pięćdziesiątki też trzeba było wrócić, bo ta całość, którą mi przysłał, to była wersja poprawiona. Między innymi wszystkie listy zostały opatrzone datami. To wydało mi się niezbyt dobrym pomysłem, od czasu do czasu poprzednio daty pojawiały się przecież w treści listów w sposób nienachalny, pozwalający umiejscowić opisywane w nich wydarzenia w jakiejś przeszłości bądź jakiejś przyszłości (mamy 70. wiek wedle jakiegoś kalendarza), a ta skrupulatność chronologiczna (wraz z mapą) zdawała mi się przesuwać tę książkę w stronę fantastyki, w stronę jakiegoś Tolkiena (nie żebym miał coś przeciwko Tolkienowi, choć dzisiaj dla mnie to trochę pisarz dla młodzieży).

*

Kiedy ostatnio znów odnalazłem na półce tamto ukraińskie książkowe wydanie z 2001 roku, nieoczekiwanie trafiłem w nim na odautorski wstęp, którego w swoim czasie moja świadomość zupełnie nie zarejestrowała. Raczej wątpię, bym wyparł ten wstęp z pamięci, bardziej możliwe, że skleiły się dwie stroniczki, które zajmuje. Przepisuję z niego parę akapitów:


„Niechaj państwo sobie wyobrażą zupełnie inny świat niż ten, w którym żyjecie, jakiś całkiem wymyślony ułudny świat. I dziwna sprawa, gdy tylko uważniej mu się przyjrzycie, z pewnością zobaczycie, że w czymś jest bardzo podobny do waszego realnie istniejącego świata. W czym? – zapytacie. Przede wszystkim w swojej ułudzie – odpowiem.

Żyjemy w świecie ułud. Rzeczy i zjawiska wokół nas są przemijające i tymczasowe. Ne ma w nich rzeczywistości. I wszystko, co możemy zrobić czy wymyślić – jest ułudne. Sami jesteśmy ułudą. A ułuda, rzecz jasna, może produkować tylko ułudę”.

„Postawiłem sobie za cel opisanie tego świata jako całości, dlatego w epopei nie ma głównych bohaterów i jakiejś mniej lub bardziej określonej linii akcji. Każdy poszczególny »półsenny list« przedstawia kawałeczek życia tego czy innego bohatera. Główni bohaterowie w jednych listach stają się drugoplanowymi w innych, i na odwrót. O jednych bohaterach napisano już po kilka listów, a o innych są tylko epizodyczne napomknięcia, i ci czekają na swoją kolej, by stać się centralnymi postaciami w listach jeszcze nienapisanych.

Całościowość tego wspomnianego świata zależy całkowicie od ilości półsennych listów. Im więcej ich będzie i im bardziej będą różnorodne, tym wypuklej i wyraziściej wyglądać będzie ogólny obraz. Wierzę, że istnieje pewna masa krytyczna półsennych listów, która uczyni tę epopeję naprawdę pełną. Na razie do tego jeszcze daleko”.

„Brak głównych bohaterów i głównego wątku przyczynia się do braku chronologicznego następstwa części epopei. Wynika to z naturalnej struktury utworu, a nie z fanaberii autora. I dlatego tej niechronologiczności nie sposób usunąć mechanicznie. Zresztą naruszenie chronologii opowieści, pewna chaotyczność dla odbioru epopei nie ma żadnego znaczenia. Powiedzmy, że kolejność »półsennych listów« może być całkowicie dowolna.

Dodam również, że epopeja jest dziełem, które z samej swojej natury nie może być ukończone, a jednak kończy się z każdym nowym »półsennym« listem. Rozszerzać je można w każdym dowolnym kierunku i z dowolnego miejsca”.

*

Epopeja Wołodymyra Jaworskiego dawno przekroczyła krytyczną masę, o której w tym wstępie mówił. To już jest blisko dziewięćdziesiąt „półsennych listów”, wedle najnowszych planów autora ma być ich sto. Ja wciąż nie tracę nadziei, że ktoś w Polsce zechce je wydać, ale żeby nie zapeszyć, postanowiłem tych najnowszych tymczasem nie przekładać.

Bohdan Zadura








 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio