Wyszukiwarka:

 


 



Wołodymyr Jaworski 


Z Półsennych listów w Diamentowego Cesarstwa i Królestwa Ziemi Północnej*


80. NARADA


Dlaczego król Rafanaił nie lubił przebywać w Miedzianym Pałacu, największej i najwspanialszej budowli Rafagedonu, położonej na wschodnim przedmieściu przy ulicy Szlachetnej Krwi, nikt tak naprawdę nie wiedział. Jedni tę dziwną niechęć Rafanaiła łączyli z tragicznymi losami dwóch jego poprzedników, króla Wieszaiła Pierwszego i Wieszaiła Drugiego, dla których Miedziany Pałac był główną siedzibą. Jak wiadomo, Wieszaił Pierwszy w wieku 50 lat niespodziewanie oślepł i po pół roku ciężkich męczarni przeniósł się na tamten świat, a Wieszaił Drugi, postrzelony w brzuch zatrutą strzałą podczas polowania na Boaśkich Błotach, został przywieziony nieprzytomny do Rafagedonu, gdzie po kilku dniach skonał, nie odzyskawszy przytomności. Obaj umarli w Miedzianym Pałacu, o świcie, w Bursztynowej Komnacie, położonej tuż przy wejściu do Piątej Wieży. Inni twierdzili, że Rafanaił nie bardzo lubi Miedziany Pałac, bo jest w nim wyjątkowo nieudany rozkład pomieszczeń, w następstwie czego w salach, w pokojach i na korytarzach stale jest tam zimno, nawet latem, kiedy na dworze panuje spiekota. Jeszcze inni mówili, że jedynym powodem są pałacowe rury, obłożone miedzianymi płytkami, które przy długim nagrzewaniu wydzielają skamandryt, substancję, która chociaż nie ma zapachu, to jakoby wywołuje zawroty głowy. Jakkolwiek by było, król rzeczywiście bardzo rzadko bywał w Miedzianym Pałacu i kiedy dzisiaj rozeszła się wiadomość, że już z samego rana wyjechał tam w towarzystwie niewielkiego pocztu i nawet, być może, będzie tam nocował, wielu było bardzo zdziwionych.

Teraz Rafanaił siedział w zacisznym pokoiku na drugim piętrze Miedzianego Pałacu obok kominka, w którym dopalały się resztki drew i uważnie oglądał mapę Akasji i Mewei, dwóch południowo-wschodnich prowincji Diamentowego Cesarstwa. Tę nad podziw precyzyjną i pełną najrozmaitszych danych mapę stworzył szesnaście lat temu niedługo przed swoją śmiercią doktor Nechem i jeśli chodzi o doskonałość, do dziś pozostawała ona niedościgła. Obok na stoliku leżał jego znakomity geograficzny leksykon „Bukars”, geodezyjny cyrkiel, ekierka z wyskalowaną podziałką i masywna lupa z pozłoconą wysuwaną rączką.

– Jakież wielkie, gigantyczne wręcz jezioro i jaka dziwna nazwa „Wesołe”! Dlaczego „Wesołe”? Może dlatego, że na południe rozciągają się plantacje tej zagadkowej mewy? A te wymyślne nazwy miast! Mewolan, Ork, Szosza – szeptał król, wodząc po mapie palcem.

I wtedy otworzyły się drzwi do pokoju i odepchnąwszy grubiańsko sługę Charamura, wszedł książę Osjan.

– Proszę wybaczyć, wasza wysokość, ale mam sprawę niecierpiącą zwłoki.

– Książę – zakipiał król, odłożywszy mapę na stolik – twojej zuchwałości mam już po dziurki w nosie. Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę.

– Gotów jestem zapłacić głową! – Osjan z przesadnie wzruszoną miną padł na kolana. – Jednak wasza wysokość musi mnie wysłuchać.

– Mów szybciej, mam zaraz ważną naradę. – Rafanaił wbił w księcia zimny wzrok.

„Dobrze, że staruch przynajmniej nie wyszczerzył się swoim okropnym uśmiechem” – skomentował w myśli Osjan i mówił:

– Ogłosiliście mnie następcą tronu, jedynym swoim spadkobiercą, a zmuszony jestem żebrać, wypraszając każdego marnego rafena na swoje potrzeby. W czym gorszy jestem od Jaldabafa czy Keregata? Hrabia Oros co tydzień daje swojemu synowi okrągłą sumkę, a hrabia Muzurija w ogóle wydzielił swemu synalkowi część swojego majątku, stocznię w Sereży.

– Nie obchodzi mnie, co tam robi Oros, a tym bardziej ten ponad stuletni dziad Muzurija, który zaszył się w swoim zatęchłym zamku pod Bohołymem i chce tylko jednego, żeby nikt go nie ruszał. – Król schował mapę i podejrzliwie spojrzał na Osjana, czy ten czasem nie zauważył, jaka miejscowość była na niej zakreślona. – Po co przyszedłeś? – Twarz Rafanaiła, oszpecona licznymi porami i bliznami, złowieszczo pobladła. – Już mówiłem, że dopóki nie pokażesz, że naprawdę coś potrafisz, a nie tylko siedzieć, pić, wszczynać dzikie bójki z takimi gałganami jak ty i zaglądać pod spódnicę każdej lafiryndzie, nie dostaniesz ode mnie nic.

– A jak mam pokazać, kiedy nie mam w kieszeni nawet złamanego miedziaka? – odkrzyknął oburzony Osjan. – Więc dajcie trochę groszy i pozwólcie chociaż pojeździć po świecie.

– Co, masz mnie za głupca?! – wysyczał król, przewiercając syna wzrokiem. – Myślisz, że nie wiem, co wygadujesz o mnie po szynkach ze swoimi kompanami?

– Cóż – westchnął książę – będę więc musiał dalej wypraszać fundusze u swojej obłąkanej mamusi i w milczeniu znosić jej chimery i wybryki.

Oczy Rafanaiła błysnęły złością. Zwrócił głowę w stronę kominka i jadowitym głosem powiedział:

– Byłoby o wiele lepiej, gdyby Zisigara posłuchała moich rad i mniej ci, książę, potakiwała.

– Czyżby wasza wysokość chciał pozbawić królową jedynej jej cnoty? – zgryźliwie zauważył Osjan. – Wówczas przebywanie z nią stanie się już zupełnie nie do wytrzymania. – Ukradkiem spojrzał na króla, ale na jego kamiennej twarzy nie poruszył się żaden mięsień. – Nie dość, że moja mamusia zbzikowała z miłości do Przenajświętszego Iajzaka, to stale, jak wiecie, wymyśla jakieś „niespodzianki”. Chociażby ta historia z kotem półtora roku temu. Już myślałem, że to jego, a nie mnie królowa uważa za swojego syneczka.

Król dalej słuchał Osjana w milczeniu. Z jego twarzy nie można było odczytać żadnego uczucia. Była martwo blada i nieruchoma.

– Dobrze, że kocur tak niespodziewanie zdechł – książę zmusił się do uśmiechu. – Nawiasem mówiąc, to chyba nie wasza wysokość wyprawił go na tamten świat?

Krzywe usta Rafanaiła natychmiast rozciągnęły się w przerażającym złowieszczo-jadowitym uśmieszku, a blizny, którymi usiana była jego twarz, nabrały ciemnofioletowej barwy. Wyszczerzywszy połatane licznymi plombami czarne zęby z diabelskim spokojem zaczął patrzeć na księcia. Jego wodniste, wypełnione lodowatym chłodem oczy, wydawało się, zastygły w oczekiwaniu, gotowe w każdej chwili odebrać mu życie.

Osjan poczuł, jak ze strachu zamiera mu serce.

„Oto teraz zadecyduje się mój los” – przemknęło mu przez głowę.

– Idź precz – ochryple powiedział król i jego twarz znowu nabrała kamiennie bezdusznego wyrazu.

Książę jak zahipnotyzowany wyszedł z pokoju i długo szedł korytarzami, nie mogąc odzyskać przytomności. I dopiero kiedy wsiadł do karety, konie ruszyły i po chwili woźnica skręcił w ulicę Spokojnego Deszczu, pozbierał się wreszcie i wyszeptał: „Zdaje się, przeszło bokiem. To dla mnie oczywisty znak z nieba. Trzeba dawać drapaka z królestwa. I to najszybciej, jak można”.

Kiedy tylko Osjan opuścił króla, do pokoju, nisko się kłaniając, weszli jeden po drugim główny doradca Sibechaj, komisarz Służby Bezpieczeństwa Juram z dwoma brodaczami w ciemnych czapkach, za nimi teozof Jozafat, jak zawsze z pieczęcią nieludzkiego smutku na twarzy, i astrolog Zorowawel z krótkim pergaminowym zwojem pod pachą – traktatem Ekscytacje cyfr cesarskiego mewologa Marsidala. Wokół tego traktatu, który został wydany w Sediolanie latem ubiegłego roku, toczyły się zapiekłe dyskusje w kołach naukowych.

Rafanaił, zobaczywszy Jozafata, wstał z fotela i burknął gniewnie:

– Pańska opieka nad księciem, teozofie, nie przynosi żadnych efektów.

– Wszystko w rękach Boga, wasza wysokość, ja jestem tylko człowiekiem, tylko człowiekiem – wyszeptał Jozafat, chowając wstydliwie oczy i skubiąc długimi cienkimi palcami swą białą brodę.

– E tam – król pogardliwie machnął ręką i zwracając się do Charamura, pokazał mu coś na migi.

Sługa natychmiast rzucił się zamykać okiennice i drzwi na wszystkie zasuwy. W pomieszczeniu od razu zrobiło się ciemno. Kiedy Charamur zapalał podwójne spiżowe świeczniki, które stały na wysokich stojakach pod ścianami, wszyscy czekali w milczeniu, zwróceni twarzami do Rafanaiła. Charamur, zapaliwszy ostatnią świecę, zalał sobie uszy woskiem, zawiązał oczy czarnym szalem i odszedł w najdalszy kąt, gdzie na długim srebrnym łańcuchu wisiał ogromny okrągły zegar, ozdobiony wspaniałym blado czerwonym ametystem.

– No – kiwnął Rafanaił do komisarza Jurama.

– Wasza wysokość, panowie – Juram ukłonił się królowi i wszystkim obecnym – oto moi najlepsi agenci, Hel i Szpiler – wskazał na dwóch mężczyzn, jeden z nich miał gęstą czarną brodę, a drugi ciemno rudą, koloru miedzi. – Dają sobie radę z najtrudniejszymi zadaniami. Jestem przekonany, wasza wysokość, bez wątpienia otrzyma pan to tajemnicze nasiono mewy.

Obydwaj agenci z pochmurnymi tępymi minami patrzyli przed siebie i milczeli. Zdawało się, że zupełnie nie rozumieją, po co ich tutaj przyprowadzono.

Rafanaił, cofając się, odszedł z łagodną miną dalej od grupy i cicho siadł w fotelu. Oznaczało to, że narada się zaczęła. Od tej chwili każdy z obecnych miał prawo mówić wszystko, co przyjdzie mu na myśl. Kiedy król usiadł, od razu zrobił się straszliwy hałas. Wszyscy mówili jednocześnie. Nikt nikogo nie chciał słuchać. Każdy usiłował przekrzyczeć współrozmówcę i powtarzał w kółko swoje. W pokoju podniósł się taki rejwach, że nie tylko nic nie można było usłyszeć czy choćby się domyślić jakiegoś słowa czy zdania, a i w ogóle zrozumieć, co się tutaj odbywa.

– Nie zgadzam się! – krzyczał główny królewski doradca Sibechaj, potrząsając swoją kwadratową brodą – agenci zginą jeszcze na podejściu do mewowych plantacji!

– Co ty pleciesz! – wrzeszczał Juram – popatrz tylko na gęby tych zuchwalców! – wpychał palce w oczy to jednemu, to drugiemu agentowi. – Oni przenikną w każdą szczelinę.

– Nie wierzę! Operacja spali na panewce!

W tym czasie astrolog Zorowawel miotał się po pokoju i daremnie próbował komukolwiek przeczytać coś z traktatu Marsidala.

– Więc posłuchajcie, wy, wszyscy, nawiedzeni! – krzyczał. – Marsidal pisze, że jest jakaś szczególna tajemnica hodowania mewy, tak po prostu ona nie wyrośnie!

– Najważniejsze to zdobyć nasienie! – gadał swoje Juram jak odurzony. – To twoje nasienie po prostu nie wzejdzie, jołopie! – chwytał go za poły Zorowawel. Jednak Juram go nie słuchał. Wtedy astrolog zwrócił się do Sibechaja. – Niech pan przeczyta, co tutaj napisano, panie doradco! – wołał rozpaczliwie, ale Sibechaj, patrząc na Zorowawela nieprzytomnym wzrokiem, powtarzał:

– Nic z tego nie wyjdzie, nie wyjdzie! Marny plan! Tylko ludzi wygubimy, ludzi wygubimy!

I chyba tylko teozof Jozafat nie uległ ogólnemu amokowi. Z nieobecnym wyrazem twarzy błądził wzrokiem po pomieszczeniu, czasem rozpaczliwie podnosił do góry ręce i kiedy zwracano się do niego, ciężko wzdychał i powtarzał jedno i to samo zdanie: „Będzie, jak Bóg zechce”.

Ten horrendalny harmider trwał do późnej nocy i co skrajnie dziwne, wraz z upływem czasu zawziętość jego uczestników nie tylko nie słabła, a przeciwnie, narastała. Kiedy zegar, pod którym stał Charamur, wybił północ, pokój mało nie pękał od straszliwego krzyku. W tym czasie Sibechaj, Juram, Zorowawel i nawet Jozafat zupełnie przestali mówić do siebie, przestali w ogóle wymawiać jakiekolwiek zrozumiałe ludzkie słowa, a tylko w szalonym amoku, tupiąc nogami i konwulsyjnie kiwając się na różne strony, ile powietrza w płucach huczeli, gardłowali, wyli, jazgotali i wrzeszczeli, naśladując krzyki dzikich zwierząt i ptaków, szczególnie takich wstrętnych jak hieny czy sępy kasztanowate.

Nieszczęśni agenci Hel i Szliper, trzymając się jeden drugiego, drżeli z przerażenia, pewni, że czeka ich śmierć za jakieś nieznane przewinienie. Tak samo trząsł się ze strachu w kącie i Charamur. I nic nie wskazywało, że ta szalona narada kiedykolwiek się skończy.

Trwałaby ona nadal, gdyby nagle Rafanaił nie zerwał się i ze wszystkich sił nie walnął bukowym klockiem w spiżową beczułkę, podwieszoną nad parapetem specjalnie w tym celu.

– To wszystko, panowie – rzucił – jesteście wolni. – Uczestnicy narady nagle zamilkli i w pokoju zapanowała całkowita cisza. Wtedy król podszedł do Charamura, zerwał z jego oczu szal i rzucił krótko:

– Otwieraj okiennice i drzwi! Szybko!

Kiedy okiennice i drzwi zostały otwarte i w pokoju nikt już nie został, król znowu siadł w fotelu koło kominka, rozłożył mapę i wpatrując się w nią przez lupę, wymamrotał:

– Z tych narad jest tylko dużo szumu... i chyba żadnego pożytku. Ale cóż, trzeba się trzymać przepisów. […]


Wołodymyr Jaworski

przełożył Bohdan Zadura




 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio