Wyszukiwarka:

 


 



„Nie dzielę świata na sacrum i profanum”. Z Zytą Rudzką rozmawia Adam Bienias 


Adam Bienias: We wstępie poprzedzającym twój debiutancki tomik wierszy Ruchoma rzeczywistość (1989) jasno wypowiedziałaś, czym jest dla ciebie poezja. Przypomnę te słowa: „Poezja, jak każda sztuka, jest dla mnie totalną możnością. Nie ma tu granic dla myśli i uczuć. To odwaga patrzenia w twarz naturze, ludziom i sobie. Pisanie wierszy, jak każdy proces twórczy, wyrasta z tajemnicy. I nie próbuje jej rozwikłać”. Czy po latach potrafiłabyś wskazać różnice między tworzeniem poezji i prozy?
Zyta Rudzka: Ta różnica coraz bardziej mi umyka. Zarówno dla poety, pisarza czy dramaturga, słowna partytura to nie jest narzędzie komunikacji, ale przede wszystkim wrażliwość. Rodzaj podpisu. Intymnej partytury. Dlatego nie przywiązuję się do ostrego rozdziału podziału zapisu na poetycki czy prozatorski. Jednocześnie nie odnajduję się w dużych epickich narracjach. Lubię skreślać i kondensować. To właściwości nie tylko warsztatu, ale również sposób patrzenia na historię. Pociąga mnie lapidarność, detal, skrót, nawet mocno zakodowany znak. W tym sensie poezja jest w moim pisaniu nieustannie obecna i porządkująca zarówno w poszukaniu formy, jak i tematu.
– Spytałem o te poetyckie początki, bo większość prozaików z roczników 60. zaczynała swoją pisarską karierę od prób poetyckich. Tak jest w przypadku: Olgi Tokarczuk (Miasto w lustrach, 1989), Hanny Kowalewskiej (Anna tłumaczy świat, 1990) i twoim. Swoje wiersze w prasie i antologiach publikowały też Natasza Goerke, Manuela Gretkowska. W jednym z wywiadów podkreśliłaś, że „debiutowałaś poezją, złą i grafomańską”. Nie uważasz, że ta poezja przynależała jednak do waszej młodości, była swoistą wprawką do pisania prozy?
Mój jedyny zbiór wierszy wydałam mając dwadzieścia kilka lat, a pisałam te wiersze jako nastolatka, nieświadoma ani warsztatu, ani tradycji. To był taki chaotyczny wykwit emocjonalności. Był schyłek lat osiemdziesiątych. Czasy biegania na wieczory autorskie Herberta. Chyba zaczęłam od poezji, bo wydawało mi się, że tak będzie łatwiej wymknąć się jednoznaczności, i lekką rączką grzebnąć sobie w uniwersaliach (śmiech). Ale to, co się objawiało na papierze, okazywało się być niepokojąco bzdurnie pojemne. I tyle!
– Krytycy wielokrotnie zwracali jednak uwagę na poetyckość twojej prozy.
Wpływy poetyckie były bardzo silne w moim debiucie prozatorskim Białe klisze. Skończyłam osiemnaście lat, powieść ukazała się pod patronatem „Twórczości” w serii „Nowa Proza Polska”, a moim artystycznym opiekunem był poeta Bohdan Zadura. Jego wstęp jest dla mnie pisarską relikwią. Ładnie go napisał. To było dla mnie nie tylko słowo wstępne, ale rodzaj wskazówki. Takie „słowo na pisarską drogę”. Podobnie jak esej Magdaleny Rabizo-Birek Architektura secesji. Niebanalnie interpretacyjny.
Białe klisze są dla mnie interesujące z wielu powodów. Powiedziałaś kiedyś, że napisałaś je w ciągu dwóch tygodni „w stanie kompletnej izolacji, transu i uświęcenia”...
Teraz już jestem mniej transowa i święcona (śmiech).
– Mnie szczególnie zastanowiły słowa wspomnianego przez ciebie Bohdana Zadury, który we wstępie do Białych klisz zauważył, że tym, co uderza w tym debiucie, jest brak odniesień do rzeczywistości politycznej.
Zapewne był to znak bardzo wczesnego debiutu. Juwenilia są zazwyczaj naznaczone nadmiernym skupieniem na sobie. To czas intensywnego odkrywania i eksperymentowania intymności. Ale teraz coraz częściej mierzę się z pamięcią zbiorową, jednak bez bezpośredniego odwoływania się do wspólnotowych doświadczeń. W dramacie Pęknięta, obwiązana nitką moja bohaterka, Burbonica, aby nie czuć się ofiarą anonimową, kimś, kogo ból jest zanegowany i unieważniony, sięga do przestrzeni publicznej i stroi się w piórka ofiary – Janka Wiśniewskiego – dlatego, żeby nadać sens swemu cierpieniu. Jest Janką Wiśniewską. Nie chce czuć się ofiarą sama przed sobą. O totalitaryzmie socjalizmu opowiadam w sztuce Cukier Stanik poprzez postać Łajki – psa wysłanego w kosmos i Łajki – wielkiego odkurzacza, który naród radziecki dał w prezencie narodowi polskiemu. Interesuje mnie zjawisko konstruowania osobistych mitologii w oparciu o historyczną pamięć. Odwracam hasło: „To, co jest prywatne, jest publiczne”. Przyglądam się próbom utylizacji przeszłości. Ciekawi mnie intymny demontaż czasu przeszłego. Różne rodzaje amnezji, która staje się nowym montażem przeszłości. Bardziej osobistym, niż narzuconym.
– W Białych kliszach główny bohater Adam Kadman wypowiada zdanie: „Pisarz tak czy inaczej zawsze pisze autobiografię”. Jak u ciebie jest z tym autobiografizmem? Zgadzasz się z tymi słowami?
Zazwyczaj mocno deklaruję, że nie piszę o sobie. Chociaż mam świadomość, że w tym momencie trochę jednak łżę. Pisząc zawsze przemyca się osobiste mitologie. Mniej lub bardziej świadomie. Tworzy się jakieś zamaskowane figuracje własnego losu. Może to podprogowa potrzeba porządkowania doświadczeń ? Ale nie wiem, czy to, co mnie uruchamia do pisania, jest w jakiś sposób emancypacyjne dla mojego Ja. Bardziej prawdopodobne jest to, że wychodzę od punktu, który dzielę z moim bohaterami. Umieszczam postaci w punkcie utraty zrozumienia dla świata. W zagubieniu, niekiedy w wycofywaniu się. W momencie, kiedy na przykład ich poczucie tożsamości zostaje zakwestionowane. Muszą się odbudować. W inny sposób niż zazwyczaj. Niekiedy scalam się razem z nimi. Chyba tak było w przypadku Ślicznotki doktora Josefa i dramatu Zimny Bufet. Mierzyłam się z chorobą i śmiercią ojca. Groteskowo, nawet kuglarsko, ale pisanie swoją terapeutyczną robótkę trochę zrobiło. Myślę, że bardziej interesują mnie tematy, w które jestem w jakiś sposób uwikłana. W tym sensie, coraz bardziej wierzę w literaturę opartą na doświadczeniu.
– Odnosząc się do twoich wypowiedzi na temat mierzenia się z pamięcią zbiorową oraz przemycania do własnych utworów osobistych mitologii, chciałem zapytać czy kiedykolwiek czułaś się pisarką zaangażowaną i czy pisarz powinien być zaangażowany?
Pisarz może być kim chce. Zaangażowanie to temperament, a nie powinność. Niektórzy pisarze są intensywnie obecni w sferze publicznej nie poprzez fizyczną nadaktywność medialną, ale w tym, co piszą. Ich współbrzmienie ze sferą publiczną jest w pewien sposób osmotyczne. Naturalne. Nie wynika z pop-wieszczenia, z podstawiania sobie postumentu i mikrofonu. To nie tyle rodzaj zaangażowania, ile samotnej współobecności. Kimś takim jest dla mnie Andrzej Stasiuk. Są też pisarze w rodzaju osiedlowych działaczy. Widać ich i słychać na odległość. To, co mówią, jest bardziej ciekawe niż to, co piszą. Ale nie jest to, na całe szczęście, reguła.
– Kiedy charakteryzuje się twórczość najważniejszych pisarek zaliczanych do nurtu współczesnej prozy kobiecej, można odnieść wrażenie, że dokonałyście demontażu pewnych stereotypów: Goerke formalnych, Filipiak rodzinnych, Gretkowska związanych z narodem, ty zaś erotycznych. Zastanawiałaś się kiedyś, która ze sfer – sacrum czy profanum – jest u ciebie dominująca? Pytam o to, bo wydaje mi się, że podkreślana w twoich powieściach erotyka i seks mieszczą w sobie zarówno jedno, jak i drugie...
Nie dzielę świata na sacrum i profanum. Te sfery są przemieszane. Nie zdarzają się w czystej formie. To by było jakieś doskonałe nieszczęście dla pisarza, gdyby tak to widział (śmiech).
– Nazywana byłaś „jedną z bardzo nielicznych kobiet w »stajni Berezy«”. Wiesław Myśliwski powiedział o Henryku Berezie, że marzeniem wielu pisarzy było, by napisał o ich tekstach przynajmniej jedno słowo. Jak wspominasz „papieża polskiej literatury” i czego nauczył cię Bereza?
Stajnia Berezy. Nie czułam, że pan Henryk Bereza w sposób szczególny obłaskawia mnie kostkami cukru. Narowista byłam i nieśmiała. Ale pamiętam, że lubił moje loki. Fuknął, że na okładkowym zdjęciu do Białych klisz mam proste włosy. Pamiętam też, że szybko wymykałam się z jego towarzystwa w stronę Bohdana Zadury i naczelnego „Twórczości” Jerzego Lisowskiego, który miał hemingwayowski charme zmiksowany z delikatnością Mniszkówny. Całując mnie w dłoń zawsze powtarzał: „Dłonie zimne, serce gorące”. Za każdym razem parskałam śmiechem i wypadałam z siodła Damy, że zostaniemy przy słownictwie „stajni”. Ważną osobą była też pani Renata Zdanowicz, redaktorka z „Twórczości”. Kobieta z dobrym słuchem literackim. W „Twórczości” było dużo fajnych ludzi, ale ja jestem dzikuską. Nie potrafiłam docenić wagi środowiska literackiego. Mniej lub bardziej świadomie ustawiłam się poza systemem. Trudno mi wspominać tamte lata… Jestem dziś inną osobą. Z tamtych lat nadal lubię Białe klisze i późniejszą Mykwę. Reszta rzeczy to wprawki pisarskie o dużym nagromadzeniu tandety emocjonalnej i wszelkiej innej.
– Potrafiłabyś wskazać po latach, jacy twórcy, lub jakie konkretne dzieła wywarły największy wpływ na twoje pisanie, czy jest może wśród pisarzy ktoś, o kim mogłabyś powiedzieć „mój mistrz”?
Mistrza zawsze się ukrywa. Ale mogę powiedzieć, że ważnym pisarzem dla mnie jest właśnie Wiesław Myśliwski. Nie ma w nim brawury językowej, takiego mizdrzenia się i podskakiwania, jest za to powaga i surowość słowa. Może dlatego, że wychowałam się na Podlasiu i wiejski realizm był dla mnie zapewne ważnym elementem formacyjnym, z którego coraz bardziej czerpię. Wiesława Myśliwskiego poznałam z okazji wręczenia mi Nagrody im. Stanisława Piętaka. Zaprosił mnie wtedy do swojego mieszkania na warszawskich Piaskach. Pamiętam, że mieściło się ono na parterze, pamiętam też mały ogródek. Chyba był wtedy Mundial. Usiadłam i we trójkę, razem z jego żoną oglądaliśmy mecz. Przechowałam go w pamięci jako przyjaciela debiutujących pisarzy. Uważny i czuły na lęki debiutantów. Lubię też Annę Janko i Ingę Iwasiów. Jej powieści teleportują mnie w przeszłość, jej Szczecin staje się moją Warszawą. Przywraca realność czasu dokonanego i w ten sposób angażuje mnie w moją własną historię. Jest mi bliska również przez to, że mierzy się z potrzebą radykalnej ucieczki i zarazem niemalże biologicznym instynktem przywiązania do miejsca. Myślę, że jej pisarstwo to walka miejsc metaforycznych z tymi tak bardzo oswojonymi, że również niewidzialnymi. Chciałabym się upomnieć o Krystynę Sakowicz. To zapomniana i niedoceniona Dorota Masłowska lat osiemdziesiątych. Jej powieść Po bólu napisana jest językiem, który rozsadza świat przedstawiony, o którym opowiada. To ten rodzaj narracyjnego połamanego wrzasku, jaki odnajdujemy u Doroty Masłowskiej. Z poetów zachwycający jest Tomasz Różycki i Justyna Bargielska. Jej proza nie porywa mnie w takim stopniu, jak właśnie wiersze z tomu Dwa fiaty czy Bach for my baby. Bargielską odkryłam późno, dopiero z okazji wręczenia jej Gdyńskiej Nagrody Literackiej. Zwróciłam na nią uwagę dzięki profesorowi Piotrowi Śliwińskiemu, którego laudacje wymiatają. Uwielbiam je. Chociaż jednocześnie mocno autodestrukcyjnie zazdroszczę laureatom.
– Twoja twórczość była tłumaczona na niemiecki, francuski, czeski, chorwacki. Prawa do niemieckich wydań twoich książek zakupiło prestiżowe szwajcarskie wydawnictwo Ammann Verlag. Jak twoje książki są przyjmowane za granicą? Czy jest jakaś różnica między czytelnikiem polskim a czytelnikiem europejskim, czy szerzej – światowym?
Bez przesady. Jestem skromną autorką. Kiedy ostatnio zdobyłam Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną za sztukę Zimny Bufet, jest trochę lepiej. A spotkania z czytelnikami są zadziwiające. Szczególnie w Austrii i Niemczech. Zaczyna od pytań w stylu: „Spod jakiego jest pani znaku zodiaku?”... Waga. Jakby co... (śmiech), a potem się wszystko nakręca, aż do rodzaju zbiorowej psychodramy. W Polsce bardziej jesteśmy zawstydzeni i onieśmieleni autorem. W strefie niemieckojęzycznej ludzie czytają przez siebie. I coś tam sobie zawsze znajdą, żeby mieć pretekst do zaczepienia autorki. Następują zadziwiające wyznania, jakieś comming-outy emocjonalne. Pisarz staje się nagle wcieleniem Freuda, maga, akuszerem. Dzięki niemu pewna część osobowości czytelnika zaczyna pełnić rolę agent provocateur w stosunku do tłumionych wspomnień czy uczuć. To jest dopiero dzianie się literatury. Sztuka wcielona. Nic dziwnego, że na większości spotkań autorskich jest pobierana opłata (śmiech).
– W ostatnich latach skupiłaś się głównie na pisaniu dramatów. Potrafiłabyś powiedzieć, dlaczego to one (w pewnym sensie) zwyciężyły z wierszami i powieściami?
Chyba jednak nie zwyciężyły. Znowu niespiesznie powracam do prozy. Wszystko zaczęło się od profesora Jacka Kopcińskiego, który namówił mnie na pisanie felietonów dla miesięcznika „Teatr”. Toczyliśmy rozmowy raz w roku, w ciągu pięciu lat. Te rozmowy odbywały się na kolejnych finałach Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Co roku mój dramat był w finale, a juror Kopciński miał dużo uważności na moje zmagania z dramaturgiczną formą. Wtedy miałam swoje małe sukcesy jako dramatopisarka, zaczęłam już nawet głosić heretyckie wyznania, że pisanie prozy jest jak wypis z didaskaliów. Dziś widzę w tym mechanizm obronny. Jak zdradzona, która mówi: „I tak już od dawna go nie kocham”. Po publikacjach dla „Teatru” otrzymałam duże wzmocnienie od czytelników. Zaczęłam się zastanawiać nad nową powieścią.
– Jak scharakteryzowałabyś język swojego dramatu? Co jest jego istotą, jaki jest cel przekazu?
Wiele współczesnych tekstów polskich dla teatru wyrasta z tradycji monologu. Dla mnie podstawową materią jest dialog. Napięcie pomiędzy osobami dramatu. Od czasów napisania Fastrygi dla Teatru Polskiego we Wrocławiu coraz bardziej fascynuje mnie polifoniczność narracji. Jej pozorny chaos. Ukryta logika. Jakaś tajemnica mowy zbiorowej, która dotyka syntezy pojedynczego losu. Zamyka intymność w przedziwne wspólnotowe ramy.
– Bardzo spodobała mi się wizja zaświatów w twoim dramacie Zimny Bufet. Znajdujemy tam słowa: „Potem nie było syna, tylko światełko w tunelu. Zwykłe światełko, jak te, co u niej w pokoju, góra sześćdziesiątka, a tunel też tuzinkowy, żadna tam podziemna rzeka. O tyle dobrze, że tunel, jak każdy zwykły, wreszcie się skończył. I zobaczyła światłość wiekuistą, i nawet jakby milion Osramów wkręcili, to nie podskoczą, taka to jasność!”. Zgodzisz się z tym, że poprzez literaturę można oswajać, ale też inaczej spojrzeć na tematy tabu, takie jak chociażby śmierć. Czego ty chciałabyś nauczyć swojego czytelnika?
Nie chciałabym nikogo niczego uczyć. Nie nadaję się nawet na nauczycielkę nauczania początkowego. Oswajanie śmierci skazane jest na niepowodzenie. Można się tylko nauczyć samookłamywania w tym względzie. Niekiedy życie tak nas do siebie zohydza, że śmierć wydaje się inkubatorem oświetlonym mega Osramem.
– Twoja najnowsza powieść, której fragmenty publikujemy w tym numerze „Frazy”, nosi tytuł Pogo. Czy ten chaotyczny i uwalniający agresję i negatywne emocje taniec będzie miał wpływ na fabułę książki? Czego możemy się spodziewać?
Tego to jeszcze sama autorka do końca nie wie. Chciałabym, żeby to była saga. W nieoczywistej formie. Może symulacja historii rodzinnej…? Zaczyna się we wsi Piachy, a potem się rozłazi po Europie. Jest to historia rozpadu wspólnoty. Pokazanie emancypacji i związanej z nią umiejętności niepamiętania.
– Pytałem cię już o język twoich dramatów, ale ciekawy też jestem, jak określiłabyś formę swoich powieści. Co stanowi ich istotę?
Bawię się powagą pojęcia „wspólnotowość”. Nie interesuje mnie kronikarski zapis historyczno-fikcyjnej rzeczywistości. Opisuję postaci w pewnym zawieszeniu, zatrzymaniu, w pół-gestach, pół-działaniach, w pewnej bezdźwięczności języka, w języku, który nagle się rozszczepia. Ta niezamierzona dwuznaczność może sugerować, że nagle ich pamięć zbliża się do tego, co wyparte. I jak się bronimy przed tym, co zatajone. Miksuję prywatną nostalgię z bezczelną amnezją popkultury. Przechwytuję jej ikonograficzne elementy i stosuję na zasadzie antycytatu.
– Zyto, na koniec zadam ci pytanie, które kiedyś już ci zadano, i które, zdaniem Pawła Dunin-Wąsowicza i Krzysztofa Vargi, przeszło do legendy. Komu spośród polskich twórców należy się Nagroda Nobla?
Pozdrawiam Pawła Dunin-Wąsowicza. Nie ma tygodnia, żebym nie jechała z nim tym samym tramwajem nr 33 na Bielanach, ale jakoś nie mam odwagi dygnąć. A wracając do pytania. Jak dawniej, nadal jestem kpiąco szczera i powtarzam: „Sobie samej Nobla bym dała”.
–Trzymam kciuki za Nobla i dziękuję ci za rozmowę.


Rzeszów-Warszawa, kwiecień-czerwiec 2013 r. 





 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio