Wyszukiwarka:

 


 



Zyta Rudzka

POGO*


Blachara, dziecię boże


Nikomu się nie śnię, moje fotografie nie istnieją, ubrania poszły na szmaty, a medalik wcisnęłam do doniczki z geranium w domu, który spalili. Po pożarze mój akordeon guzikowy Stahlstimmen skurczył się, spopielony wyglądał, jak wyrwana z futryny macewa. Na fundamentach pokoi wyrosły lipy, korzenie oblazły podmurówkę, oplotły ukruszoną glinę, zaśniedziały medalik, paznokcie synka, ucięte po raz pierwszy, a potem włożone w puszkę po kredkach L&C Hardtmuth Mephisto.

Ruchałam się z wieloma, ale to było na wojnie, nie liczy się, brali mnie, tak jak się bierze wiadro z wodą i szybko zanurza się nim twarz, pije się po koledze, przed kolegą, pije się w grupie, łapczywie, szybko, bez smakowania, a potem odrzuca się wiadro, kopie się blachę, śmieje się, bo choć zdeformowane twardą podeszwą, pięknie się turla. 

Mężczyzn zaczęłam liczyć po wyzwoleniu. Pierwszy w rejestrze przychodów był jeszcze w mundurze, kula trzepnęła w jego kobyłę, łeb odpadł daleko od drogi, a on jeszcze dzielnie galopował na końskim kadłubie, aż zesrał się w gacie, trzy tygodnie z zaschniętym gównem w gaciach, kobieto, masz pojęcie, rzeki skute, lód trzyma, nie ma jak prać, ale prałam jak bóg przykazał, tarłam pięścią i kamieniem, szorowałam do żywej rany, żołnierskie gówno nie schodzi łatwo, zbrzydłam nad balią, i tyle go widziałam. 

Wojna zostawiła upodobanie, że lubię tylko z obcym, ledwo spojrzy, od razu się rozkładam się jak potulna suka, brzuchem do góry, ze schowanymi zębami, podkulonym ogonem. Nawet z moim ślubnym tak pogrywałam. Jakby był obcy. Takie wielkie miłości miałam. Niektóre nawet się zdarzyły. 

Jestem nierówno wyciętą główką z fotografii z izby pamięci w Piachach. 

Poznaję się po dłoniach. Krótkich, masywnych, z charakterystycznym nagromadzeniem ciemnego pigmentu na serdecznym palcu, tuż koło paznokcia. Nadal w ten sam sposób składam ręce. Niepewna, nie potrafię wydobyć słów, uśmiechu, nawet grymasu. Obracam w garści myśli, jak wtedy śniegową kulę.

Cztery dziewczęta. Jedna z nich, ta bez twarzy, to ja. 

Jeszcze z dziecinnymi fryzurami z równo przyciętą grzywką ponad brwiami. Nieufne miny, ale ten zbiorowy portret rozśmiesza nadmiarem infantylnej posępności. Obok mnie Renate w aureoli półmroku, w cieniu od frontowych drzwi. Za nią Nina, smutne spojrzenie ożywia obojętność oczu, przyćmiewa przedwczesną dojrzałość schowaną w wąskich, ściśniętych wargach. Dalej, na samym skraju matowego papieru, profil Ingeborg. Lekko poruszony, a może to głowa odchyliła się pod naporem ciężkiego koka złożonego z warkocza. Nie upłynie rok, a Ingeborg zmieni uczesanie na krótkie, prawie przy czaszce, jak po tyfusie. Pokaże się nam po raz pierwszy i nawet nie zapyta: Jak mi? Rzuci tylko: Co nam zostało, dziewczyny? Parszywiejemy.

Ten warkocz obetnie Werner, mąż Ingeborg. Nożycami do owiec. Dzień przed wyruszeniem na front. Strzygł w ciężkich butach, żylastymi rękoma, w spodniach, z nagim torsem, oblepionym kroplami potu pod sutkami. 

Żony żołnierzy nie mogą chcieć się przypodobać. Ciała, obserwowane przez obce męskie oczy, mają sprawiać wrażenie pozbawionych płci. Jakby sklepienie ud było świeżo spieczone żagwią, jakby workowane suknie skrywały koślawe łydki, serdak maskował suche piersi, ciemny szal okrywał szpetotę rysów, narzucony na głowę oszczędzał widoku zapadliny w miejscu bujnych włosów, a kaczy chód dawał świadectwo istnienia czegoś, co przypomina zardzewiały durszlak w miejscu na fiutka. 

Takie miałyśmy być w czekaniu.

Podglądałam ich przez okno. Obydwoje mieli zacięte twarze, jakby ostatkiem sił wstrzymywali słowa, siłę gniewu i strachu, a jednak Ingeborga wywarła na mnie wrażenie zarazem zwycięskiej, jak i kruchej, tak jak niepokonane zdają się nam być widma. 

Werner po nacięciu warkocza, w połowie roboty, zaczął przypominać pojmanego żołdaka. Posługiwał przy postrzyżynach z obcego pańskiego przymusu, a nie nakazu serca. Wystraszony, ruchy nieudolnie tłumiły niezgrabność, wiotkie, niemalże dziewczęce nadgarstki nie pasujące do wystającej, mocnej szczęki, i ten nigdy nie objawiany przez niego sposób pochylenia karku, podobny temu, co towarzyszy dziecięcemu łkaniu.

Warkocz spadł na podłogę. Werner splunął i natychmiast dwa razy przydeptał plwocinę i obcięte włosy. Schylił się zaraz, podniósł splot za pędzel i wrzucił do pieca. Strzelił ogień, wyprostował się od blasku, przez chwilę grzał twarz w promieniach, znowu był pruskim samcem, wzorowym gospodarzem, odzyskał niemiecką siłę i germańską odwagę. Poczułam to aż do dudnienia serca, odstąpiłam od szyby, uciekłam do siebie. 

Biegłam zgarbiona od deszczu, którego chyba nie było. 

Warkocz przeżył Ingeborg o pięć lat, przez ten czas już nie obcięła włosów, ale też nigdy ich nie zaplatała, wsuwkami upinała je pod chustką, wymykające się pasma, szybkim ruchem zakładała za ucho. 

Nikt do niej nie pisał. Nigdy. A teraz miała listy od Wernera. Przychodziły regularnie, nie mieściły się już w puszcze po kawie, ani w starym emaliowanym chlebaku. Żadnego nie przeczytała dwa razy, nic w nich nie było, oprócz zapewnienia, że jak wróci, wszystko opowie. W każdym liście to samo jedno zdanie: zapewnienie powrotu i opowieści. 

Nie wrócił, nie opowiedział. Z resztą nie było komu.

Zazdrosna jestem o Renate, o Ingeborg, o Ninę. Co mi po niemieckim domu starców, po poręczach przy sedesach i nakładkach na wannę, co po tureckim pielęgniarzu pachnącym jaśminowym ogrodem, co po jego dłoniach z czarnymi włoskami dotykającymi moich policzków po kąpieli, jak błogosławionych stóp świętych, co po gładzeniu po głowie. Żadna pieszczota nie może włożyć mi do głowy ładnych wspomnień. Nic i nikt nie potrafi wymazać rozmyślań o moich przyjaciółkach. 

Na otwarciu izby pamięci grała orkiestra. Wrzaskliwe piosenki, skoczne, żołądek podchodził do gardła. Przyjechała władza, prawie centralna, brzydka, głośna, już po wódce z samochodów wysiadała, klękała, ziemię całowała. Po papiesku. Wszędzie biegały dzieci, jakby wyskakiwały z majtek z każdym krokiem zaproszonych kobiet. Chórzystki, w aparatach na zębach i sztywnych białych kokardach nad czołem, męczyły nudną śpiewogrą, jak to kiedyś w Piachach było. Nic w tej śpiewce z prawdą się nie zgadzało. Oprócz trzech imion. 

Renate, Nina, Ingeborg. Każda ma jedną ścianę w klasowej izbie pamięci. Ingeborg najmniejszą, okrojoną dwoma oknami. O niej napisali najmniej, nawet nie wiedzieli, ile miała dzieci. Podali tylko, że I. Kalkmann powiesiła się na poddaszu swojego domu z dwójką dzieci, a przecież miała troje, Hansa – ośmiolatka i siedmioletnie bliźniaczki: Alissę i Theressę, która miała znamię na policzku, muszkę, kiedy się śmiała – muszka podskakiwała.

Renate z żyrafią szyją, dłoń w czasie dziecięcych przepychanek z ledwością się na niej zaciskała, a ona udawała nieżywą. Wywraca oczy, uchyla usta, ślina cieknie równą strużką, aż pod sukienkę. Chciała być komediantką w teatrze, ćwiczyła się w roli umarlaczki, wieszanie musiało pójść jej gładko. Bez charczenia na stryczku, żadnej piany na wargach, nawet nikłego pozoru śmiesznego dyndania na sznurze, żadnego rozpaczliwego rozkroku pomiędzy żywymi a powieszonymi. Renate wybija się z deski, nie jest na spalonym, nie strąca poprzeczki, ląduje w miejscu, o które prosiła w modlitwie. Zdziwiona – pachnie wiosną, ciepłym kwietniem, krowy spasione jak w sierpniu, solona słonina do jajecznicy rzucona na patelnie skwierczy, sama odchodzi od skóry. Hop, już po tamtej stronie, skok godny kroniki berlińskiej olimpiady. Doskonały, jak zatrzymany w obiektywie Leni Riefenstahl.

Już tu jest śmieszka Ingeborg. Kiedy jest wesoła, a zawsze jej spieszno do żartowania, odsłania dziąsła, robi się brzydka, ale cóż, kiedy właśnie wtedy jej cipka, jak świeże ciastko, oblewa się purpurowym lukrem. Blachy słodkiego, specjalność perfektehausfrau, kiedy mąż walczy za ojczyznę, ogień w piecu nadal się pali, wypieki, moje słodkie, proszę się częstować, jeść szybko, żarłocznie, nikomu nie rozpowiadać, mlaskać z apetytem na nieutulone w czekaniu mężatki, a potem pogładzić się po brzuchu na znak mniam mniam, a pierdnąć dopiero na klepisku przy studni, ulżyć sobie, wtedy, kiedy ona będzie płakała po przyjemności. 

Ingeborg, jej także będzie się podobało w niebie. Przestanie się jąkać, a po dygnięciu przed Panem w Niebiosach zaplecie znowu warkocz, gruby na trzy palce. Chce się przypodobać, nawet w zaświatach, nawet anielskim eunuchom. 

Zaraz potem się naje, bo od gotowanej trawy wygrzebanej spod śniegu, brzuch jej wzdął, jakby z dzieckiem pod sercem chodziła, kiedy już się naje, wymyśli mikser, na podobieństwo ogrodowej huśtawki, którą zrobiła dla dzieci z Piachów. Pokrętło nawet nie znieruchomieje na sekundę, kiedy pewnego dnia natknie się na jej palce. 

Ingeborg nie umiała oddychać bez bólu, kiedy jej mąż zakładał onuce i szedł wygrać wojnę, skaleczyła się deklem pojemnika na cebule, krew zaschła szybko, zanim jeszcze zdążyła ją wyssać, piekło przez kilka dni, do wesela się zagoi, zaśmiał się Werner, wesele już było, ale zagoiło się. Kiedy na strychu zakładała pętlę, nic już nie czuła.

Piękna Nina. Jej wrodzony smutek w oczach odnalazł się w tym poranku na strychu. Lubiła co czwartek myć okna, to od niej wzięłam szczepki geranium, a kiedy przychodziła, patrzyła na kwiaty, czy oby nie zalane. Obserwowałam, niepewnie wyczekującą przy parapecie, za szczupła jak na gospodarkę, zbyt nieobecna na posługiwanie przy zwierzętach. Nie chciała iść do stodoły z tymi, co na wojenkę nie poszli. Zawsze jej coś w nich śmierdziało, albo onuce, albo z gęby czy z gaci. A jednak za każdym razem, kiedy wkładali jej język, odpychała ich z  niesmakiem, z udawanym zbrzydzeniem, a potem, już wieczorem, po ułożeniu dziecka, nad szyciem, odchylała się do tyłu, rozkładała uda i wkładała w siebie wskazujący palec z naparstkiem, wyjmował, wkładała, wyjmowała, wymiotowała zaraz, nie pozwoliła, żeby przyjemność się w niej odleżała, musiała się natychmiast wyczyścić. Przyrzekła sobie czekać w ascezie. Wojna się skończy i zacznie się małżeństwo, będzie rodziła kilka razy, nawet rok po roku jak jej suczka, on jej tego nie zabroni, nie, Helmut będzie chciał, on zawsze chciał, a to o niej mówił, że wygląda tak, jakby w każdym momencie można ją było sobie nadziać, powtarzał to kilka razy, aż sama od tych słów nabrała ochoty, rozpięła bluzkę, wyjęła cycki i sama się prosiła rozpinając guziki w rozporku, a on leżał, ciężki jak zdechły koń, patrzył na jej dłonie, wzrokiem, jaki znajdowała u niego, kiedy rozlewał pomyje w koryta, wywoził obornik spod zwierząt. 

Syczał, kiedy wypływało z niego to, co nazywała mleczkiem. Gorzkim. Postnym, długo musiała czekać, żeby wreszcie mogła być matką, trzy lata płaczu na moim ramieniu. 

Przysięgała, że dokładnie pamięta noc poczęcia, z Helmuta wyciekł ciekły miód, zatrzymał się na udach, a ona szybko, jak żebraczy dzieciak, palcem schowała go w sobie. 

Po bliźniaczkach Ingeborg moja najstarsza miała ubranka, nic nie kupowałam, do roku wszystko dostawałam, potem wszystko przepadło, dwie sukieneczki ocalały, jedna w czerwone groszki z bufkami, drugą kloszowana, gładka z tyłu, a przy szyi kwiatki, dobrze, że lato gorące było, nagusieńka biegała, dokazywała i tańczyła przede mną, a ja nie umiałam się do niej odśmiechnąć. A dla Antoniego siostry z worka portki i koszulkę w ręku uszyłam, i ostrzygłam go do samej skóry, opaliłam i krzyżyk na szyi zawiesiłam z medalikiem ze świętym Antonim, bo to było dziecko zgubione, potem szczęśliwie znalezione. 

O wszystkim pamiętałam, nawet o tym, o czym nie chciałam, może i dlatego nie dbałam o jej małą, taka mi się Franka siostry wydawała rumiana, głód był, a ona taka zdrowa na buzi. Taka piękna, jak on, co mi go obca ojczyzna zabrała.

Podobno Renate, tak napisano w izbie pamięci, pomagała Ingeborg, Ninie i innym kobietom i całej dzieciarni. Też tak myślę, zawsze wszędzie jej było pełno, robota jej się w rękach paliła. Najwyższa z całych Piachów, podsadzała wszystkie i, jak to miała w zwyczaju, całowała na pożegnanie, dorosłych i dzieci. 

Ciekawa jestem: która była pierwsza? Ciekawość mnie toczy. Aż do bólu brzucha. 

Ingeborg, szwagierka mojej siostry, poszła w pierwszej kolejności, może Nina, zawsze się wszystkiego bała, a wtedy Renate mówiła jej: nie można się wszystkiego bać, Nina. Nie można być tchórzem. 

Czy wtedy też tak ją ośmielała? Miała wysoki głos, umiała z niego korzystać, kiedy chciała postawić na swoim, nie krzyczała, tylko wyraźnie oddzielała słowo od słowa, to wystarczało. Taka była, mnie również matkowała, chociaż byłyśmy rówieśnicami. Również wtedy nie zapomniała o swojej przyjaciółce, wołała mnie, przywoływała do domu Kalkmannów, krzyczała, jak na niegrzeczne dziewuszysko, które nie chce iść, kiedy ją matka woła na strych, ale ja nie byłam tak odważna, jak one. Zawsze żadna, nigdy ani śmieszka, ani piękna, ani wysoka, bez honoru i dumny, byle jaka, taka, co nie ma czci, brzydka z obcymi dzieciakami wessanymi w cyce, beka, co nie chce zginąć za ojczyznę, może być chętna niemytym sowietom, bo chce jej się tylko żyć, nażyć się, żyć. 

Nie ma zdjęć z wieszania. Ani z topienia. O wchodzeniu pod krę izba pamięci milczy. 

Hermina i jej siostry, sama widziałam, jak dokładały kamienie do końskiego worka z owsem i w wodę. Uwijały się nad rzeką tak samo, jak dzień przedtem, pakując wszystko do skrzyń, i na fury schowane w stodołach. Pobiegły nad wodę zaraz po pierwszym krzyku Renate: 

Dierussenkommen!

Zapomniano o ścianie dla sióstr Lachmann. Czasami najstarsza, Hermina, przychodzi do domu starców, puka sierpem w okno, nie dziwię się, że urosła, że dosięga trzeciego piętra. Po śmierci, jak i za życia, cwana i twarda.

Dierussenkommen!

Hermina odepchnęła mnie, wspięła się po drabinie i zajrzała na strych, cofnęła się i puściła się biegiem do domu. Później, klęcząc na tafli rzeki z poduszką pod kolanami, dziobała lód sierpem. Jej siostry jedna drugiej dokładały kamienie do końskiego worka z owsem. Uwijały się, jak dzień przedtem, pakując wszystko do skrzyń, i na fury schowane w stodołach. Miały uciec do ciotki pod francuską granicę, nawet nie przekroczyły granicy Piach. 

Wszystko pozostało. W stodole, w domu, na nabrzeżu rzeki, którego śnieg ubiły tak, jak konie w kieracie. Skrzynki z łyżkami, sukienki przełożone zielem, szpulki, świński ryj w zalewie z octu. Nic nie wzięłam. 

Nie zdążyłam. Oczy mnie bolały, ognia nie było widać, ale dym już tu był, niósł się szybko w mroźnym powietrzu. Iwany z czarcim ogonem zwisającym z białej dupy szykowali się do nas. 

Hermina weszła do przerębli zdecydowanie, po gospodarsku, tak jak się schodzi do piwnicy po ziemniaki. Za nią postąpiły młodsze siostry.

Zapewne dyrektor szkoły nie może odżałować braku całej kolekcji zdjęć, izba pamięci nabrałaby życia, fotografie to prawie film, film to prawie rzeczywistość. Władza, prawie centralna też by się lepiej poczuła, gdyby zachowały się dokumenty, wniosłyby powiem świeżości w ten skansen, bo właściwie jest tam kołowrotek, balia, tara, miski, widelce, maszyna do szycia i tylko jedna fotografia. W izbie pamięci jest tylko jedna fotografia. Nie mam na niej głowy, ale widać koronkowy kołnierzyk, który zakładałam na sukienki, jak bogatsze panny korale. 

Jeszcze byłyśmy panienkami, cztery dziewczyny na tle murowanego domu, patrzymy w obiektyw z takim napięciem, jakby naprawdę miał z niego czort wyskoczyć. Wzrok bojaźliwy, ale strach nie przykrył zmęczenia, pamiętam jeszcze to mrowienie w nadgarstkach, cały dzień wodę wyciągałyśmy ze studni dla Żydków, co pielgrzymowali przez Piachy do grobu Josefa Teomina. W pewnym momencie jeden z nich, młody w wielkiej futrzanej czapie, zatrzymał się, spojrzał na mnie, coś szeptał kiwając się i pobiegł za swoimi. Pewnie zobaczył jutrzejszy dzień. Cudzego syna ciągnącego moją pierś z zachłannością, jaką mają krowie oseski. Zobaczył moją minę, kiedy wystawiam niemowlę Ruskim jak ikonę przed twarz, a oni pośpiesznie, nierówno zapinają rozporki, uciekają żegnając się z lewej do prawa i już mnie nie nachodzą. 

Po wykuszu nad oknem poznałam, że portret zbiorowy dziewczyn z Piachów został zrobiony przed domem Nemacków, rodziców Niny. 

Z dnia wieszania nie pamiętam ani Niny, ani Ingeborg, nic, a przecież nie było ranka, żebyśmy nie gadały na drodze, kręcąc piętą w śniegu czy w błocie dziurę w ziemi, w którą potem sikałyśmy, na stojąco, rozstawiając sztywne nogi. 

Ingeborg, pewnie zawiązała swoją śliską chusteczkę, poprawiała ją pod brodą jeszcze przed założeniem pętli, znam ją, mocny uścisk bawełny, dodawał jej pewności, a Nina chyba włożyła tą swoją sukienkę z perkalu, błękitną, pod kolor oczu. Nie było jej w kufrach i szafach, na górę nie wchodziłam, chociaż one już były zdjęte z żerdzi. Nawet wtedy, kiedy one już były zdjęte, pochowane na niemieckiej stronie cmentarza w Piachach. Wszystkie w jednym dole, w pośpiechu, bo Ruskie szli szybko, szybciej niż ogień.

Renate, tylko ją pamiętam. Jak po mnie idzie, żwawo, po rozdeptanym kopytami śniegu, z zaciętą twarzą, w czarnych pończochach nałożonych do odświętnych butów, które wkładała do kościoła, a przed wejściem do prezbiterium, pośpiesznie pstrykała biglem od torebki, wyjmowała płócienko i przecierała lakier. Teraz nie dbała o to, buty chyba były uwalane, tak je teraz widzę, ładne, zaświnione trzewiki, zaczęłam uciekać, prawie mi mała z rąk nie wypadła, biegłam w stronę rzeki, a powinnam w las, ale tak mi serce biło, byłam jak zając, co ucieka precz, nie patrząc na drogę. W las, w śnieg po pachy, biegnę, biegnę przez sześćdziesiąt lat. Siedzę na fotelu inwalidzkim w domu starców w Berlinie, z amputowaną prawą stopą, i uciekam co sił w nogach.

Czarna wyczuła mój strach, bo podleciała do Renate i ugryzła ją w łydkę, nad kostką, aż krew poszła, Renate ukucnęła z bólu, ale tylko na moment, wyprostowała się, zaklęła, pogroziła pięścią i wyzwała od durnych, i zawróciła. 

Miała rację, jak zawsze, nie byłam mądra, nie dałam się zawołać, nie usłuchałam, nie poszłam, nie wydałam Renate małej, a potem nie wydałam jej siebie, tylko uciekłam, jak durny szarak, dla którego liczy się tylko wyrwanie z wnyków, biegłam i biegłam, jakby mnie Renate goniła, a przecież nie goniła, dawno zawróciła, i tak miała dużo roboty na strychu, wszystkie tam były, wszystkie, tylko nie ja. Wszystkie się powiesiły.

Śnieg. Zmrożony i twardy. Dający się ugniatać w chropowate kule, zabierający ciepło dłoniom. Stałam przed otwartymi na oścież drzwiami. 

Nie weszłam na strych. Tylko kilka stopni po drabinie. Zatrzymały mnie kożuszki, niedbale zrzucone w sieni. Potknęłam się o nie. Drugi raz noga podwinęła mi się na drabinie, szczeble śliskie, odór, śliska niestrawiona trawa sklejona żółcią. Pazurami odgarniałyśmy śnieg, czepiałyśmy się wszystkiego, co przy ziemi, i do gara na wodziankę. Poczuwałam zapach wódki, którą trzymałyśmy na powrót mężczyzn. Wypiły ją. Po tym poznałam, że się bały. I już nie czekały. 

Wyminęła mnie Gerta, odbierała wszystkie porody w Piachach, mnie też wyciągnęła na świat. Przepuściłam ją w kolejce. Uciekłam.

Złapali mnie. Przyjechałam na otwarcie, goździki mi dali, w pierwszym rzędzie krzesełko dostawili, a ja nawet się nie odśmiechnęłam, ani nie zapłakałam, nic nie powiedziałam. Nic im nie dałam, chociaż prosili się o przeszłość. Już ja wiem, udawali, udawali ciekawość, przejrzeli mnie, mój wzdęty brzuch, nażarła się życia, nawpierdała ruskiej spermy, naobciągała niemieckich kutasów za żelazną kurtyną, niech no tylko powie słowo, to jej w gardło cement wlejemy, żeby już przestała żreć.

Chciałaś się nażreć życia, to żryj, ale się nie skarż, że gównem smakuje, mówię do siebie, targam się za uszy, głupie dziewuszysko, stare, brzydkie, nawet się sama podetrzeć nie umie.

Złe słowo za mną cieniem wędruje, jakby kamień za mną cały czas leciał, jakby ktoś mnie naznaczył przekleństwem, wypalił znak, jak na bydle. 

Mogłam powiedzieć chociaż o dzieciach Ingeborg. Do spisu ludności trzeba wpisać małą Theressę, było ich troje, mogłam im wszystko powiedzieć, całą prawdę, o Hansie i bliźniaczkach, o Ingrid Niny, która ledwo nad stół wystawała, ale jak wisiała, to mi się już wydała taką dużą dziewczynką, prawie tak dużą, jak piegowata Dea Renate, a ta miała mieć sześć lat na jesieni i była wysoka po matce, wyglądała jak dwunastoletnia Hana, córka krawca, kiedy ją na początku wojny wyprowadzili nagusieńką na rynek, włoski tam już miała, ciemne włoski na dziecięcym łonie. Twarz miała nową i starą. Takie twarze miały dzieci Dei i Alissy, i Theressy. Dzieci, które się boją, są do siebie podobne.

Mogłam im wszystko powiedzieć, ale kto chce słuchać tchórza, nikt, tchórze mają krótką pamięć, złą, osmoloną. Tchórze są sami. 

Nie chcieli, to nie. Nikt nie będzie pamiętał o Theressie i jej muszce na policzku, i o tym, jak się śmiała, z byle czego, kiwnie ktoś palcem, a ta w śmiech. Nikt się nie dowie, niech sobie będzie, że było tylko dwoje dzieci, Hans i Alissa, ja nic nie powiem, mało mówię, kiedy już coś mam powiedzieć, wydaje mi się, że zacznę krzyczeć i będę tak krzyczała, i krzyczała, i wszystkich wystraszę tym swoim krzykiem, a wy nie chcecie, żebym was straszyła, dlatego się chichracie, na zdrowie, kto ma zęby – ten się śmieje, zdrowym nowoczesnym zadowoleniem z białymi kłami. 

Przyjaciółki odeszły. Zostawiły mnie w niesmaku dla mojej długowieczności. Dostałam od nich prezent: chichot z obcowania zmarłych. Zamiast starczych szumów w uszach, wieczny, niecichnący rechot. Czasem go przedrzeźniam, udaje mi się być bardziej głośną, niekiedy bardziej złośliwą, ale kiedy cichnę ze zmęczenia, one zaczynają się podśmiewywać. Jedna przez drugą.

Renata. Ingeborg. Nina. Doskonale niedopełnione. Nieskończone. Jakże niemile wieczny jest ich dziewczęcy hałas. Jakby ciągle żyły, oddychały, wydalały, skóra produkuje łój, jelita ciemną miazgę, a jajniki krew. Zdaje mi się, że jeszcze przed minutą tu były, a potem nagle i bez przyczyny, wybiegły, bo tego właśnie chciały, wyjść bez słowa, głośno i niespodziewanie, wyniośle trzasnąć drzwiami, aż ja żywa, aż podskoczyłam od tego trzasku do nieba, nie na długo jednak, już chwilę potem spadam na antyodleżynowy materac. Leżę. Latami poleguję przeciwnie do wskazówek zegara. Zabawiam się sztuczną szczęką, którą język obraca jak ebonitową grzechotkę. Poproszę tylko o przypinkę. Może być tańsza, ale z naturalnych włosów, nawet ciemna od tureckich emigrantek. Jasne włosy kosztują dużo, ale są warte swej ceny. Sowiecki blond łatwo udaje germański. I przynieśli mi. Potrącili z emerytury, kupili. W środku pudła ogonek. Co to ma być, kitka z łupieżem, kilka włosów kiedyś może czarnych, teraz spłowiałych, siwych, wziętych tanią farbą. Co mi dajecie? Chcę piękny warkocz, który zwabia mężczyzn. Dać mi tu gruby warkocz, na którym można się powiesić. […]

Zyta Rudzka

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio