Wyszukiwarka:

 


 



Henryk Waniek

Podwójny skarb


Krzywe oko mieli ludzie na te zabudowania. Jedno mieszkalne, piętrowe, z wysokim dachem; drugie gospodarskie, obora połączona ze spichlerzem. Do tego budynek młyński i jeszcze jeden, nie wiadomo do czego służący. Obwiedzione murem z trzech stron, a od tyłu zaryglowane rzeką. Stały daleko od ostatnich domów, już poza wsią, obrośnięte wierzbami, zaraz przy moście, w pół drogi do Altheide. 

Przez większość roku – zimą, wiosną i z początkiem lata – nie było się tam po co udawać, więc nikt nie wiedział, co się właściwie dzieje za tym murem. Dawniej było inaczej, ale młody młynarz, gdy przejął interes po śmierci starego, z nikim nie utrzymywał komitywy. Mówiono o nim dziwne rzeczy, raczej niedorzeczne, domysły zrodzone z tych chwil, kiedy się tam przyjeżdżało i trafiało na jego ponury wzrok. Stał na podjeździe i patrzył. Samym spojrzeniem zamykał ci usta. Na pozdrowienie odpowiadał zwięźle. Zdrową ręką sprawdzał ziarno, ustalał grubość przemiału, a na pytania odpowiadał zdziwionym wzrokiem, jakby ogłuchł na wszystko, pogrążony w rachubach. Jeśli nawet odburknął, trudno to było zrozumieć w hałasie maszyn. Pomocnik przerzucał worki na taczki i wiózł do środka, a ten ani drgnął. Nie dało się choćby rozejrzeć po całości; podpatrzyć coś; wyniuchać. I już worki wracały, obielone i miękko lądujące na wozie. Wtedy odbierał zapłatę, przeliczał monety skrupulatnie, z brzękiem wrzucał do kieszeni fartucha i dawał znak, by zrobić miejsce na podjeździe dla następnego. 

Gdy odjeżdżał ostatni wóz, zamykał starannie bramę i znikał w młyńskiej lub mieszkalnej części domu. Jednym słowem, ani młynarz, ani jego dom nie był dostępny. Tym silniej każdy chciał wiedzieć, co kłębi się w jego milczącym sercu? Co kryje w niemym spojrzeniu? Co się dzieje za milczącymi oknami? Czy nie to, jak się mówiło – i któż by nie wierzył? – że ma tam w głębi domostwa kochankę, którą sobie sprowadził kilka lat temu. A kto ją widział? Wielu przysięgało, że owszem, trzyma tę kobietę pod kluczem i tylko nocami wyprowadza ukradkiem. Może jak psa, na smyczy? Boi się, by jej nie zepsuło postronne oko. Skąd się wzięła ta historia przez wszystkich powtarzana, nie wiadomo.

Tak się mówiło, ale widziało tylko – i też nie za często – żonę młynarza. Czasem szła do kurnika, albo mignęła w uchylonym oknie, rzucając ptakom okruchy; wytrzepując ścierkę; sprawdzając czy się nie zanosi na deszcz. Dwa razy w roku pokazywała się w kościele, zatopiona w sobie, samotna. Nigdy z nim. Nic dziwnego, bo jego stary był ewangelikiem. Za życia jeździł w niedziele do Altheide, ale ten był raczej bezbożny. Ani tam, ani tutaj nie uznawał kościoła. Młynarzowa przychodziła piechotą i odchodziła bez słowa, na nikogo nie patrząc, z cierpiącym uśmiechem na twarzy, skierowanym w głąb siebie. Mała i z roku na rok coraz mniejsza, odchodziła drogą do zakrętu, powoli znikając za drzewami, jakby jej wcale nie było. 

Zaś tę drugą każdy wyobrażał sobie na miarę własnej fantazji, jako młodą i piękną, czemu wcale nie przeszkadzało, że młynarz miał lewe ramię bezwładne i brzydki uśmiech chytrusa. Przeto, kto przyjeżdżał do młyna ze sprawą, starał się patrzeć za dwóch. Łypał okiem na lewo i prawo. Daremnie. Ale nie wątpił, że wewnątrz rozległego domu, prócz młynarza z żoną, ich syna, co nie miał wszystkich klepek oraz dwóch pomocników mieszkających w izbie przy wejściu, jest jeszcze tamta. Niewidzialna. Ukryta jak skarb.

Poprzez młyński hałas usłyszano kiedyś muzykę idącą od domu. Jakby tam ktoś grał na skrzypcach. Powstał domysł, że kochanka w komnacie na zapleczu osładza sobie niewolę grą na instrumencie. Dopiero Albert, subiekt ze sklepu RADIOLA w Glatz, obalił tę teorię, wyjaśniając muzykę luksusowym radiem, które młynarz kupił jakiś czas wcześniej. Nie było wątpliwości, że nie dla siebie, ani smutnej żony, nie dla syna bez piątej klepki, a tym bardziej dla pomocników, kupił najdroższe radio w całym magazynie. Więc to pewnie kochanka przy radiu szuka pociechy w swej strasznej niewoli. Bo nie tylko tam siedzi jak we więzieniu, ale pod jednym dachem z młynarzową, prawą żoną, też chyba zniewoloną. I przecież nie dla siebie wybierał koronki, jedwabie i atłasy w mieście u Kudrasa, do którego przychodził zaraz po wizycie u jubilera, gdzie porównywał pierścionki z perłami i złote broszki z rubinem. Jasne, że nie dla żony, która za całą biżuterię miała drewniany różaniec. A zakupy robił kosztowne. Bo też jak świat stary i wielki, nikt nie słyszał o ubogim młynarzu. Tyle że żaden młynarz nie pyszni się bogactwem i nie rozrzuca pieniędzy. Nie jeździ hrabiowską – lub tylko tak wyglądającą – karetą; nie stroi się i zawsze ma na sobie to samo ubranie, pachnące żytem. Lecz to wcale nie znaczy, że na coś go nie stać. Choćby na kochankę rozpieszczaną w niewoli. Już on nie musiał wiązać końca z końcem. Gdy przyjeżdżał do sklepu w mieście, kupiec wiedział dobrze jak go zniechęcać do tandety. Tania, to niewiele warta. A tamto, choć droższe, w sumie niewiele, ale jaka korzyść. Trwałe i solidne.

Syn młynarzów umarł krótko przed wojną w szpitalu w Altheide i tam go pochowano. Nieco później młynarzowa. A później już była wojna i ludzie odwrócili uwagę od wszystkich sekretnych spraw młyna. Teraz czytano komunikaty frontowe w gazetach. Słuchano w radiu zapowiedzi zwycięstwa. Kto jeszcze o tej kochance w ogóle pamiętał, mógł spodziewać się, że młynarz – teraz już wdowiec – niebawem ją wszystkim pokaże. Jeden z jego pomocników poszedł na front, a na jego miejsce przyszedł niezguła, z którego w armii nie było pożytku. Ów Leon zasiał garść nowinek o kochance, ale już mało kto tego słuchał. Świat zaczął cierpieć na nadmiar kobiet. I niedostatek mężczyzn.

Wojna trwała. Po zwycięstwach przyszły klęski. Komunikaty z frontu zaczęły chwiać się i gmatwać, a życie na tyłach straciło lekkość. Martwe ramię chroniło młynarza przed wojskiem bardziej niż wiek, bo był dopiero koło pięćdziesiątki. Natomiast kto był zdrów, opuszczał wieś, przebierał się w mundur i znikał na dłużej lub na zawsze. Najpierw młodzi, a później starsi odjeżdżali na front, a rodziny z niepokojem modliły się za nich. Lecz Bóg miał poważniejsze sprawy na głowie. Jedno za drugim przychodziły zawiadomienia o chwalebnej śmierci. Później zaczęli się we wsi pojawiać uchodźcy. Gdzieś tam opuścili swe domy pod naporem zwyciężającego wroga. Żal było patrzeć na to, szczególnie zimą, gdy cicho zmierzali ku swemu przeznaczeniu. Aż pewnego dnia okazało się, że wojna jest ostatecznie przegrana, choć do końca chciało się wierzyć, że będzie inaczej. 

Natura oblekła się w radosny majowy kostium, gdy samą wieś - jak zresztą cały kraj - zalało obce wojsko. Nikt nie był pewny dnia ani godziny i każdy ratował resztki swego bezpieczeństwa. Wszystko zdawało się leżeć w ruinie, choć w bliskiej okolicy nie było walk. Nastał pokój, ale miał czarną barwę. Młynarz także poczuł się poczerniały i przegrany, szczególnie gdy porucznik obcej armii wraz z żołnierzami przeszukali wszystkie domy. Kochanki chyba nie zobaczyli, tak sprytnie była ukryta. Ale może następnym razem? Po trzeciej czy czwartej takiej wizycie, choć nadal była niedostępna dla cudzych oczu, przebłysk rozwagi podszepnął młynarzowi, że w tym położeniu coś trzeba zrobić. Co najcenniejsze dobra ratować przed wiszącą na włosku utratą. 

Którejś nocy do kuferka, co go trzymał w schowku pod słomą, dołożył komplet srebrnych łyżek i widelców, załadował na taczki i kazał Leonowi zawieźć za rzekę. Od tego miejsca młynarz sam to pociągnął ścieżką w górę, na pola Altwillmsdorfu i zakopał swój skarb pod jednym z dwu kasztanów, co tam rosły. Zamaskował darnią, zapamiętał dokładnie i wrócił do domu przed świtem. Co działo się w następnych tygodniach i miesiącach nie doczekało się i już nie doczeka słów; mówionych, ani pisanych. Żaden język by tego nie udźwignął. 

W ślad za mundurami zwycięskich żołdaków zwaliły się gromady cywilów. Było ich tylu, że mogli zapełnić wszystkie miasta i wsie. Mimo iż było wiele miejsca po tych, co nie wrócili z wojny, przestrzeń zrobiła się za ciasna, by pomieścić ten nadmiar. Ubyło nawet powietrza. Wszędzie tłok. Najpierw półgłosem, a już niebawem głośno, zaczęło się mówić, że każdy kto dotąd żył tutaj i mieszkał, będzie wysiedlony. Zostawi swój dom, ziemię i wszystko co ma. Z dobytkiem zredukowanym do jednego wózka w feralny czwartek młynarz wraz z innymi stawił się w punkcie, gdzie się dopiero okazało jak to będzie wyglądać. Najpewniej była z nim kochanka, ale czy ją ktokolwiek zauważył? Jak wyglądała, jak była ubrana, jak się zachowywała? Nie wiadomo. Teraz nikogo to już nie ciekawiło. Młynarz Berthold Heussner, wraz z dwustu czterdziestoma dziewięcioma mieszkańcami okolicznych wsi, pod wojskową eskortą ruszył drogą do stacji kolejowej Reinerz, skąd miał zabrać ich pociąg. Ale jeszcze zanim tam doszli, już było jasne, że żadnego pociągu nie będzie. Zostali popędzeni piechotą w stronę czeskiej granicy, do której nie wszystkim dane było dotrzeć. 


 *


Panna Irmina Sedlaček zawarła związek małżeński w magistracie miasta Oldenburg w marcu 1947 roku, ale już w ostatnich dniach czerwca owdowiała. Po zmarłym mężu zostało jej nazwisko Heussner, niewielka renta i pewien sekret, który nieboszczyk przekazał jej szczegółowo, uściślając to dokładnym rysunkiem. Chodziło o kufer z kosztownościami – złota i srebrna biżuteria, zastawy stołowe, stare monety i coś tam jeszcze o wartości mniej więcej czterdziestu tysięcy dawnych marek – ukryty w okolicy młyna. Kufer z taką zawartością znajdował się w ich dawnej ojczyźnie i właściwie wszystko to należało uznać za stracone. Ale Irmina nie mogła zaznać spokoju. Dlaczego tyle bogactwa miało gnić w ziemi, skoro mógłby być z tego pożytek? 

Gryzła ją ta myśl, aż zaczęła głośno o tym mówić. Na nikim nie robiło to jednak wrażenia. Każdy miał swoją własną podobną opowieść. Ale wędrując z ust do ust, historia ta trafiła w uszy lepiej słyszące. Po jakimś czasie w jej skromnym mieszkaniu, składającym się z pokoiku i kuchenki, złożył wizytę niejaki Detlev Schimmel, adwokat lub ktoś w tym rodzaju. Po krótkim wstępie zaczął ją wypytywać o rzeczy wartościowe utracone na wschodzie. Ani bukiecik fiołków, ani paczka kawy HAAG, które jej przyniósł, nie wzbudziły zaufania. Może zbyt szybko nawiązał do tego kuferka, gdzieś tam zagrzebanego? W każdym razie, nabrała wody w usta, rysunku mu nie pokazała i nie robiła nadziei na następne spotkanie. Zatelefonował jeszcze, ale odmówiła wspólnego pójścia na koncert DAS LIED DER HEIMAT. 

Kilka dni po jej 51. urodzinach, które obchodziła w gronie raczej sąsiadów niż przyjaciół, odwiedził ją urzędnik Landratsamtu, by uzupełnić dane potrzebne do podwyżki renty. Na pytanie o majątek ruchomy, wykonała gest ręką omiatający zdekompletowane meble, wytarty dywan, dwa tandetne obrazki na ścianach i zasuszone kwiaty w wazonie chcącym uchodzić za kryształowy. Urzędnik, bezdzietny wdowiec, z pensją nieco ponad dwa tysiące marek, pozwalającą mu na bezproblemowe życie, nie zatracił jednak wrażliwości na cudze ubóstwo, czemu dał wyraz. Poniesiona żalem, pani Irmina wspomniała o utraconych bogactwach, a gdy urzędnik usłyszał, że miało to miejsce w okolicy Glatz, okazał żywe zainteresowanie. Gdzieś tam się urodził. Musiało w nim być coś, co wznieciło więcej ufności w pani Irminie niż w poprzednim wypadku. A może to odezwał się jej wiek? Najpewniej jednak sprawiła to zręczność urzędnika, który poza swą pracą zawodową, lub nawet w jej ramach, przygotowywał akcję pomocy dla klasztoru, znajdującego się w rzeczonej okolicy, obecnie polskiej, a podlegającego obediencji niemieckiej. Mówiło się nawet – choć brzmiało to fantastycznie – o transporcie dóbr dla borykającego się z biedą zakonu. Jakieś rozruchy w Polsce, które rozszczelniły zapory polityczne, stwarzały nadzieję na realność tego projektu, który jeszcze rok temu byłby nie do pomyślenia. Opowiadał, opowiadał i gdyby nie była już znużona trudami życia, mogłaby pomyśleć, że się trochę zalecał.

Odbył kilka rozmów z Irminą. Dwie z nich były niezbyt wystawnymi, ale przyzwoitymi obiadami w GASTHOF ZUR KORNER, gdzie pan Alfred – tak miał na imię urzędnik – cieszył się szczególnymi względami. Podczas pierwszego obiadu została zawarta solenna, choć tylko ustna umowa, że gdyby udało się odnaleźć ów skarb i przewieźć pomyślnie do Niemiec, zadowoliłby się 15 procentami jego realnej wartości. Nie miała głowy do takich spraw, zresztą wszystko zakrawało na baśń i nie przyszło jej nawet na myśl, że za tym kryje się podstęp. 

W każdym razie, poznał szczegóły co do położenia; zadał uzupełniające pytania (mniejsza czy odpowiedzi były zadowalające) i dokładnie skopiował rysunek, który również – tym razem bez żadnych zahamowań – został mu okazany. W drugim obiedzie wziął udział pewien mężczyzna, którego pan Alfred określił jako zaufaną osobę. Jego uczestnictwo w przedsięwzięciu miało być honorowane ze wspomnianych 15 procent. Osobnik ten, Kurt, nieco starszy od niej, także pochodził z tych stron, które Irmina, wówczas jeszcze Sedlaček, musiała opuścić. Rozłożył przedwojenną mapę w skali 1:25000, na której interesujący rejon pokazany był jak na dłoni. Pytał ją o różne szczegóły. Niestety, jej znajomość okolicy sprowadzała się niemal do zera. Wyznała tylko, że rzadko wychodziła poza teren młyna, gdzie spędziła niemal okrągłych 12 lat. 

Przed wyjazdem do Polski, planowanym na kwiecień następnego 1957 roku, pan Alfred kontaktował się jeszcze z Irminą. Ostatecznie wyjazd nastąpił z końcem maja i trwał więcej niż tydzień. On osobiście nie brał w nim udziału, ale Kurt po powrocie zrelacjonował, że wbrew trudnościom, z jakimi spotkali się na miejscu, udało mu się ustalić wiele szczegółów. Niestety, z powodu wścibskości polskich gospodarzy oraz niesprzyjającej pogody, do miejsca zaznaczonego na rysunku nie dotarł. Przez większość ich pobytu w Glatz – który obecnie nazywał się Kłodzko – padały ulewne deszcze. W dodatku, po dawnym młynie została tylko ruina. Jednym słowem, nie wyszło. 

Wtedy Irmina nabrała podejrzeń, że ją oszukano. Co prawda pan Alfred odwiedzał ją nadal i zapewniał, że nic nie jest stracone, na pewno się uda przy następnej okazji. A taka nadarzy się w przyszłym roku, bo planowany jest podobny wyjazd. Więc może wtedy? Powtórzył jej to raz jeszcze w szpitalu, do którego trafiła z rozpoznaniem ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Zapalenie okazało się jednak być rakiem macicy z rozległymi przerzutami na inne organa wewnętrzne. Zmarła na początku stycznia następnego roku. Alfred był jedną z pięciu osób, które stawiły się na cichym pogrzebie. Odtąd cała sprawa znalazła się w jego wyłącznej gestii.

Choć wydawało się, że z wyjazdu nic nie wyjdzie, ostatecznie doszedł jednak do skutku. Tym razem bez udziału Kurta. Jego miejsce zajął sam Alfred, który poczuł się bardzo wciągnięty w sprawę. Otrzymał wizę upoważniającą do dwutygodniowego pobytu na terenie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i był jedną z trzech osób świeckich w grupie zakonników. Poinformował ich z góry – nie wdając się w szczegóły – że ma zamiar wykorzystać tę okazję w celu, który enigmatycznie określił jako „kulturalny”. Tym razem plan działania został przez niego drobiazgowo przemyślany. Obok spraw będących zasadniczym powodem wyjazdu do Glatz, zaplanował fotografowanie różnych kapliczek i przydrożnych rzeźb religijnych, z których ta okolica słynęła. Z ubiegłorocznej relacji Kurta wynikało, że jakkolwiek młyn stał się ruiną, to w bliskim jej sąsiedztwie ocalał stary krucyfiks z piaskowca.

Plan zrealizował bez przeszkód. Dziwił się samemu sobie, bo nigdy by nie pomyślał, że może się wciągnąć w coś podobnego. W trzy dni sfotografował kilkanaście obiektów sakralnych, zostawiając ów ocalały krucyfiks na koniec. Późnego popołudnia, w towarzystwie polskiego zakonnika, zatrzymali się przy zrujnowanym młynie nad rzeką. Zrobiwszy fotografię zaimprowizowali skromny piknik. Miejsce nie było szczególnie ruchliwe, więc też grupa czterech osób przypiekających sobie na ognisku kiełbaski nie zwracała uwagi. Korzystając z solidnych wskazówek Kurta, któremu w roku ubiegłym zabrakło szczęścia, Alfred bez trudu przekroczył rzeczkę i z małą łopatką, polegając na mapce odręcznie sporządzonej według rysunku pani Irminy, pokonał dróżkę wspinającą się na wzgórze, odnalazł dwa kasztany i odsapnąwszy nieco, szybko ustalił prawdopodobne miejsce. 

Hałas, jaki wzniecił nadjeżdżający traktor, dał mu czas, by ukryć się w krzakach. Podobnie uczynił na dźwięk zbliżających się głosów ludzkich. Kilka osób wracało z prac polowych. Później już było spokojnie. Odkrywał starannie warstwy ziemi na wypadek gdyby znalezisko okazało się zbyt wielkie jak na jego siły i trzeba by je zostawić do następnego dnia. Kilkakrotnie jego saperska łopatka trafiała na opór. Ale to tylko kamienie. Gdy otwór w ziemi przekroczył pół metra, uznał, że należy rozszerzyć pole poszukiwań. I już za drugim razem czubek łopatki uderzył o coś, co zabrzmiało głuchym rezonansem. Zobaczył wieko skrzyneczki i wypełniło go drżenie. Drewno w kilku miejscach nie wytrzymało kontaktu z glebą i było zbutwiałe, ale zasadniczo skrzynka, nie tak wielka jak sobie wyobrażał, zachowała spoistość. Wydobył ją z ziemi i wyłamał zamek. Nie przyglądał się przedmiotom, jakie przekładał do przygotowanego worka. Na to będzie czas. Gdy dotarł do dna, włożył skrzynię z powrotem do dołu. Zasypał kamienistą ziemią i położył kilka darni. Nie był przecież młodzieńcem i miał prawo czuć się zmęczony wysiłkiem i stresem.

Ciężar wypełnionego worka zarzucił sobie na plecy i balansując wracał spadzistą dróżką. Sam nie sprostałby trudom przedsięwzięcia, więc dwu spośród pięciu uczestników wyprawy musiał wtajemniczyć w sprawę skarbu. Należało dobrze ukryć go w samochodzie, aby przechytrzyć dwie kontrole graniczne. Ale mniejsza o szczegóły. Niech tu wystarczy, że ostatecznie, choć nie bez kilku dramatycznych chwil, skończyło się pomyślnie.


 *


Ucieszony, ale też zdziwiony, że mimo dociekliwości wschodnioniemieckiej straży granicznej poszło tak gładko, Alfred dopiero na miejscu uświadomił sobie rozmiar ryzyka, na jakie się porwał. Byłoby to zrozumiałe, gdyby mu chodziło o wzbogacenie się, ale on akurat nie myślał o bogactwie. W każdym razie z właściwą sobie systematycznością, jakieś dwa tygodnie po powrocie przystąpił do finalizacji sprawy. W pierwszej kolejności wyszukał dyskretnego rzeczoznawcę z Hamburga, właściciela ni to lombardu, ni antykwariatu, który za niewygórowaną opłatą miał orzec o wartości skarbu. Oszacował go ostrożnie na siedemdziesiąt tysięcy marek. Wynikałoby z rachunku, że piętnaście procent, jakie Alfred zastrzegł dla siebie w rozmowie z panią Irminą, to dziesięć tysięcy pięćset marek, w zaokrągleniu jedenaście, minus tysiąc, który się należał Kurtowi. Mógłby o tym w ogóle zapomnieć, bo Kurta nie było w drugiej wyprawie, a jego udział w przedsięwzięciu był mniej niż symboliczny. Ale poczucie solidności, a też sympatia do tego niezguły, kazała mu wywiązać się ze zobowiązania. Nieco hojniej nagrodził dwóch współpracujących z nim uczestników podróży. Nie wtajemniczył ich w rezultat wyceny tylko zdał się na własne poczucie sprawiedliwości. Uznał, że będą zadowoleni jeśli dostaną po cztery tysiące, czyli równowartość fabrycznie nowego volkswagena-standard. By mieć te pieniądze sprzedał owemu rzeczoznawcy pięć złotych monet dwudziestomarkowych z 1872 roku oraz srebrną zastawę stołową, łącznie za trzynaście tysięcy marek. Uregulował należności i zostały mu cztery tysiące gotówką i około pięćdziesiąt siedem tysięcy w biżuterii i złotych monetach. I co dalej? 

Lubił swą rolę pracownika Landratsamtu zarówno jako aktor, jak i widz, a właściwie policjant, wyspecjalizowany w przeprowadzaniu niewidomych przez jezdnię. Niektórych należało może zostawiać na środku, niech sobie radzą. Ale nie. Alfred, samotny wdowiec, miał dobrą pensję – dwa i pół tysiąca miesięcznie – która zobowiązywała go, by robić co do niego należy. Lecz ta rola jakby mu się teraz wyślizgiwała. Jakaś inna uśmiechała się do niego nieporównywalnymi sumami; pięćdziesięcioma siedmioma tysiącami, zaklętymi w pierścionki, łańcuszki, bransolety i inne precjoza, których nawet nie umiał nazwać. I jeszcze te monety, z których każda odpowiadała stosowi banknotów o wysokim nominale. Powiedzmy, że pięćdziesiąt siedem tysięcy. A może sześćdziesiąt? Lub więcej? Do takich sum nie był przyzwyczajony. Uśmiech kuszący, ale wnosił w jego życie niepokój. Pewnej nocy śniła mu się Irmina. Miał jej coś powiedzieć, lecz zanim znalazł odpowiednie słowa, zniknęła. Zbudził się zakłopotany. Bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie tę ważną rzecz, której nie zdążył jej powiedzieć. Po kilku dniach poszedł na cmentarz. Grób – a właściwie mogiła obramowana imitacją kamienia i wyłożona mchem – wśród wymyślnych grobowców, była schludna, ale uboga. Pomyślał, że tak jest dobrze i poszedł do domu, do monet oraz biżuterii, które uczyniły jego życie cięższym niż dawniej. 

Należało czym prędzej coś zrobić z tą sprawą, powrócić do roli inspektora Landamtsratu, odwiedzającego emerytów i rencistów, troszczącego się o to, co dobrego można dla nich uczynić. Choć ze słów pani Irminy nie wynikało, że istnieją osoby mogące być jej samej, lub jej męża spadkobiercami, to jednak zaczął to sprawdzać, korzystając też z kanałów służbowych,. W końcu uznał, że jeśli sprzeda kilka drobiazgów za cenę siedmiu tysięcy, które wpłaci na lepiej oprocentowane konto bankowe, to wartość skarbu niegroźnie zmniejszy się do okrągłych pięćdziesięciu tysięcy, równocześnie zmniejszając ciśnienie w jego duchu, które zaczynało być nieznośne. Ktoś znający się na tych rzeczach mógłby nawet podejrzewać kiełkującą neurozę. Trudność z zasypianiem, drżące dłonie czy wzmożona potliwość, to jeszcze nic wobec faktu, że czuł się obserwowany. Takie urojenie. 

Spotkał się z jubilerem, który po dokładnym obejrzeniu klejnotów był gotów dać za nie jedenaście tysięcy. Alfred zaskoczył go – by nie powiedzieć, że zdenerwował – dziwnym manewrem. Wycofał mianowicie z oferty kilka drobiazgów, tak by otrzymać dokładnie siedem tysięcy. Trudno. Gdyby jednak zmienił zdanie, jubiler będzie zainteresowany rzadkim koralem oprawionym w złoto i szmaragdowym sygnetem. Stanęło więc na siedmiu, podczas gdy wspomniane pierścienie wróciły do metalowej skrzynki, gdzie złożył całe swoje znalezisko. Trochę tego ubyło, ale najcenniejsze rzeczy pozostały. Głównie goldmarki i jakieś egzotyczne krążki z żółtego metalu. Nic dziwnego, że ciężkie. Ale nie aż tak bardzo, by się nie dało unieść. Jakieś osiem, a może dziewięć kilo. 

Możliwe, że już wtedy miał gotową tę myśl, której później tak pilnie się trzymał. Lecz nie od razu przystąpił do jej realizacji. Poczekał, aż jesień zrobi się trochę głębsza, wilgotna, z krótszym dniem, najlepiej mglistym. Znów pracował jak dawniej, starając się być ciągle takim samym Alfredem, jakim znali go przełożeni oraz okoliczni renciści. Gościem, który ma w głowie porządek. Poważnym, choć – gdy trzeba – znającym się na żartach. Jakoś się trzymał. Drżące ręce ukrywał w kieszeniach, pił ziółka nasenne i używał więcej talku. Trzymała go nadzieja na jesień taką, jaką sobie uroił. Nie doznał zawodu. Stało się tak, jak zwykle bywa w połowie listopada. Cały świat jakby zmiękł, zanim złapią go w karby już wiszące w powietrzu przymrozki i zima. Skoro niegdyś – choć wtedy warunki wymagały wielkiego wysiłku – bez zahamowań pojechał po ten skarb, dźwigał go, ukrywał i przemycał, to tym bardziej teraz mógł zrobić tę rzecz prostszą, choć również wymagającą pewnej konspiracji.

Zanim się do tego zabrał na serio, znów poszedł na grób pani Irminy, wyglądający jeszcze biedniej niż wtedy. Mech, który okrywał nagrobek, teraz pokryty był butwiejącymi liśćmi i patykami rzuconymi przez wiatr. Nie zauważył nikogo w pobliżu. Samej pani Irminie poświęcił niedługą myśl. Teraz myślał o czymś innym. Stał tylko, patrzył, odszedł po mniej więcej kwadransie, wiedząc, że przecież tu wróci. Jutro? Może pojutrze? Ale wróci. Już niedługo. Włoży na siebie sfatygowane ubranie, w którym zwykle wykonuje prace w domu lub w ogrodzie. Będzie miał ze sobą torbę, niegdyś używaną do dalszych podróży. Gdy już się nie nadawała do niczego, z jakichś powodów zatrzymał ją wśród innych rupieci w piwnicy. Dzięki mocnemu paskowi, można w niej było nieść nawet całkiem ciężkie rzeczy. Zapakuje do niej co trzeba, a zrobi to tak, by wystająca z niej miotełka i grabki rzucały się w oczy. Uda się na cmentarz jako ten, co idzie zrobić porządek na grobie. Bo też zrobi.

Dzień był idealny, to znaczy dość chłodny, mokry od mżawki i wypełniony szarym powietrzem. Samochód zatrzymał w pewnej odległości i osłaniając się czapką z daszkiem (także ocalałą w piwnicy) poszedł objuczony torbą pod bramę, między groby, trochę klucząc alejkami. Dotarł. Zaczął od uprzątnięcia liści. Spod harcującego bluszczu odsłonił ile się dało tabliczkę: IRMINA HEUSSNER 1907–1959. I nic więcej. Żadnych zbędnych słów. Tak się nazywa mieszkanka tych trzech metrów kwadratowych i to niech wystarczy. Ale nie zamierzał zajmować się tabliczką. 

Składana łopatka, bardzo możliwe, że ta sama, jakiej używał w Polsce, pomogła mu odsłonić spod mchu ziemię w dolnej stronie nagrobka. Była mokra i miękka. Dołek, który wykopał dość szybko – bo nagle serce zaczęło mu jakby bić żywiej – nie był zbyt głęboki ani wielki. Prostokąt mniej więcej pięćdziesiąt centymetrów szeroki i siedemdziesiąt długi, głęboki na około pół metra. Wolałby, żeby przy tej pracy nikt go nie zaskoczył, więc działał energicznie. Wyjął z torby metalową skrzynkę i jeszcze dopasował do jej rozmiarów wielkość dołu. Z ciężarem swoich ośmiu, a może dziewięciu kilogramów, opadła na jego dno niezbyt równo. Lecz już niczego nie poprawiał. Przesadna skrupulatność nie była tu na miejscu. W każdej chwili ktoś mógł nadejść. Zatarł na ile się dało, ślady.

Dopiero, gdy wszystko zostało zasypane, a łaty mchu wróciły na swoje miejsce, odetchnął. Wyprostował się, obszedł teren, by się upewnić, że nie było świadków. Wrócił. Dokonał ostatniej kosmetyki. To, że deszcz akurat się wzmagał, było mu na rękę. Nic tak nie zmywa śladów jak strumień wody. Im żywszy, tym lepszy. 

Opuścił cmentarz w aurze zaawansowanego zmierzchu. Brama na szczęście była jeszcze otwarta. Torbę – teraz lekką jak piórko – wraz z narzędziami, włożył do bagażnika. Wsiadł i nie od razu zapalił silnik. Siedział przez chwilę, delektując się miłym uczuciem, że coś się spełniło. Ale nie obietnica przecież, bo takiej nie dawał nikomu. Nawet sobie. A może tylko zadowoleniem z tajemnicy, jaką stworzył i miał wyłącznie dla siebie. 

Spał dobrze. Rano nie pamiętał, by coś mu się śniło. Spokojnie poszedł do pracy.


 *


Zmyśliłem tu wiele rzeczy. Nazwiska musiałem zmienić. Choć opowiedziano mi to dość szczegółowo i wiarygodnie (miejsca i personalia), nie umiałbym jednak odtworzyć tej opowieści w skali 1:1. Więc brzmi tak jak wyżej i na to już nic nie poradzę. Skoro jednak, poza wszystkim, historia tu opowiedziana wydaje się być opowieścią z morałem (lub „z tezą”, jeśli kto woli) to muszę się w jej zakończeniu wynurzyć z cienia i przypomnieć, że za tym wszystkim stoję ja sam - posłaniec, kurier, recenzent sprawy mi obcej, odległej w przestrzeni i czasie, których elastyczne rozmiary potrafią dokonać kontorsji na niejednym fakcie. Gdy słucham takich lub innych gawęd, moje trąbki Eustachiusza automatycznie przemieniają się w znak zapytania. Nazwijmy tę cechę sceptycyzmem, choć to zwykłe niedowiarstwo, którego oczywiście się wstydzę, ale mimo to nie wypieram. 

Gdy tego słuchałem, Pan Alfred już nie żył od dawna. Opowiadającym był jego bratanek, czy może siostrzeniec, któremu tamten jeszcze za życia zdradził miejsce skarbu. Czy został stamtąd wyjęty, czy nie, o tym już nie powiedział. A ja zawahałem się przed takim pytaniem. Chyba retorycznym, jak na moje wyczucie. Następnego dnia po naszym spotkaniu wypadł mi dzień całkowitej swobody. Żadnych spotkań, żadnych uroczystości ani innych zobowiązań. Zamierzałem swobodnie poszwendać się po mieście, które wraz z okolicą, po roku 1946 przyjęło co najmniej jedną trzecią niemieckich Ślązaków. I chyba tylko w odruchu małości spytałem mężczyznę w hotelu o miejscowy cmentarz. Znajdował się na samym końcu niezwykle długiej Nadorster Strasse, więc radził wziąć taksówkę. 

Żeby wskazać mi miejsce grobu pani Irminy Heussler wystarczyłoby urzędnikowi zarządu cmentarza przy sąsiedniej Ehnernstraße sięgnąć po księgę roku 1958 (taki rok mu, nie wiem dlaczego podałem) i po kilku sekundach napięcia odnaleźć odpowiednią adnotację. W tym czasie było w sumie około siedemdziesięciu pochówków, więc sprawa dość prosta. Ale akurat takiej osoby (sprawdzając jeden raz i drugi) nie znalazł. Już czułem bliską satysfakcję z tego, że to wszystko niekoniecznie jest prawdą w stu procentach. Może nawet stuprocentową fikcją? Ale co zrobił człowiek, powołany tam do takich – między innymi – zadań, akurat nudzący się chwilowo z braku zajęcia, stosunkowo młody i chętny? Bez żadnej sugestii z mojej strony zawahał się czy wziąć rocznik 1957, ale sięgnął po 1959 i natychmiast trafił tam na przedmiot poszukiwań. Zatem – 1959. To się później potwierdziło na kamiennej tabliczce, którą zobaczyłem na grobie, który odnalazłem bez większych trudności. Stąd wiem o tym mchu i skromności mogiły. Jeśli mi o cokolwiek chodziło, to tylko o uchwycenie się tych nitek niedowierzania. Nawet nie zastanawiałem się, co też tam może ukrywać się pod mchem. Nie to było mi w głowie.

Henryk Waniek

Szalejów Górny – Brwinów, 2001–2007

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio