Wyszukiwarka:

 


 



Roman Sabo

Kondygnacje czasu i przestrzeni (12)

Droga na Kalwarię 

Pieter Bruegel namalował Drogę na Kalwarię w 1564 r. Bankier Nicolas Jonghelink kupił ją natychmiast i aż do śmierci nie wypuścił poza próg własnego domu. Abraham Ortels, najbliższy z przyjaciół malarza, oddał mu hołd słowami: Pieter Bruegel multa pinxit quae pingi non possunt. In omnibus eius operibus intelligitur plus semper quam pingitur („Niejedną rzecz namalował, której namalować się nie da. W każdej z jego prac refleksja zajmuje więcej miejsca niż namalowane”). W 2000 r. Francis Gibson brawurowo zanalizowal treść obrazu w eseju Młyn i krzyż. W 2011r.  pracowity Lech Majewski ukończył swój film, a ja dorzucam swoje skromne trzy grosze w Wielki Piątek.

O Brueglu można w nieskończoność. Zostawmy to specjalistom. Na różne sposoby. Jw. Różnokolorowym atramentem. Jw. Pozwolimy sobie na jedno tylko, oczywiste zdanie: Bruegel malował, aby opowiadać, snuć refleksje, formułować opinie, przez co jego obrazy są niezrozumiałe poza historią i kulturą. Narracja Drogi na Kalwarię jest niezwykle gęsta – tak pisał Dante, Milton, u nas Schultz, może też Parnicki. Niejednym, spisanym z mądrych dzieł słowem, można by tę moją skromną w zamierzeniu refleksję wywatować, nie w tym jednak rzecz. 

Dlatego piszę najprościej jak tylko potrafię – Droga na Kalwarię to mapa cywilizacji stworzonej przez człowieka. Mapa bez ubi leones, konkretem stojąca, raz na zawsze wyjęta spod przekształcającego wpływu przeszłości i przyszłości, na zawsze zakotwiczona w bezustannym teraz snutej opowieści. Można tę mapę, jak kalkę, nakładać na dzieje świata, na sytuacje narodów, na zdarzenia historii, aby za każdym razem dostrzec sedno prawdy o współtworzonym przez ludzi świecie. I mimo tego, że tak gęsto na tym obrazie od archetypów cywilizacji chrześcijańskiej, mapa Bruegla jest zapisem ludzkiego nieszczęścia, ludzkiego występku, ludzkiego bólu, ludzkiego pragnienia, ludzkiej pokory, ludzkiej kondycji, ludzkiego sacrum i profanum, bez względu na to, czy pada na nią cień krzyża, ostrza półksiężyca, kwiatu lotosu, gwiazdy sześcio- czy dziewięcioramiennej, urobosu, młotu Thora, swastyki.

Wszędzie istnieją twory ludzkiej przedsiębiorczości – miasta otoczone jakimiś murami. Wszędzie ludzie czymś się na co dzień zajmują: pracą, handlem, rozrywką. Wszędzie jakieś armie, tak lub inaczej przyodziane, paradują wokół murów, broniąc, zdobywając, stróżując, okupując. Wszędzie istnieją środki, zazwyczaj wyrafinowane, zadawania śmierci i cierpienia. Wszędzie żyją istoty ludzkie, zdolne współodczuwać lub okazywać całkowitą obojętność; pragnące ładu czy też żądne mrożących krew w żyłach rozrywek. Wszędzie, gdy jedni zasłaniają oczy na widok ludzkiego cierpienia, drudzy przepychają się bliżej miejsca kaźni. Wszędzie są jakieś getta, u murów których krążą karuzele, jakieś zabudowania gospodarskie, gdzie sąsiedzi sąsiadom szykują nieludzki los. 

Wszędzie też to, co najważniejsze, rdzeń istnienia, daje o sobie subtelnie znać, jest realnie obecne, nawet gdy odsunięte na bok, przesłonięte mgłą obojętności, nieświadomości, niewiedzy. 

Ale wszędzie są też rozbrykane, szczęśliwe dzieci, rozszczekane psy, wzbijające się do lotu ptaki, rozplotkowane do ubawu kumoszki, rzemieślnicy krzątający się wokół swoich narzędzi, przyjaciele rozbawieni trafną anegdotą, w siebie tylko zapatrzeni kochankowie, starcy snujący opowieści o życiu długim, pracowitym, sytym – jednym słowem: codzienność poza zasięgiem wojny, pożogi, nieszczęścia, nadmiernej troski, nadmiernego trudu.

I zawsze, trochę z boku tego wszystkiego, co uważamy w tym momencie za najważniejsze, co nas zaprząta, co nam spędza sen z powiek, co każe myśleć przede wszystkim o sobie, z siebie robić pępek świata, tę jedną, jedyną godną współczucia czy uwagi istotę, znajduje się zazwyczaj milczące, często niewysłowione, przerażonym, cichym, pokornym głosem proszące o łaskę niebios – cierpienie.

Tak było przed pojawieniem się monoteizmu, tak jest po Jahwe, Chrystusie, Buddzie, Mahomecie. Tak było. Tak jest. Tak będzie. Wielką zaletą, trzeźwiącą zaletą tworu pędzla Flamanda jest udokumentowanie tego faktu. Z taką mapą łatwiej trzymać się kursu na tym najlepszym z możliwych światów, nawet podczas żeglugi przez jądro ciemności Wielkiego Piątku. 

Roman Sabo

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio