Wyszukiwarka:

 


 



H. Waniek, Wczesny raj

Piekielny raj – rozmowa z Henrykiem Wańkiem (fragment)

 

Magdalena Rabizo-Birek: Która z dziedzin sztuki, którymi się zajmujesz, pojawiła się w twoim życiu wcześniej: czy były to sztuki plastyczne, czy literatura i czy bardziej ogólnie dostrzegasz jakiś szczególny moment, przeżycie, czy doświadczenia, które zadecydowały o tym, że zostałeś artystą? 

Henryk Waniek: Korci mnie, by – zanim przystąpię serio do twojego pytania – przyjrzeć się tym słowom: sztuka i artysta, które brzmią tak samo jak pięćdziesiąt czy więcej lat temu, ale dziś mają (jeśli mają) sens gruntownie odmienny. Korci mnie, bo mam uzasadnioną obawę, że w rozmowie możemy wpaść w pułapkę wieloznaczności tych pojęć. Więc na razie jasno, krótko i rzeczowo odpowiadam, że wszystko w moim życiu pojawiało się stopniowo i równocześnie. Zarówno obrazy, jak i słowa miały wielką magię znaczeń, do których pragnąłem się zbliżyć. Mówię o doświadczeniach wczesnego dzieciństwa, które postrzega świat jako całość, choć jest to całość pełna zróżnicowanych cząstek; sezam, w którym od nadmiaru klejnotów można dostać zawrotu głowy. A później dzieją się z percepcją różne rzeczy, inne doświadczenia wpływają na nasze życie. Ale nie sądzę, bym w jakimkolwiek momencie chciał zostać artystą – w takiej branży czy innej. Bycie artystą zostawiam innym i szczerze im tego współczuję.

– Zatem bardzo cię proszę o odpowiedź na te fundamentalne pytania: czym były dawniej i czym są dziś dla ciebie dwa magiczne słowa: „sztuka” i „artysta”? 

– „Sztuka”, „artysta”, „twórczość” czy słowa pokrewne nie są wcale znów takie magiczne. Są raczej – przez swoją wieloznaczność – podstępne. Gdy przywołuję wczesne dzieciństwo, to oczywiście nie ma tam żadnej sztuki ani twórczości. To przychodzi później i nie tylko w życiu jednostki. Także w historii kultury „sztuka” jest konceptem stosunkowo niedawnym i nieznanym przed wiekiem XVII. Przynajmniej w tym sensie, jakiego nabyła w wieku XIX. Wcześniej „sztuka” (ars) miała inne znaczenia. Były: ars vitae, ars amandi, ars moriendi, artes martiales czy jeszcze inne artes. Ale malarz, rzeźbiarz, tkacz i tak dalej, byli rzemieślnikami z tytułem terminatora, czeladnika lub mistrza najwyżej. I to wystarczyło. Może jedynie muzycy posiadali inny status, ale tylko pod warunkiem wykształcenia na poziomie quadrivium, bo muzyka należała do septem artes liberales. Trudno dziś – gdy mówimy o sztuce starożytnego Egiptu, Mezopotamii czy Grecji – wyobrazić sobie, że wtedy nie było sztuki w takim znaczeniu, w jakim zaczęto ją nazywać po roku mniej więcej 1648, gdy powstała Akademia Królewska pod zarządem J. B. Colberta. Jako tytuł zawodowy „artysta” pojawił się w języku, zrazu nieśmiało, dopiero w wieku XVIII. To tak w dużym skrócie, jeśli idzie o historię terminu. Jakie znaczenie i zasięg ma on obecnie, to widzimy gołym okiem i nie ma się nad czym rozwodzić. Dziś „artystą” nazywany jest każdy, kto posiada – powiedzmy – gitarę elektryczną i coś na niej potrafi, z Bożą pomocą elektroniki, wybrzdąkać. No i bez cienia wstydu czy skromności utożsamić się z tym tytułem. 

Pytając cię o ten szczególny moment czas „narodzenia się” jako artysty, miałam w pamięci wspaniałe opowiadanie Brunona Schulza Genialna epoka, w którym opisał taki moment w dzieciństwie, kiedy zaczął rysować. A zrodziło się to z niespodziewanego olśnienia światem jakby rzeczy i natura do niego przemówiły, żądając, by wyraził to olśnienie. I także opowieść mojego przyjaciela Jacka Antoniego Zielińskiego, że jego malarstwo wyrosło z dziecięcego jeszcze zachwytu dla ugwieżdżonego nieba. U źródeł sztuki jest zatem zachwyt, olśnienie, jakaś wewnętrzna euforia i przymus jej wyrażenia, np. stan zakochania bywa impulsem do pisania wierszy, prozy, listów. Zaś wedle Freuda i jego szkoły za sztuką skrywają się nasze traumy, dziecięce nieszczęścia, straty i niedostatek miłości… 

Tutaj dotykasz sprawy bardzo zasadniczej, która ostatecznie obejdzie się bez napuszonej tytulatury „kreatywności”. Schulz, podobnie jak wcześniej Wordsworth, Coleridge, Baudelaire i wielu, wielu innych, doświadczyli tej wczesnej iluminacji światem jako… nie wiem jakie słowo będzie stosowniejsze: Tajemnicą? Cudem? Wyzwaniem? To doświadczenie jest równocześnie impulsem ku wyjawieniu swego olśnienia. Być może takie doświadczenia są całkiem powszechne, ale o ich intensywności dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy ci, którym starcza determinacji i umiejętności, głośno to powiedzą. O ile jednak pamiętam, Schulz, choć miałby do tego większe podstawy niż – powiedzmy – Kasia Kowalska, nie powiedział o sobie „artysta”.

Więc tak: wszystko zaczyna się w raju. A naszym – chyba jedynym – rajem jest właśnie czas dzieciństwa. Aż przykro pomyśleć, że zdarza się dzieciństwo piekielne. O coś takiego podejrzewam doktora Freuda i większość jego ofiar. Niemniej, tak czy siak, jesteśmy zdani na ten manichejski mechanizm dobra i zła. 

Cofnijmy się zatem do twojego dzieciństwa – było rajskie czy piekielne? 

– Dobrze. Zacznijmy od daty i miejsca mego urodzenia. To początek roku 1942, Oświęcim, a dokładniej, bo tak się wtedy nazywał: Auschwitz. Tam się właśnie urodziłem, tyle że niesławny Konzentrationslager znajdował się po drugiej stronie rzeki Soły. Bawiłem się na jej brzegu, nieświadomy tego, że w istocie jest Styksem. Zatem mój osobisty raj trafił na grunt wojennego, a później powojennego chaosu. Ale to same początki raju, z którego pamiętam tyle co nic. Może jedynie wybuchy bomb, które Amerykanie zamiast na zakłady chemiczne Buna-Werke zrzucili niecelnie na cmentarz, wprost na groby swoich towarzyszy, zestrzelonych kilka dni wcześniej. Efekt był huczny. Podmuch zatrzasnął drzwi schronu tak dobitnie, że mi to pozostało w pamięci do dzisiaj. I chyba nic więcej. Jakżebym więc miał rozumieć, że ten mój raj zbiegł się w czasie i przestrzeni z miejscem zmechanizowanej zagłady. Stłuczone kolano bolało silniej niż masowa krzywda, o której nic nie wiedziałem. Zaledwie przeczuwałem, że coś się dzieje na zewnątrz. Słyszałem jakiś jęk. Słyszałem przecież, że na zewnątrz jest wojna. Ale co to znaczy? Nie pojmowałem jeszcze abstrakcyjnej przestrzeni, którą właśnie poddawano totalnemu demontażowi. 

Były też sprawy inne, równie tajemnicze. W domu używało się tego słowa Lagier. Bo moja matka była stamtąd. Dzieciństwo spędziła w oświęcimskich koszarach, gdzie jej ojciec, a mój dziadek, był oficerem, w późniejszym bloku 12. Po tak zwanej ewakuacji już tam nie wróciła. W październiku 1939 zamieszkała z matką i braćmi w domach PMT, sąsiadujących z dawnymi koszarami. Później hitlerowcy wysiedlili całą ludność do miasta. Że mój raj dzieciństwa znajdował się w piekle, zrozumiałem dopiero później, kojarząc słowa, przedmioty i miejsca. Mówiono więc, że się tam paliło ludzi. Dziwne i straszne obrazy musiało to budzić w głowie dziecka. Jako dwu- lub trzylatek wdychałem zapewne tamtejsze dymy, mimo że to spora odległość. Później, ale to już grubo później, mogłem sobie fantazjować, na przykład, że gdy dopiero zmierzałem na świat ku mojemu ziemskiemu rajowi, musiałem się mijać z idącymi w kierunku przeciwnym. Na tej trasie tłok jeszcze nie był taki jak w roku 1943 i później. Może przystawałem, podobnie jak oni, by w przerwach wędrówki coś sobie przekazać. Był luty 1942, początek miesiąca. Dopiero w kwietniu rozszaleje się epidemia tyfusu plamistego w obozie Auschwitz, z setkami ofiar śmiertelnych. Zatem, jakie tam mogły być rozmowy, jeszcze nienarodzonego z już umarłymi. Ale to tylko taka fantazja. Bo może na świat idzie się traktem równie pustym, jak ten, po którym się odchodzi? Szedłem zatem w swoim kierunku. Przebrnąłem przez ucho igielne, a potem już na własnych nogach, ku temu rajowi. 

Jak długo mieszkałeś w Oświęcimiu?

– Nie później niż dwa lub trzy dni po wyzwoleniu Lagru i całego Oświęcimia, matka wsadziła mnie do dziecinnego wózka i przez zalegające śniegi na piechotę udała się do Katowic, gdzie od jakiegoś czasu ukrywał się mój ojciec. Tutaj rozpoczął się akt drugi mojego raju, a mogę powiedzieć nawet, że w Katowicach urodziłem się po raz drugi, zimą 1945. Po pięcioletniej zapaści wojennej świat odzyskiwał normalność. Jednak nadal nie rozumiałem niczego. A już najbardziej tego, że zamieszkaliśmy w pokojach zapełnionych w całości meblami po tych, co tu mieszkali przed nami. Gdy gaszono światło na dobranoc, moja percepcja cztero-, pięciolatka zamiast zasypiać, zauważała mroczne sylwetki  za dnia niewidzialne  pana Josefa Weinholda, jego małżonki i może nawet syna, który nie wrócił spod Stalingradu. Ci Weinholdowie  każde z walizką nieprzekraczającą dziesięciu kilogramów  mieli pewnego dnia udać się w nieznane. Różnie się to nazywa: wysiedlenie, przesiedlenie, wygnanie. Nie dziwiłbym się, gdyby Weinholdowie nie przeżyli tej wyprawy. Kilkanaście kilometrów od Katowic znajdował się obóz przejściowy dla wysiedlanych Niemców. Lepiej było nie być Niemcem w tamtym czasie. Nie mogę wykluczyć, że wśród swoich niemieckich cudeńków mieli Weinholdowie jakieś czapki-niewidki (dla mieszkańca raju są one czymś oczywistym), zatem ich widma pozostały na miejscu, podczas gdy ciała realne podzieliły los reszty niemieckich Ślązaków. W ciemne wieczory jako fantomy współmieszkali z nami, a przede wszystkim ze mną, na czwartym piętrze kamienicy w samym centrum Katowic. Z upływem czasu malała ich wyrazistość, aż w końcu rozpłynęli się całkiem. A na dowód, że byli realni zostały te karteczki z ich nazwiskiem i adresem, przyklejone do spodniej strony krzeseł, albo na wewnętrznych drzwiach kredensu, szaf i spiżarek.

Może to dziecięce obcowanie z duchami wysiedlonych Niemców sprawiło, że zainteresowałeś się dziejami niemieckiego Śląska, i także tym najgorszym okresem – ich wygnania po II wojnie światowej. Mam na myśli przede wszystkim twoją znakomitą powieść Finis Silesiae. Dostałeś za nią między innymi znaną niemiecko-śląską nagrodę. Jak się domyślam, powieść została przetłumaczona na język niemiecki. Nie miałam okazji cię spytać, jak odebrali ją niemieccy czytelnicy? 

Jeśli idzie o Kulturpreis Schlesien des Landes Niedersachsen otrzymałem ją w roku 1999 za eseje i twórczość malarską związaną ze Śląskiem, natomiast pierwsze wydanie Finis Silesiae miało miejsce dopiero w roku 2003. Książka istotnie została przetłumaczona przez Dr. Kirsti Dubeck, ale wydawca (Neisse-Verlag), który liczył na sporą polską dotację, zrezygnował z druku. Ukazały się tylko jej fragmenty, zresztą w innym tłumaczeniu. Kilka fragmentów przełożył także Henryk Bereska, ale – mimo że Finis Silesiae jest obecna w niemieckich pracach literaturoznawczych, oraz w świadomości pojedynczych osób – nie mam pojęcia, jak by ją przyjął tamtejszy czytelnik. Ale nie on był dla mnie tak ważny jak czytelnik polski. To jemu chciałem uświadomić, że to co dzisiaj nazywamy Śląskiem, jest nim już tylko w nikłym stopniu. Wiesz, w Katowicach zawsze, choć może nie tak silnie jak przed wojną, czuło się różne etnograficzne składniki. I nie z powodu powojennych migracji, które występowały wszędzie. Po prostu, choćbyś nie chciała, zawsze tam się słyszało niemiecki. A już na przykład druga żona mojego dziadka-Ślązaka, pochodząca z okolic Rybnika, mówiła językiem będącym w równych częściach czeskim, polskim i niemieckim. Trzeba było być patologicznie ślepym i głuchym, by tego nie dostrzec. Taka jest natura Śląska. Mówię oczywiście o Górnym Śląsku, bo jeszcze inaczej to wyglądało w jego pozostałych częściach. Więc również i o to mi chodziło, gdy pisałem Finis Silesiae. Żeby ci, co o tym nie wiedzą, zechcieli coś wreszcie zrozumieć.

Jeśli chodzi o mnie, to na pewno ci się to udało. Miałam oczywiście świadomość, że mieszkam w domu, w którym mieszkali do okresu po wojnie Niemcy, że na Dolnym Śląsku mieszkali przez kilka wieków, ale ta świadomość współistniała z resztkami peerelowskiej propagandy „piastowskich ziem odzyskanych”. Nie było wtedy we mnie potrzeby dowiedzenia się czegoś o losach niemieckich mieszkańców Śląska i historii tamtych miejsc. 

– Wtrącę tu małą uwagę. Mówisz: mieszkańcy, mieszkali, mieszkałam, jakby chodziło tylko o mieszkanie i mieszkańców. Mieszkałem we Florencji czy w Nowym Jorku, z czego nie wynika, że dokonał się tam z mojego powodu jakiś kataklizm. Rzecz w tym, że oni tam żyli, byli gospodarzami i właścicielami tego miejsca, zresztą wespół z Polakami, Czechami, Łużyczanami, Żydami. Powiadasz „przez kilka wieków”, ale tu nie chodzi o jakieś wymierzalne stulecia, tylko o hańbę, jaka się dokonała w kilkanaście miesięcy, dorównując, a nawet przerastając całe zło, jakie światu przyniosło dwanaście lat hitleryzmu. O tym my, Polacy, w ogóle nie chcemy rozmawiać, ani nawet myśleć. A kiedyś trzeba będzie się wreszcie rozstać z tą sowiecką hucpą, w którą Polska została wciągnięta. 

– Więc się trochę wytłumaczę. Nie mieliśmy o tym pojęcia, nikt nam o tych strasznych wydarzeniach nie opowiadał. Tyle się także w tamtych czasach – myślę o drugiej połowie lat 70. i 80. działo w moim życiu i w Polsce, że jakby nie było na tę wiedzę miejsca. Trzeba było zmiany ustrojowej w Polsce, wolności słowa, pojawienia się innych, bardziej osobistych opowieści o dwudziestowiecznej historii polskiej i niemieckiej, mojej przeprowadzki stamtąd, która wzbudziła nostalgię za Dolnym Śląskiem. Wtedy – w drugiej połowie lat 90. wpadła w moje ręce twoja niezwykła książka Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 12571957. I było tak, jakby otworzyła się przede mną ukryta do tej pory jaskinia – dolnośląski Sezam z nieprawdopodobnymi bogactwami historii, niezwykłymi ludźmi i pięknymi miejscami. Taka jest siła i magia opowieści. A kiedy rozpoczęła się twoja fascynacja Dolnym Śląskiem? W twoich opowieściach pojawia się niekiedy rok 1984? 

– Nie, nie. To było znacznie wcześniej i też należy do dzieciństwa. W latach czterdziestych, ale na pewno przed 1949, kiedy poszedłem do szkoły, zdarzyły mi się kilkumiesięczne wakacje w poniemieckim majątku, gdzieś w okolicach Środy Śląskiej. Tam znaleźli się odlegli kuzyni mojej matki. Poza mną, nie było tam żadnych dzieci. Po pięćdziesięciu latach bezskutecznie usiłowałem odnaleźć to miejsce. Z pewnością po tamtejszym pałacu oraz brązowym pomniku psa w dziczejącym parku nie ma już śladu. Jako dziecko przeczuwałem, że oto znalazłem się w miejscu zaczarowanym – puste domostwa, ogromne pole rdzewiejących, bo nikt ich nie używał, maszyn rolniczych, wymarzonych do zabawy. I ta sylwetka Ślęży w oddali. Znalazłem się w jakimś świecie po wielkiej burzy, ucichłym, wymarłym, pełnym reliktów nie wiadomo co znaczących. Później już wielokrotnie stawałem przed takim krajobrazem, nawet bez uczucia, że jestem najzwyklejszym okupantem „na cudzym”, raczej porażony triumfującym tam wandalizmem, kłamstwem, głupotą i zwykłą niegospodarnością. To straszne, choć równocześnie, w sensie inspiracji, poruszające.

Oglądałem takie rzeczy w latach 50., 60., 70., raz za razem, z zastanawiającą łapczywością. Lektura tego pejzażu oczywiście pogłębiała się z latami; przybierała postać rozmaitych przeświadczeń, odkryć, no i oczywiście tekstów. Nawet jeśli mogłem je pisać przed rokiem 1984, to oczywiście o publikacji, ze względów cenzurowo-politycznych, nie mogło być mowy. Pisałem więc i publikowałem co innego. Ale, gdy w przełomie lat 80. zrazu nieśmiało, ruszyły takie tematy jak Katyń, Wilno, Lwów i inne tabu, już nie było siły, by wreszcie nie wytoczyć procesu przeciw bezczelnym kłamstwom, jakie budowano na temacie śląskim i w ogóle tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Ale nawet dziś, choć niby formalnej cenzury już nie ma, czuję jednak to otaczające mnie przywiązanie do wygodnego kłamstwa i niechęć do trudnej prawdy. W ogóle, wydaje mi się, że cały nasz świat, już mówię tu nie tylko o Polsce, istnieje na mocy kłamstwa politycznie zadekretowanego. Nazywa się je „polityczną poprawnością”.

– Jak po tych trzydziestu latach odzyskiwania pamięci o historii Dolnego Śląska przed rokiem 1945 oceniasz stan polskiej świadomości. Czy coś zmieniło się na korzyść w wiedzy Polaków, i w stosunku tak zwanych Dolnoślązaków do miejsc, w których mieszkają? I czy masz jakiś pomysł na dobre „odzyskanie” tych miejsc przez Polaków? 

Mimo upływu lat, dziś wcale nie jest lepiej ze świadomością narodową. To znaczy ze świadomością złożoności spraw, które o nas stanowią. Bo jakoś tak się nieszczęśliwie składa, że szczególnie Polska jest nieuleczalnie zakochana w swoich iluzjach. Już mniejsza o fikcje historyczne takiego formatu, jakie nam serwował bł. Wincenty Kadłubek, bo każdy kraj miał swoich łgarzy-kronikarzy. Ale kłamstwo w żywe oczy, mówione w czasach, których jesteśmy świadkami, a nasze świadectwo rozmija się z treściami oficjalnych podręczników i mediów, to już bliskie utopii Georga Orwella. Są kłamstwa, które przyklejają się do świadomości ludzkiej dożywotnio i to wymaga bolesnej terapii. Przed tym schorzeniem nie chroni ani tytuł naukowy, ani perswazja, ani zorganizowana działalność edukacyjna. Trudno pogodzić się z faktem, że pewien, wcale niemały, procent populacji stanowią durnie. Jeszcze trudniej się pogodzić z tym, że durnie są bardziej donośni w swoich okrzykach i lamentach, a co gorsza zdobywają społeczne wpływy dzięki innym, mniej krzykliwym, choć równie niebezpiecznym durniom. Szczęśliwie jednak na durniach się nie kończy i istnieje także, choć w mniejszości, krąg ludzi uczciwych w myśleniu i działaniu, służących prawdzie, artykułujących swoją wiedzę taktownie i szczerze. 

Jakie to przyniesie skutki i czy w ogóle odzyskiwanie prawdy ma sens – nie wiem. Bo cała ta, nie tak znów dawna, przeszłość, ale i powojenna teraźniejszość, jest powleczona grubą warstwą politycznego interesu, któremu najmniej chodzi o prawdę czy komfort jednostki. Nawet ty, choć to pewnie zwykłe przejęzyczenie, mówisz o dobrym „odzyskiwaniu tych miejsc dla Polski”. Odzyskać można tylko to, co zostało zagrabione. Spróbuję więc zdefiniować stan rzeczy: Polska w jej istniejącym kształcie geograficznym jest od a do z wymyślona przez Stalina, zapewne w celu utrzymania permanentnego zatargu z Niemcami. Co dość dziwne, że – pomijając nie dość rozpoznany udział Wandy Wasilewskiej w tym planie – Stalin co do joty zrealizował marzenie polskich endeków, którzy, choć rusofile i germanofoby, ani trochę nie byli socjalistami. Socjalizm im śmierdział żydostwem. I tak jak to sobie w Poznaniu przed wojną roili, zachodnie granice Polski pobiegły aż nad Odrę, Nysę Łużycką, Szczecin a nawet Prusy Wschodnie. A jeszcze w końcu roku 1944 rząd polski na emigracji ustami premiera Arciszewskiego nie życzył sobie Wrocławia i Szczecina na terenie powojennej Polski, oraz trzeźwo ostrzegał przed polityką wysiedlania. No cóż, sprzymierzone siły Churchill – Stalin postawiły nam to piwo do wypicia i łykamy je jeszcze w czwartym pokoleniu. Na szczęście Unia Europejska i jej procesy integracyjne dają nadzieję, że czarci urok rzucony przez sowiecko-brytyjskich aliantów nie rozpali w przyszłości konfliktu wojennego o rzeczone terytoria. Ja zresztą nie mam nic przeciw temu, że akurat Dolny Śląsk po wojnie był dla nas dostępny. Oczywiście z wyjątkiem, bardzo niestety licznych, obszarów zajętych przez sowieckie bazy wojskowe. Mnie raczej boli ten gospodarczy, cywilizacyjny i kulturowy upadek, który przynieśliśmy tej ziemi. […] 


Początek grudnia 2012 r. na trasie Rzeszów – Warszawa Dolny Śląsk 

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio