Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

Václav Vokolek

SCHRONIENIA I WYGNANIA

Jeśli wędrując przez ziemię jesteśmy uważnymi pielgrzymami, z zaskoczeniem stwierdzamy, że coś się tu przed nami może ukrywać. Wszystko. Albo nic? Krajobraz kocha kryjówki! Schowki. Jamy. Nory. Podobnie jak odwieczne tajemnice. I nieuchwytność przemian. Dlatego jest tak zwodzący. Kruchy. Pełen fałszywych przebrań. Ich migotliwość nie jest obrazem, ani zadufale kreśloną ryciną boskiego pejzażysty. Tylko złudzeniem. Tylko zastawioną przez rzeczywistość pułapką. Odblaski. Rozblaski. I zasłanianie prawd.

A jednak wszystko tutaj układa się w równoległe wątki, oddzielone tylko nazbyt wysokim murem. Dotykamy cieni na powierzchni, spoglądamy w krzywe zwierciadła. Rozglądamy się i nie uświadamiamy sobie, że właśnie wkroczyliśmy w labirynt. Który dla niepoznaki oprawiono w widnokrąg. Jeśli zaś krajobraz naprawdę już nie może czegoś znieść, to są to kolorowe widokówki z wczasów. Taki właśnie nie jest…

Pejzaż zawiera w sobie coś z życia nocnych drapieżców. Zazwyczaj niedostrzegalni, spłacają dług wobec wiecznego głodu, który jest zasadniczym motorem naturalnej historii. Drobni mordercy i ich ofiary umykają naszej uwadze. Tylko spadający cień, lekki szelest, chrzęst kamyka. Blask grozy w oku. Próba ucieczki. Zduszony przerażeniem skowyt. Kilka kropli krwi. I obojętny Księżyc zblazowanie igrający z falbankami chmur…

Na rozpościerającej się przed nami niby obrus ziemi, są także ślady ludzi. Mylące. Nic nie mówiące. Najwyraźniej prowadzące donikąd. Ledwie istniejące. Tak słowa, jak czyny. Odciski palców. Dotknięcia duszy. Małe zwycięstwa i wielkie klęski. Strzępki świetności. Urywki miłosnych listów. Przepastne studnie wstydu. Na ich dnie wytrzeszcza ślepia ropucha potęgi. Śmieszna i straszna. A opodal spieczone słońcem gościńce. Krople potu. I marność, i cierpienie, i ułuda.
Gdzieś tutaj czyhają mylące tropy historii.
Podążyć za nimi mogą tylko ci, którzy nie boją się zaskoczenia…
Czeska kultura i czeska dusza w ogóle, także chętnie się chowa. W Czechach nie kryją się przed światem ludzie z wyrzutami sumienia, unikający sprawiedliwości przestępcy czy godni pogardy zdrajcy. W Czeskiej Kotlinie jest na opak. Wszyscy wyżej wymienieni najczęściej wygrzewają się w promieniach powszechnego uznania, natomiast sprawiedliwi, uczciwi, jednym słowem: ludzie zasługujący na szacunek, muszą ratować się ucieczką do kryjówki lub na wygnanie. Przedziwne to zjawisko nazywamy czeską historią.

Wiąże się z nią historia czeskiej kultury. Też bardzo często ukryta, bynajmniej nie z nieśmiałości, ale raczej z konieczności i ze strachu. Dlatego tak często odkrywamy ją w podziemiu, w schronieniach, od pokoleń budowanych kryjówkach. Czeska ziemia jest nimi dosłownie pokryta. Ich dzieje nie zostały dotąd spisane, nie przedstawiono ich na mapach, nie udokumentowano, mimo iż chodzi o znaczącą część kraju i jego historii. Co więcej, dzieje czeskich azylów i kryjówek pozostają w najściślejszym związku z duchową przeszłością całego obszaru środkowoeuropejskiego, którą powinniśmy, gwoli nauki, studiować.

Wyruszyć w drogę. Podążać pozornie świeżym śladem, by przekonać się, że gonimy tylko przywidzenia. Zatrzymywać się na rozstajach. A jednak nie ustawać. Jak zaklęcie wymówić kilka imion, poddać się urokowi cudzych losów. Przedzierać się zarosłymi ścieżkami. Kierować się Słońcem.

Mieszkańcy – jak bardzo często się okazywało – pozornie tylko bezpiecznych jam i nor bywali ze swojego ukrycia wypłaszani i mordowani, nieraz jednak wyrafinowana mimikra pomogła im przeżyć. Kiedy groziło najgorsze, a groziło często, decydowali się na emigrację. Dumnie zrzucali z siebie wciąż doskonalony kostium mimikry i z żalem opuszczali wygrzane zakamarki kryjówek, by czasem wprost ostentacyjnie przekraczać ojczyste granice. Nie tylko, żeby zachować życie, lecz przede wszystkim, aby przetrwało to, co uważali za swój największy skarb, więc wiara, kultura, honor, moralność i oczywiście wolność. To jednak wśród tych, którzy ich nie naśladują, budzi kpinę i śmiech.

Jeśli opuścisz mnie, nie zginę… Prawdziwi wygnańcy, a takich zazwyczaj bywa tylko garstka, zawsze zakładają sławny powrót, traktują emigrację jako czasową. Na tym polega ich niebotyczna iluzja i najgłębsza tragedia. Niewzruszenie wierzą, że „gdy władza powróci w twoje ręce, o ludu czeski”, wnet nastanie moment triumfalnego wjazdu w otwarte dla nich na oścież wrota ojczyzny. To była tragiczna pomyłka pobiałogórskiej emigracji. Współbrzmiała z jeszcze tragiczniejszym sloganem, a raczej poczciwą bajeczką, że prawda i sprawiedliwość musi zwyciężyć.

Tak się jednak nigdy nie stało i nie stanie. Bracia czescy wprawdzie z powodzeniem nawracali Eskimosów, lecz do macierzy nie powrócili. Nie mogli. Niczym przysłowiowe krople, rozpłynęli się w bezlitosnym morzu historii. Przypominają ich nieliczne ślady, zaskakujące nas w nazwach miejscowych. Fulnek w Anglii, Nový Fulnek i Moravia na Jamajce czy Moravia Hill w Południowej Afryce.

Dziejowe oraculum ma jednak jeszcze w swym repertuarze najdowcipniejszą perypetię. Jest to doskonała i nie często prezentowana scenka, aby się zbyt nie opatrzyła. Lecz to prawdziwy majstersztyk! Występuje pod dosyć złożonym tytułem: Czasem wychodźcom umożliwi się powrót.

Sen się więc spełnia. Powracające niebożęta czeka jednak najgorsze – nikt ich nie wita. Przeciwnie, są zawstydzani i wyśmiewani. Nie umazali się wspólnie z innymi błotem poniżenia, nie grzęźli w bagnie zdrady, w utajonej rozkoszy codziennej kolaboracji. Okazują się zawstydzająco niewinni, szczególnie ci, którzy poza granicami nieskutecznie walczyli przeciwko domowemu złu. Więc obwinimy ich za lekkomyślną ucieczkę. I wygnańcy zaczynają gorzko żałować swojego wytęsknionego powrotu.
Miała nasza ucieczka jakikolwiek sens?
Dokąd można właściwie uciec?
Co dalej, jeśli prawda i sprawiedliwość nigdy nie zwycięży?
Fatum, zwane historią, może zanieść się śmiechem, a powrócone na ojczyzny łono niebożęta stoją gapiąc się na rozciągniętą groteskowym grymasem twarz i nie rozumieją. Nie rozumieją, że czasu cofnąć nie można. Powrócić mogą tylko oni! W tym tkwi najwyraźniej sprawiedliwość niesprawiedliwości. Więc bardzo często owi absurdalni przybysze popadają w swym rodzimym kraju w emigrację wewnętrzną i już nikt ich nie skusi przynętą uczestniczenia w sprawach publicznych.

***

Zdawałoby się, że czeski krajobraz jest krajobrazem Białej Góry. Pustym, z gawronem na uschniętym drzewie. Śnieg. Pierwszy mróz. Bezlitosny wicher zaciera ślady bohaterów tak samo jak tchórzliwych dezerterów. Tak nie jest. To tylko jeden z drobnych obrazków w narodowej galerii. Jedno z licznych możliwych przedstawień. Ekstatycznie przeżył je František Bílek i zaklął w drewno swoich unikalnych rzeźb.

Krajobrazy Białej Góry są wyłącznie krajobrazami jednostkowych losów.
Na szczególną uwagę zasługuje w Czechach emigracja wewnętrzna. Porządni ludzie korzystają z niej w dobrych i złych czasach, wewnętrzne wygnanie jest rafinowanym ukryciem, ciemną jaskinią wznoszoną według reguł naturalnej i społecznej mimikry. I tak można przeżyć. I tak można nie przegrać. I w taki sposób można w zaśnieżonym krajobrazie Białej Góry zwyciężyć.

Schronienie wewnętrznego uchodźcy ma podwójne zabezpieczenie, od wewnątrz i z zewnątrz. Zewnętrzna część schronienia wrażliwie reaguje na rzeczywistość, która jest dla naszego egzula nieprzyjazna, nieprzyjacielska. Tymczasem rzeczywistość, zwłaszcza ta polityczna, chce być przyjazna i przyjacielska dla wszystkich. Jest przecież pysznym bytem, przypuszczalnie rodzaju żeńskiego, i przed wypolerowanym lustrem dziejów uważa się za tę najpiękniejszą. Wewnętrzny egzul myśli sobie akurat przeciwnie, lecz za pomocą wyrafinowanego podobieństwa usiłuje zatrzeć swój obraz w politycznej rzeczywistości, skrywa się w niej, choć nie za cenę zdrady czy kolaboracji. Wkłada czarodziejski płaszcz, który swą szarością i nierzucającym się w oczy krojem zapewnia mu niewidzialność. Nie jest to płaszcz wygodny, choć jego skuteczność jest wypróbowana.

Walczyć z zewnętrzną rzeczywistością wewnętrzny emigrant nie chce. Już od paru tysięcy lat jest przekonany, że to na nic. Taką beznadziejną walkę możemy uważać za efektowny, lecz przecież samobójczy sposób współżycia z realnością. Nie żeby wewnętrznemu uchodźcy aż tak zależało na życiu, o którym już ponad pół miliona lat homo erectus wie, że jest niewiele warte, ale chce zachować sobie własny świat, który z polityczną rzeczywistością pozostaje zawsze w dysharmonii.

Dla wewnętrznego uchodźcy istnieje dwojaki świat. Ten, w jakim przychodzi mu żyć i ten, w którym się gnieździ w ukryciu. Z tego, czego mu brak, stara się uczynić swe bogactwo. Wewnętrzny świat. Jest to świat tak samo pozbawiony swobody, jak ten zewnętrzny, ale uchodźcy daje wygodę duchowej przewagi nad otaczającą realnością, wydaje mu się dobrze zbudowaną kryjówką, wyposażoną w luksusowe wprost poczucie bezpieczeństwa.

„Kryjówek jest bez liku, ratunek tylko jeden, lecz możliwości ratunku znów tyle, co kryjówek” – posłał wiadomość w swej aforystycznej butelce rozbitka Franz Kafka, pierwszorzędny specjalista w zakresie azylów i schronień. Jego paradoks jest tylko pozorny.

Wewnętrzny emigrant włazi do swojego wewnętrznego świata po karkołomnej drabinie nieprawd i niezgód. W pierwszym momencie jest olśniony przestrzenią, jaką w sobie odkrył. Nie spodziewał się tak obszernej jaskini. Jest z niej dumny. Urządzi się tutaj po swojemu. Po swojemu? Z biegiem czasu przestaje być tego pewien. Już od paru tysięcy lat powinien wiedzieć, iż wewnętrzny świat jest tylko iluzją, domkiem z kart, z którego śmieją się bogowie. Wewnętrzny azyl jest tyleż kryjówką, co pułapką. Klatką.

„Jeżeli brak zewnętrznej wolności, dlaczegóż miałaby istnieć ta wewnętrzna?” – raduje się realność. A jak jej to dziś odpowiada! Przecież we własnym mniemaniu ponosi tyle kosztów. To właśnie wewnętrzny emigrant odrzuca, lecz czy nie jest to tylko zawiść?

„Skończyć jako więzień – taki był jego życiowy cel. Ale była to zakratowana klatka. Ryk świata obojętnie, władczo, zadomawiając się przepływał kratami do wewnątrz i na zewnątrz, więzień był właściwie wolny, mógł uczestniczyć we wszystkim, nic z otoczenia nie uszło jego uwagi, ba, mógłby i wyjść z klatki, gdyż jej pręty były na metr od siebie, nie był nawet uwięziony!” – odpowiada jeszcze raz pięknej i wiecznie uwodzącej realności Franz Kafka.

***

Kraj jako więzienie?
Aż tak strasznie nie musi być. Wewnętrzny emigrant, tak samo jak ten zewnętrzny, zaczyna z czasem udawać, iż w przestronnej łupinie własnego ja jest cały jego dom. Miejsce trwałego ukrycia. Pośrodku niegościnnego świata zagnieżdża się we własnej pułapce. Jego nadzieja na przeżycie wypiera pierwotną trwogę. Nadzieja jest w istocie pełna sprzeczności. Nie odczuwamy, jak się ma do odwiecznych instynktów naszego praprzodka. Że jednak nadzieja skłaniała go do przedłużania gatunku w beznadziejnych warunkach paleolitu, świadczy nasza egzystencja. Czy była to poza tym nadzieja metafizyczna, tego już dziś nie rozumiemy.

Schronienie, czy jest nim wewnętrzny lub zewnętrzny azyl, jaskinia pośród miasta, wiejski dom zagubiony gdzieś pod sklepieniem nieba, albo maska doskonałego podobieństwa, kieruje nas wciąż i wciąż ku prastarej tęsknocie za bezpieczeństwem. Dla tego, kto poczuje mądrą potrzebę ukryć się przed światem, bezpieczeństwo jest wymarzonym celem.

Nasz pradziejowy przodek wyplątał się dzięki temu z fatalnej zależności wobec naturalnych prawideł. Krąg wokół ognia, płomień pod skalnym nawisem, zadaszenie pierwszego prymitywnego domostwa. To były wartości. W nich spoczywała cała nadzieja. Cała? To główne, zasadnicze uświadomienie polegało na rozpoznaniu, że zewnętrzne warunki są okrutne, a często niemiłosierne, lecz prawdziwa nadzieja na przetrwanie kryje się w życiu duchowym, w pierwotnym uświadomieniu sobie odniesień religijnych. W podniesieniu wzroku wzwyż, ku niebiosom. Dla takiego właśnie spojrzenia warunkiem jest kryjówka. Tylko spojrzenie z głębi ciemności rozżarzy w pełni jasność doskonałego światła. To doświadczenie, dziś całkowicie pomijane, przeżywa jedynie w ukryciach, o których będzie mowa. Zajrzymy do kilku mozolnie budowanych schronień. Ich wybór jest przypadkowy, zależy od aktualnej wiedzy i zainteresowania autora. W żadnym wypadku nie wynika z jego preferencji.

Nie zapomnijmy również, iż w stworzeniu kryjówki współdziała okolica. Pozornie obojętna na losy swoich mieszkańców, jednak po kryjomu w ich uczestnicząca. Ludzkie losy znaczą ziemię i pozostawiają na niej trwałe ślady. Rany, czasem nie do zagojenia, blizny widoczne tylko dla wtajemniczonych. Kryjówka stara się rozpłynąć w terenie. Obowiązuje tutaj podstawowa zasada mimikry – przystosować się z zewnątrz, ale zachować wolność duszy. Rozpłynąć się w okolicy, ale wewnątrz schronienia wznieść sobie całkiem inny świat.

Znajdować kryjówki, oznacza wędrować krajem z maksymalną uwagą. Tymi najlepszymi są przecież schrony nigdy nie odkryte. Wygrzebane pod zarośniętymi chwastem szańcami naszej niedomyślności. Kryją się tam bardzo niebezpieczni drapieżcy!

I nie zapominajmy o schronieniu, które tak dobrze znają ci wszyscy, którzy uchodzą przed okrucieństwem świata i niebezpieczeństwem wszelkich jego pokus. Po latach błądzenia, lichych kryjówek i jeszcze błahszych nadziei stwierdzają, iż tym najbezpieczniejszym azylem jest ich serce. Lecz jego kraina z krainą świata przykro się rozmija…

Ulica Armii i dom w cieniu jesionów

Ukrywanie się było udziałem Vladimíra Vokolka. Kryjówka była prawdziwym symbolem jego żywota, ale była to kryjówka wewnętrzna, tajemne ustronie pośród kipieli radosnego stalinizmu, kiedy to czeski lud tak namiętnie śpiewał „Lewą marsz...”. Raźna śpiewka brzmiała z publicznego radia, a jej prymitywna melodia uderzała o wyostrzony słuch miłośnika Dworzaka i Janaczka. Następowało potem bujne wesele praskiej wiosny, podczas którego też się śpiewało, wprawdzie na inną, nowocześniejszą nutę, lecz równie pusto, kiczowato i bez wyczucia. W kryjówce trzeba było przeżyć i histerycznie radosny śpiew wypływający z mitycznego „Pouczenia” następującej normalizacji. Jej śpiew w swoim zbydlęceniu przechodził bylejakość z poprzednich śpiewniczków, lecz rozśpiewanie czeskiego narodu jest widać niezmierzone.

Na szczęście, lub na nieszczęście, nie samym śpiewem człowiek żyje…
Już w młodości, za czasów studenckich w Pradze, początkujący poeta z zamiłowaniem zwiedził trzy najznamienitsze schronienia ówczesnego ducha, więc Starą Rzeszę, Tasov i Petrkov. Rozpoznał, że w tych pozornych pustelniach rozgrywają się wydarzenia godne sławnych centrów kultury. Odczuł siłę, rzucającą się w oczy wolność i legendarną niepodległość takich samotników, jakimi byli Josef Florian i Bohuslav Reynek, i oczywiście Jakub Deml, niczym gniewliwy borsuk zagnieżdżony w swoim umiłowanym i znienawidzonym Tasovie. Dobrą kryjówką dla Vladimíra i dwóch pozostałych braci była rodzinna drukarnia. Właśnie tam, po zakończeniu normalnego czasu pracy, składało się Reynkowe przekłady francuskiej poezji, tam właśnie realizowały się grafiki brata Vojmíra, stamtąd płynęło finansowe wsparcie dla młodego poety. Kierunek i marszruta były więc jasne. Dlatego przemknął tylko przez stolicę, nie troszcząc się o jej łakome kulturalne i inne pokusy. Były mu życiowo obce. Wiedział już, gdzie poważnie się myśli.

Jednakże prawdziwe schronienie, a nie tylko pozę wobec świata, trzeba wyszukiwać w czasie prawdziwego niebezpieczeństwa. Podczas wojny Vladimír Vokolek oddał do wydawnictwa Melantrich rękopis swej nowej książki Cichy i ciemny. Nie jest dzisiaj powszechnie wiadomo, iż okupantom niemieckim bardzo mało zależało na wizerunku czeskiej poezji. W odróżnieniu od czasów późniejszych, wychodziło wiele. Los Vančury czy Josefa Čapka nie był typowym losem czeskiego artysty. A jednak stała się rzecz niezwykła. Bedřich Fučik, wybitny ówczesny redaktor, z przerażeniem powiadomił autora, że książki nie przepuściła protektoracka cenzura i że poetą interesuje się gestapo. Doniósł o tym, ostrzegając zarazem, sam niemiecki cenzor, widocznie jakiś porządny człowiek. Byłoby najlepiej, gdyby się pan Vokolek gdzieś schował…

I tak poeta po raz pierwszy znalazł się w ukryciu. Na Wysoczynie, w Hlinsku. Podjął tam pracę katechety. Pierwsze upodobnienie się do otoczenia i ukrycie uratowało go. Nikt przecież nie mógł podejrzewać, że ten elegancki młody nauczyciel pisze po nocach wiersze, na których odcisnął krwawą pieczęć swego przyszłego losu.

Z jednego schronienia przeprowadził się wnet do drugiego. Na początku nie wyglądało to na kryjówkę. Posada kierownika biblioteki, uszkodzona bombardowaniem secesyjna willa, stary ogród, nieznany teren i wokół niemal romantyczna pustka. Wszystko tu było poniemieckie, wszystko należało do wszystkich. Doskonała obcość. W istocie wygnanie. Dlaczego? Tu odpowiedzi mogę się tylko domyślać. Sytuacja pogorszyła się po roku 1948. Jego pobyt w Sudetach zmienił się nagle w dożywotnie uchodźstwo. Niebezpieczeństwo czyhało odtąd ze wszystkich stron, zewnętrzny świat był wyłącznie wrogi. Twardo dawał to odczuć. Poeta na trwałe osiadł w romantycznej willi uszkodzonej przez bomby, na ulicy, która przemiennością nazw górowała nad ulicami stolicy. Kaiser Franz Josef Strasse, Richard Wagner Strasse, Štefániková, Třída Armády. Jakiej to armii? Nikt się pewnie nie domyślał. W tych to rozkosznych czasach przyszedłem na świat i ojcowskie schronienie stało się również dla mnie, na najbliższych dwadzieścia lat, także całkiem bezpiecznym i wyjątkowym gniazdem. Przenosiłem je później dalej. Z kryjówki do kryjówki.

Ponieważ nowa rzeczywistość ślubowała, że pozostanie tu na wieczne czasy, trzeba było stworzyć sobie schronienie doskonałe. Stary dom świetnie posłużył do tego celu. Nic współczesnego nie miało prawa weń wtargnąć. Ojciec otoczył się antycznymi meblami, kolekcją cyny, kruchą porcelaną z czasów Máchy, starymi obrazami w masywnych ramach. Paliło się w potężnych kaflowych piecach, mama grała na fortepianie Chopina, stareńkie radio, mistyczny Lumophon, wolno było włączyć tylko na południowy koncert i niedzielną bajkę. Większość czasu przesiadywał ojciec przy bogato rzeźbionym stole z roboczym blatem pokrytym skórą ze złoconymi ornamentami, studiował i pisał. Czas odmierzał kolumnowy zegar z doby napoleońskiej. Telewizja nie pojawiła się w tym mieszkaniu nigdy.

Mieszkało się więc w muzeum, jak często skarżyła się mama. Lecz eksponatów się nie kupowało, na to by płaca byle nauczyciela nie wystarczyła. Te najcenniejsze artystycznie przedmioty zostały pozyskane z niedalekiej zbiornicy metali i w trakcie tzw. żelaznych niedziel, wprost z chodników przed domami. Wszystko to leżało, pohańbione jak należy, na ulicy. Był to powszedni symbol…

Otoczyć się pięknem było wielce przewidujące. Dookoła się przecież tylko burzyło, profanowało, kradło, i z miasta, które kiedyś było reliktem romantyzmu, stawała się duchowa peryferia, wypełniona ohydztwem i pozbawiona jakiegokolwiek ducha. Mieszkanie na ulicy Armii było zatem oazą, ciętą repliką nastającemu barbarzyństwu. Tak więc ukrycie przemieniało się w niezdobytą twierdzę ducha i jego ładu.

Zewnątrz, w o stulecia oddalonym świecie, brzmiał radiowęzeł, mijały dwulatki i pięciolatki, spartakiady i monumentalne zjazdy partyjne. Zastęp przyjaciół znalazł się w więzieniu. Poniżało się i wyśmiewało. Nastały orgie najprymitywniejszej głupoty i tępego ucisku. Władał przecież lud! Ale tę całą zewnętrzność ojciec wspaniale ignorował. Na oko rozpłynął się w tłumie. W przedwojennym jeszcze ubraniu, w pomiętym kapeluszu, nierozpoznawalny. Do samej kryjówki nikt się nie zapuszczał, a ci, co zaglądnęli, z litością niemal stwierdzali zaraz w przedsionku, nad wspaniale intarsjowaną komodą: ci Vokolkowie są tak biedni, że mają mieszkanie pełne starych gratów. Nie stać ich na nowe, pewnie na piękną meblościankę z prasowanych paździerzy…

Zewnętrzność to był też pejzaż. A ten jest w okolicy Děčína naprawdę przepiękny. Jakby był odbiciem wewnętrznej wrażliwości. Mimo to ta suwerenna kraina nie znęciła poety, nie zwiodła. Nie napisał o niej ani linijki. A przecież ją kochał. Czterdzieści lat pielgrzymował po niej, przeszedł wzdłuż i wszerz, potem co dzień wyglądał do niej ze swojego wiejskiego gniazda, górującego nad całą okolicą. A jednak ani słowa o niej. Nie był przecież lirycznym romantykiem. Schował się w niej, lecz nie była jego celem.

Nikt, nawet umiłowana kraina, nie podejrzewał więc, że na ulicy Armii prowadzi się okrutną wojnę, bezlitosną walkę, codzienny bój o pozycje. Ten niepozorny nauczyciel w szkole podstawowej, wciąż przerzucany z jednego szkolnego gmachu do drugiego, ten pomylony kulas, którego za plecami dzieci przedrzeźniały sprośnymi gestami, zaatakował samo centrum umocnień totalitarnej rzeczywistości. W swych dziełach, które pisał każdego dnia, długo w noc, demaskował epokę, ośmieszył ją i położył na łopatki. Jako jedyny wówczas prowadził swą walkę zupełnie bezkompromisowo.

Mało kto już dzisiaj rozumie, co to znaczyło być w tamtych czasach odważnym i czym ojciec ryzykował. Już same tytuły wierszy: Luty, Requiem dla Masaryka, Arcybiskup, Wyruszyła z Syberii… Za każdy na dożywocie. Ale okazało się, że schronienie było skuteczne. Rękopisy spoczywały w skrytce w piwnicy. Nie spotykało się z nikim. Nie mówiło. Właściwie nie bardzo się żyło. Pisało się.

Czas jak w halucynacji stronę za stroną odwraca w księdze oprawnej w ludzką skórę, w której wszak nie ma już mężów, i śpieszy skończyć, doczytać odłożyć ten nudny wątek bez bohatera, z którego został tylko bezdziejowy anegdotyczny lud anonimowy.

W schronieniu na ulicy Armii powstało godne podziwu dzieło, które mogło się ukazać dopiero po śmierci autora. Nikt z sąsiadów ani kolegów z pracy nie przypuszczał, że Vladimír Vokolek jest pisarzem. Nawet gdy w latach sześćdziesiątych wyszła jego jedyna książka, w Děčínie tego nie spostrzeżono. Może na szczęście. Mimikra kryjówki ma swoje twarde prawidła, a świat swe proste prawa. Później azyl na ulicy Armii przyciągał młodzież. Był dowodem na istnienie innego świata, odmiennego, oddalonego i to czyniło go wyjątkowym. Pielgrzymowali doń ze świadomością dotykania czegoś cennego, podświadomie pożądanego, lecz nieosiągalnego.

W późniejszych latach ojciec przeniósł swój schron do wiejskiego domu, kryjącego się pod łaskawymi konarami starych jesionów. Pieściły czułymi i uważnymi palcami połaci dachu i ocieniały także w metafizycznym sensie tego słowa. Zacieniały.

Rychnowski azyl był doskonały. Uroczy kres świata, z cudownymi widokami, które otwierały się aż na wieczność. Żyło się pod sierpniowym szaleństwem gwiazd, wobec wiosennego dotknięcia smukłych śnieżyczek i letnich orgii nawłoci. Azyl stał się tutaj paradoksalnie szerokim światem.

Stary dom wiejski (posłużyć się odpychająco familiarnym określeniem: chałupa, jakiego „prażacy” do dzisiaj używają wobec poniemieckich siedzib, byłoby mylące) szybko się przemienił w staroświecką kryjówkę. Antyki z czereśniowego drzewa były starsze od samego domu, książki, rzeźby uratowane ze zniszczonego kościółka, obrazy, inne dzieła sztuki. Pośród pustki zdewastowanych Sudetów ojciec wzniósł w swym azylu oazę ducha. Przystań. Miejsce dla zbłąkanych.

Tu krył się przed nieczułą obecnością obcych, tu śnił, tu rozmawiał z naturą i tutaj w spokoju pisał. Na staroświeckiej maszynie wystukiwał swoje przesłanie w postaci licznych filozoficznych esejów, długo w noc nawlekał na nić imaginacji swoje wiersze. Starzał się wraz ze smukłymi jesionami i w ich cieniu godził się z wolna z marnością świata i wszelkich kryjówek. Jego ostatnie wiersze przypominają mądrość starych taoistów, którzy ją odcisnęli w zmarszczkach skał. Pod którymi mieli swoją chatynkę, swój azyl.

Ale tak na zewnątrz jak wewnątrz mojej świetlicy każdy kąt ma zamknięte oczy, nie zna mej obecności nie ma na sumieniu mego rozjarzenia – przebudzenia moje mieszkanie i mieszkanie w nim rozpada się w mnóstwo przedmiotów uwolnionych w swym związku z podmiotem a tym jest Kto teraz jest jakby nie był, zepchnięty w ciemny wir pozbył się tego podstępnego przyciągania rzeczy ku sobie zanim ze wschodem Słońca znów otworzy oczy i wraz z nim zacznie krążyć świetlny krąg wokół wspólnego środka widzenia i myślenia i wszystko z nim ze ślepej nocy przejrzy w zgodzie z wzorem jego czujnych pojęć pojedyncze literki złożą się w spójny tekst zanim je znów następna noc w pierwotny chaos gwiazd rozmiecie …

Jeździli tutaj za nim liczni. Przywołując jedyny swój pobyt, wspominał Ivan Diviš:

Rychnov koło Děčína to dziura. Ale Vladimír Vokolek ma tam piękną chałupę. Popatrz, powiedział mi, gdyśmy szli na spacer, a wszędzie wokoło gnijące na polach niezwiezione siano, na drzewach owoce, których nikt nie rwał, kawałek dalej wyszczerbione podwaliny zanikłego gospodarstwa, zagnojony las: popatrz, tak jest po raz pierwszy w dziejach, to Bóg tu wokoło podaje ludziom w dłoni swe owoce, a oni Mu na tę dłoń plwają…

Mogę wyobrazić sobie ich rozhowory, rozhowory dwóch pięknoduchów, wędrowców poważnie stąpających po ostrzu pofalowanego horyzontu. Ojciec w nieodłącznych dresach i w rzeźnickiej bluzie. Ivan podskakuje przy nim niby wiecznie wygłodzony, a pewnie i spragniony, pies. Z oddali wieje wiatr. Słońce zapada i wnet obleje przestwór świeżo wytrysłą krwią. Widać stąd nie lada kawał świata. I co ważne – wszystko jest poniżej, pod nimi. Zazwyczaj w obliczu takiego widoku się milczy.

„Nagle Vladimír zwrócił się ku mnie” – opowiada Diviš w Teorii spolegliwości – „jakiś antyczny, i rzekł mi wprost w twarz: i tutaj widzisz, że śmierć jest najważniejszym zdarzeniem w twoim życiu. Zrozumiałem w milionowym ułamku sekundy”.

Skąpana w krwawej zorzy wieczorna kraina cofnęła się i spłoniła poznaniem. Tak to tutaj wygląda. Poczuła w swoim łonie chłód cmentarza. Ten rychnowski został za kilka lat z całą surowością zniwelowany, a ozdobnymi nagrobkami z nazwiskami pierwotnych mieszkańców sowiecka armia umocniła grząskie stanowiska strzeleckie dla swych czołgów. Ale z tym już ani pejzaż, ani obaj poeci, ani śmierć nie mieli nic wspólnego. Zupełnie nic…

Jednak nie istniało tu tylko piękno i metafizyczne uniesienie. Były trudy i żale. Świat upominał się o swe prawa. Cóż z tego, że był na dole, na dnie otchłani. Pozornie schowany, a przecież na wyciągnięcie ręki.

Po sierpniowej okupacji kraju, ojciec ściągnął tutaj na dobre. Pozostawał bez pracy i jakiejkolwiek możliwości publikowania. Raz do roku na przeciwległym zboczu sowiecka armia przedstawiała mu pancerną bitwę. Stary kościół został wysadzony w powietrze, a ojciec uratował zeń rzeźbę św. Wacława i średniowieczną chrzcielnicę. Do końca życia był zawsze w pobliżu tych opuszczonych sierot.

Lecz to już nie był ojcowski temat. Myślał o pojednaniu, o krążeniu wokół środka, o krążeniu wokół nicości.

Kiedy wracałem z samotnej tułaczki jesiennym krajem, uderzyła mnie wśród nagich pól myśl, co bym począł, gdyby nagle opuścił mnie mój przewodnik, z którym chodzę, rozmawiam, milczę, zawsze we dwóch, nigdy sam. Zawsze we dwóch czasach, przeszłym i przyszłym, krok za krokiem przesuwając się, przekraczając w duchu nagą korę, grozę jesiennego spustoszenia. Co bym począł w ciszy po skowronku, w próżni po spadłym liściu, w strasznej tęsknocie po sobie, który przecież chodził tędy latem?

Rychnovski azyl nie był wyłącznie kryjówką, daleko bardziej był darem. Tam, na kilka dni przed śmiercią, powiedział mi straszliwie prawdziwe zdanie: Na próżno usiłuję sobie przypomnieć, kiedy byłem ostatni raz szczęśliwy. Tam, pośród upalnego lata roku 1988, przyszła po niego śmierć. Nie ścięła od razu, dotknęła całkiem lekko, rzec można niepozornie. Poeta został odwieziony do szpitala, do ohydnej budowli nad równie ohydnym miastem ułożonym z rozpalonych bloków. Wygnany z bezpieczeństwa kryjówki, w którym nie dane mu było godnie umrzeć, zakończył swoją drogę w przerażającej anonimowości.

Oba azyle Vladimíra Vokolka opustoszały. W dieczyńskim osiadł poważny przedsiębiorca wielce podejrzanego pokroju, z uroczego ogrodu zrobił garaże dla swoich mercedesów, a wiejskie schronienie, po jego powtarzającym się okradaniu, kupił nienasycony wytwórca delikatesów z wojewódzkiego miasta. Profanowanie jest zawsze kamieniem węgielnym przyszłości…

[...]

Václav Vokolek
Przełożył Antoni Matuszkiewicz


powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio