Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

Jerzy Sosnowski

JAK FRUNIE ARLEKIN

Dawno, dawno temu w małej wiosce na skraju lasu żyła sobie rodzina: babka, matka, ojciec oraz dwoje dzieci, starsza dziewczynka Ewa i najmłodszy ze wszystkich Wojtuś. Jak na początek baśni była to więc rodzina wyjątkowo niezdziesiątkowana przez wojny, głód, klęski żywiołowe, trzygłowe smoki, czy złych królów – rodzina pełna, wielopokoleniowa. Babka była kiedyś w tej wiosce nauczycielką, ale od czasu, gdy zapomniała o otworzonej w podłodze klapie od piwnicy, wpadła do środka i złamała nogę – nie uczyła więcej, przekonana, że skoro zapomniała o tak prostej rzeczy, będzie teraz zapominać o bardziej skomplikowanych. Mogłaby jeszcze narysować uczniom „a”, powiedzieć, że tak wygląda „b” i dopiero byłby kłopot. Od tej pory więc gotowała tylko dla całej rodziny. Matka i ojciec zajmowali się pracą w niedalekim miasteczku, u starosty; przebywali tam całe dnie, więc nie chcąc całkiem utracić kontaktu z dziećmi, zabierali ze sobą córkę, która była już na tyle duża, żeby wiedzieć, jak się należy zachowywać w świecie dorosłych: że mianowicie, kiedy dorośli rozmawiają o swoich ważnych sprawach, trzeba siedzieć cicho w kącie
i rysować. Toteż rysowała całe dnie i pan starosta powiedział nawet, że kiedyś zrobi wystawę jej rysunków, ale ponieważ oblizał się przy tym raz i drugi, matka na wszelki wypadek kazała dziewczynce od tej pory zajmować się rachunkami. Dziewczynka nie lubiła stawiać cyferek, które czuły to i wyginały się krnąbrnie pod jej dłonią: zero wyglądało prawie zawsze jak ósemka, a jedynka przypominała czwórkę, w rezultacie
Ewa myliła się często i pan starosta przyglądał jej się teraz ze zdziwieniem, jakim cudem mógł zachwycać się podobnie głupim dzieckiem. Matka uważała, że tak jest lepiej; ojciec chyba nie był przekonany, ale przywykł, że swoje myśli zachowuje dla siebie, więc milczał. Kiedy wracali do domu wieczorem, Ewa była zmęczona po całodziennym siłowaniu się z cyferkami, matka rozdrażniona, a ojciec milczący. Ale i tak wszyscy bardzo się kochali.
            Wojtuś, najmłodszy z całej rodziny, spędzał dnie z babką, bawiąc się w piasku przed domem (czyli siedząc na dupie, jak zdarzało mu się wbrew woli pomyśleć, kiedy
był całkiem sam; myśli takie wpędzały go zresztą w popłoch), albo czytając książki, które zostały babce po latach, które przepracowała jako nauczycielka, albo obserwując zza płotu wałęsające się wioskowe kundle. Często rozmawiał też z babką, która opowiadała mu o tym, jak wygląda świat poza obejściem, którego stanowczo nie powinien nigdy opuszczać. Ten świat bowiem nie przedstawiał się najlepiej: starosta był rozpustnikiem (Wojtuś nie bardzo wiedział, co to znaczy, ale domyślił się, że rozpustnik rozpuszcza się
w pustce, więc poza rynkiem, gdzie zawsze kręciło się mnóstwo ludzi, nie można na niego liczyć), na drodze do miasteczka grasowali jeszcze niedawno bandyci, których kościotrupy walały się do dziś na poboczach, a najgorsze czaiło się całkiem blisko, w lesie. Otóż las, mówiła babka, był zaczarowany. W lesie inaczej płynął czas. Wojtuś był najmłodszy, ale tym bardziej chciał wszystko wiedzieć, toteż zapytał oczywiście, jak to możliwe. Wtedy babka na piasku przed domem napisała szybko:
t \rightarrow t'=\frac{1}{\sqrt{1-\frac{v^2}{c^2}}}\left(t-\frac{v}{c^2}x\right),
a kiedy Wojtuś szepnął niezbyt mądrze „aha”, zmazała wszystko, mówiąc, żeby lepiej
o tym zapomniał.
            Ale właśnie kiedy nam się mówi, żebyśmy o czymś zapomnieli, pamięta się
o tym bardzo dokładnie, choćby tylko dlatego, żeby nie zapomnieć, że się miało o tym zapomnieć. Wojtusiowi tym bardziej magiczne zaklęcie zapadło w pamięć, że patrząc na nie, po raz pierwszy zadał sobie pytanie, czy rzeczy są takie, jakie nam się wydają, czy całkiem inne? A mówiąc dokładniej, pytanie brzmiało: czy babka jest nauczycielką, jak mu się do tej pory zdawało, czy kimś całkiem innym? A jeszcze dokładniej mówiąc – bo Wojtuś, wystraszony, też sobie nie od początku uświadomił, o co pyta – czy przypadkiem „nauczycielka” to nie jest aby grzeczne i pełne sympatii określenie wiedźmy?
Nic dziwnego, że kobietę, która codziennie warzyła obiad dla całej rodziny, określało się na wszelki wypadek grzecznie i z sympatią. Ale zwłaszcza ten ptaszek na piasku, co wśród innych znaków wyciągał w prawo długie ramię, zagarniając dla siebie jedynkę, a potem dwie literki, v oraz c, ozdobione dwójkami, jakby nosiły te dwójki niczym kwiaty, wpięte nad uchem, ten zatem ptaszek wyglądał bardzo złowróżbnie; a nazywał się jeszcze bardziej złowróżbnie, o czym Wojtuś przekonał się kilka dni później, kiedy jak gdyby nigdy nic pokazał ojcu rysunek z owym ptaszkiem, a ojciec powiedział: „o! pierwiastek!”. Pierwiastek, rzecz pierwotna i zwiastująca zło, zwarzony mrozem pierwiosnek, zapowiadający coś tak okropnie występnego, jak – Wojtuś z trudem dokończył tę nieprzyzwoitą myśl – jak pierdnięcie, to była nazwa, która potwierdzała najbardziej przerażające domysły Wojtusia.
            Bieda w tym, że takie nieprzyzwoite myśli i nieprzyzwoite słowa nieraz wypełniały jego głowę. Mimo przyjemnie brzmiącego imienia, Wojtuś był chłopcem krnąbrnym, a że chcąc pozostać sobą, starał się jednocześnie zasłużyć na miłość swoich rodziców, siostry oraz babki, stał się, sam o tym nie wiedząc, chłopcem dwulicowym. Więc: na zewnątrz dobry i kochany Wojtuś, a w środku, właśnie: pierdnięcie, dupa, i nazywanie babki wiedźmą. Bo od tamtego dnia nie umiał myśleć o niej inaczej. Ale gorzej jeszcze, bo Wojtuś był straszliwym zazdrośnikiem: zazdrościł Ewie, że rodzice ją zabierają do pana starosty; zazdrościł rodzicom, że codziennie podróżują gościńcem do miasteczka i na poboczach mogą sobie oglądać kościotrupy bandytów (w dodatku, kiedy o nie dopytywał, mówili mu, że ich nie ma, oszuści!); zazdrościł nawet kundlom, obserwowanym zza płotu, że mogą tak się wałęsać, gdzie chcą. Wojtuś, gdyby to, co niejasno czuł, nazwać precyzyjnie, był całkiem dorosłym złym człowiekiem – nie miał co do tego wątpliwości – umieszczonym przypadkiem w dziecięcym ciałku. Dla niepoznaki wdzięczył się do rodziców, całował babkę przed snem i czasem pozwalał się siostrze bawić sobą jak lalką – bo bał się, że zorientują się, jak to z nim jest i wyrzucą go naprawdę poza obejście, między kundle – ale czasem tracił cierpliwość i tupał, i wrzeszczał. Kiedyś babka przewróciła się przy nim i rozlała zupę po całej kuchni, a Wojtuś domyślił się, że to jego wina, bo właśnie przyszło mu do głowy coś brzydkiego. Ale innym razem, kiedy nie chciała mu poczytać, rozgniewał się strasznie i przypomniawszy sobie, że, jak mu obiecywano, rośnie, zawołał, że kiedy do-rośnie, rozwali cały dom. „No to rozwalaj”, powiedziała babka i zajęła się obiadem, a on nie wiedział, jak zacząć. A potem struchlał, przekonany, że teraz już się wszystko wydało: on to nie żaden przymilny Wojtuś, tylko dupa, pierdnięcie
i smokodój (Wojtuś uważał to za zdecydowanie najbardziej nieprzyzwoite ze wszystkich słów na świecie) – i nie mógł się nadziwić, kiedy zorientował się, że nazajutrz tylko on
o tej scenie pamięta. Zresztą wkrótce sam o niej zapomniał.
            Ale opowieści o lesie i o magicznym zaklęciu, napisanym przez babkę na piasku, zapomnieć nie był w stanie. Dlatego kiedy pewnego razu babka poszła po mąkę do sklepu i, przekonana, że grzeczny Wojtuś robi to, co mu każą, nie zamknęła za sobą furtki, wymknął się za nią; nie skręcił jednak w lewo, jej śladem, ale w prawo i jeszcze raz w prawo, wzdłuż płotu, a potem między wysokie sosny, ledwie widoczną ścieżką, dalej i dalej. Jedno z dwojga: albo babka straszyła go jak dziecko, czyli nie traktowała poważnie
i trzeba było ją wreszcie ukarać; albo gdzieś tu naprawdę czaił się groźny Pierwiastek, którego trzeba pokonać, las odczarować i, wsławiwszy się bohaterskim czynem, wrócić
do wioski w chwale jako całkiem dorosły Wojciech.
            Wojtuś szedł dość długo, na złość wszystkim skręcał to w lewo, to w prawo, jakby naprawdę chciał się zgubić. Sosnowy bór się wkrótce skończył, teraz otaczały go rozrośnięte chaszcze, przysadziste świerki i brązowo-purpurowe buki, splatające swoje ramiona w nieprzejrzysty baldachim, przez który nie przebijało się wcale słońce. Grunt pofałdował się: w dolinkach i wykrotach, w które niekiedy trzeba było zejść, gromadziła się zgniła woda, śmierdząca zeszłorocznymi liśćmi. W wysokiej trawie coś szeleściło
i popiskiwało, górą trzepotało coś i pohukiwało, a kiedy Wojtuś, którego powoli odstępowała odwaga, obejrzał się, czy nie wrócić, w cienistej przestrzeni za sobą zobaczył, jak znieruchomiało coś, co przed chwilą jeszcze szło w jego stronę. Zaczął biec, a wtedy za nim rozległ się już całkiem wyraźny tętent i chrapliwy oddech, i nawet zdawało mu się, że, choć przebierał nogami, jak mógł najszybciej, coś dotknęło jego szyi – to był dotyk śliski
i zimny, naprawdę, nic przyjemnego – i może Wojtuś zostałby dogoniony i zjedzony, ale wpadł na rozległą polanę i tamten ktoś zrezygnował; podyszał tylko jeszcze w cieniu drzew, poszeleścił w chaszczach, po czym zaryczał tak, że Wojtusiowi podniosły się wszystkie włosy na głowie i chyba się oddalił, w każdym razie wszystko ucichło.
            Słońce świeciło, ale jakoś inaczej, jaśniej. Po polanie przechadzały się spokojnie sarny. Gdzieś niedaleko przeleciał bąk, zając wystawił uszy z wysokiej trawy, strzygł nimi chwilę, żeby bez pośpiechu pokicać w swoją stronę. Wszystko to byłoby dość uspokajające, gdyby nie pytanie, jak teraz wrócić do domu.
            Po namyśle Wojtuś postanowił pójść tropem saren, które właśnie oddalały się między drzewa. Kiedy ruszył, obejrzały się na niego obojętnie, nie przyspieszając, a może nawet zwalniając kroku. Wyglądało na to, że chcą, by szedł za nimi. Pokrzepiony tą myślą, Wojtuś już nie myślał o tym czymś, co goniło go przed chwilą, i choć bolały go nogi, postanowił za nic nie opuszczać stada. W każdym razie – przez jakiś czas.
            Wędrował w ten sposób dość długo, dowiedział się, gdzie rośnie wyjątkowo smaczny głóg i wyjątkowo wygodna do skubania trawa, ubrudził się trochę w mokradłach, przesechł na kolejnej polanie, aż dotarł między wysokie sosny i doszedł do wniosku, że niebezpieczeństwo minęło. Co więcej, w powietrzu zapachniało znajomo, a mógł to być tylko dym z komina w rodzinnym domu. Wtedy pożegnał grzecznie sarny i, kierując się tam, gdzie bór się przerzedzał, znalazł się w końcu na skraju lasu. Przed nim widniała znajoma wioska. Co za ulga.
            Wojtuś poprzysiągł sobie nigdy więcej nie wyruszać na poszukiwania Pierwiastka i, wzmocniony tym postanowieniem, dotarł do furtki. Otworzył ją, a wtedy obszczekał go pies. Zdziwił się: babka wyszła po mąkę, a wróciła z psem? Gdy tak medytował,
w drzwiach domu pojawiła się jakaś kobieta. Nigdy jej wcześniej nie widział!
            – Czego chcesz? – zapytała.
            – Wróciłem – wyjąkał.
            – A kto ty jesteś?
            Na to pytanie można było się tylko rozpłakać, co Wojtuś zrobił niezwłocznie,
a potem jeszcze bardziej, kiedy do kobiety dołączył jakiś mężczyzna, zza którego kolan wyjrzała ciekawie mała dziewczynka, zupełnie niepodobna do Ewy. Zanosił się od płaczu, kiedy zaroiło się wokół niego od mieszkańców wioski, wśród których nie było ani jednej znajomej twarzy. „Co to za cudak?” – pytali, „Kto zna to dziecko?”. Upierał się, że przecież jest stąd, że jego babka była nauczycielką, że rodzice pracują u starosty – a ludzie przysłuchiwali mu się z minami wyrażającymi na zmianę niedowierzanie i troskę.
            – Ja chyba wiem – odezwał się wreszcie jakiś staruszek, akurat w chwili, gdy Wojtusiowi zabrakło oddechu i łez, i przed dalszym ciągiem płaczu musiał odpocząć. – Opowiadał mi o tym mój pradziadek. Tu mieszkali tacy ludzie, których synek poszedł kiedyś do zaczarowanego lasu i przepadł. Bardzo, bardzo dawno temu. Jego siostrą była ta babuleńka Ewa, która przed tamtą wojną żebrała pod kościołem. No, to chyba on.
            „Brat babuleńki Ewy? Taki malutki?” – podniosły się głosy, podczas gdy inni domagali się opowieści, kim właściwie była babuleńka Ewa, bo byli za młodzi, żeby ją pamiętać, i Wojtuś coraz wyraźniej widział, że powinien się stąd zabrać i pobiec znowu do lasu. Bo przecież musiała być jakaś droga z powrotem?
            Ale nie pobiegł, dobrzy ludzie przygarnęli go i odchowali, nauczyli, jak korzystać
z lodówki i pralki, i nawet chcieli go przysposobić na kierowcę, ale Wojtuś, już nie Wojtuś, tylko całkiem dorosły Wojciech, zdecydowanie nie lubił niczego, co porusza się szybciej, niż człowiek idący piechotą, no, powiedzmy: człowiek w wozie ciągniętym przez ochwaconego konia. A że nie potrafił pozbyć się nawyku opowiadania o tym, co mu się przydarzyło w lesie, oddali go w końcu do cyrku, gdzie było miejsce akurat dla takiego dziwaka.
            Od tej pory Wojciech występuje w przebraniu arlekina i w przerwie między występami woltyżerów i treserów pudli snuje swoje historie. Obok tej o Pierwiastku, zaczął wymyślać nowe, i całkiem nieźle mu się żyje. Ale raz na jakiś czas śni mu się sen,
z którego budzi się, zlany potem.
Wydaje mu się, że w stroju arlekina spada w głąb czegoś rozległego. Nie jest to przykre, nie wywołuje sensacji żołądkowych. Nie ma powodu zgłaszać krzykiem, że zaszła jakaś pomyłka. W tę szczelinę, w tę niezgłębioną przepaść, rzucił się przed chwilą sam. Chwilami zresztą ma wrażenie, że siłą woli potrafi powstrzymać lot. Napina mięśnie
i zaczyna szybować. W chwiejnej równowadze powietrze go unosi, podtrzymuje na jednej wysokości. Lecz dzieje się tak zaledwie przez chwilę i zaraz Wojciech znów gna w dół,
a pęd smaga mu policzki. Więc nie da rady wznieść się, a choćby tylko wyleźć na górę po ścianach, które – nie widzi ich dobrze w półmroku – może są kostropate, zdatne do wspinaczki, ale raczej właśnie śliskie i niebezpieczne.
Strój arlekina w jakiś sposób zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. Może materiał (romby granatowe i białe, obszyte złotą nicią) stanowi rodzaj latającego dywanu?
Nie, dochodzi do wniosku Wojciech, najpewniej to tylko wątpliwa magia stosowności: wiara, że komuś w zabawnym przebraniu nie może stać się krzywda, choćby z wielkim pędem bęcnął o ziemię z wysokości wielu kilometrów. Tymczasem owszem, owszem: już widać zbliżające się dno, i zamiast rozśmieszającego wszystkich, unoszącego się wdzięcznie kochanego Wojtusia, właśnie – dupą w skałę, to brzmi jak pierdnięcie, żadna wiedźma ani nawet smokodój nie pomoże, i już go nie ma, i nigdy więcej go nie będzie,
a chyba nawet nigdy go nie było.
            Wtedy otwiera oczy i przez chwilę ma nadzieję, że zaraz zajrzy do niego babka, albo rodzice, albo z drugiego łóżka, z ciemności dziecinnego pokoju, odezwie się Ewa – – – Co za bzdury, przerywa sam sobie, przeciąga się i idzie do toalety (bo teraz już strach zasnąć), a myjąc zęby zaczyna układać sobie nową historię na wieczorny występ w cyrku.
                                                                                                          Jerzy Sosnowski


powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio