Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

Portrety

„Bez wyobraźni ten świat zginie”. Z Janem Tulikiem rozmawia Piotr Sobota

Piotr Sobota: Od czego by tu zacząć? Jesteś twórcą bardzo „rozległym” jeśli chodzi o formy. Wiele z nich z powodzeniem uprawiasz. Która z nich jest ci najbliższa?
Jan Tulik: Zaczynałem od poezji. Dla mnie poezja to nie jedynie wiersz, poezja bywa „schowana” choćby w prozie, formach dramatycznych, pewnie i w eseistyce. Może… to kwestia języka, kwestia dykcji, której szukam w sobie dla samego siebie.
- Mówisz, że najbliższa jest ci poezja. W wierszu Do lotu domagasz się: „niech nie będzie kurą – rozgdakaną ze strachu / przed upadkiem z grzędy”. Czy nie dożyliśmy czasów gdakania literatury?
- Pewnie – tak. A może czasów, kiedy gdakanie jest cynicznie wystawiane na sprzedaż? Problem raczej w tym, choć mogę się mylić, to bardziej kwestia dla socjologa kultury, że owo gdakanie ktoś opisuje, niekiedy niby ocenia negatywnie, ale twierdzi przy tym, że „diagnozuje rzeczywistość”. W świadomość publiczności jednak zapada ów skutek diagnozowania, czyli często wymieniane nazwiska, choć właściciele tych nazwisk mogą być autorami artystycznego chłamu. Internet temu służy wybornie. Nie służy temu zaś krytyka – co nie oznacza, że krytyki nie ma; jednak zbyt mało dobrych krytyków ma szansę wypowiedzieć swoje zdanie – tu zasadza się jeden z ważnych problemów. Ale myślę też, że każde czasy mają swoje plusy i minusy. Ale „nie depczcie przeszłości ołtarzy…”. Oczywiście nie chcę wchodzić tutaj w zakres myślenia typowo historycznego. Ale technicznie rzecz biorąc: kiedyś wydawało się książkę, która otrzymała przynajmniej dwie profesjonalne recenzje. W przypadku różnic zdań recenzentów – wydawca zamawiał trzecią. Jakby arbitralną. Więc tak wydawane książki nie mogły być złe. One były niekiedy słabsze, średnie, ale zazwyczaj były dobre i bardzo dobre. Oczywiście pomijam socrealistyczną propagandę sprzed półwiecza. A dzisiaj? Kiedyś mój przyjaciel, znakomity grafik Zbyszek Hübsch, który współpracował z rzeszowską oficyną KAW i robił wiele doskonałych opracowań graficznych książek, mówił: „Za beznadziejne wiersze konkursowe dawałbym mandaty”. Śmialiśmy się wspólnie z tego, bo to był sarkastyczny pomysł. Okazało się, że doszło do tego! Autorzy słabych wierszy, zwłaszcza tych, w których nie ma poezji, płacą mandaty! Bo ogłasza się konkursy literackie i autorzy, chcąc w nich uczestniczyć, mają wpłacać wadium. Gdy nie wygrywają, oczywiście to wadium przepada. Pomysł jest dla mnie kuriozalny. Czyli: absurd sięgnął realności. Zmierzam do tego, że dzisiaj każdy może sobie pójść do drukarni, wyłożyć pieniądze, wydać jakiekolwiek wiersze. Myślę, że w ten sposób dewaluuje się słowo i mowa wiązana.
- To będzie wywiad z jedną niespodzianką. Proszę (podaje Tulikowi zdjęcie ważki).
- Pięknie potraktowałeś Mehoffera! (śmiech). Ta ważka jest twojego autorstwa?
- Tak, ale tutaj nie chodzi o Mehoffera, tylko o Tulika, bo w powieści Doświadczenie piszesz o niej jako o literaturze, „która, poza własną prawdą i tylko prawdą nie ma wobec nikogo i niczego obowiązków; czy to swoisty rodzaj wolności, czy najpiękniejsza konieczność…”.
- Nie pamiętam, żebym ja to napisał, czy powiedział (uśmiech), ale ja się z tym zgadzam.
- W Doświadczeniu jest piękny, długi opis literatury.
- A co ma do tego ważka?
- Jest metaforą literatury.
- Hmmm…. potwierdzam to, że literatura, sztuka nie powinny mieć obowiązków wobec kogoś czy czegoś. Oczywiście każdy rodzaj tworzenia jest usiłowaniem czy próbą dialogu z drugim człowiekiem, ale z człowiekiem, który mnie rozumie, który chce przyjąć moje propozycje do rozważenia. Nie znaczy to, że on chce i musi przyjąć moją koncepcję świata, która wynika z mojej wrażliwości i przemyśleń. Kiedyś rozmawiałem o tym z Wiesławem Myśliwskim i on był podobnego zdania. Dlaczego pisarz ma mieć obowiązki? I wobec kogo ma je mieć? Wobec swojego środowiska? ideologii? religii, w której zostałem wychowany? Wobec społeczeństwa, które mnie rzekomo ukształtowało? Ono mnie ukształtowało, bo musiało – taka kolej rzeczy, błoto kształtuje żaby i kijanki, powietrze wrony i sikorki... Czyli ja, żyjąc w stawie, musiałem słuchać jego mieszkańców. Nauczyłem się pływać. Ale czy mam obowiązek pisać peany na temat stawu, żab, ryb? Nie! Uważam, że twórca powinien być na tyle wolny, żeby nie mieć wobec nikogo zobowiązań. Ale istnieje druga strona, rewers. Myślę, że twórca może, a nawet powinien wypowiadać swoje zdanie w kwestiach, na przykład moralnych, etycznych, społecznych (jeżeli to leży w konwencji jego pisania) – dla dobra powszechnego. Niekoniecznie poprzez dzieło sztuki. Ale może, nie musi. Chyba, że zostanie do niego skierowane pytanie jako do obywatela. To już inna sprawa; ale nie kwestia sztuki.
- Przeżyłeś trudne czasy. Czy dramat Kontynenty i pokazany w nich obraz socjalistycznej atomizacji społeczeństwa można uznać za próbę rozliczenia się z tym czasem – posługując się imieniem jednego z twoich bohaterów: czasem Pomiotów?
- Nie jest to dramat rozliczeniowy, to dramat, który pokazuje właśnie współczesność – każdą współczesność. To co najwyżej próba porównania tego, co jest, z tym, co było. I co się okazuje? Że niewiele się zmieniło. Kategoria Pomiota istniała i istnieje w człowieku. Taki Pomiot istniał wcześniej, także w innych kulturach. Pomiot istnieje i dzisiaj – tylko dziś jakby otrzymał przyzwolenie na ujawnienie się; jest pod pozorem demokracji tolerowany, na zasadzie prawa istnienia różnorodności. I w tym dramacie jest ten Pomiot jako bohater utworu, tak jak u Dostojewskiego jest Smierdiakow, u Mrożka – Edek, choć to inne kategorie diabelskich pomiotów. Zatem Kontynenty nie mają wiele wspólnego z rozliczeniami, ale są porównaniem dwóch czasów. W każdej epoce, w każdej społeczności, w każdym systemie istnieje nędzny człowiek – jakiś pomiot, i w mojej sztuce jest Pomiot. Kontynenty, którym dałbym teraz tytuł Sprawki Pomiota,były szeroko jak na dramat opisane przez czołowe pisma. Na przykład J. R. Kowalczyk w „Rzeczpospolitej” podkreślił, że dramat ten jest na tyle ważny, iż koniecznie powinien być wystawiony, a już w ostateczności zrealizowany w formie słuchowiska. Poza tym, wystarczająco trafne odczytanie – według mnie jako autora, a to ważne, bo oznacza, że wskazałem dobre tropy wytrawnemu czytelnikowi – dała na okładce Magdalena Rabizo-Birek – wszak Kontynenty wydała „Fraza”. Sugeruje ona, że problemem sztuki jest Tischnerowski nieszczęsny dar wolności po totalitaryzmie – i tu jest słuszne twoje nawiązanie do minionej epoki, ale ona mówi wprost: „Postaci dramatu są obciążone kalectwem, ponieważ ludzka natura jest niedoskonała. […] Nadejście wolności, która dotąd tylko jaśniała w marzeniach, napawa lękiem. Przynosi bowiem trud wyboru […] i napawa strachem przed nieznanymi konsekwencjami decyzji. Metafora zamkniętego zakładu opieki, w którym pensjonariusze przebywają pod czujną opieką wszechmocnej Maryjki przypomina Lot nad kukułczym gniazdem Keseya”. Jakaś niepozorna Maryjka trzyma nas na linkach z haczykami, a Pomiot jest gorliwym wykonawcą jej postanowień. Kiedy pojawia się moment dogodny, by wyjść za bramy piekieł, wszyscy przemądrzale dyskutują i nie stać ich na owo wyjście poza szlaban, bo jesteśmy chromi, strachliwi. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale spójrzmy – tyle wokół szans, a tu marność jakaś chochola; nie chce się chcieć?
- W tym dramacie i w opowiadaniach z tomu Gry nieużyteczne sięgasz po mocne środki wyrazu, szczególnie chętnie posługujesz się ironią.
- Artur Sandauer pisząc o twórczości Brunona Schulza wyraża przekonanie, że tak naprawdę dopiero heglowska dialektyka uświadamia nam, że żaden ustrój czy dogmat nie są ostateczne; że istotę psychiki ludzkiej stanowi wieczny ruch; i że filozofia dialektyczna wprowadza nas do historii, zaś romantyzm do psychologii i sztuki. Przeświadczenie o zmienności wszelkich dogmatów odbiera, jakby łamało, powagę owych zasad i dogmatów, skoro są nietrwałe. I stąd w sztuce pojawiła się autoironia, negacja koturnowej powagi – dał temu początek Byron. Chyba miał rację; dlatego ironia, a zwłaszcza autoironia, ma wielki sens w literaturze. A już Norwid powiadał: „błądzą ci, co mają ironię za zło ludzkiego serca”.
- Powróćmy do duchowości, która w twoim pisarstwie jest mocno obecna. Często wypowiadasz się w formie modlitwy, choćby w wierszu Grzechy świata. Gdybyśmy próbowali cię jakoś zaszufladkować, to bliższa by ci była etykieta twórcy religijnego czy egzystencjalnego? Przy czym, na potrzeby tej rozmowy, przyjmijmy, że nie jest to egzystencjalizm teistyczny.
- Tertium non datur? Ani profetyczny…
- Możesz to rozwinąć? Jak to jest z twoim egzystencjalizmem? Gdzie byś siebie widział?
- Nigdzie. I wszędzie – jak w Ubu królu… A serio: dlaczego miałbym istnieć wyłącznie pomiędzy dwoma ścianami? Interesują mnie metafizyka i magia, które nas otaczają. Stawiam pytania o sens bytu, a że zazwyczaj dochodzę do nich poprzez kulturę i religię? Wychowany zostałem w takim środowisku. Może to sugerować, że jestem religijny. Na pewno nie jestem pisarzem katolickim, nie było to moją intencją, ani formułą. Czemu miałbym zawężać zakres swoich pytań? Pytam raczej o sens świata w człowieku. Niedawno pewien azjatycki poeta podczas spotkania z czytelnikami powiedział: „Bóg jest jeden, religii wiele”. I nie była to jedynie kurtuazja wobec natarczywego pytania polskiego katolika o jego wyznanie. Wkrótce ma się ukazać wybór moich wierszy. Stanisław Dłuski – pomysłodawca i autor tego wyboru, napisał pełen życzliwości wstęp. Akcentuje tam franciszkańską część mojej twórczości. Zresztą, Piotr Kuncewicz w swojej słynnej książce Agonia i nadzieja zwrócił uwagę, że Tulik pisze z czułością i dbałością o naturę. Napisał też, że moje sonety są w duchu franciszkańskim. I jest to prawda, wątki czerpię z chrześcijaństwa, ale w sensie nakazu dobra, miłości natury. Wychowany zostałem w polskiej tradycji – nie ucieknie się od składu w kodzie genetycznym kultury. Ba – to nasz atut i każdego artysty zresztą. W moim rodzinnym domu na piedestale stała praktyka religijna i ja się w tym klimacie wychowywałem. Byłem przekonany, że powinienem dążyć do jak najwyższej duchowości, dlatego trafiłem do seminarium jeszcze jako prawie dziecko. Wyobrażałem sobie, że w klasztorze spotkam jakąś anielskość, do której muszę dążyć. I później nie mogłem uwierzyć, że to wcale nie jest tak. Ci ludzie – zauważyłem – mają swoje ludzkie potrzeby i wady. Składają śluby, a wcale ich tych ortodoksyjnie nie przestrzegają; i wiem dziś, że to oczywiste, bo są zwyczajnymi ludźmi. Ale wtedy, dojrzewając, odkryłem swoje diabelskie narowy, niecne potrzeby ciała, więc im po franciszkańsku wybaczyłem. Lecz odszedłem od nich. Ową inicjację cielesno-duchową opisałem w powieści Furta. Ksiądz profesor Jan Sochoń, znakomity poeta i filozof, napisał piękną recenzję, raczej szkic, w „Nowych Książkach” na jej temat. Podkreślił, że jest to bardzo uczciwa książka. Niezależnie od tego była chwalona za walory literackie. Karol Maliszewski w „Gazecie Wyborczej” zamieścił esej, w którym nawet odszyfrował topograficzne szczegóły, tak go ta książka zafrapowała, co wyznał, gdy po latach poznaliśmy się osobiście.
- Mówiłeś o domu rodzinnym. Zastanawiam się, jak było w domu Tulików? Są bowiem w twojej twórczości wątki autobiograficzne. Na przykład jeden z wierszy przywołujesz swoich przodków: zwracasz się do babki, do prababki… Jest też obraz ojca w Doświadczeniu, dość ostry…
- Ależ ten ojciec jest wykreowany, taki był mi potrzebny. Teraz sobie przypominam, że pisząc książkę, chciałem ją zatytułować Historia Boga, a nie Doświadczenie, bo ten ojciec w niej był jak ojciec Bóg, widziany po biblijnemu, z okrutnymi raczej zasadami. Kiedy Marek Kondrat czytał tę książkę w radiowej „Trójce”, jego interpretacja była bliska doskonałości. Ludzie Trójki słuchali, więc sąsiadka podeszła do mojej żony Grażyny i mówi: „Teraz Janka rozumiem, jaką miał straszną sytuację, tak okrutnego ojca, który w dodatku zginął w płomieniach”. A ojciec po tym odcinku zadzwonił z gratulacjami, choć lekko wkurzony. Po następnych fragmentach dzwonił i śmiał się, ponieważ też go pytano: „Co ten Jasiek wymyślił? To przecież sąsiad miał jakiś tam, wykorzystany przeze mnie w powieści, przypadek”.
- Czyli rzeczywistość jest dla ciebie inspiracją? Jak ją przekładasz na język fikcji?
- Rzeczywistość jest tylko i wyłącznie inspiracją. Fotografujesz z sukcesami, więc wiesz, że nawet fotografia nie do końca oddaje rzeczywistość – ona już poprzez zatrzymany fragment rzeczywistości coś mówi. Mówi twoim, subiektywnym – mimo wszystko – językiem. Nie jestem pasjonatem science fiction w żadnej formie: ani filmowej, ani literackiej. A przecież to także rzeczywistość – źródła ma w realnym świecie. Nie ma w wyobrażonych, czy baśniowych relacjach niczego takiego, czego byśmy nie dostrzegli w rzeczywistości. Tak naprawdę żyjemy w trzech wymiarach rzeczywistości. W tak zwanej realnej, która nas parzy, łaskocze, rani. W rzeczywistości onirycznej, bo sny są także rzeczywistością. I w rzeczywistości kreowanej, wziętej, najprościej mówiąc, z marzenia–projektowania i ona jest wciąż przed nami – wybiega w przyszłość, zazwyczaj niespełniając się w tak zwanym realnym, bolącym nas życiu. To są nasze trzy światy. Kto je lekceważy, ginie! One się przeplatają w literaturze, w sztuce.
- Będę jednak uparty, bo temat mieszania fikcji z rzeczywistością nurtuje zarówno młodych pisarzy, jak i czytelników. W Grach nieużytecznych znalazłem fragment, gdzie bohater jednego z opowiadań czeka na ławce w parku na zmarłego niedawno Ryszarda Kulmana. Czy świadomie wprowadziłeś realną postać w świat fikcji? Może wiąże się z tym jakaś historia?
- Żadna. Po prostu ludzie tacy, jak niezwykle oryginalny poeta i wierny przyjaciel Rysiek, są mi bliscy. Rysio był przebarwnym opowiadaczem, niekiedy inspirowałem się sposobem jego mówienia. Bywa, że znajomi stanowili pewien prototyp mentalny moich bohaterów  – czyli typy osobowości, które pasowały do postaci. Ułatwiało mi to ich kreację, na przykład Adam Gromadzki, mój kolega z klasy, sportretowany w Doświadczeniu. Ale to nie ma nic wspólnego z faktami.
- Wspomnieliśmy Ryśka Kulmana. To dobry pretekst, by spytać cię o to, jacy ludzie mieli wpływ na twoją twórczość? Może przypomnisz początek swojej drogi twórczej?
- Przyszedłem do Krosna na rok, a zostałem prawie do teraz. Z różnych powodów nie skorzystałem z propozycji bycia gdzie indziej. Ale to zupełnie inne, osobiste kwestie.
- Może inaczej zapytam: czy są jakieś autorytety literackie, które ukształtowały cię jako pisarza?
- Tak: Bruno Schulz, Tomasz Mann, Wiesław Myśliwski, Goethe… Jest ich więcej, żyjących naszym kraju, dziś niektórzy z nich są moimi przyjaciółmi. Kształtowała mnie też piękna plejada pisarzy literatury francuskiej i rosyjskiej. Dostojewski, ale Dostojewski jako taki trzon mądrości, nie jako polakożerca. Fascynują mnie Czechow i Gogol. Czechowa dałbym na pierwsze miejsce. Literaturę rosyjską lubiłem, lubię i cenię. Jest w niej jakaś nieokreślona eteryczność, subtelność obok okrucieństwa. Kiedy Czechow opowiada o człowieku, to na przykład, by podkreślić jego znaczenie, pisze: „jaki to mądry człowiek, w dodatku w okularach”! Pyszne. Ale pamiętajmy, to przełom XIX i XX wieku. Atrybutem mądrego człowieka rzeczywiście były okulary – on umiał czytać; zresztą jeszcze w latach 60. słuchaliśmy piosenki o okularnikach. „Okularnicy” to była warstwa polskich intelektualistów, prawie że ukryta pod szarą masą proletariatu. Wracając do literackich fascynacji… Kocham te subtelności u Czechowa, są fenomenalne! Trochę równoważy je lot Szwejka na drugim biegunie i dawni wielcy mistrzowie – twórca Don Kichota Cervantes, Jan Potocki z cudownościami w jego Rękopisie… Podziwiam niezwykłą mądrość dawnych mistrzów w opisaniu człowieka; piętnują ludzką małość i głupotę, ale i przedstawiają nieszczęsny los człowieka – to wszystko idzie ze sobą w parze. Tak – my ludzie jesteśmy kłębkiem sprzeczności. Właśnie to mnie interesuje w literaturze, w sztuce w ogóle: pokazać człowieka w przestrzeni, która go oplata, która mu raz sprzyja, a raz go miażdży, jak dzieje się to w polityce, w religijnych fundamentalizmach, czy w tak zwanych normach społecznych, które de facto bywają kajdanami…
- Twoja proza nie jest jednowymiarowa. Można w niej nawet dostrzec takie pogańskie widzenie rzeczywistości. Podchodzisz do pioruna, do drzewa, do pożaru, czy do rzeki niczym dawny Słowianin. Przypomina mi się rozmowa, którą słyszałem w Radiu Rzeszów. Kiedy opisywałeś Wigilię, mówiłeś o magii chwil, o zegarze, o domu rodzinnym. Jestem ciekawy, jakie były światy twojego dzieciństwa i młodości?
- Od dzieciństwa żyłem w magicznym świecie: opowieści, baśni, wspomnień dorosłych. W liceum zainteresował mnie teatr. Z kolegą z klasy Adamem Gromadzkim, o którym wspomniałem, robiliśmy niesamowite spektakle. Uważam, że nasza interpretacja Zielonej Gęsi Gałczyńskiego była najlepszą, jaka kiedykolwiek powstała. Oczywiście nie oceniam tutaj walorów aktorsko-reżyserskich, tylko intencje, bo myśmy poszli tropem wyobraźni Gałczyńskiego w sposób idealnie literalny. Kiedy trafiłem do Krosna, przez rok nauki w Studium Kulturalno-Oświatowym kontynuowałem te zainteresowania już w sporym zespole kolegów. To się skończyło i wtedy nastąpiła jakaś pustka – chciałem wypowiedzieć to, o czym myślę, wypowiedzieć siebie, ale już nie przez teatr, bo go nie było w potrzebnym mi wymiarze. Co mi pozostało? Kartka papieru. Notowałem swoje wrażenia, ale nie myślałem, że będzie to literatura. Ona zawsze służyła mi jako materiał repertuarowy. Wierszy szukałem przed konkursami recytatorskimi i sporo tych konkursów wygrywałem. Później, właściwie przypadkiem, tak się poukładało, że to, co spisałem, zostało wydobyte, wydrukowane. Zrozumiałem, że to może być moją drogą w sytuacji, gdy nie mam do dyspozycji żadnych środków ekonomicznych. Bo sztuka jest jedna – to tylko kwestia środków wyrazu i predyspozycji. Gdybym miał zdolności manualne, pewnie bym malował. Ale przestrzeń teatru wciąż tkwi w mojej głowie. Może dlatego napisałem trochę słuchowisk, może dlatego napisałem dramat. Kim byłbym, gdybym wszedł w świat teatru? Tego nigdy się nie dowiem. W Furcie sygnalizowałem, że człowiek jest skazany na wybór, ma jeden czas: jeśli śpi, nie ogląda świata za oknem – wybrał; czy wybiera dobrze?
- A możemy zdradzić czytelnikom ten „przypadek”? Przypadek, który sprawił, że stałeś się pisarzem?
- Następne pytanie proszę...
- Twoje życie było dość barwne. Byłeś dziennikarzem, może jesteś nim nadal, bo niektórzy mówią, że dziennikarzem jest się zawsze, tak pewnie jak poetą. Jednak naśmiewasz się z medialnej rzeczywistości w opowiadaniu Mówili w telewizji.Wydaje mi się, że postać Kovalsky’ego z tomiku Suplikacje bardzo z nim koresponduje. Czy wielość punktów widzenia wzbogacać może obraz rzeczywistości, który później widzimy w literaturze?
- Właśnie! To nie obraz rzeczywistości, ale obraz człowieka w określonych sytuacjach, człowieka, któremu tak zwana profesja narzuca arkana, a on świadomie, czy też nie, godzi się na nie. Dziennikarz bywa zniewalany przez szefów, przez korporacje, które władają poszczególnymi mediami, do określonych zachowań. Od dobrych kilku lat prawie nie oglądam telewizji, bo dlaczego mam płacić za to, że ktoś mi każe: „Musisz to mieć”! Jeżeli słyszę, że coś „muszę” mieć, kupić, wtedy nawet radio wyłączam. To jest ta nieprawdziwa sfera mediów. Jednak pisząc o mediach, czy używając mediów jako pewnego przykładu, staram się coś powiedzieć o ich odbiorcach. Opowiadanie Mówili w telewizji ukazuje nałogowych oglądaczy telewizji (zresztą napisałem na jego kanwie słuchowisko, zostało świetnie zrealizowane przez rzeszowską rozgłośnię w reżyserii Henryka Rozena, a najpierw było nagrodzone w konkursie z okazji 50-lecia tej rozgłośni). Nieraz słyszymy koronny argument: „No wiesz? Przecież widziałem to w telewizji”. I ma to znaczyć, że coś jest pewne. W gazecie pisali! – to też jest pewne. Potem i tak się mówi, że mediom nie wolno ufać. I tak to trwa. Poraża i przeraża mnie uderzanie w ludzkie umysły. Mamy prawo wyboru tego, co kupić, czytać, oglądać. Mamy wolny rynek. Wolny rynek to z kolei hasło, które zapala lampkę: biznes! Mogę zostać rzeźnikiem, politykiem, murarzem, grabarzem. Na pewno jednak nie muszę być biznesmenem! Bo nie mam chęci czy zdolności do produkowania pieniędzy. Ale czemu mniejszym szacunkiem darzy się u nas uczonego? rzemieślnika? rolnika? artystę? Ja także mogłem zostać rzeźnikiem albo rzemieślnikiem – coś bym wytwarzał, rzetelnie pracował. Lecz za każdą taką pracę, także uczonego czy artysty, mądre narody godnie płacą. A tu mamy kominy: biznesmen zarabia tyle w miesiąc, co pracownik naukowy przez całe życie. Albo sprzedawanie nieistniejących pieniędzy, które wszak niczym nie różni się od nanizanych na sznurek muszelek sprzed pięciu tysięcy lat? Kim jest lobbysta? Korporacje produkujące pieniądze dotarły do polityków i ingerują w ustalanie prawa korzystnego dla siebie. Nie będę biznesmenem i wolno mi! To moje życie! Ale niech mi jakiś polityk nie mówi, że każdy ma szansę na dostatek. Czym innym są szanse, czym innym indywidualne potrzeby, które i tak przekładają się na potrzeby społeczeństw. Tylko, że doraźnie potrzebniejsza jest na przykład ekspedientka (notabene często wykorzystywana do granic) niż uczony, artysta. Ale bez uczonego kiedyś naszym wnukom zabraknie nowych technologii i będziemy żebrać u sąsiadów, będziemy „w kieszeni” Europy i Ameryki. Pozostanę więc przy swoim, przy pisaniu. [...]


powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio