Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

Portrety

Magdalena Rabizo-Birek

Poetyckie zbiory Jana Tulika
Jankowi ze spóźnionymi życzeniami urodzinowymi

Nastał czas poetyckich zbiorów Jana Tulika. Oto bowiem w ciągu trzech ostatnich lat ukazały jego dwie nowe książki poetyckie: Godzina drogi (2008) i Szepty przy
„Początku świata”
(2011), wkrótce w Bibliotece „Frazy” zostanie opublikowany wybór jego wierszy Kaligrafia zdziwienia, przygotowany z inicjatywy i we współpracy z poetą Stanisławem Dłuskim. To wiele – bogaty plon życia pisarza, który w 2011 roku świętował (raczej nieoficjalnie, w gronie przyjaciół) podwójny jubileusz – 60. rocznicy urodzin
i trzydziestolecia literackiego debiutu – tomu poetyckiego Zdarzenie w C-durze, wydanego w 1981 roku. Tulik odnosił sukcesy jako poeta (laureat nagród im. S. Piętaka
oraz im. R. Milczewskiego-Bruno) oraz jako prozaik. Uwagę krytyki i czytelników przykuły szczególnie jego dwie powieści: Doświadczenie (1986, wyróżniona w konkursie literackim Młodzieżowej Agencji Wydawniczej i czytana w radiowej Trójce przez Marka Kondrata) oraz uhonorowana Nagrodą Fundacji Kultury Furta (2001) – obie wyrastające
z autobiograficznych doświadczeń dzieciństwa i wczesnej młodości autora. Jednak artystyczna (podobnie zresztą jak życiowa) droga Jana Tulika nie była usłana różami
i podobna do zwróconej w niebo wieży. Jest – i widać to z perspektywy trzydziestu lat, które upłynęły od jego debiutu – meandryczna, znaczona okresami milczenia, duchowych
i fizycznych kryzysów, niepodobna do wznoszących się regularnie linii niektórych literackich karier.

Skądinąd – abstrahując od osobistego losu pisarza, owej przeznaczonej mu przez Boga własnej „godziny drogi”, dzieli on niedobry los swojej generacji – urodzonych w latach 50. XX wieku, którym przypadło debiutować w najgorszym z możliwych dla polskiej kultury czasów – stanu wojennego, tuż po spektakularnym, zawłaszczającym na wiele lat dusze czytelników i krytyków, pokoleniu ’68, inaczej zwanym Nową Falą. Tulik należy do generacji tak zwanych „nowych roczników”, które próbowały się pokoleniowo wyodrębnić od nieco starszych, sławnych kolegów i nie bardzo im się to powiodło. Zostali albo uznani za ich epigonów, albo podejrzliwie przyjmowanych pisarzy „zamiast”, bowiem przyszło im debiutować w czasie, gdy wielu pisarzy starszych, a wśród nich najgłośniejsi przedstawiciele Nowej Fali (Barańczak, Krynicki, Zagajewski) znaleźli się z powodu swego politycznego zaangażowania na indeksie.

Poezja roczników 50. jest słabo opisana; w kilku wystąpieniach programowych jej twórcy podkreślali, że chcą tworzyć poezję osobistą, wyrastającą z intymnych doświadczeń, wsłuchaną nie tylko w ducha czasu, ale i w głos wewnętrzny, będącą dialogiem
z przesłaniami tradycji, otwartą na różne inspiracje poetyckie i kulturowe. Nazywa się ją czasem „Nową Prywatnością”. Twórczość poetycka tego pokolenia jest wyjątkowo polifoniczna i także – co dobrze pokazuje twórczość Jana Tulika – wewnętrznie zróżnicowana, a przez preferowanie indywidualizmu tak w sferze znaczeń, jak i stylu bywa hermetyczna, trudniejsza dla wciąż dość jednostronnie poetycko wykształconego polskiego czytelnika. Chciałabym jednak podkreślić, że od początku, od niewdzięcznych czasów ich debiutu, pisarze tej generacji tworzyli literaturę nowoczesną i uniwersalną,
bo pisaną „na własny rachunek i odpowiedzialność”, uwolnioną od garbu typowo polskich zobowiązań, niewpisującą się w żadne stereotypy (zwłaszcza „zaangażowania”, „publicystyki”, „romantyzmu”), co zresztą wcale nie znaczy, że nie odbija się w niej historia Polski ostatnich dekad, co znakomicie widać w tomie Suplikacje Tulika z roku 2000, które są chwilami poetyckim reportażem z polskich ulic, sklepów i mieszkań okresu ustrojowej transformacji.

Zasada „zbioru”

Stało się ostatnio praktyką wydawniczą, że uznani poeci publikują niewielkie tomiki, złożone niekiedy z kilkunastu wierszy. Takie książki mają często postać cyklu poetyckiego lub wieloczłonowego poematu, charakteryzują się też wewnętrzną jednolitością stylistyczną i tematyczną. Łatwiej wówczas krytykom i czytelnikom uchwycić nić przewodnią, dostrzec zasadę organizującą tomik. Taki charakter miały wspomniane Suplikacje Tulika, wyróżniające się oryginalną kreacją bohatera lirycznego – pana Kovalsky’ego, pisanego przez „v” (tyleż podobnego, co niepodobnego od autora): krytycznego obserwatora, ale i zagubioną ofiarę przemian kulturowego paradygmatu,
jaki dokonał się w Polsce po roku 1989. W tomiku Tulik manifestował oblicze moralisty zatrwożonego upadkiem mitów i obyczajów, deprecjacją etosu literatury, rozchwianiem tradycyjnych hierarchii wartości, zwycięstwem w życiu społecznym łatwej konsumpcji
i bezwzględnej pogodni za pieniądzem. Warto w tym miejscu podkreślić wszechstronność jego pisarstwa, która znajduje wyraz w różnorodności stylów i konwencji jego utworów. Tulik jest bowiem także autorem słuchowisk radiowych i dramatu Kontynenty, krytykiem literackim, pisze eseje o tematyce regionalistycznej, jest animatorem życia kulturalnego, cenionym za znakomicie prowadzone spotkania z pisarzami, artystami, podróżnikami
i ludźmi kultury (obecnie najczęściej w Saloniku Literackim Krośnieńskiej Biblioteki Publicznej, gdzie pracuje).  

Pojęciem „zbiorów” w związku z ostatnim okresem twórczości pisarza – a skupię uwagę
na jego nowych książkach, wydanych przez wydawnictwo Adam Marszałek w Toruniu – Godzinie drogi i Szeptach przy „Początku świata” – posługuję się nie tylko po to,
by podkreślić wielką ilość publikacji (w końcu trzy tomy w ciągu trzech lat, z których jeden jest wyborem, nie są w Polsce żadnym rekordem), ale przede wszystkim, by ukazać bogactwo, złożoność i artystyczną rangę jego wierszy, ułożonych w przemyślany kompozycyjnie sposób. W publikowanej w tym numerze „Frazy” rozmowie z Piotrem Sobotą pisarz wyznaje, że woli książki poetyckie od tomików. Rozróżnia zatem te formy ogłaszania wierszy – w pierwszej widząc przemyślaną, artystycznie skonstruowaną całość, w drugiej zaś – przypadkowy układ utworów, napisanych w danym przedziale czasu.

Hołdowanie zasadzie konstruowania zbiorów wierszy jako poetyckich „całości” świadczy
o osiągnięciu artystycznej dojrzałości. Pokazuje, że autor takiego „zbioru” dobrze zna pisarski warsztat i jest świadomy tego, że każda książka, nawet taka, która łączy różnorodne teksty, jest zawsze czymś jakościowo odmiennym od zwykłej sumy. Wie, jakie znaczenie ma rama tekstowa, którą tworzą: tytuł, podtytuł, pierwszy i ostatni utwór książki, rozumie relacje między utworami ze sobą sąsiadującymi. O pisarskiej klasie świadczy także umiejętność spojrzenia na swoje wiersze z pewnego dystansu, niemal
jak własny krytyk, i rozpoznania w nich swych „obsesji” – nastrojowych, gatunkowych
i tematycznych dominant. Zgodnie z takimi zasadami, dzieląc książkę na siedem, opatrzonych metaforycznymi tytułami części, skonstruował poeta wydany po ośmioletniej przerwie tom Godzina drogi. Nie jest to bowiem „zwykły” zestaw wierszy z lat, które upłynęły od wydania ostatniego tomu, a przemyślany wybór utworów ważnych, znaczących, pisanych, o czym świadczą datowania niemal od czasów debiutu. Godzina drogi jest poetycką summą Tulika.

Gest powrotu

Zamykający tom wiersz Liczba bezwzględna jest datowany na 13 grudnia 1982 roku. Pomysł zamknięcia nim książki wydanej dwadzieścia sześć lat później może świadczyć
o autorskim przekonaniu o jedności własnej twórczej („godziny”) drogi; nie różni się on bowiem zasadniczo od wierszy późniejszych. Może także wskazywać na ideowy zamysł książki, a może i całej poezji Tulika. A wydaje się nim być intelektualny i duchowy ruch wstecz, „gest powrotu”, znaczonego zarówno porządkującą refleksją, jak i formotwórczym wysiłkiem nadawania artystycznego kształtu szeroko rozumianemu życiowemu doświadczeniu: obserwacjom, myślom, doznaniom i przeżyciom. Być może to konstatacja banalna i dałoby się ją odnieść do wielu innych poetyckich projektów i w ogóle do szczególnego charakteru tworzenia literatury, w której z natury rzeczy zapis zawsze będzie późniejszy od doświadczenia właśnie o ów symboliczny interwał czasu
(znów o „godzinę” drogi), która w gruncie rzeczy decyduje o Wszystkim. Owo Wszystko
to nostalgia, mądrość, refleksja; wszak, jak powiada filozof: sowa Minerwy wylatuje
o zmierzchu. Gdy nastaje wieczór, a potem noc, w zaciszu pokoju, przy świetle lampki,
w ciągu kilku godzin między dniem a snem, dany nam jest przez Boga czas na ochłonięcie z emocji, które niesie codzienna aktywność, jej zrozumienie i uporządkowanie. Tulik opiewa ten poetycko-filozoficzny, medytacyjny czas, a niekiedy jak w Modlitwach niepokornych z Godziny drogi – go przeklina; pojawia się on także w jego autotematycznych refleksjach.

W jego poezji dostrzec można zachłanne, wielozmysłowe kontemplowanie, wręcz chłonięcie świata, przywodzące na myśl wiersze Miłosza. Poeta zbiera w siebie wszelakie doznania, doświadczenia, myśli i obserwacje, z których w długich chwilach skupienia
i medytacji, destylują się, krystalizują i powoli „piszą” wiersze – w ostatnim okresie raczej dłuższe, dygresyjne, skupione wokół kilku, przemyślnie ze sobą posplatanych wątków
i zakończone wyrazistą puentą. Weźmy jako przykład metody twórczej Tulika, otwierający zbiór erotyków Szepty przy „Początku świata”, wiersz Do ostatniej litery – ciekawy tym bardziej, że zdaje się łączyć obie książki (przez czasowy związek z powstałym w okresie stanu wojennego ostatnim lirykiem Godziny drogi):

Opisałem pierwszą miłość.
(Opisałeś czule – mówiły córki);

Tak jak teraz piszę do Ciebie.

Opisałem:
Że kiedy dotykam jej ramienia,
to zaledwie świta myśl o cieple jej skóry,
cieple jeszcze przed-różowym jak poranne mleko
nad łąką w pastelowej zorzy.

Że kiedy szkicuję pragnienie, zaledwie spoglądam
w pąki na niebieskiej rabatce – wybieram irys malowany
wczesnym niebem i jeszcze nie wierzę
w objawienie chwili, kiedy jego cicho rozwarte
płatki przywdziewają fiolet wieczoru; i kiedy
zamsz dojrzałej brzoskwini, tak dojrzałej,
że trzeba już wejść bez pytania, że –
[Dekret z dn. 12. XII 1981, O stanie wojennym,
roz. II, art. 17, ptk. 4 (Dz. U. nr 29, poz. 154)]

Właśnie tak opisałem tę miłość.
Kochanie.

Dobrze, że udaje nam się to odczytać.
Wszystko. Do drżenia ostatniej litery.


Inspiracją napisania tego liryku mogła być lektura po latach starego zbioru wierszy
z czasów stanu wojennego, gdy wydawcy w ten charakterystyczny sposób odnotowywali cenzorskie ingerencje. Może był to rękopis miłosnego wiersza, dołączonego do listu
z miejsca internowania... Może zaś poeta „zasłonił” się dekretem przed słuchaczkami-córkami, by w ten sposób ukryć / przemilczeć opis erotycznego zbliżenia, ku któremu kierowały coraz bardziej aluzyjne, roślinne-owocowe metafory liryku... Jakie by się nie kryły w tym chwycie intencje – wiersz sugestywnie ilustruje, jak przed laty historia brutalnie wkroczyła w intymność miłosnego świata dwojga ludzi, niszcząc go i przy okazji także niszcząc w polskiej poezji (i w poezji Tulika), zademonstrowaną w środkowej strofie poetycką dykcję – liryczną, zmysłową i sentymentalną. Na powrót do niej poeta decyduje się dopiero po wielu latach, po poddaniu jej szczególnej próbie – jego dawny miłosny wiersz czytają i oceniają najpierw córki, reprezentujące nowe pokolenie czytelników,
a po jakimś czasie także nowa miłość. Okazuje się, że dawny liryk nie stracił mocy, że nadal mówią i działają zapisane w nim uczucia i doznania, że innymi słowy – można powrócić w poezji do tamtego „czułego”, bogatego, obrazowego, emocjonalnego języka, który znamy z najpiękniejszych strof polskiej poezji miłosnej – z liryków Morsztyna, Karpińskiego, Mickiewicza, Leśmiana, Gałczyńskiego i Baczyńskiego.

Poezja czuła

Takim właśnie figuratywnym językiem, wypełnionym, wydawałoby się bezpowrotnie wygnanymi z poezji wysokiej przełomu XX i XXI wieku rekwizytami: ptakami, kwiatami, kontemplacją zjawisk natury i dzieł sztuki, napisane zostały zarówno erotyki zawarte w Szeptach przy „Początku świata”, jak i wiele wierszy tomu Godzina drogi. Przy czym erotyki Tulika wyróżnia to, że nie opowiadają wyłącznie o przeżyciach miłosnych (choć emanują subtelną zmysłowością), ale także pokazują, jak się kochając doświadcza świata wokół, o radości bycia z innym, wspólnych doznaniach estetycznych, podróżach i życiu codziennym, współprzeżywaniu, dzieleniu się myślami. Ogarniają bogactwo i różnorodność przejawów miłości we wzajemnych relacjach (zwraca uwagę, jak często autor sięga po konwencję dialogu, a także przytacza i komentuje wypowiedzi kochanki). Poprzez metaforyczne przybliżenia stara się oddać ulotną aurę miłosnych uczuć. Poetycko celebruje miłość, wydobywa ją z materii codzienności, powiększa, czyniąc zeń najważniejsze życiowe święto.

Chętnie wierzę w to, że Janowi Tulikowi zdarzają się chwile natchnienia, w których wiersz zjawia mu się od razu, gotowy i doskonały, ale mam przeczucie, że tak naprawdę lubuje się w drobiazgowej, mozolnej, podobnej pracy jubilera, kompozytora lub malarza „robocie” dopasowywania do siebie słów, by dobrze brzmiały i ciekawie znaczyły, szukania świeżych porównań i metafor, łączenia w oksymoroniczną, paradoksalną całość odległych od siebie skojarzeń myślowych. Ceni koncepty, poszukuje dobrych, oryginalnych pomysłów, tworzy paraboliczne miniatury, jak Norwid i późny Staff. Czerpie satysfakcję z tego, że to on – nieważne czy jako Mistrz czy tylko jako dobry rzemieślnik – włada przez siebie wykreowaną, czułą i fantazyjną krainą poezji, budowaną epitetami, porównaniami, metaforami, symbolami, toposami – wszystkimi narzędziami, jakie odziedziczył po swoich poprzednikach – „przyjaciołach Szekspira”. „Wizyta przyjaciół Szekspira” to tytuł eksponującej literackie motywy części VI Godziny drogi, ale jeszcze bogatszy w intertekstualne i intersemiotyczne – muzyczne i plastyczne motywy wydaje się być tom miłosnych wierszy, co sygnalizuje już jego tytuł, zawierający aluzję do słynnego obrazu Gustava Courbeta Początek świata. Można nawet powiedzieć, że dojrzałość i poczucie mocy wyraża się w późnej twórczości Tulika w swobodzie dialogowania ze swoimi mistrzami – w poetyce polemiki, aluzji, reminiscencji, reinterpretacji. Takim wierszem-dialogiem, między innymi z gigantami angielskiej poezji – Keatsem, Poundem, Eliotem, jest skomplikowany, wieloznaczny liryk Święty Wit i słowik rdzawy z tomu Szepty przy „Początku świata”.
Tulik pracuje nad swoimi wierszami, cyzeluje je, doskonali, buduje z nich estetycznie wysmakowane i myślowo intrygujące całości. Czyni to kierując się w stronę Miłoszowej „formy bardziej pojemnej”, zdolnej zawrzeć w sobie całe bogactwo słów i rzeczy tego świata. Rzadziej wyrusza ku Różewicza szarej stronie ascezy, milczenia, nagiego wiersza, choć i takie lapidarne, przejmujące utwory pisze i zawarł je w III oraz IV części Godziny drogi, opatrzonych tytułami Modlitwy niepokorne i Rak liryki. Niech przykładem tej dykcji będzie przypominający także W Weronie Norwida (św. Norwida, jak poeta tytułuje swego mistrza) liryk Mężczyzna buduje dom z kamienia:

Po kamieniu zranionym młotem
popłynęła strużka pęknięcia,
w którą wreszcie wsączyła się woda.

Wtedy powiedział do niej:
jesteśmy kamieniami,
dopiero pęknięci możemy siebie przyjąć,
Podzieleni – każde z osobna
Na jedno.

Godzina drogi – ta przymiarka pisarza do edycji wierszy wybranych, dobitnie poświadcza dojrzałość poetyckiego warsztatu. Mistrzowskie są tam zwłaszcza opisy przyrody, które chwilami przypominały mi Pana Tadeusza i Sonety krymskie Mickiewicza. Wyróżnia je trafne, metaforyczne sprzężenie obrazów widzianego i przeżywanego świata natury z refleksją nad meandrami conditio humana oraz jego wariantu – własnego doświadczenia. Tulik ma swój własny patent na przedstawianie krajobrazu jako stanu duszy i czynienie analogii między prawami natury a życiem ludzkim; weźmy jeden z kilku świetnych przykładów – krótki liryk Regularność planet:

Nocą grad wielkości jaja roztrzaskał gniazdo
słowika, powalił pszenicę, otrząsnął jej okwiat,
granatowy parawan przysłonił księżyc i gwiazdy.

Jak rzeka nazajutrz, tak i ty wystąpiłaś z brzegów.
Wylew zawsze pozostawia szczątki i nieczystości;
Ale cóż znaczyłby Nil, gdyby nie wylewał.

Więc nie krzycz, że cię to upokarza. 

Wyjaśnia zresztą swoje poetyckie preferencje w szeregu wierszy autotematycznych, przede wszystkim w liryku Porównania, który jest lirycznym wykładem własnej ars poetica, próbą zdefiniowania tego, czym jest poezja, jakie ma moce, z jakiej człowieczej potrzeby wyrasta. Ryzykując banalizację przesłania tego wiersza, nazwałabym ją fundamentalną potrzebą zadomowienia się w bycie, zakorzenienia w nim poprzez mediatyzującą moc słowa, które rzeczy nieznane i przez to napawające lękiem – jak choroba, śmierć, spadające zawsze znienacka cierpienie – pomaga oswoić wprowadzeniem takich wyrażeń, które przeniosą je i osadzą w przestrzeni znanej, oswojonej, a przez to bezpiecznej. Słowo kolonizuje, zasiedla, nazywa, potrafi oswoić i uczłowieczyć najstraszniejsze doświadczenia, co doskonale ilustruje zawarty w tomie cykl wierszy o tematyce rosyjskiej, aluzyjnie obrazujący doświadczenie łagrów i sowieckiego totalitaryzmu (Epitafium Mistrza Bułhakowa, I u nas wyjeżdża się na wczasy, Byłem, widziałem, płakałem, Świteź a Wyspy Sołowieckie). Tę terapeutyczną moc słowa poeta tak opisuje w wierszu, którego oksymoroniczny tytuł Marne i pożyteczne znakomicie wyraża dobrze przez niego rozumianą antynomię mocy i braku znaczenia sztuki, rozwiązaną – jakże by mogło być inaczej – przez dyskretne wskazanie na „siłę” i „sens” tworzenia:

Czy może mieć znaczenie dla kogoś,
że łaknę szelestu kropli w lipach?
Czy szmer ten nakarmi go?
A jeśli, to zapewne jak ja, w samotności
będzie łykał sopel gorącego wieczoru, który spada
Nagle i ostro pod sierpniowym księżycem;
będzie kładł na serce słodki plaster
pejzażu, który zabłąkał się w powidoku
pędzącego na oślep żywota.

Więc milczałem. Tyle lat. Wątpiłem – czy moje
wołanie potrafi przekonać, że jest opatrunkiem?

Lecz jeśli tylu ranionych błąka się po ulicach,
bezdrożach,
wśród promieni przysłoniętych marnym
pyłem,

milczenie również nie jest pożyteczne

Magdalena Rabizo-Birek


powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio