Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PORTRETY:

Janusz Pasterski
Ironiczny portrecista współczesności

O takich ludziach zwykło się mówić, iż są niespokojnymi duchami, ciągłymi poszukiwaczami, którym niełatwo wytrwać w rutynie codziennej pracy. Tryskają pomysłami, zaskakują inicjatywami, budzą podziw pracowitością i konsekwencją. Nie potrafią spocząć na laurach, nawet jeśli budzi to zdziwienie czy niechęć otoczenia. Wolą spalać się niż próchnieć – jak powiedziałby Conrad.
Poetom z wielu różnych miejsc w całej Polsce Olgerd Dziechciarz dał się poznać w ostatnich latach przede wszystkim jako pomysłodawca i współorganizator (z poetą i muzykiem Łukaszem Jaroszem) Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia. To oni właśnie w niewielkim Olkuszu postanowili urządzić doroczne święto poezji, którego patronem uczynili jednego z najbardziej tragicznych dwudziestowiecznych pisarzy-samotników rodem z pobliskiego Sosnowca. Można się tylko domyślać, że nie było to zadanie łatwe, bo odbiorców poezji nie ma dzisiaj zbyt wielu i na wsparcie finansowe czy choćby medialne nie ma co specjalnie liczyć. Okoliczności te jednak nie zatrwożyły organizatorów, którzy w profilu artystycznym konkursu chcieli widzieć zadanie promowania twórczości ambitnej, trudnej, niepokornej, bliskiej samemu Ratoniowi. Przedsięwzięcie wypaliło, a lista uczestników i laureatów, a także zmieniane co roku znakomite grono jurorów, jasno poświadczają sens i potrzebę kontynuowania tego projektu.
Ale organizacja konkursu to zaledwie jedno z zajęć Olgerda Dziechciarza – poety, prozaika, felietonisty, dziennikarza, historyka i redaktora. Znacznie więcej mówią o im jego książki, wydawane regularnie, choć raczej trudno dostępne i funkcjonujące w dość ograniczonym obiegu (może z wyjątkiem kilku ostatnich, które mają już zdecydowanie lepszą dystrybucję). Urodzony w 1968 roku w Olkuszu („olkuszanin z dziada pradziada i z przyzwyczajenia”), ukończył historię na Uniwersytecie Śląskim (1994). Nigdy jednak nie pracował w zawodzie nauczyciela. O wiele silniej pociągało go dziennikarstwo, a właściwie – samo pisanie, w którym znajdował użyteczne narzędzie dla realizacji swoich pasji artystycznych i społecznych. I choć imał się wielu profesji (jak sam opisuje – „circa ze dwudziestu”), to żadna nie zastąpiła mu pisania, a chyba wręcz przeciwnie – tę aktywność wzmagała, dostarczając pomysłów i impulsów.

Humbug, czyli o życiu i bladze

Swój debiutancki zbiór wierszy Ubyt Olgerd Dziechciarz opublikował w roku 1996. Z czasem pojawiły się następne: Podmioty codziennego użytku (1999), Autoświat (2007), Wiersze (p)różne (2008) oraz Galeria Humbug (2009). Już w pierwszym zetknięciu z tymi tomami łatwo zauważyć, iż wyróżnia je staranny, przemyślany układ. Ich kompozycja podporządkowana jest za każdym razem innemu konceptowi, który nie tylko organizuje całość, ale także narzuca język i pozwala autorowi skryć się w regułach przyjętej konwencji. Ta zasłona najmniej jest widoczna we wczesnych wierszach z lat dziewięćdziesiątych. Cykl „rozmów” – na przykład – to liryka skupiona na „ja”, rozpoznająca świat wewnętrzny i relacje z innymi. Nie jest to jednak dla poety perspektywa zbyt pociągająca: „rozmowa z własnym cieniem / staje się cierpieniem / gdy / obie strony / nie mają nic do powiedzenia” (Rozmowa V). Wydaje się, że tego rodzaju intymna refleksyjność rozmijała się z innymi – o wiele bardziej wyrazistymi – cechami, które wybijały się już w tych utworach – zacięciem ironicznym i tendencją do groteskowego opisu rzeczywistości.

Takie rysy dominują już w cyklach Monologi i Milczenie z Wierszy (p)różnych. Pojawia się w nich charakterystyczna kreacja podmiotu – ironisty, przenikliwego obserwatora i żartobliwego komentatora, który z lekkością i wdziękiem przenicowuje małe i wielkie sprawy codziennego życia. Od uroków małżeńskiej rutyny (Kura domowa), wychowywania dzieci („błagamy o tata mama / a kiedy nauczymy je wreszcie mówić / najczęściej prosimy o ciszę”), po szarzyznę dnia powszedniego (Faceci w beretach z szarej włóczki; Raj; Blok) czy egzystencjalną pustkę (Witajcie w ciężkich czasach). Trudno oprzeć się wrażeniu, że te wiersze są w jakiejś mierze społecznie zaangażowane, że rodzą się z braku obojętności i krytycyzmu wobec świata, ale i wobec samego siebie („czuć obrzydzenie / do siebie / wypada co jakiś czas” – pisał w wierszu Obrzydzenie). Ostrzem tej postawy nie jest jednak naiwna moralistyka, ale kłująca ironia, która bez wahania przebija nadęty balon bezmyślności, oportunizmu, stadności, nudy czy prowincjonalizmu ludzkich zachowań. Dziechciarz wykorzystuje tu swój niezwykle czujny zmysł felietonisty, zdolnego ujmować rzeczywistość za pomocą antynomii, paradoksów i najdrobniejszych detali przydających smaku każdemu opisowi.

Nie byłoby wszakże celności ujęcia i świeżości wyrazu w jego utworach, gdyby nie równie krytyczny i demaskatorski stosunek do samego języka. Autor Wierszy (p)różnych ma szczególnie wyczulony słuch językowy, dzięki któremu z łatwością wychwytuje schematy, kalki i wszelkie frazeologizmy naszej mowy, aby wydobyć z nich absurd czy fałsz lub wykorzystać je do zbudowania zupełnie nowej całości. „Chcę się poczuć / w uścisku twoich rąk / jak w metrze” – pisze na przykład w wierszu Razem czyli obieg pierwiastków uczucia w życiu homo sapiens, a w innym – pod tytułem Rozmaicie bywa – zauważa prześmiewczo: „rozmaicie bywa / raz pod wozem / raz w zaprzęgu”. Oczywiście, poeta bawi się językiem, ale jeśli jego język potraktować jako odbicie określonego obrazu świata, to będzie to zarazem rodzaj krytycznej diagnozy rzeczywistości. Dziechciarz ma tego świadomość i dlatego trzyma się zbawiennego dystansu, aby nie zamknąć się w roli moralizatora.

Podręczne instrumentarium poety obejmuje więc narzędzia ironii, groteski, żartu językowego czy surrealizmu. Scala je natomiast konceptualne podejście do idei artystycznych i językowych kolejnych książek. W sposób niejako modelowy widać to na przykład w zbiorach Autoświat i Galeria Humbug. Ten pierwszy to żartobliwa adaptacja idiomu „samochodowego” do opisu codziennego życia. Autor pokazuje, że narosłe wokół tej „zdobyczy cywilizacyjnej” słownictwo może posłużyć także do objaśniania innych dziedzin życia. Stąd koncept leksyki „samochodowej” jako instrumentu narzucającego sposób widzenia rzeczywistości i jej wyrażania. Wynika z tego wiele zabawnych, a niekiedy zaskakujących, ujęć, choć równocześnie nietrudno spostrzec pułapki schematyzacji i powtarzalności takiego języka. Jednak Dziechciarz na ogół dobrze sobie radzi z tymi zagrożeniami, odsuwając niebezpieczeństwo banału językową ekwilibrystyką lub po prostu polotem. Przykładem niech będzie fragment wiersza Cztery kółka miłości, którego język przypomina po trosze styl Ewy Lipskiej:

kto wie
może miłość ma wieczną gwarancję
na powroty
ma zapewnioną darmową wymianę oleju
i zawsze nowe części
może miłość nie wymaga
bieżnikowania
i tylko kierowca nie odróżnia
dnia od zmroku
świateł przemijania od
świateł zastoju

Z kolei Galeria Humbug to jeszcze bardziej wyrafinowana konstrukcja (a właściwie zabawa) poetycka, której podstępnemu urokowi uległ nawet – jak się okazuje – recenzent (recenzentka?) miesięcznika „Nowe Książki”. W tym niewielkim tomie zebrał autor garść ekfraz, czyli wierszy poświęconych opisowi rozmaitych dzieł sztuki rożnych epok. Nic w tym dziwnego, wziąwszy pod uwagę, że Olgerd Dziechciarz pracuje na stałe w Biurze Wystaw Artystycznych w Olkuszu i zajmuje się organizacją pokazów plastycznych. Całe sedno tego zamysłu kryje się jednak w tym, że dzieła te są wyłącznym tworem wyobraźni poety i – jak ujął Marek K. E. Baczewski – „stanowią pretekst do snucia medytacji o sensie sztuki”. Autor wykazał się przy tym imponującą inwencją w wymyślaniu nazwisk artystów czy tytułów rzekomych prac. Mamy więc Rainera Marię Pralinkego, Januarego Gierczyńskiego, Kingę Koppytko, Waldemara Sosinę czy dzieła o tytułach „Kobieta z mordą psa” albo „Nike z Nikond”. Podobnych sygnałów ujawniających drwinę i sensy polemiczne jest w tym zbiorze, oczywiście, znacznie więcej. Bodaj największy „fajerwerk” to potraktowanie remontu toalety jako projektu artystycznego pod nazwą „Wymiana instalacji”. Oto remedium na zapaść finansową kultury i dowód na bezgraniczne możliwości sztuki – „wszystko jest sztuką / trzeba tylko myśleć / i umieć ją zobaczyć w niczym”. Nie ma wątpliwości, że autor tych wierszy jest krytycznym obserwatorem współczesnych dokonań plastycznych, w których nie istnieje już granica pomiędzy stylem wysokim a użytkiem pragmatycznym, a o artystycznym charakterze decyduje wyłącznie intencja twórcy bądź oprawienie płótna w ozdobne ramy. W zamykającym zbiór wierszu Rykowisko 2009 wyraził to zresztą jasno:

przez prędkość przez szał przez osamotnienie
przez nostalgię wyciśniętą ze sprasowanego tłumu
zapominamy co jest istotną wartością w malarstwie
gubimy sensy zamazujemy niuanse
wyważamy drzwi do lasu
który dawno temu przerobiliśmy na ramy i sztalugi

I chociaż poeta przede wszystkim bawi się stylami i konwencjami, to przecież u źródła tej groteski tkwi przywiązanie do tradycyjnych wartości, kanonów estetycznych, rangi talentu i rzemiosła. Sztuka może się bowiem rozwijać nawet poprzez swoją antynomię, ale zawsze musi się odróżniać od kiczu jak literatura od grafomanii.

Potwierdzeniem tego rozpoznania jest choćby poemat Ikar – nieśmiertelny czy tylko martwy?, opublikowany jako ostatni utwór w tomie Wiersze (p)różne. Może dlatego tak tutaj ważny, że mimo werbalnego konceptu listu do mitologicznego adresata jest on przede wszystkim opisem współczesnego świata, naszej kondycji duchowej i towarzyszącym nam lęków. Piszę „nam”, bo autor stosuje w nim taką właśnie formułę podmiotu zbiorowego, w której wielu współczesnych może się rozpoznać. Ikar staje się dla poety punktem odniesienia, ponieważ upostaciowuje ideę wolności i wzorzec artystycznego działania, niwelującego ograniczenia zarówno zewnętrzne, jak i jednostkowe, indywidualne. Nawet jego upadek mieści się w porządku życia, bo jest konsekwencją wiary w świat wartości. Dla Dziechciarza współczesność jest już tylko prozaiczna, banalna, materialistyczna. Dostatek przedmiotów i uczta konsumpcji stwarzają pozór szczęścia, ale zarazem zamykają w kręgu bierności i wyjałowienia. W rezultacie „garbimy się od niewychylania / karlejemy od patrzenia pod nogi / łysiejemy od drapania po głowie”. Nieoczekiwanym przegranym jest zaś sztuka, zamieniona w hałas i poddana dyktatowi bezpłodnych przeobrażeń.

Sezon w Odorkowie

Jeszcze szerszą paletę groteskowych i humorystycznych ujęć rzeczywistości przynoszą utwory prozatorskie Olgerda Dziechciarza zebrane w tomach opowiadań Masakra (2007), Miasto Odorków (2009) i poMazaniec (2009) oraz w zbiorze humoresek Graf von Mann (2007). Proza zresztą otwiera przed takim sposobem pisania więcej możliwości. Satyryczne opowiastki o halucynacjach tęgiego pijusa czy apokryficzne wersje znanych bajek są tak naprawdę podpatrzonymi odbiciami codzienności. Język tych utworów czytelnie odsłania konwencję narracyjną. To świat dzisiejszy postrzegany przez pryzmat popularnych znaków kultury. Ale nie humoreski decydują o oryginalności tej prozy. Dziechciarz okazał się przede wszystkim wnikliwym portrecistą współczesnej rzeczywistości małomiasteczkowej, w której jednak jak w soczewce skupiają się wszystkie, duże i małe, problemy naszej egzystencji.

Opowiadania z tomu Miasto Odorków to świetnie zarysowane, ironiczne portrety nietuzinkowych postaci zaludniających tytułowe miasteczko. Jest więc na przykład administrator cmentarza, który traktuje tę posadę jak źródło prestiżu i nadzwyczajnych dochodów, alkoholik-miłośnik literatury, archeolog-społecznik zanadto przyglądający się innym, są bezrobotni, biznesmeni-kombinatorzy, ksiądz-konformista, dyrektorka Powiatowego Domu Kultury, burmistrz, działacze kulturalni, dziennikarze, kandydat na posła, fałszywy kombatant, anonimowi internauci, miejscowy literat, śmieciarz i wielu innych, których spotkać można w każdym polskim mieście. Odorków to kumulacja prowincjonalizmu, konformizmu, prostactwa, nepotyzmu, korupcji oraz całego szeregu innych klęsk duchowych i społecznych. Ale to również świat przegranych ideałów, nieudanych biografii, niesprzyjających okoliczności. To podszewka rzeczywistości, pod którą widać i bezwzględność, i samotność.

Książka Dziechciarza nie jest jednak diagnozą patologii, ale raczej przejmującą opowieścią o zgorzknieniu życiem, jałowości planów i marzeń, przemijaniu uczuć, popadaniu w marazm, budowaniu iluzji. Autor rezygnuje z dosłowności i swoich bohaterów stawia w sytuacjach groteskowo przerysowanych. Ten zabieg umożliwia mu wyswobodzenie się z kontekstu Olkusza-Odorkowa i skonstruowanie przestrzeni surrealistycznej, której znakiem jest właśnie reprezentatywność i typowość. Myślę więc, że Olkuszanie nie powinni obrażać się na pisarza, bo Odorków to miasto wykreowane, będące literacką wizją oportunistycznej mentalności w ogóle. Takie realia są wszędzie. A jeśli spotkają w samym tekście żartobliwe aluzje w rodzaju Fabryki Nocników Aluminiowych, to niech uśmiechną się i przyklasną językowej wynalazczości autora.
Zaletą tej prozy jest bowiem język, swobodny, lekki, niestroniący od żartu i kpiny, przydający szarej rzeczywistości blasku a postaciom niebanalnych rysów. Autor po raz kolejny dowodzi nie tylko słuchu językowego, ale również finezji stylistycznej i kompozycyjnej (nie darmo całość opatrzył cytatami z dzieł Płatonowa i Borgesa). Jednego z bohaterów nazywa na przykład Plotynem, bo plecie trzy po trzy, a opowieść o Dyrektorce placówki kulturalnej kończy puentą: „Pomysł spodobał się dyrektorce, bo zawsze najbardziej podobały jej się własne koncepty”.

Od tonu groteskowego odchodzi z kolei pisarz w tomie poMazaniec, zawierającym krótkie utwory prozą, określone w tytule jako „przebłyski, fragmenty”. To książka najbardziej osobista, bo złożona z tego, co zachowała pamięć dzieciństwa. Autor postawił przed sobą zadanie odtworzenia najwcześniejszych swoich wrażeń i tym samym nakreślił topografię przestrzenną i duchową pierwszego etapu swego życia. Byłoby to zadanie stosunkowo łatwe, gdyby nie świadomość, że dzieciństwo stanowi jeden z najważniejszych tematów literatury i niełatwo dzisiaj nadać swym pierwszym doświadczeniom indywidualnym oryginalny kształt artystyczny. Olgerd Dziechciarz postawił na prostą, fragmentaryczną i nieubarwioną eksplorację pamięci, odtwarzającą – o ile to możliwe – jakość i skalę dziecięcych przeżyć. „Zostały mi przebłyski – pisze we Wstępie – i fragmenty, z których usiłuję coś ułożyć”. I właśnie aby to układanie nie uczynić nadto porządkującym (a może i zafałszowującym), posłużył się układem alfabetycznym. Przed czytelnikiem otwiera się zatem kalejdoskop przeżyć, zabaw, wygłupów czy wtajemniczeń, które można czytać w dowolnej kolejności i dostrzegać w nich ślady kolejnych inicjacji. Co ważne, autor skupia się na odtwarzaniu faktów i nie skrywa dystansu narracyjnego, dzięki czemu unika mitologizowania. Szczegóły, detale, wrażliwość sensualna – to walory tego ujęcia. Natomiast samo dzieciństwo jest czasem poznawania i tracenia, niesłychanej intensywności istnienia i późniejszej świadomości nieosiągalności takich doznań. Prostota, naiwność i Miłoszowska uważność zamienione zostają w schematyzm i rutynę. Dojrzałość jest niczym więcej tylko wygnaniem z dzieciństwa.

Spokojnie, to tylko felieton

Trzecią wreszcie, chociaż najbardziej rozległą i może najbliższą samemu autorowi, dziedziną aktywności pisarskiej jest felietonistyka (i gatunki pokrewne). Uprawia ją od roku 1990 i ma na swym koncie setki, jeśli nie tysiące, tego rodzaju wypowiedzi publikowanych na łamach m. in. „Przeglądu Olkuskiego”, „Trybuny Śląskiej”, „Wiadomości Zagłębia”, „Tygodnika Powszechnego”, „Gazety Krakowskiej” czy „Dziennika Polskiego”. Część z nich zebrał w trzech tomach felietonów: Siodłanie krowy czyli artykuły ostatniej potrzeby (2003), Partykularne interesy (2005) i Olkusz dla opornych (2006). Większość z nich dotyczy, rzecz jasna, Olkusza i spraw z nim związanych. Jak napisał Krzysztof Kocjan, Olgerd Dziechciarz jest nieuleczalnie chory na Olkusz i nie potrafi być obojętny w stosunku do swego rodzinnego miasta. Czytane z dzisiejszej perspektywy felietony te są poniekąd subiektywną kroniką nie tylko miejskiego życia, ale szerzej – polskiej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych i pierwszych, a także procesu transformacji nie tyle politycznej, ile społecznej i mentalnej.

Autor Olkusza dla opornych jest felietonistą wzorcowym – błyskotliwym i niepokornym, zasłuchanym i zaangażowanym, ironicznym i nieufnym. Razi go głupota, bezmyślność, oportunizm czy niekompetencja. Z każdego drobiazgu potrafi zbudować atrakcyjną językowo i celną merytorycznie całość. Uniwersalizuje i uszczegóławia, głaszcze i kłuje. A przede wszystkim potrafi dostrzec w codzienności rysy groteskowe i wykrzesać z nich wyzwalający śmiech. Jak każdy felietonista styka się pewno z garstką entuzjastów i milczącą większością, której tak czy inaczej kiedyś się naraził. Ale od zarzutów krytykanctwa broni go talent, warsztat i autentyczna pasja regionalisty. Jej świadectwami są pozostałe publikacje Dziechciarza, popularyzujące dzieje ziemi olkuskiej, na przykład cztery tomy Przewodnika po ziemi olkuskiej, Heretycy regionu olkuskiego czy Olkuskie ongiś i dziś.

Wspomnianą wcześniej książkę o dzieciństwie autor nazwał wieloznacznie poMazaniec, odwołując się do miejsca zwanego Mazańcem, ale i do niejasnych skojarzeń z mazaniem (pisaniem), wymazywaniem czy – autoironicznie – z wybraniem albo przeznaczeniem (pomazaniec – wybraniec). W tym prześmiewczym nazwaniu zobaczyć można sugestywną metaforę jego pisarstwa, które jest ciągłym zapisywaniem, utrwalaniem, dochodzeniem do ukrytego sedna zjawisk.

Janusz Pasterski

 

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio