Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PODRÓŻNI ŚWIATA, MIESZKAŃCY KONTYNENTÓW:


Włodzimierz Odojewski
Ostatni Żyd w miasteczku

Był początek, a może połowa listopada, kiedy mama wysłała mnie i Maryjkę z Poznania do Kłecka, ówczesnego miejsca zamieszkania dziadków. Miałem wtedy dziewięć lat. Dokładniej to dziewięć i pięć miesięcy. Wysłała mnie razem z siostrą Maryjką pod czyjąś tam opieką na wieś, bo to tak się zwykle mówiło: na wieś, jedziemy na wieś, byliśmy na wsi, choć - konkretnie -wieś ta była miasteczkiem, i to wcale nie tak małym, liczyła bowiem kilka set mieszkańców. W każdym razie tyle przed wojną. A wtedy, po tym wszystkim, co dopiero co miasteczko we wrześniu przeszło i przecierpiało, to trudno było powiedzieć. Pewnie o co najmniej jedną trzecią mniej.

Wtedy wciąż było jeszcze jesiennie ciepło. Światło słoneczne rozlewało się po niebie bez chmur aż po odległy o kilometry horyzont, zamglone nieco, ale mimo to jasne. Dziadkowie pędzili nas z domu na podwórze, do ogrodu, nad pobliskie jezioro, na łąki nad jeziorem i za jeziorem. Byle byśmy nie siedzieli wśród czterech ścian. I nie wysłuchiwali o czym oni, dorośli, mówią. Mieliśmy się bawić. Tym bardziej, że już znaliśmy całą gromadę rówieśników z okolicznych domów, którzy do szkoły nie poszli, bo szkoły dla Polaków nie było. „Bawcie się, tylko nie oddalajcie się zbytnio, bo coś się może stać!”. Nie mówili wprawdzie, co stać się może, ale to już dowiedzieliśmy się bez trudu sami. Co stać się może, jeżeli nie będzie się uważało. A dowiedzieliśmy się od miejscowych, więc bardziej rozeznanych we wszystkim, pamiętających, co się w miasteczku działo niedawno jeszcze, bo widzieli na własne oczy.

Otóż że miasteczko zapełniły wtedy tłumy uciekinierów z miejscowości położonych bardziej na zachód, którym niemieckie oddziały podchodzące drogą i przez pola od przeciwnej strony jeziora, deptały po piętach. Że na dachy domów od tejże, miasteczkowej strony wyległo trochę polskich żołnierzy, pewnie z jakiegoś rozproszonego oddziału, trochę harcerzy, trochę cywilów, trochę peowiaków, którzy pozbierali porzuconą tu i ówdzie broń. Że przez półtora dnia bronili wtopionego pomiędzy dwa jeziora miasteczka, aż atakujący Niemcy pojęli, że od przeciwnej strony można do miasteczka wejść bez żadnego trudu. No i w dwie godziny albo trzy, jeziora okrążyli, do miasteczka od tamtej strony wkroczyli, a potem była krwawa rozprawa. Bo jeńca nie brali. Jedni mówili: dziesiątki rozstrzelanych, inni mówili, że setki, jeszcze zaś inni, że dużo więcej, bo na rozstrzelanie brali zarówno z miejscowych, jak i z tych licznych uciekinierów, z innych, dalszych stron, którymi miasteczko było wtedy po brzegi wypełnione. Z domów, z obejść gospodarskich wypędzano, gromadzono na rynku w szeregach. I z szeregu wybierano. Jakiś z ich „selbschutzu”* volksdeutsch co trzeciego, może co piątego. Różnie później mówiono. Może zresztą takich z „selbschutzu” drani było więcej. Część miejscowych Żydów to też od razu na rozstrzelanie popędzono. Zaraz pierwszego dnia. Gdzieś tam na poboczu drogi pokazywano nam i ich groby. Bo chrześcijańskie to były na cytadeli za miasteczkiem. Ale nam, dzieciom nie pozwalano na cytadelę iść, gdzie te groby rozstrzelanych były najliczniejsze, tylko jeden widzieliśmy, po przeciwnej stronie miasteczka, niedaleko alei, która wiodła do dworca. Choć nikt nie wiedział kogo tam pogrzebano. Czy chrześcijan czy żydów. A mimo że to wszystko straszliwe zdarzyło się tak niedawno, w domu nie mówiło się o tym, albo nawet mówiło, ale tak jakby zdarzyło się to przed wieloma laty, przed naszym urodzeniem nawet, albo przeczytane zostało przez kogoś w jakiejś książce i opowiedziane tylko. Do tego po cichu.

Ale ja przecież nie chcę tutaj snuć historii miasteczka, ani tego, co się zdarzyło w samym miasteczku i wokół niego w pierwszych dniach wojny, czego sam nie widziałem a znałem z cudzych relacji tylko, ale o tym późno-listopadowym już poranku, kiedy skrzyknęliśmy się całą paczką opodal rynku; pewnie z pięciu chłopaków nas było i dwie dziewczyny (pamięć mnie chyba nie zawodzi), i mieliśmy zamiar pójść na bagna Świętej Barbary za miasteczkiem, gdzie w pobliżu starego, pocholerycznego cmentarza na wzgórku, były tuż obok, na wpół w bagnach utopione, dobrze widoczne ślady przedwojennego jeszcze wykopaliska starosłowiańskiego, wtedy rozkopanego i przez wojnę zaniechanego. Chcieliśmy pochodzić tam w „te i we w te”, rozejrzeć się i pogrzebać w ziemi. Bo mówiło się w miasteczku, że to i owo można tam, jak się dobrze szuka, znaleźć, jakąś starą mosiężną monetę, figurkę kamienną, jakąś skorupę z naczynia z wypalonej gliny z malowankami na wierzchu (trzeba było dobrze glinę obmyć, oskrobać, odczyścić i nadawała się do postawienia w domu na kredensie), ale daleko nie zaszliśmy. Bo jak tylko tą główną ulicą prowadzącą od rynku zbliżyliśmy się do jej końca, gdzie ostatni dom po lewej stronie to była piekarnia i jakieś z dwie albo trzy chałupki, a dalej mleczarnia jeszcze i już koniec, już poza miasteczkowe łąki (ale do mleczarni nie dochodząc), to ujrzeliśmy, jak z bocznej, przed tą mleczarnią wąskiej uliczki od jeziora prowadzącej, wyszedł Żyd. W czarnym chałacie i białych, wyłaniających się z butów skarpetach, z czarną jarmułką na głowie. Nie młody, nie stary, w średnich latach jeszcze i wysokiej, pokaźnej postury. Żyd z brodą, równo na wysokości pół piersi przyciętą. Patrzący gdzieś daleko przed siebie, nie na nas. Ale musiał nas widzieć, bo zanim się z nami zrównał, w odległości paru kroków, zbliżając się, zszedł z chodnika na bruk jezdni, ustępując nam z drogi; potem, idąc po tych kocich łbach jezdni minął nas, i dopiero, gdy podchodził do pustego o tej porze rynku, na powrót wkroczył na chodnik.

Patrzyliśmy za nim stojąc tam w tym samym miejscy gdzie nas minął, jak zastygli, bez słowa, nie potrafiąc odezwać się do siebie tak długo, aż się gdzieś u przeciwległego wylotu rynku zupełnie oddalił, w uliczkę prowadzącą obok kościoła ewangelickiego się wtopił. A wtedy, jeszcze zanim któryś z nas powiedział jakieś słowo, jedna z dziewczyn zaczęła cicho płakać. Druga, starsza ją objęła, przytuliła i głaskała po plecach. Jeden z chłopaków nagle powiedział cicho: „On się gdzieś ukrywał. Ale nikt go nie wydał”. „Miał dość” dorzucił drugi, najstarszy z nas, najbardziej doświadczony. Jakoś tak twardo, ostro. A ten pierwszy chłopak powiedział na to: „On poszedł do niemieckiego komisariatu za rynkiem”. Równie ostro jak tamten. Dziewczyny zaś dalej płakały. I każdy z nas już wiedział, że on, ten napotkany właśnie Żyd, tak uroczyście na czarno ubrany, szedł na śmierć. Więc to było tak, jak byśmy wszyscy razem o śmierć raptem się otarli.

Wróciliśmy zaraz do domów. Nie wiem czy powiedzieliśmy o spotkaniu rodzicom. Ja w każdym razie dziadkom nie powiedziałem nic. Ale zapamiętałem. Jak on, widząc naszą gromadkę, schodzi z chodnika na jezdnię. Bo tak było nakazane, kiedy jeszcze w miasteczku Żydzi tu i tam byli. To słyszeliśmy. Żeby ustępowali z drogi, chodzili jezdnią. Nie po chodniku.

Nie wiem dlaczego mi się to wszystko teraz właśnie przypomina. Po tylu latach. Jak tam, idąc po tych kocich łbach jezdni, powoli nas mijał. Czarna postać w obszernym chałacie, z czarną jarmułką na głowie. Spóźniony przechodzień. Nie zapamiętałem tylko twarzy. Ale zapamiętałem to, że jego wzrok był jakby niewidzący, utkwiony gdzieś daleko w przestrzeni. Najgorzej, gdy przypomina się nocą. Chciałbym jeszcze teraz, po dziesięcioleciach, pojechać do tego miasteczka, nierozpoznany przez nikogo pochodzić ulicami, przypomnieć sobie gdzie kto wówczas mieszkał, kilka twarzy, kilka imion, odszukać drzewo na skraju czyjegoś ogrodu nad jeziorem, na którego korze wyżłobiłem scyzorykiem pierwsze litery imion - swojego i dziewczynki, w której byłem bardzo zakochany. Mając pewność, że poczuję znowu na ramieniu dotyk jej dłoni, zaciskającej się, jak wtedy, gdy obok nas jezdnią ten Żyd przechodził, gdy nas idąc po kocich łbach bez słowa omijał. Nie sądzę, że mógłbym dowiedzieć się czegoś o nim. Ci ludzie, którzy w tamtym czasie w miasteczku mieszkali, dawno zmarli albo rozproszyli się po świecie. Ale może komuś z dzisiaj tam mieszkających opowiedziałbym tę historię. Jako straszliwe memento.


Włodzimierz Odojewski

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio