Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PORTRETY:


Jolanta Stefko
Wódociąg (fragment powieści)
 

Piwnica, strych. Bardziej jednak strych. Tak podobny do strachu.
Zatem na strych wchodziło się po schodach prowadzących z garażu. Dlatego zwykle nikt nie mógł zauważyć kiedy tam wchodził. Niekiedy zabierał z sobą coś do jedzenia, jakieś owoce czy słodycze, butelkę soku. Kładł to wszystko na starym biurku pod oknem. To biurko bardzo mu się podobało i nawet nie miałby nic przeciwko temu, by znalazło się w jego pokoju, ale tata tylko się skrzywił gdy mu o tym wspomniał. Powiedział, że miejsce tego okropnego grata jest właśnie na strychu. Ale to wcale nie był okropny grat, tylko fantastyczne biurko. Prawda, że nieco zniszczone i przesiąknięte tym charakterystycznym zapachem staroci. Oprócz tego biurka do jego ulubionych przedmiotów na strychu należał wielki kufer wypełniony starymi szpargałami, niepotrzebnymi dokumentami, uszkodzonymi książkami. Były też szafy pełne od dawna niemodnych ubrań. Był też wypełniony do granic pojemności kredens. Czego w nim nie było! I porcelanowe filiżanki, tylko trochę uszkodzone; i talerze na których wymalowane były całe miasteczko: na jednym ratusz, na innym gmach sądu, na kolejnym ruiny zamku, na jeszcze innym więzienie; i niezgrabna, chyba srebrna cukiernica, zamykana na klucz – klucz oczywiście już dawno gdzieś przepadł, ale zamek pozostał. Ta cukiernica zawsze go bawiła. Nie potrafił sobie wyobrazić, że cukier mógł być dla któregoś z jego przodków tak cenny, że aż musiał go zamykać na klucz – zastanawiał się po co? by jakaś biedna służąca nie posłodziła sobie herbaty czy kawy?

To właśnie strych był jego królestwem nieistnienia, nieobecności, niecierpienia, nieżalu, niegoryczy.

To tam właśnie gromadził swe zeszyty, wypełnione dziwacznymi historyjkami, które pisał przez lata. Pierwsza była Legenda o Uciekającym:

„Nie działo się to ani dawno dawno temu ani daleko stąd.
Byłem wtedy młody piękny i bogaty. Piękno odziedziczyłem po matce, bogactwo po ojcu, tylko młodość była moja.
Myślałem, że tak już będzie zawsze.
Umiejętnymi inwestycjami pomnażałem mój majątek, który rósł posłusznie i szybko.
Moje piękno pielęgnowałem starannie. Miałem wybornych krawców, pomysłowych fryzjerów, używałem eliksirów przeciwko brzydocie.

O młodość się nie kłopotałem, wydawała mi się najłatwiejsza do zachowania, byłem pewien, że nigdy się nie pomarszczę i nie posiwieję.

Minęło czasu mało wiele, ja wciąż nie miałem ani jednej zmarszczki na mym szlachetnym młodzieńczym obliczu, ani jednego siwego włosa w mych czarnych lokach.
Nic nie wzbudzało mego niepokoju.

Jednakowoż gdy czasu minęło nie mało wiele, ale dużo wiele, coś mnie zaczęło zastanawiać, ale postanowiłem niepotrzebnie się nie zamartwiać.
Nadal pomnażałem me bogactwa, ubierałem me piękne młodzieńcze ciało w piękne szaty.
Byłem taki szczęśliwy i radosny.
Przez całe moje życie, każdego dnia, byłem zadowolony ze swego życia, ze świata. Wszystko mi się podobało, wszystkim się zachwycałem.

I wtedy to się wydarzyło. Zaiste, tak dziwacznego rozwiązania zagadki mojego doskonałego życia nigdy bym się nie spodziewał. Otóż, naprawdę nie wiem w jaki sposób, ale nagle usłyszałem nieprzyjemny głos:

- Ta powieść jest po prostu idiotyczna. Już nigdy jej nie będę czytała. Ten zadowolony z siebie wiecznie młody, piękny i bogaty bohater, nie mający pojęcia, że jest tylko starą książką jest żałosny. Już dawno powinnam ją spalić!

Szybko zacząłem przeskakiwać kolejne kartki, w ostatniej chwili udało mi się wyskoczyć z okładek. Kątem oka dostrzegłem, że książka wylądowała w ogniu. Uciekałem dokąd mnie oczy poniosły.

I teraz już zawsze będę uciekał, żeby tylko nie złapał mnie żaden pisarz i nie skazał mnie na tę okrutną egzystencję bohatera literackiego.”

Kolejna była Legenda o Powracającym:
„Zdarzyło się to we czwartek.
Właśnie zjadłem śniadanie (jak zwykle płatki, jakieś owoce, trochę soku z czerwonej porzeczki) i przeglądałem to, co napisałem w nocy, kiedy poczułem czyjąś obecność za plecami. Obejrzałem się błyskawicznie. I bardziej zdziwiony niż przestraszony ujrzałem bohatera mojej najnowszej powieści. Był jakiś taki wyblakły czy może nawet nieco przezroczysty, ale od razu go poznałem. Nie bardzo wiedziałem co powiedzieć, więc zapytałem czy napije się soku, może ma ochotę na śniadanie? Płatków już nie mam, ale są parówki, ser, jogurt; w ogóle duży wybór. Z czerwonej porzeczki. I od razu zrozumiałem, że popełniłem błąd.

On spojrzał na mnie z nienawiścią i syknął przez zęby:
- Tak, parówki, sok z czerwonej porzeczki. A w tej twojej marnej powieści cóż mi uczyniłeś? Skazałeś mnie na okrutną śmierć z głodu. Jeśli już postanowiłeś mnie uśmiercić nie mogłeś się wykazać choćby odrobiną litości? Ale ty wpadłeś na genialny pomysł – że ja będę się straszliwie męczył przez długie tygodnie, a ty tylko to opiszesz, wydasz książkę, staniesz się sławny, będziesz udzielał wywiadów i zachwycał się swoimi zdjęciami w kolorowych pisemkach. O nie, po moim trupie!

Byłem wściekły na samego siebie. I na Goethego. To przecież on w rozmowach z Eckermannem zauważył, że najlepiej kończyć pisanie w momencie, kiedy ma się jasność co do dalszego ciągu. Wtedy łatwiej się pisze następnego dnia. A ja już byłem tak blisko końca, tak blisko śmierci głodowej mojego na razie jedynie straszliwie wygłodzonego bohatera. Ale wiedziałem, że ta agonia musi trwać jeszcze kilkanaście stron. Poszedłem więc spać, była chyba czwarta rano. Obudziłem się przed południem. Od razu chciałem zabrać się za pisanie, ale poczułem straszny głód. I nic dziwnego, przypomniałem sobie, że nie jadłem obiadu ani kolacji, tylko pisałem.

Kombinowałem, co mam teraz zrobić. Ten jego pełen wyrzutów wzrok wlepiony we mnie. Te jego zaciśnięte pięści. Ten jego syczący głos:
- Zmienisz to szybko. Żadnej śmierci głodowej. W ogóle żadnej śmierci. Zrozumiałeś?
Podjąłem błyskawiczną decyzję. Znalazłem rozwiązanie problemu. Kiwnąłem głową, że niby zrozumiałem, i że niby się zgadzam. Zasiadłem do pisania. Zdążyłem napisać: „Umarł z głodu”, gdy usłyszałem pełen wściekłości krzyk. Ale było już za późno. Zniknął w tej samej chwili. Odetchnąłem z ulgą.

Wyszedłem na długi spacer. Zadzwoniłem do mojej dziewczyny. Umówiłem się z nią na obiad w restauracji. Spędziliśmy naprawdę miły dzień. A potem noc spędziliśmy równie miło, a właściwie jeszcze milej.

Obudziłem się wcześnie rano. Diabelnie chciało mi się pić. Ostrożnie, żeby jej nie zbudzić, wysunąłem się z jej objęć. Poszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę. Był tylko sok z czerwonej porzeczki. Już miałem nalewać do szklanki, kiedy poczułem jakiś nieprzyjemnie zgniły odór – zepsutego mięsa? Odwróciłem się i zobaczyłem jego. Bohatera mojej najnowszej powieści. Wyglądał jak świeży trup. Wiedziałem, co będzie dalej.”
Trzecia tekst był najkrótszy, a miał tytuł Legenda o Nieruchomym:
„Nie, zupełnie nie pamiętam mojego ostatniego ruchu. Musiało to być bardzo dawno temu, albo jeszcze dawniej. Czy wszedłem na najwyższą górę? Czy przepłynąłem największe morze? Czy podszedłem na balu sylwestrowym do najpiękniejszej dziewczyny, aby ją poprosić do tańca, a potem szedłem już zawsze razem z nią przez całe życie?
Niekiedy tak mi się wydaje coś nieprzyjemnie prawdziwego – że ja zawsze byłem taki; i jeszcze – że zawsze byłem w tym samym miejscu. Nie tylko nie zrobiłem tego ostatniego kroku, ale nie zrobiłem też kroku pierwszego.
Zrezygnowałem?
Nie zaryzykowałem?
Nie zagrałem o najwyższą stawkę?
Urodziłem się, by być jak kamień.
Urodziłem się, by być kamieniem.
Urodziłem się, by nigdy nie żyjąc, żyć wiecznie.
Pamiętając, że wieczność to tylko chwila, która zdycha i zdycha, a zdechnąć nie może.”

Te historyjki po jakimś czasie zaczął uzupełniać rysunkami, a w końcu proporcje się odwróciły zupełnie – i tekst stanowił co najwyżej dodatek do rysunku. Czyli były to w jakiejś mierze komiksy, chociaż sam tak tego nie określał, bo nie cierpiał komiksów. Przejrzał kilka, czy kilkanaście i wszystkie bez wyjątku były głupawe.
Szczególnie chętnie wracał do zeszytu, w którym opowiadał o swoim ojcu, o jego
nieobecności, o jego nałogu – i o swojej nadziei, że któregoś dnia (…)

*

W dzieciństwie fascynował go zawód taty, wydawało mu się czymś niesamowitym to, czego potrafił dokonać. Oczywiście też chciał zostać inżynierem, też chciał budować mosty. Chciał być taki sam jak tata.

A potem – niezauważalnie, nieodwołalnie – mu to przeszło. I nie chciał być w niczym do niego podobny. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego, żadnych podobnych cech charakteru, żadnych wspólnych zainteresowań, żadnych identycznych gustów.

Ale prawdziwą radość poczuł dopiero, gdy poinformował go, na jaką uczelnię się wybiera – na ASP! Tata z niedowierzaniem pokręcił głową. Zaczął go przekonywać, że popełnia poważny błąd, z jego zdolnościami matematycznymi może przecież dostać się na każdy kierunek na Politechnice. Jednak on oczywiście zdania nie zmienił. I wcale go nie dziwiła dezaprobata taty. Z wyraźną wyższością, jeśli nie pogardą wyrażał się o humanistach, jakichś tam niepotrzebnych nikomu poetach, pisarzach czy malarzach. Nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że kogoś, kto napisał jakiś tam bzdurny poemat, umieszcza się we wszystkich encyklopediach, stawia się mu pomniki, nazywa jego imieniem ulice, szkoły – gdy tymczasem o architektach, inżynierach, czyli ludziach, którzy stworzyli rzeczywiście coś ważnego i potrzebnego mało kto wie. A przecież bez wierszy można żyć, lecz jak żyć bez mostów? Społeczeństwo powinno cenić prawdziwe osiągnięcia, prawdziwych twórców, ale nie artystów. Czy da się zamieszkać w wierszu? Czy można się najeść powieścią? Czy można się ubrać obrazem? Nie, w życiu trzeba coś robić przydatnego dla innych ludzi, a nie bawić się i pasożytować na społeczeństwie.

Słuchał nieuważnie tej tyrady. Znał na pamięć wszystkie argumenty, ale do niego one nie trafiały. Nie zamierzał zostać bohaterem pozytywnym, czyli inżynierem. Wolał być malarzem-nierobem-pasożytem.

Czy chodziło o to, że lubił malować, czy też o to, żeby zrobić tacie na złość?
Pewno jedno i drugie.

Bo przecież rzeczywiście bardzo chętnie rysował i malował już od najwcześniejszych lat, i widać było, że ma duży talent.

Pierwszy namalowany obrazek; miał wtedy niecałe 4 lata. To jest coś w rodzaju obrazka raczej niż rzeczywiście obrazek, nie zapamiętał, co na nim było; pamiętał jedynie, że farby były plakatowe, a na odwrocie napisana dokładna data – dzień, miesiąc, rok, ręką jego taty. Tak, tata początkowo mocno przeżywał jego niesamowite zdolności: „cztery lata, niecałe cztery lata, i jak potrafi malować! Ten pies (innym razem kot) jak żywy! Niewiarygodne, taki mały chłopczyk, i żeby tak malować” – zachwycał się, a razem z nim babcia, ciotki. Przechowywali wszystkie jego rysunki. Potem im to przeszło. Przestali się zachwycać, ulotniły się ich skłonności archiwistyczne wobec jego twórczości.

Co wtedy rysował najchętniej? Właściwie to nie rysował, lecz odrysowywał to co widział wokół. Zwierzęta, psa, kota, kanarka, papugi, żółwie, tatę, babcię, ciotki, dom, drzewa, niebo, słońce, drzewa. Najczęściej malował drzewa, sam nie wiedział dlaczego. Za-pewne imponowały mu, a może tylko dlatego, że po prostu były w zasięgu wzroku.
Rysowało się.
Przez lata.
Rodzina zachwycała się (do czasu).

Nauczycielki w szkole zachwycały się (bez ograniczeń czasowych) piszczały z podziwu: „Jakiż ten nasz Mikołaj utalentowany!” i kazały rysować do gazetki ściennej, wysyłały jego dziełka na konkursy plastyczne. W których zdobywał zawsze pierwsze nagrody. Rzecz jasna rzeczowe. Farby, pędzle, niekiedy – nawet dość często – jakiś album. Najbardziej zadowolony był z albumów Boscha, Rembrandta, Breugla, Arcimbolda i Schielego. Dość może dziwnie i niezbyt konsekwentnie, ale tak się właśnie przedstawiał zestaw jego ulubionych malarzy. Do którego z biegiem czasu włączył Bacona i Beksińskiego. ale niestety zdarzyło mu się też kilka razy otrzymać albumy Kossaków. Niestety, ale właśnie ich albumy były największe, a jemu to malarstwo tak bardzo się nie podobało. I jeszcze musiało tych Kossaków być tak wielu, jakby jeden nie wystarczał. I te albumy schował w najmniej dostępnym miejscu, otwierał je rzadko, tylko w tym celu by przypomnieć sobie jak nie należy, czy wręcz nie wolno malować.

Długo trwało, nim uświadomił sobie, że żaden z najwybitniejszych malarzy świata nie był Polakiem. W muzyce jakiś może by się znalazł, nie szkodzi, że ten Polak trochę francuski, w literaturze też by się coś znalazło, ale w malarstwie nie. Ciekawe, dlaczego?
Może dlatego, że Polacy mieli gust Kossakowski? I nie potrzebowali malarstwa do niczego więcej, niż do ozdoby zakurzonych salonów?

Wprawdzie jemu też zdarzało się – zwłaszcza we wcześniejszym okresie – namalować coś w rodzaju konia, ale tylko coś w rodzaju. I tylko dlatego, że chciał sprawdzić, czy potrafi wszystko namalować. I przekonał się, że tak; tylko że na tym jego koniu to nie jechał Piłsudski lecz śmierć. Która uciekała od ludzi, bo stali się tak odrażającym gatunkiem, że nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. A ludzie z jej odejścia wcale się nie ucieszyli, ponieważ to znaczyło, że zostali skazani na swoje towarzystwo na wieczność.

Ale chociaż malował coraz ciemniejsze obrazy, to ogólnie było ładnie i miło i beztrosko. [...]

 


Jolanta Stefko

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio