Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PORTRETY:


Jorie Graham

AMBRA*
 

Ponieważ nasza skóra jest kompletnym krajobrazem, oceanem,
musimy być niezapomniani albo nie być wcale.
 
Kałamarnice, nieznane ludzkim oczom, wypływają
zwabione odblaskiem księżyca na wodzie – coś,
 
co umyka tak wytrwale, musi być warte pożądania.
Wtedy osiadają na mieliznach lub dopada je
 
ich wróg, wieloryb. Czasami rybacy
wieszają papierowe latarnie na dziobach łódek
 
i wiosłują do brzegu, tyłem. Tak dużo czasu
potrzeba, żeby uwierzyć
 
w dowody.
Weźmy połamany księżyc nad falami,
 
brakujący zapach jego blasku
w słonej wodzie – w końcu
 
wzór staje się jasny. Kałamarnica olbrzymia,
którą rzadko widuje się za życia, lecz wielorybnicy
 
często znajdują jej zwłoki w wielorybach.
Tam wydziela swoje mocne wonie,
 
swojego ducha – Joy, Fly By Night, Green
Paradise
, zawsze dążąc do tego,
 
czym musi się stać na końcu. Jakże się nazywała, ambra?
porusza się przede mną, prawie na dotknięcie –
 
jaśmin, lawenda, bergamotka, róża...

W GARŚCI
 
Ptak wracający do krzewu,
jak idea powracająca do
intencji, poszukuje
przeoczonych odkryć,
zanim znowu spróbuje
wzlecieć.
Mały czarny duszek
stula skrzydła,
najcichszy akordeon,
którego muzyka jest
lądowaniem doskonałym,
zniknięciem
w niebezpiecznym
przedwiosennym ciele
forsycji. Tak jak my
od czasu do czasu
musimy znów złapać
całość języka
w poszukiwaniu
lepszych pragnień.
Gdybyśmy tylko mogli
wyobrazić sobie lepszy tor
lotu; dostajemy
to, czego nam trzeba.
I spójrz, jaki piękny staje się
alfabet, kiedy mości się
w nim przypadkowość,
jak matka zmęczona
rozczarowaniem
i utrzymująca nas
w niewiedzy – odchodzi
mężczyzna, którego
chcielibyśmy pamiętać
i któremu przypisujemy
wszystkie wyjaśnienia.
W garści,
w umyśle,
jak jasno zdajesz sobie sprawę,
co masz, jak jasno,
co będzie chciał zrobić, i zrobi,
gdy go wypuścisz.

SKŁADNIA
 
Jak czarne liście o świcie i o zmierzchu  
przelatują szpaki, 
skrzydlata regularna składnia. 
Nagrobki nachylają się, każdy  
mniej lub bardziej niż sąsiad, 
jakby chciały ogarnąć 
całość – 
podobnie jak w tłumie 
 
przemieszczamy się, żeby wykluczyć 
innych, nie poniżając ich, 
albo jak chcielibyśmy  
móc usunąć się na bok 
bez wycofywania się z rozmowy  
lub pragnienia. 
Podobno oko najbardziej należy do nas, 
kiedy je zamykamy, 
a przedmioty nie dają po sobie znać, 
 
że są widziane. 
Być może więc przemieszczamy się, 
żeby zobaczyć, jak drzewo stoi w miejscu 
albo oddala się od nas,  
żeby odczuć stratę, a nie odległość. 
Kiedy zamarzł staw, 
wyryliśmy nasze imiona na jego kruchej powierzchni 
przeskakując z litery na literę, 
 
żeby nie zostawić śladów. 
Z radości napisałam swoje imię z błędem, 
kiedy zobaczyłam, jakie jest wielkie, i że tam zostanie,  
dopóki pierwsza odwilż  
nie przeszyje wody 
jak igła. 
Wiosną polowaliśmy na ryczące żaby. 
Łapaliśmy te, które wydawały dźwięk. 

W KABARECIE „TERAZ”*
 

Amerykanie są osamotnieni. Nie wiedzą, co się stało.
Nie śpią jeszcze i tyle zostało czasu do zabicia.
Muzycy wciąż jeszcze są opłaceni, więc grają dalej.
Saksofonista zdyszany pnie się po drabinie w górę.
Chcą być szczęśliwi. Chcą po prostu pozwolić płynąć
nutom, śmiertelnym ranom, wszytko jest
opłacone, więc co tam, każdy oddech niesie się w górę, w górę,
zastanawiają się oczywiście Czy uda mu się Jak długo
wytrzyma? Biegłość, książę tego królestwa, jest teraz przy jego
stoliku.
Czy jest jeszcze inny mistrz, również w tym miejscu, przy
stoliku z tyłu, stały bywalec, ktoś, kogo nie rozpoznajemy,
lecz kogo zna kierownik sali, ktoś, kto nigdy nie
klaszcze?
Widzisz, tu nie chodzi o zakończenie ani o to,
co dzieje się potem.
Chodzi o oddech i w jaki sposób dosięga rąk trębacza,
w jaki sposób ręce o mało nie dotykają oddechu,
i jak ta złota rzecz skrzy się pomiędzy jednym i drugim,
jedyne wyjście – długa droga – uwięzienie.
Tak jak ta rzecz teraz, powolna, poszerzająca metaforę, żeby
zrobić miejsce. Złożyć przysięgę. Przez co rozumie się,
popatrz, jaka tu dziś różnorodność, jak dopisała publiczność,
niektórzy z nich mówią tak, tak, inni nie,
czyż nie brzmią dobrze razem?
A wszędzie dokoła przestrzeń i zarodniki
i zielona ciągłość.
A muzycy wciąż jeszcze są opłaceni, więc niech grają.
A wszędzie dokoła bezruch –
ale nie myśl o tym, nie wolno ci.
I matka, która została w domu, rzecz jasna, ponieważ jej ciało...
Adieu.
Adieu.
Oto opowieść o małym, surowym posłuszeństwie,
ludzkiej krwi.
I jak rozlała się we wszystkie swoje rzeki.
Niewielki strumień, tak naprawdę, pośród innych strumieni.
Dzieci w nim śmieją się i śmieją, co jest odgłosem
dojrzewania.
Którego muzycy nie potrafią zagrać – ale to już inna
bajka.
Ktoś ich zaprosił, ludzkość, i weszli do środka.
Powiedzieli, że wiedzą, a potem wiedzieli.
Stworzyli brzeg pod nazwą sprawiedliwość, a potem drugi,
pod nazwą zaczynającą się od „nie”.
Pływali w rzece, choć czasem były to nuty.
Niektóre nuty są czyste, nawet teraz, tak.
Znali się między sobą, potem nadeszła zima,
która była kurtyną, a  potem wiosna, kiedy spostrzegli,
że była kurtyną.
Co doprowadza nas tutaj, do gwóździa programu: lato, Amerykanie.
Chciałabym móc ci to opowiedzieć – pan taki i taki unosi kieliszek,
jego stolik jest niespokojny,
i jak wtedy podchodzi ona i sunąc pośród stolików
szepce to istnieje – co wystarczy, żeby doprowadzić ich do szaleństwa –
szepce ostry jak sól, szepce słoma rozpala się na twój widok –
Amerykanie szepcą: to nie dzieje się naprawdę, nie ruszać się.
A wtedy ten z tyłu, którego nikt nie zna, zaczyna bić brawo,
sam jeden,
płaski dźwięk, jakby ciało bijące o ciało, ale tylko jakby.
Powiedz,
dlaczego żyliśmy, Panie?
Krwi na wietrze,
po co dane nam było żyć?

GUANTANAMO*
 

Księżyca ubywa. Właśnie wschodzi. Skrzypiąc. Głęboko
  ponad umęczonymi kontynentami. Ciekawe mówi moja
  pełnia. Nikt nikt mówi pokój, w którym
  leżę bez ruchu w
ciemności i patrzę. Twoje serce mówi księżyc, ubywając i wschodząc wyżej. Gdzie to jest. Twoja
  twierdza, twoje oczy twój palec na
  spuście twój kręgosłup twoje argumenty – lepiej też
  nie zezwalać na dotyk,
utrzymywać dystans, pozwolić wyciec krwi i żeby białe gwiazdy cię ogryzły, i cierń
  tak biały na polu na zewnątrz,
i piasek rozpościelający się na długiej plaży, żołnierze przygotowujący się, rzut oka
  wzwyż, podczas kluczowych słów, modlitwy, przed
  schwytaniem, drżenie
w którym nie ma nienawiści, ani też miłości, jest bezstronne, tak, bez-
  krwiste, jak gdy dajmy na to kolega woła
  w czasie kiedy dłoń przesuwa
bezpiecznik, i stanowisko jest nieobsadzone, i brzmienie wody staje się ciemniejsze, i wiatr
  porusza trawą, i bezgłośnie
  płynie chłód jak oczy
psa, stróżujący pies wypatruje różnic – tylko różnic – i tego, co zrobiono
  w twoim imieniu, i twoich więźniów, kiedy trafiają
  do twojego ośrodka odosobnienia, tam, w twoich
oczach, aresztu, głęboko w źrenicy, rozmiękczanie, natężasz
  uwagę, twoje oczy, twoja twierdza, twoja cela,
w końcu to twoje, tak, to co do niej wsadziłeś, chwyć to, chwyć
  to, nie ma prawa, nie można cię
zaskarżyć, patrz ile chcesz, będzie się dla ciebie wić, w tym wschodzącym świetle, bez
  konsekwencji, zmieniającym cię w
  ducha, bezgłośnie, bezgłośnie wieczór
przechodzi w noc, wydawało się, że słowa są wszystkim, a potem
  prawnicy je unieważniają,
unieważnia się wysychające jeziora, zamordowane morza, niewolników w
  wodzie, z obcego gatunku, unieważnia się jak następuje
zmieszaj krew, napełnij kasę, częstuj się mięsem, podłóż ogień, załóż równik, ukryj
  pochodzenie, powiedz jesteście usprawiedliwieni, powiedz
to jedynie perswazyjne niedobrowolne techniki przesłuchań, np. podaj
  nazwisko, podaj, wezmę je, zmienię jego
kwalifikację, pozbawię cię dostępu do ciebie, tak sobie, na chwilę, nie będzie bardzo
  bolało, pomyśl o ogrodzie, pozwól myślom
wędrować, myśl o morzu, wietrze, grzmocie, korzeniu, myśl o drzewie, które cię
  podtrzyma, wyobraź sobie, jak cię
podtrzymuje, stań się tym kim jesteś, zdecyduj się, szybko, to ułatwi sprawę. Księżyc jest
  zimniejszy niż myślisz. Jest pełen zupełnie nie
tego naszego bezruchu. Próbujemy być niewidoczni. W bezruchu, jakby to było odrębne
  życie, w które można się wśliznąć. W swoich skórach
olśniewamy niebyciem. To sztuczka, rzecz jasna, ale czasem działa. W przeciwnym
  razie znajdą nas, zmuszą do
krzyku i pełzania. Będziemy pragnąć przebaczenia, nieważne czego, nie ma
  faktów. Księżycu, kto napisze
ostatni wiersz. Twój welon powiewa, przez jego bezużyteczność zdaje nam się, jakby
  jeszcze był czas, jest około drugiej,
prosisz, żebym się zatraciła.
  W przepełnieniu się mojego oka
tak jest.

Jorie Graham

Przełożyli Ewa Chruściel i Miłosz Biedrzycki

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio