Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

LITERATURA:


Teresa Radziewicz
Młode
 

W dziób włożyć przeszłość, tak jak w usta hostię;
najlepiej, gdyby trafił się pelikan, a przechowa pamięć,
nieruchomą rybę, która jeszcze przed chwilą rzucała się,
kiedy ją wyławiał z płynącego czasu.

Więc zanurkować, schwycić zdobycz, przetrawić;
niechby nawet ości miały utknąć w gardle.
To jedna wielka metafora, popatrz na obraz:
szkielet, chrząstki, przerwana linia szpiku;

kaleki horyzont. Martwa natura z kręgosłupem
giętkim jak wiklina. Więcej chityny, wapnia,
a może ożyje. Tylko włóż w dziób przeszłość,

przetrwa, przezimuje.

W poszukiwaniu zagubionych źródeł
 

Rzeka przesuwa się leniwym zygzakiem, przewraca
z boku na bok. Idziemy jakbyśmy wciąż musieli
zawracać ku początkom. Przechylam głowę: jest,

ostry zarys, gniew. Przechylam głowę: rozmywa się,
rozłazi, rozmienia na dwie nacierające na siebie
płaszczyzny. Dni mijają jak przesuwane dagerotypy,
rzutują ślady na miedzianą płytkę. Uczulam,

tworzę światłoczułą warstwę, utrwalam głębię
niezatartych znamion, wywołuję efekt
trzykrotnego zanurzenia w wodzie,

nacierania oliwą, spotkania
z więcej niż tylko człowiekiem.

 

Ojciec. Matka. Czas dojrzewania winogron

Ptaki buszują w winogronach, które nabrzmiewają
zapowiedzią moszczu, ciężarem naskórka, torfowym
smakiem na języku, cierpkim od fioletu. Pomiędzy liśćmi

Ojciec. Sękatymi rękoma uśmierca niepotrzebne pędy,
metodycznie wycina bezowocne latorośle. Zawsze
wiedział, czego chce, wytrwale skazując na śmierć
niezrozumiałe i nowe. Całkiem inaczej niż

Matka. Drepce jak co dzień, niepewna w najważniejszych
sprawach, sprawna w codzienności. Czule obejmuje nurt
łagodnie sięgający brzegów. Przeczuwam wzbierający

czas dojrzewania. Pogłębia we mnie tę świadomość ptasi
popłoch, kiedy zrywam na próbę oporne, ociężałe grona.

 

Przedwiośnie

W bruzdach rozlane srebro, a nocą dziwne sny:
łódź nabiera piany, maszt dotyka fal. Spadamy,

pokrywamy się śniedzią. Ryby nie mówią, nie trzeba
nic tłumaczyć. Skrobiemy łuski, wciąż zarastają nimi
łokcie. Rankiem wychodzimy na brzeg i zaczynamy

używać płuc. Nie boli, a spodziewaliśmy się najgorszego
- że zostaną ślady i obłożone języki. A to tylko
mgła w uszach i sól w oczach. Wszystko wydobyte

z wody.

Wizyta

Tu nawet cisza brzmi inaczej. Posłuchaj jak wędrują ściegi
od brzozy do brzozy, od dębu do dębu i śpieszy się wczoraj;

pozwól odetchnąć, wziąć siłę. Inaczej przez zawiązki liści
przenika światło, inaczej odbija się w złoci żółtej, barwi źdźbła

bliźniaczki psiej trawy. Tak mało ruchu, czy oprócz larw
i roślin karmiących się próchnicą śpią tam kokony,

śni jakaś siła? I kiedy da znać o sobie? Ugina się droga;
szukamy odpowiedzi, gotowi jak pędraki ryć tłustą ziemię,

podnosimy głowy: spłoszone wróble zawisły w znaki
zapytania. Liczymy na cud, na jakiś znak. Na wiatr.

Biel, biel, biel

Powietrze zagęszczone mrozem, drzewa wciąż jeszcze
pokryte gęsią skórką, niebo spłowiałe na obrzeżach
jak często używana serweta. Prześwietlone ściany
odbijają się od dachów rozpuszczonych w ciemnym tle.

Zgadnij, gdzie się kończą - bawimy się w "znajdź
szczegóły, które różnią". Cień wchodzi na pola,
tęsknimy za wybarwieniem, za inną bielą; zakwitną
niech śliwy i grusze, zazielenią się, a niebo zacznie
przypominać otulone watą niebieskie skorupki naczyń.

Mróz czyści powietrze, które staje się tak czytelne,
że aż kłuje w oczy. Nad ciemnym zakończeniem
horyzontu nieco sprany błękit, linia lasu prowadzi
do linii tego, co utrzymuje w nas równy rytm.


Teresa Radziewicz

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści

 

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio