Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

SZUBERIADA: UKRAINA, PODKARPACIE, ŚWIAT

Mariusz Kargul
Prozy (fragment)

GROOM-BROOM
Czyli końca świata w Krasnymstawie próba pierwsza

Gród poddał się w końcu wieczorową porą. Kominy i dachy nasunęły na siebie czapę ze snów i z cichym posapywaniem oddały kontemplacji wydarzeń z dnia minionego i pokonywaniu progów niewiary. Ludziom wydawało się, że układają się teraz do spania, a to przedmioty tak naprawdę wkraczały w kolejny etap zmęczenia materiału. Miotła stróża nocnego Hermana z drżeniem startych brzozowych witek poczęła tęsknić za porannym uściskiem zgrabiałych dłoni pana, a kapcie babci Rozalii mogły wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem.

Tak, miasto definitywnie wkraczało w krainę snu. Nie mogły tego zmienić ani wściekle intensywne reflektory drogich terenowych aut, ani tym bardziej fosforyzujące ekrany aparatów młodocianej populacji użytkowników telefonii komórkowej.

Nikt tak do końca też nie zbadał, kiedy najlepiej opada się liściom z drzew - w ciągu dnia, czy nocą? Wypada snuć przypuszczenia, iż chyba jednak nocą, bowiem wtedy łatwiej przychodzi im ogałacać rodzinne konary i pnie z resztek złudzeń. Ludzie wstają rano, pospiesznie zdążają do pracy, do szkoły albo donikąd, i myślą: o gołe drzewo, zima idzie! A tu wcale żadna zima nie idzie, tylko efekt cieplarniany zamienia wszystko w globalną mikrofalówkę.

Jakoś dziwnie tej doby nie mógł usnąć tylko Spirydion Rosenkranz. Nie mógł, bo jego ciało dotknęła, szalejąca w owym czasie po całej okolicy, epidemia dekapitacji. Mieszkanie na Kociej przypominało rzymskie Koloseum z okresu największego prześladowania chrześcijan. Głowa bezradnie spoczywała w rondlu na rosół, nogi przemierzały przedpokój w różnych kierunkach, ręce kartkowały nerwowo kolejne strony świerszczyka, a tułów turlał się po dużym pokoju. Tylko oczy, przyklejone do szyby balkonowej, wypatrywały, jak zwykle o tej porze, świateł w jednym z mieszkań sąsiedniego bloku. O tym, co robiły i gdzie się poniewierały genitalia, kroniki milczą.

Na ten czas uchyliły się drzwi do mieszkania i dało się słyszeć szyderczy komentarz Dobrogniewy Zdziąsłej (życzliwej sąsiadki):

- No tak, u Rosenkranzów znowu bal wszystkich świętych, bo zupa była za słona...
A po chwili warknęła wściekle:
- Daimonion! Ty świnio parchata, wracaj szybko do nogi!

To było do jej psa, który znalazł akurat w pawlaczu lewe jądro ciemności sąsiada.
Równolegle, na pobliskiej stacji benzynowej, monsieur Gwidon przeczytał następującej treści komunikat: "Kierowco! Zachowaj bezpieczną odległość 5 metrów sześciennych od tankowanego pojazdu". W tej samej chwili, zarówno on, jak i jego samochód, rozpierzchli się w pyłowej chmurze atomów, wypełniając dokładnie żądaną przestrzeń.

I wtedy noc, która wcale nie była nocą, tylko dniem z przepaską na oczach, osiadła delikatnym puchem na teleskopie miejscowego astronoma.

Epikryzys

Słowo padło. I zaraz uniósł je wiatr. Skąd nagle tyle pytań się wzięło, dlaczego w sitowiu zalęgło się mrowie wątpiącego pokrzewia? Słowo leciało dalej gnane niewiadomym przeznaczeniem. Przekazywano je z ust do ust i z pokolenia na pokolenie. W każdej wiosce i mieście żył przynajmniej jeden jego strażnik, ale czynił to bezwiednie. Kiedy umierał, słowo szukało kolejnego wcielenia. I tylko nadąsane gospodynie biadoliły czasem przy studniach, na widok kogoś takiego: durny, sam nie wie, co mówi! Bo tak naprawdę nie wiedział...

Słowa nie dało się jakoś namierzyć czy zatrudnić do konkretnej idei. Tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z tego, że wypowiedziane odpowiednią ilość razy, we właściwym miejscu i czasie, przez wybrane do tego osoby, może przynieść totalne zniszczenie bądź wieczny dobrobyt. Istniał podobno sposób na jego śledzenie, na typowanie miejsca, gdzie akurat może się ono w danej chwili znajdować. Z upływem czasu stawało się to jednak coraz bardziej skomplikowane. Raz, że liczba ludzi zaczęła rosnąć w zastraszającym tempie, a dwa, że ludzie ci, między jedną rzezią a drugą, potrafili jeszcze produkować coraz to nowe środki przekazu. Zrobił się jeden wielki szum i słowu nie było już tak łatwo dotrzeć do swego odbiorcy.

W pewnym mieście, na jednym z uniwersytetów, w głowie stojącego nad grobem semantologa zrodziła się nagle szalona myśl szukania słowa za pośrednictwem archeologii czasu teraźniejszego. Jego - dla wielu kolegów i studentów chore - rojenia opętała idea połączenia w jednym klasycznej archeologii z semantologią, lingwistyką, etnografią i psychoanalizą. Po jakimś czasie zdołał nawet zgromadzić wokół siebie grupkę współpracowników reprezentujących każdą z tych dziedzin.

Nastał październik, a oni miast kłaść w umysły niespokojnej żakierii powtarzane od lat formuły i zaklęcia, ruszyli przed siebie w kierunku wschodzącego słowa. Tak im się przynajmniej wtedy wydawało. Na postojach Mistrz, bo tak go zaczęli nazywać, a on, skoro tak chcieli, nie bronił się przed tym dotkliwie, kładł na karty dziennika podróży swe uwagi i spostrzeżenia, które po latach uznano za kanoniczne. Stroniąc przy tym od pochopnej dla wielu pokusy kanonizacji samego Mistrza. Teraz były to jednak oderwane frazy, jakieś wyjątki z logicznego ciągu skojarzeń, ochłapy rzucane na kartę, gdy rumak pozwalał, a z nieba nie sączył się deszcz lub zgubny całun nocy.

W przerwach między jednym a drugim badaniem pochylał się cierpliwie nad problemami swych uczniów, bo też po czasie zaczął ich tak nazywać, a oni, skoro on tego chciał, także kurczowo nie próbowali mu tego zabraniać. Musieli wypracować jakąś wspólną metodologię i taktykę prowadzonych przez siebie działań. Nie mogli już dłużej spadać niczym jastrzębie na uśpione wioski i pogrążone w letargu dzielnice miast i miasteczek, tylko dlatego, że musieli znaleźć słowo! Mało kto rozumiał ich pytania, nikomu nie przyszło do głowy pomóc choć trochę w żmudnych dociekaniach. Musieli uciekać się do wybiegów i sztuczek rodem z popisów arlekina trzymanego na wodzy przez pana nieba.

Czasami, ale to rzadko, jakaś staruszka wychodziła do nich na drogę z kanką mleka i bochnem razowego chleba. Patrzyli wtedy na siebie, jak gdyby starając się odgadnąć prawdziwe intencje każdej ze stron. Kobieta miała nadzieję, że któryś z nich okaże się jej mężem, synem, bratem albo kochankiem zaginionym na jednej z ostatnich wojen. Dla nich najważniejsza była pierwsza fraza, która miała paść z jej ust. Otaczali ją wtedy szczelnie wiankiem mikrofonów, notatników i kamer. Czekali na to, co powie im ta żywa skamienielina pradziejów ludzkiej godności. Liczyła się tylko i wyłącznie pierwsza wypowiedziana kombinacja liter. W nich miała być odpowiedź i ulga.

Ale na tych przestrzeniach spełganych przez nikomu nie nadający się już do niczego zmurszały pień snu, padało zazwyczaj: Józiu, to ty? Józiu, Franiu, Janku, Władku - imion było bez liku, pytanie zawsze to samo. Im nie o to jednak chodziło. Zawiedzeni w swych nadziejach odwracali się do niej plecami. Staruszka kruszyła wtedy chleb twardy jak serce matkobójcy na progu swego domostwa, a mleko ściekało po brodach dziadów proszalnych, bo ci nigdy nikomu niczego nie odmawiali. Mistrz i uczniowie taszczyli niespiesznie zwoje empirii do sakwojaży, wokół których kręciło się już trochę much i rzezimieszków. Nie posiadali jednak żadnych mieszków. Ich wygląd wskazywał jednoznacznie na to, że nawet w przyszłości posiadać ich nie zamierzają, więc i rzezi z takiej drobnostki nie było powodu czynić. Lepiej zachować noże na lepszą okazję. Kto wie, może przez okolicę przejedzie jakiś dostojnik albo przetoczy się procesja bankierów?

Później, na jednym z cmentarzy, przepełnionym do bólu szczątkami doczesności, zauważyli rząd płaczek ustawionych pod murem. Figury stały kiedyś w różnych częściach nekropolii, ale w końcu okazały się nieekonomiczne. Zajmowały za dużo miejsca i zawadzały licznym konduktom. Mówi się, że chorzy kradną powietrze zdrowym, a tutaj kamieniom nie dano spokoju tylko dlatego, że trwały tam, gdzie postawiono je przed dwustu, a może i więcej laty.

Mistrz lubił wracać niekiedy w swych notatkach do czasów dawno minionej niepokory. W jednej z urywków czytamy: "I wnikam w mgielnię kopuł strzelistych - tak brzmi ostatnie zdanie zaginionej powieści przyjaciela lat mej młodości Porfiriona Ostapczuka. Poroforo, jak do niego mówiliśmy w gimnazjum, nie zdradzał nigdy żadnych oznak zainteresowania sprawami literatury. Ba, on stronił od niej na wszelkie możliwe sposoby. A potem chcieli dać mu to czy tamto, nominować do tego czy tamtego. Wszystkich miała wyłożyć podobno jego książka, którą w rękopisie widziało tylko kilku wybrańców, dzieło kompilujące szczytowe osiągnięcia średniowiecznej scholastyki z twórczością science-fiction wczesnego Lema. Coś na kształt summy zdarzeń i skojarzeń z życia pewnego małomiasteczkowego lumpa, który znał tajemne wejścia do pewnych podziemi. O czym zapominają niektórzy autorzy książek przygodowych, znał też z nich wyjścia, dzięki czemu nigdy nie trzeba było wdrażać jakiejkolwiek akcji ratunkowej. A zresztą, komu by się chciało szukać jego przesiąkniętych wonią denaturatu teleskopowych odnóży.

Do końca też nie wiadomo czemu tej powieści nie ujrzały nigdy złaknione oczęta czytelników. Zabrakło papieru? A gdzie tam, zabrakło odwagi, aby ją wydać. Coś podobno było w niej takiego, co nie dawało spać po nocach naczelnikowi policji, skarbnikowi magistratu, księdzu proboszczowi i akuszerce Wasylisie. Starzy mawiają, że i burmistrz maczał w tym palce, a może nie tylko palce... W każdym bądź razie wtedy w miasteczku działała tylko jedna drukarnia. Przydział papieru był określony jasno i precyzyjnie. Wychodził jeden tygodnik katolicko-samorządowo-społeczny "Spójnia" (kiedyś pijany i cierpiący na podagrę zecer zamienił "S" w tytule na "Z" i poleciały gromy z ambony), oraz rocznik kompilacyjny "Zbiór wszytkich porad jako moralność ducha utrzymać i trzeźwość umysłu od trunków ognistych chronić".

Mieszkała w Kujewie (miasto położone na Rusi Kujewskiej) stara wdowa Rozwódzka. O swym małżonku lubiła mawiać, że chadzał ongiś na Tatary. Złośliwi twierdzili, że jak już, to był w stanie dojść do szynku na tatara albo ewentualnie pojechać do dzielnicy Lublina o tej samej nazwie, na dziwki, bo na prawdziwych Tatarów, jako niewiernych pohańców, był stanowczo za młody, a i te czasy, kiedy się na nich chadzało już dawno minęły. Dla niej nie miało to jednak większego znaczenia i spotkanych na ulicy przechodniów raczyła kolejnymi wieściami z frontu. Zależnie od tego, co wpadło jej pod okular, donosiła, że jej pan małżonek dobywa właśnie szabli nad modrym nurtem Bosforu, ściga buntowniczych Burów, nakłania mułłę Damaszku do przejścia na feng shui, trzebi dzikich w puszczach Amazonii i trzyma do chrztu ostatnie dziecię szamana Zapoteków.

Od tych ostatnich było już blisko do "apteków", w których zaopatrywała się w goździkowy rum na pamięć i tytuń do faji, którą wystukiwała o czerepy napotkanych obywateli zacnego grodu. I naprawdę było jej obojętne kogo zdzieliła. Podobno przydarzyło się to raz carskiemu dostojnikowi. W przypływie szału zapowiedział, że miasto karze spalić, zburzyć, zaorać albo coś w tym stylu i na koniec zdrowo posolić. Jak Kartaginę! Już w Jadowicy zdołał o wszystkim jednak zapomnieć. Pani Rozwódzka, szturchnięciem swego cybucha w tak szlachetną potylicę, uruchomiła przypadkiem tkwiące w tym miejscu pokłady amnezji, no i nie dość, że wysokiej rangi urzędnik zapomniał niebawem o przyrządzeniu pieczystego z miasta, to w okolicach Zamościa doszedł do wniosku, że carat to bagno, a jego uwierają kalesony. Po paru tygodniach prasa donosiła, ze zwolniono go ze służby, lecz ze względu na wielkie koneksje rodzinne z dworem i zasługi poniesione w latach poprzednich, wysłano na Syberię w celach rekonwalescencyjnych, do uzdrowiska nad brzegiem Bajkału.

W Kujewie niewiele było miejsc nadających się do skutecznego kolportażu wspomnianych wcześniej arcydzieł wolnodrukarstwa. Mieszkańcy i gawiedź okoliczna zaglądali najczęściej do parafialnego kościoła na niedzielną mszę, po niej do karczmy Żyda Jakubka i sklepu "z artykuły kolonialnemi" imć Pafnucego Grząski. Co roztropniejsi zachodzili w głowy, czemu właściciel afiszuje się publicznie, że sprowadza towar z położonej o pół mili za miastem Kolonii Borowej. Wielu z nich żadnej innej "kolonii" na oczy nie widziało, toteż i dziwowali się niepomiernie ekstrawagancji pana Pafnucego. On w swej prostodusznej tkliwości odpuszczał pospólstwu luki w trendach kupieckich ówczesnego świata i wciskał "korzeń mędrej agory na bóle dokućliwe", "ząb mądrości Matuzalema - chłopu na pożytek a babie na ozdobę", "ziele fajurne", "pyjafkę skrzep w żyle rozpijającą", "wywar z kiszek stwora nilowego na tamę pochuci", "pył z sandała Jakuba z Composteli na ropień ucha wrzodziejący, ać przez to sumy niedzielnej wysłuchać nie dający", i jeszcze wiele innych frykasów, od których skalpel wypada z ręki anatomopatologa, a włos się jeży na głowie farmaceuty.

Wtedy (sto lat temu a może i wczoraj), nie było to jednak żadnym problemem, a ten kto choć raz nie kupił i nie zażył czegoś z przeobfitej oferty sklepu na Cyjanowej, uchodził w towarzystwie za osobnika niższej kategorii, któremu panny służebne nie odbierały paltota w przedsionku, a wyrostki uliczne miały go sobie w głębokim rozważaniu. Kto więc nie zasnął w kościele, w szynku albo na wieki pod sklepem, mógł zaopatrzyć się właśnie w tych dobrych punktach w najnowszy numer "Spójni", bądź przewertować pożółkłe stronice "Zbioru porad...". Gorzej i głupiej być już nie mogło. A jednak [...]".

W tym miejscu rękopis Mistrza staje się niemożliwy do dalszego odczytania. Zalała go żółć albo herbata. A może to i lepiej, kiedy upiory przeszłości śpią smacznie w przepastnych archiwach bezpieki, a gruby zabobon szerzy się tylko w kreskówkach? Nie ma co pisać i mówić dłużej o Mistrzu, jego uczniach i mało rozgarniętym przyjacielu Porfirionie, bo to chwały miastu z sobą nie niesie, a tylko jakowyś swąd dawno spalonego westybulu przywiewa.

Mariusz Kargul


powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio