Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PORTRETY:

Olgerd Dziechciarz
ODKRYWANIE ROMANA WYSOGLĄDA

Jest taka przypadłość, zwie się zespołem Tureta, która polega na mimowolnym powtarzaniu najbardziej wulgarnych wyrazów czy obscenicznych związków frazeologicznych; w skrajnych przypadkach osoby cierpiące na tę chorobę są w stanie wyrzucać z siebie niekończące się kunsztowne frazy przepełnione wyzwiskami i ordynarnymi zwrotami. Może nie był u mnie ten syndrom zbyt poważny, ale w czasach licealnych prawdopodobnie na łagodną formę zespołu Tureta cierpiałem (choć nie został on u mnie zdiagnozowany), więc wiadomych słów nadużywałem - tak w mowie jak i w piśmie. Miałem też zwyczaj, że kartkowałem w księgarniach tomy w poszukiwaniu wulgaryzmów i kiedy na takowe natrafiałem, na ogół książkę kupowałem. W ten sposób stałem się czytelnikiem powieści Vonneguta, Whartona, poezji Ginsberga, i jeszcze wcale sporej grupy pisarzy, bo brzydkich słów używali często i - sadzę - chętnie.

Pamiętam dzień, kiedy wszedłem do jedynej wówczas w Olkuszu księgarni przy ul. Kościuszki (znak czasu - dziś mieści się tam kwiaciarnia) i bez większych nadziei rzuciłem okiem na małą, skromną książeczkę w miękkiej kartonowej okładce. Autor ani tytuł nic mi nie mówiły. Otworzyłem ją na chybił trafił - to było opowiadanie o płaczącej dziewczynce i gęsiach, które nie dość, że wdały się z płaczącą w dyskusję, to jeszcze poczęstowały dziewczynkę papierosem. Główna bohaterka rozpaczała, bo okazało się, że nie jest w ciąży. To mnie zaciekawiło, bo miałem wtenczas kilka koleżanek, które rozpaczały akurat dokładnie z odwrotnego powodu. W tym samym opowiadaniu natrafiłem na zdanie, które mną wstrząsnęło: " - Mężczyźni są jak dzieci. Tylko im dziwki w głowie, dupczenie i żeby nie spóźnić się na pociąg". Święta racja - pomyślałem. Tak odkryłem pisarza Romana Wysogląda.

Niepiszący literat wydał dwie książki

Płowa lat 80-tych to nie był dobry czas dla nikogo, no prawie dla nikogo, bo myślę, teraz po latach, że to był dobry czas dla pisarza Romana Wysogląda. Przebojem wdarł się do literatury. I wszystkich tym przebojem zaskoczył. Piotr Kuncewicz w dwie dekady później napisze: "[...] był przez całe lata raczej legendą - niezależny i zbuntowany, lecz nie piszący literat. Krakowianin, początkowo poeta i współzałożyciel grupy 848 (grupy poetyckiej - uwaga O.D.), publikował potem jakieś fragmenty w prasie, by swoją pierwszą powieść wydać po piętnastu latach, to jest w 1985 r.". W pięć lat wydał siedem książek, publikował opowiadania w najważniejszych czasopismach literackich, a krytycy rozpisywali się na temat "realizmu magicznego w prozie Romana Wysogląda" (Leszek Bugajski widział w jego prozie niewątpliwe wpływy Julio Cortazara, z kolei Henryk Bereza dostrzegał podobieństwo do Jorge Borgesa - ale na zasadzie a rebours). Otrzymał nagrody: imienia Andrzeja Bursy (za książki Moskwa za trzy dni i Przekrętka) i Natalii Cal - za najlepszy tom opowiadań w kraju (Przekrętka).

I był królem życia wśród krakowskiej bohemy artystycznej (mieszkał w Domu Literatów przy ul. Krupniczej, mając za sąsiadów m.in. Stanisława Czycza, Bronisława Maja, Krzysztofa Lisowskiego i Adama Ziemianina). To właśnie wtedy kupiłem zbiór opowiadań Przekrętka. Wyjaśniłem, dlaczego to zrobiłem. Nie uczyniłem tego dla nazwiska - o autorze przecież nie słyszałem i nie dlatego, żebym był miłośnikiem polskiej literatury, bo marnego byłem wówczas zdania na temat krajowego świata literackiego, zwłaszcza tego oficjalnego. Kiedy jednak wśród mrowia Putramentów i Machejków wypatrzyłem książkę o tak dziwacznym tytule i intrygującej granatowej okładce z koślawym liternictwem (projektu Piotra Młodożeńca), i gdy na stronie 147 znalazłem zdanie, które w żołnierskich słowach wyjaśniało istotę bycia mężczyzną, długo się nie wahałem. Przeczytałem ją jeszcze tego samego dnia.

Zrozumiałem, że czytam bajki dla dorosłych. Wszystko wokół mnie było szare jak ówczesny papier toaletowy (punkowcy mawiali, że życie jest jak srajtaśma - długie, szare i do dupy), a w tej niewielkiej książce był jakiś inny świat, świat zwierząt, które mówiły, zdradzały, piły alkohol... I świat ludzi, którzy zachowywali się absurdalnie, ale w tej naszej zwichrowanej codzienności późnego PRL-u mogło się wydawać, że działają nadzwyczaj sensownie i przemyślnie. Zdumiony byłem, że cenzura puściła coś takiego. Przecież ta książka była jednym wielkim paszkwilem na socjalistyczną ojczyznę, a zwłaszcza na jej podstawową komórkę społeczną. Pomyślałem, że cenzorzy dali się nabrać na pierwsze zdanie recenzji pióra Wiesława Myśliwskiego wydrukowanej na okładce: "Świat tych tekstów [...] skrajnie absurdalny, ufikcyjniony aż do zaprzeczenia wszelkiej logice przyczynowo-skutkowej, wytłumaczalny jedynie w poetyce koszmaru sennego, okazuje się przy odrobinie dobrej woli poznawczej całkowicie sprawdzalny w planie naszych codziennych doświadczeń". Dalej raczej cenzorzy recenzji Myśliwskiego nie czytali, bo wtedy, zawsze czujni, musieliby interweniować: "Są więc te teksty demaskacją tej naszej skomplikowanej, jednowymiarowej świadomości".

Przekrętka zrobiła furorę wśród moich znajomych; wyrywano ją sobie z rąk, nie dziwne więc, że została niemal zaczytana. Udało mi się też kupić kilka następnych książek Wysogląda, wśród nich kryminał Obudzony o zmierzchu, w którym znalazłem bliski mi klimat znany z prozy Raymonda Chandlera i dzieło kafkowskie z ducha - powieść Codziennie i przez cały czas. Inne książki Wysogląda też cieszyły się poczytnością wśród mych kumpli. Kolega, dziś wzięty chirurg, co pewien czas pożycza ode mnie powieść Moskwa za trzy dni, średnio czyni to raz na dwa lata, więc przeczytał ją, lekko licząc, 10 razy. Nie dziwię mu się, bo to niebywała książka, nie da się jej ogarnąć. Nawet nie wiadomo czy akcja rozgrywa się rzeczywiście w trzy dni. A przecież stworzył ją bardzo młody człowiek, tuż po dwudziestce, któremu dopiero inni pisarze powiedzieli, że swoją debiutancką powieść napisał strumieniem świadomości, jak nie przymierzając Joyce. Potwierdził to krytyk Leszek Bugajski uznając wręcz, że dzieło to "posiada wszystkie cechy utworu literackiego wyznaczającego granicę, za którą posunąć się już nie można. Za ta granicą rozciąga się bezmiar słownego chaosu, morze bełkotu". Wysogląd tej granicy nie przekroczył, za to, tak mi się zdaje, w późniejszym czasie wielu prozaików przekraczało ją wielokrotnie i z premedytacją.

Wyjazd, ucieczka, wypędzenie?

A potem, w 1989 roku Roman Wysogląd wyjechał do Szwecji, co zresztą wcale mnie nie dziwi, bo przecież motyw podróży (ucieczki?), to motyw przewodni wielu jego utworów. Inaczej to zniknięcie wyjaśniał Henryk Bereza, który w 1994 r., odgryzając się tym, którzy mieli mu za złe przemożny wpływ na polską prozę, pisał: "Pamiętam aż do bólu, w jaki sposób wpędzono do grobu Jana Drzeżdżona i Andrzeja Łuczeńczyka, jak zniechęcano do literatury Ryszarda Schuberta, kto wypędził z Polski Donata Kirscha i Romana Wysogląda, kto przywrócił chorobie Marka Słyka". Już po "wypędzeniu", w roku 1990, ukazał się drukiem ostatni tom opowiadań Wysogląda. Było to dla niego, jak przyznaje sam autor, spore zaskoczenie, bo znajomy wziął opowiadania, powiedział, że coś z nimi zrobi, no i za jakiś czas pojawiła się książka Nie ma w nas ciepła. Wysogląd kupił ją na jakimś straganie, oczywiście nie dostał za nią ani złotówki.

Od tej pory powoli znikał z polskiej literatury, jakby go ktoś z niej wymazywał. Zresztą to "wymazywanie" dotyczy całego pokolenia pisarzy, o którym w 1990 roku na łamach "Tygodnika Powszechnego" pisał Leszek Szaruga: "Czas pokaże czy obecna zmiana jest porównywalna z 1918 rokiem. Na razie wiadomo, że od połowy lat 70-tych trwa w naszej literaturze wyraźna walka 'starego' z 'nowym', że właściwie zmienia się, choć nie nagle, wszystko: język literatury, jej rozumienie własnych zadań, sposób patrzenia na człowieka, obszar rozpoznań, rola pisania itd., itd.". Zmienił się język, cele, sposób - i zmienili się, właściwie wymienili ludzie! Z pisarzy pokolenia, z którego wywodził się Wysogląd, wyparowali niemal wszyscy. Kto dziś czyta Słyka, Drzeżdżona, Pastuszka? Ciągle wydają książki Sołtysik, Łoziński, Bitner, ale nie spotykają się już one z takim rezonansem jak w latach 80-tych.
Gdy rok temu opowiadania Wysogląda trafiły do jednej z warszawskich oficyn, szefowa wyznała mi mailowo, że nigdy o nim... nie słyszała. Podobnie młodzi olkuscy poeci: Łukasz Jarosz i Sławek Elsner. Jarosz, oczytany absolwent polonistyki na Uniwersytecie Śląskim (specjalizujący się w literaturze serbsko-chorwackiej - ale czy może to być okoliczność usprawiedliwiająca?) był zdumiony, że nikt mu na studiach nie rekomendował książek Wysogląda. Zdumiał się ponadto, że tak znakomity pisarz nic nie wydaje. No, ale jak ma wydawać, skoro wciąż mieszka w Szwecji i zjawia się w Polsce od okazji do okazji? Do tego jeszcze nie chodzi po wydawnictwach i nie prosi, a dziś jak się nie chodzi od drzwi do drzwi, nie narzuca, nie wysyła, to się nie istnieje. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Romana Wysogląda znowu trzeba odkrywać.

W Krakowie, u siebie?

Siedzieliśmy podczas niedawnej, grudniowej bytności Romana Wysogląda w kraju, w knajpie, w jego (?) Krakowie. W powietrzu wirowały smugi papierosowego dymu, wyglądaliśmy więc jak postaci z komiksów. Wódka wchodziła. I młodzi ludzie wchodzili, a potem, po wypiciu jednego czy dwóch piw, wychodzili. Uprzytomniłem sobie, że większość z nich nie ma szansy niczego Wysoglądowego przeczytać, bo jego książki ukazywały się wtedy, kiedy oni byli małymi dziećmi, albo ich rodzice dopiero się nad ich poczęciem z troską pochylali. Ogromna luka pokoleniowa wśród czytelników. Roman niby nic sobie z tego nie robi. Takie chce sprawiać wrażenie, ale to nie jest prawda. Wiem, że go to denerwuje. Nie wygląda na swoje lata (trudno uwierzyć, że dobiega 60-tki), ale ile jeszcze rzeczy ma napisać do szuflady? Ile książek się w niej zmieści?

Znajoma Romana, jak zapewniał - ongiś znana krakowska piękność, dawna studentka farmacji, kobieta w latach, ale wciąż atrakcyjna, zapatrzyła się w Romana, on udawał, że jest ponad wspomnieniami, że go one jakoś specjalnie nie interesują. Ale to nie była prawda, bo w tym, co mówili, było za dużo emocji. Coś im się nie zgadzało z ludźmi, z wydarzeniami, z kolejnością związków uczuciowych, cyklami rozwodów, ale nie wyglądało, by te dane chronologiczne, mała historyczna statystyka miała znaczenie. Roman z satysfakcją przyjął komplement, że dobrze się trzyma. Nie zrewanżował się tym samym, bo nie musiał. Wyglądał na zrelaksowanego, zadowolonego. A ja dumałem, że to nie jest cała prawda, a pół prawdy, to przecież kłamstwo. W gruncie rzeczy jest zamknięty w sobie. Zamknął się też na to, co go denerwuje (a denerwuje go wiele spraw).

Odnoszę wrażenie jakby nie chciał przyjąć do wiadomości, że Polska się zmieniła. Jego literatura żyje wciąż w świecie, który przypomina polski krajobraz Anno Domini 1986 czy 1987. Jak komar w bursztynie Wysogląd najlepiej się czuje w rzeczywistości, w której wciąż stoi się w kolejce po papier toaletowy, każdy wie, kim był towarzysz Świrgoń, śmieszy krzesło, które ma zamiar wstąpić do ZBoWiD-u i w skrystalizowanej na wieczność jaźni tkwi przeświadczenie, że jedyną formą rozrywki dla dorosłych mężczyzn jest pół litra i zapomnienie, które zapewnia druga połówka. Utknął w świecie dla literatury znakomitym, świecie na tyle surrealnym, że dziś aż trudno uwierzyć, iż kiedyś taki istniał, a my umieliśmy się w nim znaleźć. Młode pokolenia patrzą na PRL poprzez pryzmat filmów Barei, czyli prawie jak na kabaret w stylu Monty Pythona - jak na spektakl, który ktoś wyreżyserował. I chyba dobrze, że jest ktoś, kto pamięta tamte ciężkie lata, i wie, iż wtedy wcale nie bawiło branie udziału w owym "kabarecie".

Paradoksalnie przez fakt, że wyjechał do Szwecji Wysogląd pozostał w PRL-u i jego najbardziej charakterystyczna rzeczywistość literacka jest tamtą rzeczywistością. Oczywiście Wysogląd próbuje wejść w nową (czy aby jeszcze taką nową?) rzeczywistość, przeskakuje nawet krok dalej - w zapętlone rejony metafizyki, ale jeszcze bez większego przekonania, skoro wciąż najlepsze wrażenie robią znakomite literacko teksty osadzone w końcówce PRL-u. W opowiadaniach drukowanych w niniejszym numerze Frazy, które pochodzą z przygotowanego do druku zbioru Raj Polonia, mamy do czynienia z próbą okiełznania dwóch epok, zmierzchu PRL-u i III RP, a w wieńczącej tom części dokonuje Wysogląd abstrakcyjno-ironicznej analizy charakteru narodowego Polaków. W niektórych prozach (np. w świetnej Aukcji) udaje mu się już dotknąć tego, z czym my, mieszkańcy kraju między Bugiem a Odrą, mamy do czynienia na co dzień, a co on może znać głównie z telewizji czy internetu. Zapewne więc przez bez mała dwie dekady milczenia (w tym okresie drukował właściwie tylko okazyjnie w "Twórczości"), stworzył dzieła, w których okiełznał "kobyłę" nowej rzeczywistości. Podejrzewam, że tak właśnie się stało. Ale byśmy się o tym przekonali Roman Wysogląd musi publikować, musi znów nawiązać kontakt z czytelnikami, zwłaszcza z nowymi rocznikami czytających.

***

Zastanawiałem się, jak oddać prawdę o Romanie Wysoglądzie, który - jak na prawdziwego mężczyznę przystało - pielęgnuje w sobie małego chłopca, zdolnego zachwycić się czymkolwiek i nie przyjmuje do wiadomości oczywistych prawd o odchodzeniu w niebyt (albo w byt - to kwestia światopoglądu), zmianach mód literackich, wymierania trendów? Doszedłem do oczywistego wniosku, że jedynie on sam może mi pomóc. Wysłałem mu mailem kilka krótkich pytań. Jego odpowiedzi były od nich krótsze i przypominały wpisy do Książki Skarg i Zażaleń, w rodzaju: "kierownik sprzedaje wołowe bez kości znajomym na zapleczu" lub "sznurka do snopowiązałek nie ma, bo w tym asortymencie występują braki na rynku". Kiedy mu się poskarżyłem, że mnie zbył, wyjaśnił, iż odwiedza go akurat rodzina. Obiecał odpowiedzi poszerzyć po wyjeździe bliskich. Ale przysłał mi znów krótkie zdania, tyle że nowe. W ten sposób miałem dwa komplety odpowiedzi na te same pytania. Jak są dwa, to mogą być i trzy - pomyślałem i zaproponowałem, żeby jeszcze raz spróbował. Wtedy Wysogląd przysłał mi trzeci komplet. I miałem zagwozdkę, czy wybrać z tego "bogactwa" po jednej odpowiedzi czy też zostawić wszystkie.

Wybrałem drugą opcję, bo zrozumiałem, że chyba z każdej odpowiedzi wyszła spora cześć prawdy o Romanie, pisarzu, który - jak wielu - chciałby stworzyć atrakcyjny mit własnej osoby - mit twardziela, trochę cynika, który ma jednak romantyczna duszę, mit zdobywcy kobiecych serc (prawda - jakże ona na niego patrzyła), mit twórcy, który sam nie zrobi nic, żeby go znów odkryto, bo to byłoby poniżej jego godności... Trzeba przyznać, że mu ta własna mitotwórcza praca wychodzi znakomicie. Może niedługo, już jako "mityczny twórca", zostanie ponownie odkryty, odkopany spod zwałów miałkiej literatury, wówczas błąd, jakim było wymazanie znakomitego prozaika, zostanie naprawiony? Może tak się stanie?... Udało się z Marianem Pankowskim, oby udało się z Romanem Wysoglądem!

Olgerd Dziechciar

NAUCZYŁEM SIĘ CZEKAĆ - z Romanem Wysoglądem mailował Olgerd Dziechciarz

- Jesteś legendą Krakowa przełomu lat 70tych i 80-tych, czy dzisiejszy Kraków Ci się podoba?
- Nie za bardzo, czyli miasto jak najbardziej, ludzie mniej. Po drugie, to już zupełnie inny Kraków. Niby ten sam, ale jakiś inny. Pewnie sam jestem inny, stąd ten ton. Legendą jest podobno smok wawelski. Co do Krakowa, to zawsze jest taki sam, zmieniają się - niestety - tylko ludzie. I to zawsze na gorsze, chociaż nie wiem, co to oznacza, ale wiem, do czego prowadzi.

- Byłeś ulubieńcem krytyki, za Przekrętkę i Moskwę za trzy dni dostałeś nagrodę im. Bursy, a potem to się urwało... Rozumiem, wyjechałeś za granicę (Henryk Bereza pisał nawet, że cię "wypędzono"), ale czy tylko to?
- Dla legendy literackiej teza o "wypędzeniu mnie za granicę" jest bardzo sympatyczna. Prawda jest jednak o wiele bardziej przyziemna, powiedzmy iż leży pośrodku, między Czasem Stanu Wojennego a Solidarnością. Miło usłyszeć, iż było się ulubieńcem krytyki, ale dla pisarza nie ma to większego znaczenia. O wiele bardziej interesuje mnie co mam napisać. Co do poglądów H.B. to legenda jest legendą i niech taka pozostanie. Poza tym do wyjazdu zmusili mnie fatalnie wtedy grający piłkarze Cracovii. Z tym ulubieńcem krytyki to pewnie lekka przesada, ale sprzyjali mi, to pewne. Jeżeli Bereza twierdzi, że mnie wypchnięto, to pewnie wie co mówi. Ale poważnie, nic się nie urwało, wszystko podąża we właściwym kierunku, chociaż co będzie jutro nie wie pewnie nikt. I bardzo dobrze.

- Ostatnia Twoja książka ukazała się w 1990 roku. Czasami jakieś Twoje opowiadania pojawiają się w "Twórczości", i jest to właściwie cała twoja obecność w literaturze. Pewnie sporo rzeczy zebrało Ci się w szufladzie przez te lata? Co w niej masz oprócz powieści 34 kilometry od Pałacu "Kultury", o której już w 1989 r. wspominał w "Twórczości" Bereza?
- Z pięć powieści, cztery tomy opowiadań, dwie książki kryminalne i papierosy marki "Sport", których nie palę już od ponad dwudziestu lat, ale o nieobecnych się nie dyskutuje.
Obecność w literaturze to nie tylko książki. Szuflady są w miarę pełne, ale mnie stan ten nie denerwuje. Nauczyłem się czekać i wierzyć w siebie. To najważniejsze.

- Jako jeden z pierwszych napisałeś kryminał w stylu Chandlera, dziś zrobiła się moda na taką literaturę, nie próbowałeś zainteresować jakiegoś wydawnictwa swoimi rzeczami?
- Chandler to jedno, a wydawnictwa drugie. Dzisiejsze wydawnictwa, ale mam nadzieję, że nie wszystkie, są jak święte krowy, a ja do świętości mam stosunek... umiarkowany. Po drugie, nie należę do pisarzy, który przed oczami ma tylko i wyłącznie siebie. Z wydawnictwami jak z kobietami, są zmienne, pojawiają się i znikają. Ale na szczęście rośnie nowe pokolenie. Tak kobiet jak i wydawnictw.

- Co sądzisz o współczesnej polskiej prozie? Tylko bez brzydkich słów proszę...
- Współczesna literatura kompletnie mnie nie interesuje, czyli nie powinienem się wymądrzać. Jest jaka jest. A brzydkie słowa zachowam dla książek o których warto rozmawiać. Niestety nie widzę takich, naturalnie poza Myśliwskim, Henem.

- Czy żałujesz, że wyjechałeś do Szwecji? Pojechałeś za kobietą, opłacało się?
- Jako człowiek na pewno zyskałem. Jako pisarz? Dyskusyjne. Przynajmniej mam z czego żyć. W życiu opłaca się wszystko i nic.

- Czym się tam zajmujesz? Czy interesujesz się literaturą szwedzką? Jakich szwedzkich autorów cenisz?
- Szwedzka literatura interesuje mnie jak polska. Nie zajmuję się niczym konkretnym, czyli żyję. I jest mi dobrze, może poza Rzeczywistością, która jaka jest każdy widzi. Zajmuję się tym, co zawsze. Twórczym nudzeniem się, kontemplacją i marzeniami za czymś, co pewnie nie istnieje. Szwedzka literatura jest o wiele nudniejsza i bardziej jednostronna niż polska.

 

 

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio