Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PORTRETY:

Antonella Sarti
Małe akty magiczne. Rozmowa z Vivienne Plumb

Antonella Sarti: Początek Twojej kariery pisarskiej był wspaniały. Zbiór opowiadań pt. Mrs Gittoes' Compleat Art of Simpling wygrał w konkursie dla debiutantów ogłoszonym przez "Sunday Times" w 1990, dokładnie w tym roku, kiedy zaczęłaś pisać. Zbiór opowiadań The Wife Who Spoke Japanese in her Sleep znalazł się w finale książek typowanych do Nagrody Reed Fiction, a w roku 1994 książka ta zdobyła Nagrodę PEN w kategorii debiutanci. Twoja pierwsza sztuka, Love Knots, została uhonorowana w 1993 Nagrodą Bruce'a Masona. Co spowodowało, że zaczęłaś pisać - jaka była Twoja pierwsza inspiracja?

Vivienne Plumb: Rozpoczęłam pisać, kiedy byłam młoda i stopniowo, w miarę dorastania, odchodziłam od twórczości. Ale chyba zawsze myślałam, żeby wrócić do pisania. Dwie rzeczy spowodowały, że zaczęłam znowu, pierwszą był weekendowy warsztat twórczy prowadzony przez Fay Weldon, zorganizowany przy Centrum Franka Sargesona w Auckland, a drugą - kurs twórczego pisania, który ukończyłam na Uniwersytecie Victoria.

- Do 1990 roku pracowałaś głównie jako aktorka. To zajęcie było chyba pożyteczne dla Ciebie jako przyszłej pisarki.

- Sądzę, że moja praca aktorska była pożyteczna, najprawdopodobniej nauczyła mnie dyscypliny potrzebnej do pisania. Pisarz musi siadać za stołem i robić swoje, a to zajęcie podobne do zawodu aktora, który co wieczór wychodzi, żeby grać na scenie.

- Jak czułaś się po debiucie? Jak określiłabyś swoje relacje z czytelnikami?

- Jako aktorka przekazywała ludziom obce słowa, a własny tekst jest całkowicie mój, więc bardziej mnie zadowala. Aktorzy pracują inaczej - oni są łącznikami między pisarzem a widownią, to może być satysfakcjonującym doświadczeniem dla aktorów i konkretnych ludzi przebywających w teatrze podczas spektaklu. Wolę pisać swoje rzeczy i pewnie interesujące byłoby napisanie sztuki, w której mogłabym wystąpić.

Pisanie dla teatru jest oczywiście inne od pisania prozy. Teraz pracuję nad swoją pierwszą powieścią, co zabiera mi bardzo dużo czasu! Jednak w trakcie tej pracy odkrywam nowe sprawy. Pamiętam dobrze, jak podczas zajęć twórczego pisania, przyszedł do nas Maurice Gee i powiedział: "Pisanie robi się coraz trudniejsze, im więcej czasu mija". Chyba dopiero teraz rozumiem jego wypowiedź, bo kiedy zaczynałam pisać było to dla mnie porywającą przygodą. Niektóre opowiadania zamieszczone w The Wife Who Spoke Japanese in her Sleep są najwcześniejszymi rzeczami, jakie napisałam w ogóle. [...] Wydaje mi się, że proces twórczy ciągle się zmienia i każda rzecz, nad którą pracuje się w danym momencie jest najciekawsza, na przykład teraz moja powieść, bo wcześniej nie napisałam żadnej; opowiadania mogę porównać do sprintu, lecz powieść jest jak maraton albo próba przypłynięcia kanału La Manche.

Pisanie dla teatru jest jeszcze inne, tekst bezustannie ulega metamorfozom, natomiast pisząc prozę, w którymś momencie można poczuć, że praca została skończona.

- Pisząc prozę, chyba też adresujesz ją do publiczności innej niż ta, zgromadzona w teatrze.

- Tak, publiczność jest zupełnie inna. W związku ze swoją powieścią mam taki obraz w głowie, widzę, że ktoś ją czyta, a czytanie jest bliskim, intymnym przeżyciem. Natomiast w teatrze dochodzi strona wizualna i oralna, bez tego teatr nie istnieje, a wydrukowane słowa są tylko częścią tego zestawu. Teatr to zupełnie inne medium i cieszy mnie to. [...]

- Czy dużo planujesz przed rozpoczęciem pisania?

- Nie ma tego tak dużo, powstają kolejne szkice, a potem trzeba podjąć decyzję, co dalej. Wszystko wydaje się być nowe i zawsze interesujące.

- Witi Ihimaera mówił o "naturalnym i emocjonalnym krajobrazie pisania". Z kolei Ty powiedziałaś, że jesteś zakochana w nowozelandzkich wzgórzach. [...] Czy "naturalny" i "emocjonalny" pejzaż jest podstawą Twojej twórczości?

- Sądzę, że krajobraz jest bardzo ważny dla pisarza. Urodziłam się w Australii, ale odpowiada mi życie w Nowej Zelandii. Jednak czasem czuję rozdźwięk między tymi dwiema kulturami. To bardzo różne kraje. Moja matka urodziła się w Nowej Zelandii i dorastała w Wellington, więc ja także rosłam karmiona historiami o Aotearoa - Nowej Zelandii. Czułam się też mocno związana ze swoją babcią, której nigdy nie widziałam, ale wysyłała mi długie listy pisane na cienkim papierze. Odpisywałam jej, niekiedy dołączając swoje wiersze. Przypuszczam, że babcia wychowała się w okolicach Sounds. Podobno pisała w młodości i ludzie musieli czytać to z przyjemnością gdyż, jak mi pisała, jej siostry kiedyś zamknęły ją w pokoju, mówiąc, że nie wyjdzie, póki nie napisze czegoś dla nich. Babcię to zmartwiło - chciało jej się płakać; patrzyła przez okno na pobliskie wzgórza i nagle one zaśpiewały dla niej. Miałam około siedmiu lat, kiedy wysłała mi ten list i będę go zawsze pamiętać; kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Nowej Zelandii, zobaczyłam pagórki opisane przez babcię i nie zapomniałam jej słów. Przybyłam do Nowej Zelandii na statku, zbliżając się do brzegu obserwowałam wzgórza wyrastające wprost z wody. Opuściłam Sydney, płaskie jak naleśnik, a Nowa Zelandia była górzysta i niewiarygodnie zielona. Ludzie mówią, że Australia jest dzika, oczywiście, że jest, lecz w Nowej Zelandii jest jeszcze coś prymitywnego; czynne wulkany, fakt, że Wellington leży w obszarze aktywnym sejsmicznie sprawia, że można poczuć się częścią zmian, jakie tu ciągle zachodzą. [...]

Dorastając w Australii, nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego moja nowozelandzka mama nalega, żebym zawsze wkładała parasol do szkolnej torby. Ale Australia jest olbrzymim kontynentem, a Nowa Zelandia składa się z dwóch wysp drżących w posadach - co bardziej mogłoby różnić oba kraje? [...]

- Czy dostrzegasz jakieś różnice między literaturą australijska i nowozelandzką?

- Dorastałam, poznając literaturę australijską - mitycznych mężczyzn, twardych pionierów z buszu; to jest literatura zrobiona przez i dla mężczyzn. Moja matka różniła się od innych australijskich matek, ponieważ w Nowej Zelandii kobiety nie mają takich wzorców jak w Australii - w historycznych początkach naszego kraju kobiety i mężczyźni pracowali razem, byli pionierami ujarzmiającymi tę ziemię i tak pozostało do dziś. Czuję się bardziej wolną kobietą tutaj, niż w Australii. [...] Lubię pisać o sprawach, które dzieją się w Nowej Zelandii, poza tym mieszkam tu już długo; jednak trudno mi powiedzieć, że któryś z pisarzy jest mi szczególnie bliski. Po prostu uwielbiam czytać wszystko, co mi wpadnie w ręce - pewnie ma to coś wspólnego ze mną jako dzieckiem, które czytało wszystko, łącznie z gazetami i czasopismami. Kiedy byłam nastolatką, rozczytywałam się w Hemingway'u i klasycznej literaturze napisanej przez mężczyzn, lecz potem zostałam matką, miałam syna, i wtedy sięgnęłam po literaturę pisaną przez kobiety, po książki pochodzące z różnych wieków. Być może zmusiłam się do tego. Kiedy zaczęłam pisać, nie czytałam zbyt dużo poezji - obecnie się to zmieniło, naprawdę lubię wiersze. W szkole zmuszano nas do czytania dość smutnej poezji, musieliśmy poznawać Australijczyków, Judith Wright i Banjio Paterson. Lubię wiersze, zwłaszcza kiedy jestem smutna lub przygnębiona.

- Czym dla Ciebie różni się proces pisania poezji od pisania prozy i sztuk teatralnych?

- Jest to coś zupełnie innego. Poezja jest trudna, trzeba wydobyć esencję, absolutnie czystą esencję; w wierszu nie może być 98% czegoś, tylko 100%. Nie może być 50% bawełny i 50% lycry, powinno być 100% lycry. [...]

- Czy możesz opowiedzieć o powstawaniu Twojego opowiadania The Wife Who Spoke Japanese in her Sleep?

- Pomysł na to opowiadanie pojawił się, kiedy jechałam autobusem z lotniska do Dunedin. Byłam ostatnią osobą, która z niego wysiadła, jechałam półtorej godziny, lecz podróż mnie nie męczyła, ponieważ układałam w głowie nową historię. Punktem wyjściowym była idea, że potrafię napisać o kobiecie, której życie pięknie się zmienia, na podobieństwo larwy przeistaczającej się w motyla. W tym czasie pomagałam synowi w nauce japońskiego i ten język stał się moją obsesją. Jakiś czas temu zwiedziłam Delfy i widziałam wyrocznię. Miejsce zrobiło na mnie wielkie wrażenie, również dlatego, że tam użądliła mnie osa, a moja ręka spuchła, powiększając się dwukrotnie. Wszystko to, o czym mówię, stało się właśnie przed napisaniem tego opowiadania.

- [...] Magia wydaje się być fundamentem tego, o czym piszesz - jak więc spostrzegasz magię? Czy kiedykolwiek miałaś jakieś magiczne doświadczenia?

- Nie sądzisz, że we wszystkich ludziach jest jakaś magia? Ludzie ciągle biorą udział w małych magicznych aktach - na przykład kobieta, która mi powiedziała, że kiedy wiesza pranie, to zawsze używa najpierw żółtych klamerek, potem pomarańczowych, następnie niebieskich. Tworzy rytuał i czuje, że zmiana przyniosłaby nieszczęście. A co innego można powiedzieć o gotowaniu obiadu składającego się z trzech dań albo przygotowywaniu tortu urodzinowego? - to też przypomina występ, jest rodzajem zaklęcia. Codziennie wielu ludzi zamienia zwykłe obowiązki w przedstawienia, kierując się własnymi życzeniami. Myślę, że dzisiejszy świat jest bardzo ekscytującym miejscem, ponieważ posiadamy naturalną (starą) i technologiczną (nową) magię zaklętą w naszych dłoniach.

Antonella Sarti:
Przeł. Iwona Misiak

 

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio