Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

POEZJA:

Mariusz Olbromski

Z Wierszy Krzemienieckich


PARNAS KRZEMIENIECKI

Poletka owsa przesiane gwiazdami
i sny już oprószone bladym księżycem,
a Góra Bony w srebrnej blasze odlana
jawi się w dali królewską szkatułą
kurhanem legend, magiczną skarbnicą.

Tam nad jarów półmrocznym zarysem
pod lśniących murów szczerbatą koroną
wśród woni mięty, tymotki, żywicy,
błądzą dusze kresowych poetów
niczym widmowe w sierpniu świetliki.

Bo w słowie co zjaśnieje już się nie odstanie,
trwalsze nad kamień krąży jak rozpalone
w mgnieniu widzenie. Łączy w ruchomym
tyglu: czasy, narody, zdarzenia. A poruszone
sercem znów kometą leci i ciemność
rozświetla płomieniem.

JAN CYBIS: OGNISKA WAKACYJNE

Wszystko jest z czaru barw, ich lśnienia, więc jak tu
uczyć widzenia tego co w mgnieniu niewstrzymanie
lawiną słońca się toczy; pieni się, spada, drży i kołuje
wielokrotnie odbija, przyciąga i razi oczy.

I jak tu ustawić dłoni skrzydło niewprawne niosące
pędzel i odrobinę farby w locie wysokim
nad płótnem, które niby w dzień pierwszy
stworzenia, bez kształtów jest, istnień uroku.

I nie powiedzieć ani słowa, które jak jastrząb
zadusi osobne widzenie, a tylko przez labirynt
blasków, cieni, wieść tak jak Dante - w zachwycenie -

Niech wodospady lotne, całe miasto, każda złota gałąź,
każdy wykrój liścia, spłyną powoli w objawienie - - -

I tak zastygną - - - przejdą w czas inny -
inne spojrzenie

STARA PLEBANIA

Ławki jak wszędzie na całym świecie
cierpliwe matki pierwszych kulfonów
a obok obojętne lustro tablicy
jak doskonały traktat stoików.

I tylko ta góra o świcie ze złotą koroną
murów w lotnych improwizacjach
chmur tuż za granicą parapetu,
a bliżej dziki poemat ogrodu
za rdzewiejącą struną rynny,
są tutejsze.

Szkółka niedzielna w opuszczonej plebani
z piecem kaflowym lirnikiem zimowym
ustałą wodą w starym kuble
schodami jak klawisze instrumentu
czeka: biedna niczym bezpański pies.

Ale to tu, jeszcze raz, pod spojrzeniem
Juliusza, będzie rozdane całe bogactwo

BOŻY WŁÓCZĘGA

Jak to możliwe mieć dom gdziekolwiek
tylko z miłości, w nim próg i drzwi
i dach bezpieczny tylko z tego uniesienia
i tak wędrować latami pośród flag czerwonych
po drogach Wołynia, w stepach Kazachstanu.

W deszcz, śnieg nieść odpowiedź na tęsknotę
delikatnie jak siostra na łyżeczce lekarstwo.
Poznać smak oszczerstw, mrok więzienia.
Stawać codziennie z Mistrzem w cieniu podejrzenia.
komisarzy i służb tajnych, nieść Światło w labirynty
zniewolenia także w słabości, bólu i chorobie.
Rozmawiać z Krzyżem każdą tkanką, gestem,
i słowem zwykłym a niezwykłym; i milczeniem.

A teraz kiedy chmury gniotą ziemię, a dzień
ponury czasem trudny do zniesienia i kiedy złoty snop
na ziemię nagle pada - leci - mówią nad Ikwą,
że to wędruje ojciec Serafin Kaszuba
Boży Włóczęga

OSOBNOŚĆ
Krzysztofowi Kołtunowi

Niewielu nas, niewielu, i prawie
samotnie podążamy po stepach pamięci.
A któż zrozumie te nasze wyprawy?
To przygarnianie wiośnianek wołyńskich
zaprzeszłych słów, ruin i okruchów życia
ludzi o których nikt prawie nie wie
zatopionych w Atlantydach historii
niczym fortepian Szymanowskiego
wrzucony w Tymoszówce do stawu.

Płyną przez nas niejasne rzeki -
zmienne nurty kresowej mowy.
Strofy rozchylają się nagle jak w maju
kwitnący sen w wiśniowym sadzie..
Poezja małych miast pogranicza błądzi
w nas razem z latarnią księżyca
wśród wież - zaułków - pereł zagubionych
w srebrzystej powodzi, białej magii.

Mariusz Olbromski




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio