Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści

PROZA:

Marek Krystian Emanuel Baczewski

MORAŁ




Jaki morał z tej historii?
Właśnie. Jaki?
Nie mamy nic przeciwko morałom. Morały są fajne. Cóż warte byłoby życie, gdyby nie miało moralnego sensu?
Ale przecież nie było żadnej historii, skąd więc morał?
Nie było żadnego faktu, ale jest jego niepokojące znaczenie.
Czy nie chodzi tu o morał z tego, co się uporczywie nie chce i nie chce wydarzyć?
Jaki morał z historii, której nie było?
Na to pytanie może być tylko jedna odpowiedź.
Morał z tej historii jest morałem niemoralnym.
Jest na świecie zło. Chciałbym to powiedzieć. Jest zło. I jeszcze chciałbym powiedzieć, że nie wiem, czy nie jest go więcej niż dobra. Tak, to chciałbym powiedzieć. I jeszcze jedno chciałbym powiedzieć: starajcie się - przynajmniej wy, drogie dziateczki - nie powiększać domeny zła. Nie przymnażajcie już więcej okropieństw, podłości, zbrodni i tak dalej. Dlaczego nie mogę tego powiedzieć? Dlaczego nie przychodzi mi z odsieczą żadne podobieństwo?
Dlaczego nie zjawia się żadna perykopa, jest tylko próżna, burcząca perystaltyka nicości?
To nie jest sprawiedliwe.
To nie jest w porządku.
To niedopuszczalne, niedozwolone, karygodne!
Prezydent powinien w tej sprawie wygłosić orędzie.
Albo przynajmniej podorędzie.

I tutaj przychodzi pierwsze oświecenie: możliwe jest byle co. Byle co to zjawisko statystycznie udokumentowane, popularne i bardzo, ale to bardzo pokupne. Niemożliwe jest natomiast byle nic. Nic musi być odświętne, wyprasowane, ukryte za makijażem. Jednym słowem trzeba tu się odwołać do wszelkich zasobów wzniosłości, w jakie obfituje każda zaopatrzona przez nauczycieli dusza.

Dzianie się w normalnych książkach zazwyczaj bywa przyodziane w odświętne szaty: mucha przeleci koło nosa drugorzędnej postaci, kierując się z nieokreślonego południa na nieznaną północ; jakiś były student zaciuka siekierą lichwiarkę; rodzina arystokratów pomaszeruje na poobiedni spacer, prezentując po drodze wrodzone dostojeństwo własnej klasy społecznej. Ciekawe jaki oszust wymyślił, żeby dawać tym wyblakłym cieniom miano bohaterów? Dlaczego w książkach pełno bohaterów, a nie ma żadnego tchórza? Przyznam, że gdyby ogłoszono nabór na posadę literackiego tchórza, zgłosiłbym się bez chwili wahania. W imię równowagi.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że pozór zawsze był urodzajną glebą dla literatury. Można by dojść do wniosku, że początkiem i końcem każdego dzieła jest pustka. Począł się w pustce i wróci do pustki? Pięć liter, pierwsze poziomo. Każdy przeciętnie natchniony krzyżówkowicz rozwikła hasło bez wysiłku: świat.
Ale przejdźmy do naszej ulubionej trzeźwej codzienności. Coś jednak się zdarzyło.
Działając wprawdzie w warunkach ograniczonej poczytności, ale za to w stanie wyższej konieczności, zeznaję, co następuje. Napisałem grubą powieść. Nie byle co. 999 stron. Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć (słownie), a na każdej z nich jedno zdanie: ?Nic się nie dzieje".
Nie był to z mojej strony rekord odpowiedzialności. Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć razy chciałem się przekonać, czy wyniknie z tego zdania jakiś morał. I co? I dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć razy przekonałem się, że nie.
Ale spójrzmy na mój wyczyn z innej strony. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wytrzymałby powyżej pięćdziesiątej strony. Może tylko idiota. Skończony kretyn? Napisałby 99 stron, rzucił w cholerę cały gips i oddał się niespiesznemu, a przy tym najniezawodniej bezowocnemu brandzlowaniu.

A ja? Ja - 999. Jaki z tego morał?
Nie dociągnąłem do tysiąca, to fakt. Ale z drugiej strony, czemu miałem ciągnąć? Gdybym tysiąc razy napisał "Nic się nie dzieje", byłaby to już zupełnie inna powieść i nie mógłbym zacząć tej historii od słów: "Napisałem grubą powieść. Nie byle co. 999 stron."
Takie twierdzenie uwłaczałoby pisarskiemu rzemiosłu, które, oględnie mówiąc, polega na pisaniu prawdy.
Przyglądałem się dziełu z pewną melancholią. Przecież nie rzuciłem się w odmęty narracji z pasją odkrywcy. W tamtych dniach, kiedy to powstawała moja książka, przeżywałem szczególnie banalne stadium żywota. Nie mogłem przeto nie potraktować projektu powieści z pewną dozą ironii. A jednak czy mógłbym zawłaszczyć sobie miano pisarza, gdybym nie dołożył wszelkich starań? Nie wykorzystał całego talentu?
Spłodziłem dzieło. Z całą satysfakcją mogę dziś oświadczyć, że wzniosłem pałac. I to zupełnie bez budulca.
Powieści mają jednak swoje prawa. Pierwszym z nich jest bodaj czas. Po dwóch miesiącach benedyktyńskiej pracy złożyłem do białej teczki ostatnią stronę i odpocząwszy dwa dni od codziennego wstukiwania tej samej frazy, zagłębiłem się w świeżo porodzony tekst.

Pisałem rzecz w natchnieniu. Nie ma tu czego się wstydzić. Tworzyłem z umysłem oczadzonym od nadmiaru pomysłów. Przyszła jednak pora, by poddać powieść surowej próbie lektury. Na trzeźwo, z bezwzględnością krótkowzrocznego zoila.
Sądząc po grubości, powieść musiała być obyczajowa. Taka też była.
Pierwsze trzysta stron wprowadzało w klimat niedziania się. W tej części zarysowane zostały podstawowe kontury antyzdarzeń, czytelnik miał okazję zapoznać się z zawiązkami braku akcji. Cała niemogąca się wydarzyć historia nabrała kształtu i głębi.
Nie miałem złudzeń: trzystustronicowa ekspozycja na pewno odstręczy od lektury pewną część czytelników. Z drugiej strony, cóż to za strata? Wcale mi oni niepotrzebni! Odpowiednim stanem umysłu dla rozpoznania duchowych zasobów mojej powieści wydaje się cierpliwość. W gruncie rzeczy nie zależało mi na tych powierzchownych duszach. Zostańmy przy tych, którym nieobca jest sztuka gnuśnej melancholii.
Gdy tylko domniemany czytelnik zyskiwał jaką taką orientację w jałowych okolicznościach powieściowego świata, przyszła pora na uruchomienie akcji. Wyprzedzam w tym miejscu wątek wydarzeń, ale czuję się w obowiązku uprzedzić, że jest to akcja, która się nie odbędzie. Cały urok lektury winien wynikać z bezmyślnego kartkowania kolejnych stronic i dowiadywania się z nich, że jednak nic się nie zdarzy, nic nie nastąpi, nic nie będzie miało miejsca. Owo stopniowe odkrywanie porządku narracji wydaje się niezbędne, ponieważ brak wydarzeń też ma właściwą sobie sekwencję. Swoją sekwencję i swoją gradację. I nawet swój urok.

Przewaliliśmy pierwsze 300 stron. Z mniejszym lub większym, czy raczej i z mniejszym, i z większym poświęceniem, i właśnie teraz następuje zasadniczy zwrot akcji. Przez kolejne sześćset stron brak wydarzeń zaczyna się nieprawdopodobnie wprost wikłać. Na pięćsetnej stronie akcja ujawnia się jeszcze pod postacią stosunkowo ślamazarnego opisu, zdziera z wątku opowieści wątłą epidermę zdarzeń, które, jak wiemy, nie dojdą do skutku. Ale na dziewięćset trzydziestej nasza historia przypomina już kataklizm.
Nie potrafię wyjaśnić, jak to się dzieje. To kwestia bardzo intymnego pożycia lekturowego. Rzecz rozgrywa się w przestrzeni kontaktu między czytelnikiem a czytaną przez niego książką. Po prostu na dziewięćset dwudziestej stronie znajdujemy zdanie "Nic się nie dzieje" i to "nic", które się nie zdarzyło po raz dziewięćset dwudziesty, nie zdarzyło się w tym wypadku z mocą tropikalnego huraganu.

Powiedziałem: to kwestia intymnego pożycia czytającego i czytanej przezeń książki. Proszę wybaczyć. Jestem gentlemanem. Nie będę się tu zagłębiał w szczegóły.
Czytelnik - ośmielam się domniemywać - w tym miejscu jest już stopiony w jedną bryłę z opowieścią. Jeśli jeszcze na osiemset dziewięćdziesiątej dziewiątej, setnej albo dwunastej stronie mógł rościć sobie prawo do posiadania własnego świata, a przy tym podczas lektury doznawał nieprawdopodobnej udręki i chciał rzucić tę historię w kąt, teraz oto brak zdarzeń rozpala jego ciekawość do białości.
Zwróćmy uwagę. Jeżeli przeczytaliśmy 800 stron, na których nic się nie zdarzyło, musi się w nas zrodzić podejrzenie, że każda następna będzie zawierała całą historię świata. To najoczywistszy czeski błąd. Opisanie historii świata zawierały tamte. Wszystkie 800. Każda z nich.

Ale zostawmy w spokoju historię świata. Zajmijmy się moją.
Jesteśmy na stronie numer 930. W samym oku cyklonu. Cała nierzeczywistość nie przedstawiona wali się czytelnikowi na łeb. Zdaję sobie sprawę, że tego napięcia nie można bez końca podsycać.
Autorzy bajek dla dzieci wszelakiego kalibru i wieku wprowadzają w tym miejscu następującą kwestię: "Zdawszy sobie sprawę z tego, że smoki moralnego występku oraz czarnoksiężnicy łajdactwa są nie do pokonania, Głupi Jaś obstawił w najbliższym losowaniu totalizatora numery składające się na ISBN niniejszej książki, z wygranej spłacił zaległe rachunki bezrobotnej księżniczki i odtąd żyli z wymienioną we wspólnocie majątkowo-cielesnej".

Majstersztyk, przyznacie sami. Ale prawdziwym majstersztykiem jest znać numer ISBN książki, której jesteśmy bohaterami. To najwyższa Kabała. To największe wtajemniczenie. To inicjacja we wszystkie sekrety Zoharu i templariuszy razem wzięte.
Tak tedy od strony numer 930 w mojej powieści zaczyna się przesilenie. Napięcie rozładowuje się strona po stronie. To, że ostatnia strona książki nie ujawnia nam nic innego, niż oznajmiła pierwsza, już samo w sobie jest jakimś tam morałem.
Zajrzyjmy na ostatnią stronę. Znajdujemy tam następującą kwestię:
"Nic się nie dzieje".
To zrozumiałe, że powyższe zdanie musi zapadnąć w duszę już uspokojoną, gotową na przyjęcie czegoś, czego w żaden sposób nie nazwiemy dramatem braku wydarzeń, lecz raczej nomadyczną mądrością spustoszonego świata.
Oto więc w najmniej spodziewanym momencie następuje najmniej spodziewany obrót sytuacji. Wszystko się wyjaśnia. Tajemnica wszechrzeczy zapadła w poobiednią drzemkę.
A myśmy z taką uporczywością szukali winowajców w gronie nieznanych sprawców! O, ludzka naiwności!

Nikt z czytelników się tego nie domyśli, dopóki nie doczyta do końca ostatniej strony.
Oto moja powieść. Nie byle co. 999 stron.
Zdanie znajdujące się na stronie numer 999 pozwoliłem sobie zacytować w pełnym brzmieniu parę akapitów wyżej. Porównajmy je teraz ze zdaniem, które przeczytaliśmy na stronie numer 1. Oto ono: "Nic się nie dzieje".
Powieść została zamknięta klamrą. Możemy wrócić do początku.
Tak kończy się moje dzieło. Całkowitą pustką.
Nie ma w tym nic zdrożnego. Pisać: czy nie oznacza to - jak uczył francuski poeta Edmond Jabés - pomnażać nieobecność?
Bezradność autora wychodzi na spotkanie bezradności życia.
Gdyby przyszło mi uzupełnić opowieść, znaczyłoby to, że życie przydarza się obok nas, nie ma wobec nas żadnego planu, co wprawdzie brzmi niczym reguła świata, ale gdybyśmy uznali to za rzecz oczywistą, nasza egzystencja w rezultacie takiego wniosku stałaby się obyczajową powieścią, a powieść - naszym życiem.
Tymczasem jednak to, co się zdarza, zdarza się z jakąś tam powagą i jeszcze pod postacią tragicznego natłoku najrozmaitszych okoliczności, które nie tylko się przytrafiają, ale prócz tego coś znaczą. Starają się komunikować.
Dlatego sieć przytłaczającej nudy, zarzucona na nieruchawy świat mojej powieści, zaczyna stopniowo przybierać formę spisku. Piętrzą się odniesienia do antycznych filozofów, jedyne zdarzenie powieści, jakim jest zupełny brak zdarzeń, przestaje się ukazywać w kontekście filologicznym. Tu nie chodzi o to, co zostało napisane. Każdy dojrzały (i samokrytyczny) autor książek (lub światów) zna tę prawdę doskonale. Gra idzie o to, co nie zostało napisane.

A przecież gdybyśmy rozważyli problem w skupieniu lewitującego linoskoczka, doszlibyśmy do wniosku, że nic dotychczas nie zostało napisane. I jeszcze do tego, że jedyną naprawdę prawdziwą książką jest właśnie moja powieść.
Teraz, gdyśmy zawarli sojusz ze wszelkimi rodzajami niemocy, będziemy w stanie określić podstawową funkcję naszej codzienności. Zguba najbardziej ze wszystkich rzeczy upodobała sobie oczywistość.
Nic się nie dzieje? Przykro mi, ale to nie jest żaden morał. To jest życie.
Tymczasem między pisaniem a życiem rozwiera się przepaść nie do przejścia.
Powieść jest odroczonym samobójstwem, długą samotnością i w ogóle rozpaczą podniesioną do rangi oficjalnego kultu. Czas opowiadania to czas, w którym nie może nam się przydarzyć nic nowego. Czy ktoś, kto inwestuje całe życie w opowiadanie historii, miałby szansę cokolwiek przeżyć?
Długo pisałem. Gdybym opowiadał bez przerwy, udałoby mi się nie żyć.
W międzyczasie przeoczyłem świat.
Nie wiem, co mógłbym jeszcze dopisać. Skończyłem pierwszą lekturę późnym popołudniem. Dzieło wydało mi się kompletne. Postanowiłem wynagrodzić sobie trudy podróży po wertepach własnej twórczości najwyższym ze wszystkich wyróżnień literackich: spokojnym snem.
Wspomniałem, że nie jestem idiotą? Powtarzam. Nie pobiegłem do wydawcy. Poinformowałem zaledwie paru najbliższych przyjaciół o tym, że faktycznie pisanie takiej książki ma miejsce. Poczucie dystansu, jakie autorowi skończonego arcydzieła daje świadomość skończoności świata, było dla mnie wystarczającą przestrogą.
Ponieważ to, co się teraz stanie, przekracza ambicje narratora, będziemy musieli uznać, że się nie obudził.
Rację miał król Salomon, pisaniu książek nie ma końca, ale największą ze wszystkich przygód jest życie. Największą i jedyną. Nigdy nie uwierzę, że może być inaczej.
Otóż właśnie nie było mi dane dokończyć zasłużonej drzemki. Przebudził mnie dzwonek do drzwi. Za drzwiami stał wypomadowany brunet w wełnianej marynarce w angielską kratkę, dżinsach i najgrubszych okularach, jakie kiedykolwiek widziałem. Dwie kępki włosów na szczycie czaszki wyrywały się z mocy brylantyny - dwa całkiem przyjemne różki.

- Pan pozwoli, że się przedstawię. Redaktor Obłęd. Wydawnictwo Trzask - oznajmił szorstkim głosem i wtargnął do mieszkania torując sobie drogę skórzanym neseserem, który w innych okolicznościach mógłby z powodzeniem zastąpić nakaz rewizji.
Walizka była pancerna, ja - oczadzony zasłużonym snem, przybysz gibki, bezczelny i wyposażony w argumenty nie do odrzucenia.
Ktoś z przyjaciół musiał złożyć doniesienie na autora, bo diaboliczny gość wyraził zainteresowanie moją powieścią. Zajął strategiczną pozycję w centralnym punkcie pokoju, opuścił neseser na podłogę i wypytywał ze znawstwem przedmiotu o postacie, główne wątki, zupełnie przy tym nie zwracając uwagi na mniej lub bardziej artykułowane odpowiedzi przesłuchiwanego.
W końcu dostał, czego chciał. Opasły plik spoczął w jego szybkich, białych dłoniach. Owoc żywota. Warzywo rzycia.
- Długas - rzekł ważąc w ręku moje pierworodne dzieciątko. - Nie dałoby się tego podzielić na dwa tomy?
Zastygłem w rozpaczy stanie, słodszym niż zmysłów niemanie.
Przez tydzień ulizany właściciel nesesera zapoznawał się z rękopisem. Po upływie tego czasu zjawił się z mocno nadwerężonym tekstem.
- Właściwie... - powiedział szukając wzrokiem czegoś, co nie byłoby moim spojrzeniem. - Właściwie... - powtórzył opadając na najbliższy fotel, najpierw wzrokiem, a potem resztą ciała.

Miałem przeczucie, że Obłęd szykuje się do zadania śmiertelnego ciosu. Wydobył z głębinowego nesesera rękopis i wycelował nim prosto w serce autora, cedząc przez zęby:
- Zwracam panu pańską powieść...
Jako że poczułem się kopnięty prosto w jądra duszy, podniosłem za kołnierz domokrążnego łżyredaktora i wyniosłem za drzwi. W drodze jakimś nieświadomym ruchem palca musiałem zdusić potworę, bo już na schodach przestała dawać wiarygodne oznaki życia. Z głębokim przekonaniem, że uczyniłem światu ulgę, ułożyłem zewłok redaktora na najbliższym trawniku, obracając brzuchem do dołu, a plecami do góry. Postawiłem stopę na wygolonym karku i wyrzekłem następujące słowa:
Zaraz, momencik... Jakie to słowa wyrzekłem?
Nieważne jakie, bo opisane powyżej czynności wykonałem tylko wirtualnie, natomiast w świecie rzeczywistym przyjąłem z powrotem rękopis bez mała tysiącstronicowej powieści, bąkając jakieś głupoty o zdewaluowanej teraźniejszości, które to głupoty mój rozmówca potrafił bąkać wcale nie gorzej ode mnie.
Teczka nosiła wyraźne ślady lekturowych zmagań. Brunatne plamy po kawie zlewały się z jaśniejszymi zaciekami po herbacie. Z rzadka trafiała się różowawa pozostałość czegoś, czego pochodzenia nie udało się ustalić bez pomocy niewielkiego laboratorium analitycznego. Być może było to wino, ale nie sposób wykluczyć krwi.
Czytać do krwi? Jakże to budujące.
Oprócz wymienionych uszczerbków zlokalizowano w tekście kilka czarnych, spopielałych wgłębień, które wyraźnie świadczyły o tym, że zniecierpliwiony czytelnik gasił na moim dziele papierosy.
- Właściwie... - sakramentalne słowo padło po raz trzeci i po raz trzeci nie znalazło dokończenia. Demoniczny gość przylepił oczy do sufitu. - Albo zacznijmy inaczej. Wyraźnym atutem pańskiej powieści jest panoramiczna obszerność akcji, głęboki zarys psychologiczny postaci i...
"I" skamieniało.

Palant. Gdyby przynajmniej przyniósł zwolnienie lekarskie. Nie przeczytałem, byłem chory. Trudno. Nie pierwszy i nie ostatni redaktor wydawnictwa nieczytający książek.
Po dłuższej chwili książę egipskich ciemności zdołał uruchomić aparat mowy.
- ...i teraz papier ryżowy, nie pozwolę dać gorszego, okładka twarda, foliowana, w przeciwnym wypadku narazimy się na reklamacje. Razem to będzie jakieś...
Książę tego świata rzucił sumę iście samobójczą.
- Nie uwzględniając praw autorskich, prowizji hurtowników, marży detalicznej i tak dalej.
Zaiste, właśnie miałem zapytać o prawa autorskie, prowizję hurtowników, marżę detaliczną i tak dalej. No tak, ale mój gość nie znał pardonu.
- Oczywiście miałem na myśli cenę za egzemplarz, nie za nakład. Mam nadzieję, że się rozumiemy?
Rozumieliśmy się.
- Teraz z innej beczki. Zapraszam pana do księgarni. Oczywiście chodzi mi o wyobraźnię. Czy wyobraża pan sobie swoją powieść w księgarni?
Nie miałem złudzeń.

- Nie jest to korzystne dla debiutanta - redaktor Obłęd wiódł dalej swój wywód - że jego powieść nie ma swojej półki w księgarni. Korzystnie jest podpiąć się pod jakąś lokomotywę, przyłączyć do jakiejś karawany. Cokolwiek: nurt społeczny, nowy realizm, młodzi pogodzeni. Mamy ziarenko sukcesu nadziane na ostrze widelca. Przypominam sobie teraz to słowo, którego nie użyłem w stosownym czasie. To słowo brzmi: charyzmat. Pan ma po prostu demoniczny charyzmat. Na zdrowy rozsądek, pana powieść będzie musiała mieć odrębną półkę w księgarni. Czy użyłem już wobec pana stylu pojęcia szeroki oddech? Nie? Wobec tego używam. Za szeroki na nasz rynek wydawniczy. Problem w tym, że ja inwestuję w przedsięwzięcie moje własne pieniądze. Kupiłem dwie recenzje zewnętrzne. Czy pan mnie w ogóle słucha?
- Ależ jak wyroczni! - padła mocno już zniecierpliwiona odpowiedź. - Słucham jak Wernyhory, jak Kasandry i jak jasna cholera! Ale jest pewna subtelność. Właściwie nie pisałem tej rzeczy z myślą o druku. Jeśli mam być szczery, chodziło mi o rodzaj subiektywnej rozrywki. Bez żadnych pretensji, nieprzespanych nocy i czego jeszcze? Aha, bez przetasowań w panteonie literatury współczesnej. O ile takowy istnieje.
Kłamałem jak z nut.

- To drugorzędna sprawa. O ile takowy panteon faktycznie istnieje, to zapełniają go autorzy posługujący się motywacją, którą był pan uprzejmy przywołać. Pisanie to rzemiosło, a przecież doskonale wiadomo, że najlepsze produkty rzemieślnik wykonuje właśnie dla siebie. Ale mniejsza o to. Problem w tym, że moje wydawnictwo specjalizuje się w literaturze sensacyjnej. Proszę nic nie mówić! Jeśli sądzi pan, że prześcignie mnie jakąś argumentacją dyskredytującą ten rodzaj literatury, to uprzedzam, że jest pan w błędzie. Wydawanie książek jest sztuką niewnikania ani w gusta czytelników, ani w motywy autorów. Wystarczy dać zdecydowany odpór i jednym, i drugim, i już pojawia się dodatni bilans na firmowym koncie.
W pewnym stopniu poczułem się zmiażdżony. W innym znowu byłem wzdęty. Czy mogłem się spodziewać, że świat uroni dla mnie jedną z troskliwie strzeżonych kropelek łaski? Pomyślmy.
Pomyśleliśmy. Nie mogłem.
Schowałem rękopis do szuflady. Łza, którą przy tym uroniłem, nie oznaczała nic nadzwyczajnego. Ot, zwykły rodzicielski instynkt - najwyższa i, co gorsza, biologicznie uzasadniona postać indyferentyzmu.
Dość tego, mój lucyferyczny przyjacielu, wystarczy, że spełniam (z naddatkiem!) moje własne kryteria. Postanowiłem skończyć niemiłą znajomość.
- Ależ ja chcę to wydać! - zaprotestował lucyferyczny przyjaciel. - Tylko potrzebna by była niewielka kosmetyka... Do tekstu w zasadzie nie mam zastrzeżeń. Mam je natomiast do formy. Góra dwieście stron i reguły przewidziane dla dobrego kryminału. Na początku coup d'etait; jakieś dziesięć stron, nie więcej. Zbrodnia, kataklizm i ze dwa końce świata. Potem długotrwałe wikłanie siatki spisku. Sto osiemdziesiąt stron. Na końcu dziesięć stron na triumf dobra i prawdy. Powiedzmy, że (...), a w razie jakiejś sprzedaży, piętnaście procent od sprzedaży.

Po ilości tekstu, jaki znajduje się poniżej, widać wyraźnie, że po słowie "powiedzmy" mój rozmówca wymienił sumę, która umożliwiła kontynuację tej opowieści. Reszta, jeśli mam być szczery, to różowa landrynka.
Owszem, ale bardzo uporczywa landrynka. Landrynka, która po miesiącu prób wyssania okazuje się zupełnie nierozpuszczalnym kryształkiem agatu. Kamieniem zodiakalnym szczęściarzy urodzonych pod przyziemnymi auspicjami Byka, tych gruboskórnych zapobiegliwców, którzy cechują się tym, że nie odrzucają żadnych ofert wydawniczych.
Landrynkowy miesiąc: tyle czasu zajęło mi skonstruowanie nowego utworu.
Ten z was, czytelnicy, kto miał przed sobą teczkę z własnym rękopisem, zrozumie, że nie mają tu zastosowania zwykłe przepisy codziennej moralności.
Napisałem rzecz według wszelkich prawideł obowiązujących w powieści akcji. Akcji w tym wypadku nie istniejącej, ale przecież cała rzecz sprowadza się nie do treści, tylko do formy, nieprawdaż?
Tak oto zostałem autorem powieści sensacyjnej. Wiem, że jeśli dotychczas nie rozumiała mnie część czytelników, teraz zawiodą mnie pozostali. Trudno. Prawdziwy artysta musi odejść nie zrozumiany.

Całokształt powieści to nadal powtórzone 200 razy zdanie "Nic się nie dzieje". To nie mogło ulec zmianie. Ale gdybyśmy teraz z uwagą prześledzili te dwieście zwartych stroniczek, znaleźlibyśmy zasadniczą różnicę. Opowiedziana tu historia jest skoncentrowana wokół jednego wątku i wolna od dygresji. Na pierwszych piętnastu stronach nic się nie dzieje z prędkością nawałnicy, potem zaś akcja (a właściwie brak akcji) wyraźnie zamiera. Wyimaginowane postacie grzęzną w oceanie nudy, pogrążają się w całkowitej apatii i toną w jałowych dociekaniach. Wszystko to ma swoje uzasadnienie w historii gatunku. Te 160 stron, kosztownych dla narratora, podczas których komisarz Maigret wypala dwadzieścia fajek, ryzykując rakiem płuc i zatruwając czytelnika własną niemocą, owe 160 stron okazuje się pozorem, bowiem przez cały czas nieznany bandyta gotuje się do przedsięwzięcia kroków, które w efekcie wyniosą go na powierzchnię opinii publicznej. Na doprowadzenie do skutku tego ostatniego zdarzenia potrzeba góra trzydzieści stron. Czy istniałaby powieść sensacyjna jako zjawisko literackie, gdyby w każdej z tych książek akcja nie stała w martwym punkcie przez, średnio biorąc, sto sześćdziesiąt stron? Wniosek jest prosty: statystycznie rzecz ujmując, powieść akcji sprowadza się do martwego punktu, sama akcja w powieści akcji to wyjątek, który można śmiało pominąć przy lekturze. Margines błędu. Mniejszość pozaparlamentarna. Wystarczy dodać na końcu ze dwadzieścia stron żywej akcji, by czytelnik opuszczał świat przedstawiony z poczuciem, że przez jego intelekt przetoczyło się tornado.
Nie powiedzieć za wiele: oto święta zasada ekonomii prozy.
Największą próbą talentu jest nie napisać nic wcale.
Ale jeśli się już napisało powieść:
10 stron niczego dramatycznego,
160 stron niczego bezsilnego,
20 stron niczego tragicznego,
to co wtedy?

To wtedy jesteśmy tak wniebowzięci, że gdy zjawia się w naszych drzwiach antracytowłosy anioł z wydawnictwa, to choćby nam łopatą wykładali, za jasną cholerę nie zrozumiemy jego słów:
- Przepraszam. Zdaje się, że narobiłem zamieszania. Mam nadzieję, że jeszcze pan nie zaczął... Właściwie to koniunktura na powieść sensacyjną należy do przeszłości. Zmieniam zamówienie na powieść fantasy...
No i jaki morał z tej historii?
Morał z tej historii jest morałem niemoralnym.

Marek Krystian Emanuel Baczewski

powrót do góry

<<< powróć do spisu treści

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio