Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Marzena Bryksa


Tośka*



Tośkę to właściwie wzięliśmy w leasing od Wojciechowskich. Kupili kobyłkę, ale nie mieli ani ziemi na wypas, ani stajni. My natomiast mieliśmy hektary łąk i lasów, i stajnię, a nie mieliśmy jeszcze ani jednego konia. Tośka była niedużą klaczą ciemnobrązowego koloru, jednolicie umaszczoną, bez żadnych plamek innej barwy i znaków szczególnych. Miła, spokojna, sprawiająca wrażenie, jakby nic już jej w życiu nie mogło zaskoczyć. Zawsze chodziła dostojnie, na jednym biegu, jak mówiliśmy, jakby już zapomniała, czym jest trucht, kłus, czy nie daj Boże galop. Nie było człowieka, ani siły, która zmusiłaby ją do szybszego ruchu. Nie wiedzieliśmy, ile dokładnie miała lat, ani jaka jest jej przeszłość, ale wszyscy byliśmy przekonani, że ona jest po prostu zbyt słaba i wiekowa, i nieludzko byłoby zmuszać ją do wysiłku.

Pięknego lipcowego popołudnia przyjechał do nas syn mojego znajomego, Andrzej, który jeździł w znanym klubie jeździeckim w Warszawie. Młody dwudziestoparoletni człowiek przywiózł ze sobą wszystkie jeździeckie gadżety, z którymi się nie rozstawał i które tylko wywołały mój uśmiech. To wszystko do naszej Tośki! Z dużym powątpiewaniem, a nawet rozbawieniem, patrzyłem następnego dnia na jego zabiegi wokół kobyłki. Zabrał się do niej jak do rasowego wierzchowca, nie zrażając się moimi uwagami, że ten koń nadaje się jedynie do leniwego spaceru. Najpierw dokładnie wytarł ją słomą, następnie wyszczotkował ze wszystkich stron. Tośka stała spokojnie, wydawała się nawet dość zadowolona z tych wszystkich zabiegów. Młody człowiek kompletnie niezrażony naszymi uwagami i żartami robił swoje. Gdy przyszedł moment, założył siodło, pozaciskał popręgi i wsiadł na konia. W tym momencie klacz, którą tak dobrze, jak się nam zdawało, znaliśmy, wyprężyła się jak struna, postawiła uszy i przyjęła postawę konia wierzchowego. Wyprostowana, z uniesioną głową, jakby na baczność, gotowa na komendę. Wystarczył jeden ruch pięt naszego gościa, a ruszyła energicznie z kopyta. Patrzyłem oniemiały jak koń, którego miałem za ostatnią gelejzę, wolną i leniwą, zaczął mknąć kłusem, a później wszedł w galop i wraz z jeźdźcem zniknął nam z oczu.

W ciągu następnych dwóch godzin widziałem z daleka, jak szybko przemykali po łące i okolicznych wzgórzach. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia i podziwu, że jak to, ja znam tę klacz, jest u nas od kilku miesięcy, wiele osób próbowało na niej jeździć i nikomu, dosłownie nikomu, nie udało się zmienić jej leniwego chodu, a tu przyjeżdża jakiś chłopak, no dobrze, z jakimś doświadczeniem jeździeckim, ale młody i nieznający konia, dosiada go i jeździ jak na rasowym wierzchowcu?

Gdy w końcu wrócili, Tośka cała była pokryta pianą, którą Andrzej starannie wytarł, a następnie odprowadził konia do stajni. Zatrzymał się u nas kilka dni i codziennie powtarzał ten sam rytuał. Szczotkował, poklepywał, przemawiał do niej i jechali gdzieś na kilka godzin. Koń jakby zmienił osobowość w kontakcie z tym młodym człowiekiem.

Kiedy Andrzej wyjechał, postanowiłem, że teraz ja będę jeździł tak samo. Założyłem siodło, wsiadłem na Tośkę, a ona stoi nieruchomo i ani myśli ruszyć się z miejsca. Na natarczywe szturchanie ruszyła, ale znowu tym swoim leniwym krokiem, od niechcenia. Nic nie pomogły prośby, ani groźby, szturchania i zachęcanie. Toczyła się wolno i nie miała zamiaru tego zmieniać. Po jakimś kilometrze, nieźle już rozeźlony i dotknięty w swojej ambicji, pchnąłem ją mocno piętami. Stanęła dęba. Dosłownie. Jej tylne kopyta obróciły się ku niebu, a ja znalazłem się na ziemi. W dodatku jeden but, wraz z nogą, został w strzemieniu i ciągnęła mnie za sobą kilka metrów, zanim stanęła. Lekko poturbowany, za to z dużą ujmą na honorze, wróciłem do domu piechotą, a Tośka powlokła się za mną na swoim pierwszym biegu. Ani mnie, ani nikomu innemu, nie udało się powtórzyć wyczynu Andrzeja. Nie wiem do teraz, czego on użył, jakiego sposobu, że klacz pod wpływem jego zabiegów, zmieniła się tak bardzo. Czy ona już w trakcie tego, jak ją szczotkował i siodłał, wiedziała, że ma do czynienia z jeźdźcem, który wie, czego chce, wie, jak to uzyskać i trzeba mu się podporządkować… Nawet nie próbowała stawiać oporu! Jakby człowiek i koń porozumieli się poza słowami, samym dotykiem tylko… Być może sposób, w jaki jej dosiadał lub jego wewnętrzne przekonanie i wola, że to on decyduje w relacji człowiek – koń wystarczyły…

Że było to stworzenie nieprzeciętne, które kierowało się swoją logiką, cokolwiek to w przypadku konia znaczy, niech świadczy historia kończąca jej pobyt u nas. Stajnia, w której trzymaliśmy Tośkę, była fragmentem w większości nieistniejącego budynku, postawionego na wysokiej skarpie. Od tej strony pozostały jedynie zamurowane drzwi w jednej ze ścian. Widoczny był ślad futryny i stare cegły, a za tą ścianą nie było nic, kilka metrów pustej przestrzeni. Pewnego dnia, jakoś niedługo po mojej niefortunnej próbie ujeżdżenia Tośki, wszedłem rano do stajni, by wyprowadzić klacz na pastwisko. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem tylko otwór w ścianie. Nieregularny, z pokruszonymi cegłami, jakby wybiła go jakaś potężna siła. I ani śladu zwierzęcia. Zdziwienie ustąpiło miejsca przerażeniu, gdy wyobraziłam sobie, że koń leży połamany po drugiej stronie budynku. Stworzenie, nad którym podjęliśmy się opieki, być może nawet nie żyje. Wyjrzałem przez wyrwę w murze, ale stwierdziłem, że jest pusto. Nie byłem pewny, czy to powód do radości… Zaczęliśmy szukać Tośki wokół domu, a później na łąkach i pod lasem, tam, gdzie zwykle się pasła, ale nigdzie się na nią nie natknęliśmy. Ani na żywą, ani na martwą.

Po bezskutecznych poszukiwaniach postanowiliśmy, że trzeba zawiadomić Wojciechowskich. Poszedłem więc w górę wsi, bo ktoś musiał to zrobić, układając w myślach, co im powiem. Już z daleka rozpoznałem znajomy kształt pochylony nad trawnikiem przy domu. Tośka! Stoi sobie spokojnie i skubie trawę! Z lekką ulgą, bo jeszcze nie odetchnąłem w pełni, przyspieszyłem kroku. Na podwórku Włodek majstrował coś przy motorynce syna.

Cześć, jak się masz? spytałem, powoli przesuwając się w kierunku klaczy, aby zobaczyć czy jest cała i nie ma jakichś obrażeń.

Widzę, że Tośka jest u was.

Tak, musiała przyjść bardzo wcześnie, bo jak wstaliśmy, już się pasła pod domem.


Włodek zdawał się kompletnie nie być tym zdziwiony, więc i ja udawałem, że wszystko jest w porządku. Tak właśnie miało być, Tośka miała sobie do nich dzisiaj przyjść. Stałem już przy niej. Zupełnie nie zwracała na mnie uwagi, jakbym był obcym człowiekiem. Zobaczyłem, że przy tylnej nodze ma tylko lekkie zadrapanie, prawie niewidoczne. Cała reszta wydawała się być w porządku. Ustaliłem z Włodkiem, że jak już jest, to niech zostanie, bo on dogadał się z sąsiadem, że będą mogli wypasać Tośkę obok jego krów i właściwie to myślał, że ja już o tym wiem i dlatego ją przyprowadziłem. Nie wyprowadzałem go z błędu, nie umiałem opowiedzieć o zdarzeniu z dzisiejszego poranka. Wróciłem do domu z tą nowiną, a po drodze próbowałem sobie to wszystko jakoś poukładać. Jak ona to zrobiła? Klacz, która ledwo się ruszała, wybiła dziurę w ścianie, wyskoczyła przez nią i wróciła do właścicieli, gdzie bardzo krótko wcześniej przebywała? I w ogóle dlaczego? Skąd wiedziała, że to był właściwy czas, bo oni i tak mieli zamiar ją wkrótce zabrać?



Marzena Bryksa



* Opowiadanie to ukazało się w papierowym wydaniu „Frazy” pod błędnym imieniem Małgorzata, za co autorkę serdecznie przepraszamy – redaktorzy i korektorzy „Frazy”.



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio