Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Wołodymyr Łys


Stulecie Jakowa


Część trzecia: Pokój i wojna (fragmenty)



Boże, czy był gotów na przyjazd Zosi? Ona została jak bolesne wspomnienie, jak blizna, co powstała i czy to nie chce, czy nie może się zabliźnić. Niejednokrotnie szukał odpowiedzi na to gnębiące pytanie, pytał jeszcze i jeszcze – siebie, ją? – czemu wtedy na jego słowa: „Kim ja dla ciebie jestem?” powiedziała, że wojakiem, żołnierzem, jednym z wielu. Przez dłuższy czas myślał, że była to prawda, więc nie ma co rozpaczać. Ale pewnego razu narodziło się przypuszczenie, i im częściej o nim myślał, tym bardziej się w nim utwierdzał: kłamała. Dlaczego? Odpowiedzi nie było. Nie powinien był pytać? Być może. Ale nie mógł nie zapytać. Nie mógł. Czas mijał. Czas-męka. Chciał zapomnieć Zosię i nie mógł. A potem była ta podróż-męka do Warszawy. Podróż, co jak gdyby spaliła za sobą wszystkie mosty. Nie spaliła. Czuł to bardzo wyraźnie. Ile by razy nie powtarzał słowa „kurwa”, nadal bolało.

I właśnie teraz, kiedy znowu zbliżył się z Ulanką, kiedy poznał Handzię, zjawiła się ona. Tak niespodziewanie. Wyzywająco. Zbyt wyzywająco. On przyjął to wyzwanie. Tak po prostu, nie mógł się poddać. Diabeł czy ktoś tam za język pociągnął. Ale słowo się rzekło, nie cofniesz. Taka była jego osobowość, taka natura.

Wypłakała się Zosia, udała, że wszystko w porządku. Zjedli kolację. Zosia przywiozła jakieś konserwy i kiełbasy. Ciastka i cukierki. Jak świat światem nie jedli w tej chałupie takich rarytasów. I wino pańskie przywiozła. Po kolacji Paraska przywołała Jakowa:

  – A gdzie my ją położymy spać, te panie?

– Ze mną, mamo.

  – Z tobą? Przecież nie macie jeszcze ślubu!

  – I co z tego?

  – Boże Święty. Jezusie... Co ludzi powiedzą?

  – A chyba my im powiemy?

Ach, przed tym Fedotycha przybiegała. To Paraska puściła parę – i chustę pokazała, i powiedziała, że Jaszko do samej Warszawy mieszkać pojedzie. Oczy sąsiadki jak dwa duże garnki zrobiły się. Oj, kumasiu! Klasnęła, jęknęła. I wichurą z chaty wyleciała.

  – Boże Święty...

  – Niech mama nie wzywa imienia Boga nadaremnie.

  – Może ona nie tylko z tobą spała, ta pani...

– Tylko, mamo, tylko... kochamy się, mamo. Miłość.

Aż się zdziwił, że kłamstwo tak łatwo przeszło mu przez gardło.

  – Ojej synku, to zwierzę niepewne... Gorsze od wilka... Ta miłość...

  – Milczcie, mamo...

Hawryłkę odesłali do cioci. A oni długo musieli czekać, zanim starzy zasną.

  – Ja tak nie mogę – wyszeptała Zosia, kiedy znowu usłyszała szelest na piecu.

Wstali po cichu, trzymając się za ręce. Paraska nie powstrzymała się:

  – Dokąd, dzieciaki?

  – Zosia zaczerpnąć świeżego powietrza chce, mamo.

Zaprowadził ją do obory, do tej części gdzie siano było przechowywane. Zrobili norę. Wleźli. Zosia cicho chichotała – łaskotki od trawy, mówiła. Nie od trawy, od siana, poprawiał.

Ale między czułościami znalazła sposób, by zapytać:

  – Żartowałeś, kochany?

  – Nie – powiedział Jakow. – Zostajesz tu. Albo wracasz sama.

  – Wobec tego idź precz – powiedziała. I odepchnęła go z całych sił. Ale nie ustąpił. Tej nocy w istocie Zosię zgwałcił. A ona po tym wszystkim długo nie chciała iść do chaty i stała półnaga na już chłodnym wietrze. Milczała. Milczał i on. Wtedy podszedł i siłą chwycił na ręce, podniósł i tak udał się do chaty. Przez chwilę jeszcze stawiała opór, a za progiem zamilkła.

Łzy były i na następny dzień. Było przekonywanie rodziców, szczególnie matki, która przecież pragnęła dla syna wszystkiego, co najlepsze. Jakow się uparł, mało tego, kazał matce przynieść dla Zosi coś ze swoich ubrań. Spódnicę, a może jeszcze i bluzeczkę. Zosia stała sztywna i z wysoko podniesioną głową. Kiedy matka poszła do chaty, zapytała, czy postanowił pokpić z niej? Dlaczego? Ona jest wolnym ptakiem i w każdej chwili może porzucić to chłopskie podwórze. Ten chlew i chałupę. Jakow popatrzył w jej wielkie zielonkawe oczy. Dziewczyna na zielonej krypie płynęła przez ich jezioro. Zalała go dziwna czułość. Poczuł, jak coś ściska kleszczami piersi i gardło. Podszedł i, nie zwracając uwagi, że ktoś tam patrzy (a Fedotycha i jej synowa, Perta, żona Charytyna, chyba patrzyły, wpatrywały się, czuł ich wzrok z tyłu głowy), przytulił Zosię.

  – Zostań – wyszeptał.

  – Ty...

– Ja...

  Została. Została i krok po kroku, dzień po dniu zamieniała się z dumnej, wychuchanej, eleganckiej ślicznotki szlachcianki w poleską chłopkę.

[...]

6


W zamian za życie w zbytku dostała zakopconą poleską chatę, w której nie było zwyczaju otwierania okien, zresztą tak czy siak nie mogły być otwierane, te dwa przysadziste okienka, bo uważało się, że „świeżak”, czyli czyste powietrze, dostaje się do izby, kiedy otworzą drzwi, zatem okna do otwierania nie były nawet przystosowane. Chatę, w której czuło się stęchły zapach słomy, służącej za materace, a przy zamiataniu glinianego klepiska unosił się kurz. Dostała ciężką pracę w ogrodzie i polu, od której niemiłosiernie bolały plecy, czasem na tyle, że nie można było ich wyprostować. Jej białe delikatne ręce... Z przerażeniem patrzyła na nie Zosia po pierwszej robocie – kiedy przyszło ziemniaki rękami wybierać z ziemi. Ręce stopniowo twardniały i czerniały. Początkowo często pokrywały się pęcherzami, bo nawet po półgodzinnym trzymaniu kopaczki do ziemniaków, trzonka drewnianej łopaty czy wideł, przychodziło zaczerwienienie, bąble a na koniec pękanie skóry. Ona, która codziennie urządzała sobie kąpiel z pachnącym mydłem i ziołami, teraz musiała myć się w niedużej drewnianej wanience.

Ale prawdziwym koszmarem dla Zosi był brak wychodka, bo załatwić się chodzili do bydła, do obory, a wieczorem i w nocy przeważnie za oborę. Posiłki składały się głównie ze świeżego mleka (jeśli ktoś miał krowę), rzadziej były skwarki – pieczona słonina, chleb, umoczony w tuku, surowa słonina, a jeszcze rzadziej jajecznica, przeważnie ziemniaki z roślinnym olejem lub z olejem, w którym w wiejskim sklepie przechowywano śledzie, który kupowała głównie zahorieńska biedota, ziemniaki z cebulą oraz ziemniaki posypywane tylko solą. Raz do roku Mechy zabijali świnkę: w jednym roku przed Wielkanocą, w następnym na jesieni, przed odpustem. Jakow, co prawda, mógł nielegalnie złapać zająca albo ryb nałowić (na tym zajęciu dwa razy go przyłapali i wlepili mandat). A najulubieńszym świątecznym daniem chłopów była homaczka – śmietana wymieszana z twarogiem własnej roboty.

Na panią, co zdecydowała się zamieszkać ze zwykłym Poleszukiem, przychodzili patrzyć jak na jakieś dziwo. Zosia uprzejmie ich witała, niektórym dawała podarunki, nigdy nie okazywała wyniosłości. I jakoś tak samo przez się, pomału, pomału stała na wsi prawie swoją. Bardzo szybko nauczyła się mówić po ukraińsku, jak mówili we wsi, „po naszemu”. Chętnie przejęła wiejskie zwyczaje, z przyjemnością spotykała się z miejscowymi i początkowa wrogość matki Paraski bardzo szybko przerodziła się w serdeczne ciepło, szczególnie, że Zosia ciągle wypytywała, jak robi się to i owo, zwracając się do niej najpierw „matko kochana”, a potem już tylko czule po ukraińsku – „matusiu”.

Podejmowała się każdej roboty. Doiła narowistą krowę, która co chwila wykopywała wiadro. Z jakąś gniewną zawziętością sortowała ziemniaki i łuskała fasolę, biła kijanką, piorąc bieliznę w zimnym strumieniu za ubogim domem, nauczyła się pracować sierpem, gdy przyszły żniwa. Jakow, jak mógł, ułatwiał jej życie. Czule dmuchał na pokaleczone palce, pocięte sierpem w jej pierwsze żniwne lato, smarował rany maścią wziętą od baby Hapłychy. Po kryjomu całował te spracowane ręce. Serce mu się krajało, ale nigdy nie powiedział – dobrze, wyjedźmy stąd. Zosia też nigdy o to nie poprosiła. Nieraz Jakow nosił swoją zmęczoną żonkę z pola na rękach, a czasem i na plecach. I w nosie miał ludzkie gadanie. Języki babskie zardzewiałyby, gdyby nie mogły ich rozpuścić, mawiał.

[...]

O czym myślała, siedząc wiejskimi wieczorami na kłodach czy na ławce, zaciągając się mocnym papierosem, obok teścia, którego nie opuszczał męczący kaszel, ale mimo to nie przestawał palić, o czym myślała ta kiedyś dumna szlachcianka, wpatrując się zielonymi, koloru niedojrzałej śliwy, prawie kocimi oczyskami w ciemność, która zapadała nad wsią – wiedziała o tym tylko ona sama... Tylko ona i Bóg, jeśli znajdował czas, by zauważyć w zmierzchu, co ogarniał tę poleską, zagubioną pośród lasów i błot wieś, dwa maleńkie ogniki papierosów.

[...]

Ona, nawykła do innego życia, nagle odczuła, że to, co wcześniej wywoływało odrazę, ma jakiś sens. Chociaż często zadawała sobie pytanie – w imię czego żyją, po co właściwie istnieją ci ludzie? Odpowiedzi nie było. Chyba, że tak chce Bóg. W imię czego tak ciężko pracują na ziemi wśród parnych błot? Odpowiedzi nie było. Chyba że... Dla samego życia... Czym oni zawinili u Ojca, że skazał ich na takie życie, na takie męki? Odpowiedzi nie było. Szukała wytłumaczenia takiego istnienia i nie znajdowała. Często po nocach albo w samotności ukradkiem płakała. W każdej chwili mogła porzucić to życie, tę ubogą chałupę, ale zostawała. Czasami wydawało jej się, że trzyma ją tutaj nie tylko miłość do Jakowa, a coś więcej. Coś, czego nie można wytłumaczyć i dosięgnąć rozumem. Coś poza jej pojmowaniem.

Po ośmiu miesiącach od przybycia do Zahorian Zosia Mech z Małkowskich urodziła córkę. Uparła się, chociaż ksiądz proponował inne imię, i córeczkę ochrzcili Paraskewia.

 – Będziemy mieli dwie Paraskewie, mamusiu – powiedziała do teściowej. – A dwie Paraskewie, gdzieś czytałam – są na szczęście.

Teściowa była wniebowzięta.

Poród oczywiście przyjęła babka znachorka w chacie. Zosia darła się wniebogłosy i w momentach bólu łajała się po polsku.

Kiedy pokazali jej córeczkę, podali do rąk maleńką istotę, Zosia po raz drugi doznała czegoś w rodzaju wizji. Wydało jej się, że do skromnej chałupy, rozjaśnionej wstawionymi w garnuszki z gliny pochodniami, wleciał wielki ptak. Tylko tym razem biały. Nie, maleńki biały ptaszek. Z bajki, którą opowiadała jej kiedyś mama.

Przytuliła kruszynkę do piersi i nagle poczuła, jak po policzku spływa jej łza. I skądś, z jakiejś nieznanej głębiny, jak gdyby zza okna, za którym szumiał wiosenny wiatr, czy nawet z kosmosu, w jej głowie zjawiły się słowa, które pamiętała z gimnazjum, linijki Modlitwy Cypriana Norwida, których nie zapomniała:


Przez wszystko do mnie przemawiałeś – Panie!

Przez burzy, grom i przez świtanie;

Przez przyjacielską dłoń w zapasach z światem,

Pochwałą wreszcie – ach! – nie Twoim kwiatem,


I przez tę rozkosz, którą urąganie

Siódmego nieba tchnąć się zdaje – latem –

I przez najsłodszy z darów Twych na ziemi,

Przez czułe oko, gdy je łza ociemi;

Przez całą dobroć Twą, w tym jednym oku,

Jak całe niebo odjaśnione w stoku!...


  – Co ona szepcze? – zaniepokoiła się Paraska. – Może ją coś boli?

– Chyba modli się po swojemu – powiedziała znachorka. – Niech się modli, nie przeszkadzaj...

[...]

8.


– Będę na ciebie czekała – powiedziała teraz Zosia. – Bardzo czekała. Będziemy czekać. Nasza czwórka. Szóstka.

Podeszła bliżej, podała mężowi na ręce Ulanoczkę. Mała coś wymamrotała, dotknęła policzka i nosa ojca.

Zosia miała łzy w oczach.

  – Niech będzie przeklęta ta wojna i Szwaby, co się do nas pchają.

Kiedy pożegnał już wszystkich, po raz setny ucałował swoje maleństwa, Zosia jeszcze raz wtuliła się w niego i wyszeptała:

  – Tylko spróbuj nie wrócić. Znajdę mogiłkę i powyrzucam twoje liche kości, przysięgam na Matkę Tarnobrzeską. Boże, Panie Miłościwy, cóż to się dzieję na jasnym świecie? – I dodała gorączkowo – Modlić się będę i do swojej Matki Boskiej i do twojej Materii Bożej... Obiecaj, że będziesz dbał o siebie?

Obiecał. I wrócił, wychudzony, wyczerpany, ale żywy.

Przeżył i głupi atak, kiedy pędzili konno na niemieckie czołgi. I wycofanie się aż do Bugu, potem okrążenie koło Hrubieszowa. Ich obszarpany ułański pułk trafił do niewoli w pełnym składzie – wszyscy, którzy przeżyli. Jakow wojował teraz na gniadym koniu. Czerwony miał innego właściciela. Podczas tego bezsensownego ataku widział, jak runął postrzelony koń, kiedyś jego koń, do którego do teraz nie odważył się podejść, i rzucił się co sił, uderzywszy gniadego ostrogami, do tego miejsca.

Jeździec leżał martwy, z odrzuconą na bok głową.

Czerwony konał, patrząc na niego żałosnym wzrokiem. Nagle zarżał i spróbował stanąć na nogi.

„Jezu, poznał” – nagle pomyślał Jakow.

Koń męczył się w konwulsjach. Jakow nie wiedział, jak powinien postąpić. Zastrzelić, żeby nie cierpiał? Koń jeszcze raz słabo zarżał. A prosto na niego mknęła góra kruppowskiego żelaza. Jakow zawrócił konia. Nie wytrzymał, obejrzał się. Czołg był akurat w tym miejscu, gdzie umierał jego czerwony koń. Właśnie tak pomyślał – umierał, a nie: zdychał.

Zawrócił i nie panując nad sobą, popędził prosto na czołg. Kule z karabinu maszynowego zagwizdały obok. Zrównał się z czołgiem, rąbnął szablą o pancerz i przeleciawszy jeszcze z dziesięć metrów, gwałtownie zawrócił konia. W to miejsce, gdzie leżał czerwony, nie popatrzył, nie mógł. Rzucił się doganiać swoich.

Krzysztof Sobieski służył w tym samym pułku, był już majorem i dowódcą sztabu pułku. Podczas pochodu Jakow widział go raptem dwa, trzy razy. A teraz, w kolumnie, którą pędzili na zachód, niespodziewanie pociągnięto go za rękaw. Obejrzał się.

 – Ułan Jakub Mech?

  – Tak jest, panie majorze – przyłożył rękę z dwoma wystawionymi palcami do głowy, choć rogatywki na niej nie było.

Major wyciągnął do niego dłoń. Uścisnął mocno. Przez jakiś czas szli obok siebie, milcząc. Wreszcie major zapytał o to, o co powinien był: czy pani Zosia, wie pan, o kogo mi chodzi, jest pana żoną, a jeśli tak, to gdzie teraz mieszkacie?

Jakow powiedział prawdę. Dodał tylko, że mają już trójkę dzieci. Krzysztof westchnął i po dłuższej chwili milczenia powiedział cicho, że zazdrości jemu, Mechowi. I że pewnie Zosi nie było łatwo przywyknąć do życia na wsi.

 – Nie było – powiedział Jakow.

Zobaczył jej ręce – popękane, w ziemi, w nawozie.

  I tamte, białe, delikatne, z długimi cienkimi palcami.

– Łatwo nie było...

  Powtórzył, westchnął. Poczuł skruchę. On jest temu winny czy...

 – Dziwna z niej kobieta – usłyszał w odpowiedzi.

Po kilometrze czy dwóch milczącego marszu major powiedział, że życzy ułanowi Mechowi przeżycia w kołowrocie śmierci i powrotu do domu. A gdyby coś mu się przydarzyło, to on, Krzysztof Sobieski, jeśli nie zginie, zaopiekuje się Zosią i trójką jej dzieci. Adres zna.

– Jak nazywają się wasze córeczki.

  – Paraskewia, Zosia i Ulanka – powiedział Jakow.

– Bardzo ładne imiona – Sobieski zasalutował. – Gratuluję, panie ułanie. Do widzenia.

Major wrócił do czoła kolumny, gdzie szli oficerowie. Podczas tego pięciodniowego wyczerpującego marszu, kiedy szli i w dzień i w nocy, z krótkimi przerwami na odpoczynek, a spali wprost na ziemi, Jakow widział go tylko z oddali. Przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę. Wtedy, przed jego demobilizacją. Swoje życzenie szczęścia. A patrz, jak wyszło. Czy pan major ma żonę?

W obozie pod Dęblinem rozdzielono szeregowych i oficerów. Tych drugich popędzili gdzie indziej. Gdy Jakow zobaczył, jak ich ustawiają, coś popchnęło go do przodu. Rzucił się do kolumny oficerskiej. Niemiec – wartownik – skierował w jego stronę automat.

– Wek! Szissen!

– Ja... Chcę coś powiedzieć panu majorowi – krzyknął Jakow.

Sobieski usłyszał jego krzyk i podszedł do niemieckiego oberlejtnanta, który stał obok, coś zaszwargotał nie po polsku, raczej po niemiecku. Ten warknął w odpowiedzi i podniósł rękę. Chyba pozwolił na rozmowę oficera z żołnierzem. Major zbliżył się do Jakowa, zapytał, o co chodzi. I Jakow przemówił przez wydostającą się ze ściśniętego gardła gulę – nawet nie z gardła, a z piersi wyłaziła…

  – Paraskewia, najstarsza córka, nie jest moja, a pańska.

– To prawda? – zapytał major.

– Tak.

– Matko Boska – wyszeptał Sobieski i w jego oczach pojawiła się zdradziecka wilgoć.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale szybo odwrócił się na pięcie i prawie pobiegł do swojej kolumny. Kolumna ruszyła. Jakow poszedł do swoich. Czy major przeżyje w śmiertelnym kołowrocie? A on?


10


Wielka wojna grzmi nad światem. Pełznie przez granice, morza i rzeki, góry i lasy, i żadna siła – ani Boża, ani ludzka – nie jest w stanie jej zatrzymać. Pośród tej strasznej krwawicy tkwi on, zwykły, jedynie trochę piśmienny Poleszuk Jakow Mech, przezywany Świerszczem. Stoi albo rusza się w tę czy w inną stronę. Przesuwają go jak pionek na planszy jakiejś niepojętej gry, co gorsze – zdmuchują jak mrówkę, którą w każdej chwili można rozdeptać. Sam rusza w środek śmiertelnego wiru, starając się przeżyć i uciec. Uciec i przeżyć.

Przebłyski jasnego światła przez mrok lat. Człowiek wśród pogorzelisk w obcym kraju.

Dęblin, roku pańskiego 1939. Polskie miasto i niemiecki obóz jeniecki dla polskich żołnierzy. Zimny jesienny deszcz, odzież – która jeszcze całkiem niedawno była schludnym mundurem żołnierza Wojska Polskiego – mokra, że jakbyś nie wykręcał, zdaje się rozchodzić od tej wilgoci. Lura dwa razy dziennie. Kiedy prowadzą do kamieniołomu, by ciosali i ładowali kamień, cieszą się.

Głos: Ile się można znęcać, jesteśmy jeńcami a nie bydłem.

Strzał, potem seria z karabinu maszynowego, czyjś jęk i krzyk.

Słuchy: Na Kresach Wschodnich: Wołyniu i w Galicji, już gospodarzą Sowieci, narzucając swoje porządki. A Niemcy mają wypuścić Ukraińców do domu. Bo taki mają układ z tym wąsatym moskiewskim szatanem.

Listopad. Deszcze zanikają, w ich miejsce przychodzi wczesny dokuczliwy mróz i tych, którzy przeżyli, zaganiają do baraków. Pewnego razu do ich baraku wchodzi wartownik i oznajmia, że wszyscy żołnierze narodowości ukraińskiej powinni ustawić się na placu.

 – Chłopaki, do domu pojedziemy! – krzyczy ktoś radośnie.

Przed nieruchomym szeregiem ponurych, nieogolonych mężczyzn zjawia się butny Niemiec, coś ryczy.

Tłumacz nienagannym ukraińskim mówi:

 – Pan kapitan składa wszystkim Ukraińcom propozycję wstąpienia do specjalnego pododdziału walecznego Wehrmachtu. Każdy kto się zgłosi, dostanie umundurowanie, możliwość dostatniego życia i służby wielkiemu führerowi Adolfowi Hitlerowi, jak również zaliczkę w niemieckich reichsmarkach co równa się pięciu tysiącom przedwojennych złotych.

– Oho… – słyszy się gwizd w szeregu.

Pięć tysięcy złotych. Jezus Maria! Jakow nie śmie nawet pomarzyć o takich pieniądzach. Jak bardzo w gospodarstwie pomógł im tysiąc złotych, który Zosia przywiozła ze sobą w posagu. Dzięki tym pieniądzom jakoś wyszli z niekończącej się nędzy.

Pięć tysięcy złotych! Z możliwością wyrwania się z tego piekła...

– Idziemy? – sąsiad z szeregu dotyka jego ręki. – Ja idę. Nie bądź głupi. Potem z tej armii można zwiać.

Zwiać? Dokąd? Jakow ma wrażenie, że jest myszą, przed którą stoi klatka po darmowy ser. Czy duży kawałek słoniny. Rozum chłopa podpowiada Jakowowi – nie leć na ten łakomy kęs. Klatka prędzej czy później zostanie zamknięta, zapewne tuż za bramą tego okropnego obozu. To nie jest słodka wolność, tylko niewola posypana dla smaku cukrem.

Kapitan prosi chętnych o wyjście z szeregu. Wychodzi około dwudziestu osób. Potem Niemiec obchodzi szereg za szeregiem i pyta każdego, czy ma ochotę wstąpić do Wehrmachtu.

– Nie – mówi Jakow, kiedy przychodzi kolej na niego.

– Warum?

– Czemu? – tłumaczy mężczyzna, z twarzy niepodobny do Ukraińca.

– W domu została żona i trójka małych dzieci.

– Na darmo rezygnujesz – dodaje od siebie tłumacz. – Wkrótce pożałujesz.

Pożałuje? Jakow zawahał się. Lecz jakaś nienamacalna siła każe mu jeszcze raz rzucić krótkie:

– Nie.

Już następnego dnia tych, którzy odmówili wstąpienia do Wehrmachtu, przebierają w szare, więzienne robocze ubrania z przyszytym na plecach napisem „Polak polityczny”. Teraz codziennie pędzą ich do sprzątania wysypiska śmieci. Jeden z jeńców chwyta zgniłe jabłko i kawałek mięsa, wpycha do ust. Po dwóch dniach umiera w strasznych mękach.

Ale w grudniu wszyscy Ukraińcy zostali zwolnieni z obozu. Oddają im polskie mundury. Jakow wyrusza pieszo. Wszędzie leżą góry śniegu. Siarczysty mróz wpełza pod letni mundur.

„Nie dojdę” – myśli Jakow, lecz wie, że musi dojść. Musi dojść i zobaczyć Zosię dużą i Zosię maleńką, Parasoczkę i mamę Paraskę, najmniejszy swój cud Ulanoczkę i ojca Płatona, który przez ostatni rok ciągle chorował i nie przestawał go męczyć ostry kaszel.


11


Krzyk matki: „Jaszko!” i słowa Zosi, odrywającej wzrok od wiadra, w którym szykowała poidło dla świń:

  – Co to za czołowik taki, co wraca z tamtego światu akurat wtedy, kiedy jego żonka ma brudne ruky i ne może kochanego obniaty.

Zosia zawsze, kiedy się wzruszała, mieszała ukraińskie słowa z polskimi, a często tworzyła własne, podobne do siebie w tych dwóch językach. Teraz rzuciła się do jego wychudzonych piersi i nieogolonych policzków, rozłożywszy umazane ręce jak skrzydła. Całowała namiętnie, jak kiedyś, nie zwracając uwagi na nikogo. A w progu stała już, mrugając zielonkawymi jak u matki oczętami, siedmioletnia Parasoczka. Nagle przypomniał sobie spotkanie z jej prawdziwym ojcem i po raz pierwszy w jego sercu pojawiła się niechęć: „Polskie, pańskie nasienie”. Ale zaraz zmusił ten kolczasty kłębek, co wyrósł znienacka w jego piersiach, by zniknął. A kiedy córka przylgnęła do jego kolan, ręka sama wyciągnęła się ku jej jasnej główce, a na policzki wylała się brunatna farba. Potem przytulał maleńką Zosię i podniósł wysoko nad głową Ulanoczkę. Wtedy ze skruchą w oczach skierował się do ojca, co leżał na piecu i patrzył smutno.

– Myślałem, nie doczekam się, synu.

Zosi opowiedział jednak o spotkaniu z Krzysztofem Sobieskim. Po kilku dniach, nad ranem. Po czułościach.

Zosia gwałtownie oparła się na łokciach:

– Ty... Jasyku opowiedziałeś mu o naszej Parasoczce? Opowiedziałeś? Po co?

Milczał. Chyba wszystko opowiesz? Czy teraz da się zważyć, na jakichś szalach moment, kiedy zobaczył, jak majora Sobieskiego wraz innymi oficerami szykują do wywózki z obozu...

Zosia potrząsnęła jego ramieniem.

– Po co?

I zaczęła bezdźwięcznie chlipać. Jakow przytulił ją i zaczął gładzić, jak małe dziecko, po głowie.

[...]

12


Stopniowo oswajał się z nowym życiem. Teraz na wsi była rada wiejska, której przewodniczył były więzień Stefan Semenacha. Jakowa tam wezwano i mężczyzna bez pagonów, ale z dziwnymi odznakami na bluzie wojskowej długo go wypytywał o pobyt w obozie niemieckim, zachowanie Niemców i jeńców. Kiedy opowiedział, jak odmówił służby w niemieckiej armii, uznał:

  – Dobrzeście postąpili, obywatelu Mech. Germania, prawda, jest teraz naszym przyjacielem i sojusznikiem, ale wy lepiej w bohaterskiej Armii Czerwonej jeszcze powalczycie.

Jakow chciał powiedzieć, że nie zamierza więcej nigdzie walczyć, ale zmilczał. Tego, że przedostał się o własnych siłach nocą, przez zamarznięty Bug po krze, wojskowy już nie pochwalił, powiedział, że mogli go i za szpiega niemieckiego wziąć. Jakow wyznał szczerze – miejscowi po tamtej stronie Bugu mówili, że ponoć tych, którzy przez most idą, na Syberię zsyłają. Wojskowy spojrzał przenikliwie.

 – Zapamiętajcie, obywatelu Mech, że my bez powodu nikogo nigdzie nie zsyłamy. Władza radziecka ściśle przestrzega prawa socjalizmu. Bezlitośni jesteśmy tylko wobec wrogów ludu pracującego.

Jeszcze raz przeszył rozmówcę szarymi oczami, co lśniły jak ostrze dobrze wyklepanej kosy, a Jakowowi dusza w pięty uciekła, po plecach poleciała strużka potu, a za nią druga – pod prawą pachą. Zaś wojskowy nagle zmienił front, uśmiechnął się.

– Możecie iść, towarzyszu Mech. Teraz jesteście wolnym i pełnoprawnym obywatelem wielkiego Związku Radzieckiego. Dziękuję za cenną informację.

Wolne życie towarzysza Mecha polegało na przygotowywaniu zapasów drewna: teraz także i pański las zrobili państwowym, w radzie wiejskiej trzeba było wziąć zlecenie i za wyczyszczony hektar lasu dostawało się furę opału. Na wiosnę zaorał pole, bo Zosia zasiała tylko nieduży kawałek oziminy. A potem powrócił zwyczajny kołowrót, tylko już nie śmierci, a życia: orka, siew, sadzenie ziemniaków, pielenie i koszenie, osuszanie błota nieopodal pola, praca w domu – na wsi człowiek zawsze ma coś do roboty. Zosia dotrzymywała mu kroku, szalona w swojej zawziętości, lecz w odpowiednich momentach, kiedy powiedzmy, kosę ostrzył czy drewno rąbał, podchodziła i całowała go. Jakow denerwował się. U nich we wsi nie było to w zwyczaju. Tymczasem złościł się już całe dziewięć lat. Zosia dość często kłóciła się z teściową, a potem przytulała i przepraszała mamę Paraskę słodkimi, podobnymi do szybkiego gdakania kur słowami. Jakby droczyła się. Natomiast teściem Płatonem, który teraz tylko od wielkiego dzwonu złaził z pieca, opiekowała się z oddaniem, niemalże łyżeczką karmiła, podtrzymywała przy chodzeniu, a przed Wielkanocą, gdy na dworze było słonecznie, sama wykąpała w wanience pod płotem, nie zwracając uwagi na oburzone krzyki Paraski – kto widział, żeby kobieta mężczyznę myła, nagiego, obcego chłopa, chyba śmierć chce przywołać ta potępiona Polka.

– Nie obcego, a swojego ukochanego tatę – śmiała się Zosia. – Niech tata zamknie oczy, będę lała wodę na głowę.

A mała Zosieńka Zosina podeszła, za mamy spódnicę złapała się:

– Babusziu, i ja Polsia jestem?

I oczętami, jak jej mamusia, mrug-mrug, a z tych ocząt zajączki słoneczne z chyżością w łapkach wyskakują.

– A jakżeż, taka sama pani w podartym żupanie – zaburczała babka Paraska. – A z kieszeni głodne myszy szyje wyciągają.

– Myszy? – Zosieńka żywo obejrzała się. – Gdzie, gdzie, babusiu?

I nie czekając na odpowiedź, pobiegła podwórkiem, zalewając się śmiechem-dzwoneczkiem.

W ślad za małą telepał się postarzały wujek, starzec czas. Ale ona jeszcze nie słyszała jego kroków, nie widziała ostrzegawczo wyciągniętej nad jej ciemną główką dłoni starego mędrca. Zosia biegła i śmiała się, a za nią powolutku dreptała Ulanoczka, padała i pochlipywała, podnosiła się i dalej tup-tup nóżkami. A Parasoczka, ta już zza obory wychodziła, z zerwanym szczawiem w podołku. Na barszcz.

Tej wiosny zaczęli wywozić Polaków na Syberię. Jakow zaniepokoił się o Zosię, ale nowy sowiecki sołtys, czy, przepraszam, sekretarz Semenacha uspokoił: bez obaw, wywożą tylko całe rodziny, gdzie wszyscy są Polakami, i to tylko panów osadników, w pierwszej kolejności tych, co zajmowali stanowiska.

Na wsi zorganizowano kołchoz, do którego zapisywali się najbiedniejsi.

Kiedyś przy parceli sąsiada Cwirkunia zatrzymał się Petro Łuciw, od zawsze wiejski hulajdusza i pijaczyna. Stał i cmokał, chwiejąc się. A potem do Jakowa, który płot naprawiał:

– Jeszcze trochę, wuju Jaszko, i to wszystko nasze będzie. Szkoda, że wy też zaczęliście się bogacić. Bo teraz i was trzeba będzie rozkułaczyć.

Jakow splunął w duchu. A następnej wiosny zabrali Tymosza (nie pierwszego zresztą na wsi). Za antysowiecką... tfu! słowo takie, że wymówić trudno. Ulanka jeździła do Łucka, ale do spotkania nie doszło. A Ulanka, której znowu brzuch wyrósł (kolejne dziecko, z całą pewnością już Tymosza, notował Jakow), zajrzawszy do nich, wycierała łzy i mówiła, no nic, nie zawsze kot ma zapusty, będzie musiał i postną zupkę chłeptać, i o tym, jak Niemiec zaraz na Sowietów z wojną pójdzie.

I Szwab ruszył, ale od razu po ich wkroczeniu przyszła wieść straszna: mówili, że zanim enkawudyści (Jezu, ile słów nawymyślali cholerni Sowieci) dali drapaka z Łucka do Kowla, powystrzelali ponoć wszystkich, którzy w więzieniach siedzieli. Jak coś takiego mogło się zdarzyć, nie pojmowali ludzie. Krewni Zahorieńców Iwana Łupinego i Łukasza Niesmijana pojechali na rozpoznanie. Pojechała też spłakana Ulanka z bratem Petrem.

Minęła się z mężem. W drugi wtorek po wybuchu wojny wrócił na wieś Tymosz, obdarty i z ranami na twarzy. I opowiadał: uratowała go przebiegłość – kiedy następnego dnia, po zaatakowaniu przez Niemców, w poniedziałek, ustawili ich w dwa szeregi, w jednym politycznych, w drugim pospolitych, nie przyłączył się do politycznych – intuicja mu to podpowiedziała. Bo teraz leżałby wśród zabitych. Ale to, co opowiadał później, występując już na wiejskim wiecu, kiedy chowali Łukasza (siostra nie znalazła Iwana), nie mieściło się w głowach Poleszuków, jak można Bogu ducha winnych, jeszcze nieskazanych ludzi, niechby i więźniów, z automatów kosić...

[...]

13


Po jakichś dwóch miesiącach od rozpoczęcia wojny przyszedł Tymosz. Rozmawiali o tym i owym. Powiedział: o więzieniu nie będę mówić. Niech to... I ręką machnął. Wojna przetoczyła się daleko na wschód.

– Słyszałeś – powiedział Tymosz – wszystkich naszych we Lwowie Szwaby powsadzali.

– Naszych?

– Banderę i jego rodzinę. A i wielu innych. W Łucku, mówią to samo... No i masz ci państwo niepodległe... Wcześniej Sowieci, teraz ci, zarazy...

Jakow nie wiedział, kim jest Bandera. Mógł zapytać, ale było mu głupio. A Tymosz raptem grzebień wyjął z kieszeni. Tylko nie zaczął się czesać, a na dłoni położył.

– Pamiętasz, jak grali?

Jak można było zapomnieć. Była w ich wsi jedna rodzina, nazywano ich Bubeńcami. Pięciu Bubenców założyło zespół komików. Stary Ilko Bubeniec wybijał rytm na garnku, jak na bębnie, albo przychodził z żelaznym korytem, dziurawym i przerdzewiałym, i też w niego uderzał. Syn jego, Wasyl, po maglownicy, którą prasowało się odzież, jak na skrzypcach sztachetą ciągnął. A jego synowie… Petro wyprosił u Herszka stary, popsuty zegar, który jeszcze za cara na ścianach wieszali i teraz w te i wewte łańcuch ciągał, wydobywając skrzypiące dźwięki świdrujące duszę. Iwanko chuligan, najmniejszy chłopaczek, kota nosił, szarpał go raz po raz za ogon, by ten miauczał na różne głosy. A ich siostrzyczka Jawrońka, przebrana za chłopczyka, z namalowanymi wąsami, grała na grzebieniu jak na fujarce.

Większość Zahorieńców uważała rodzinę Bubeńców za wariatów, stukniętych, ale byli i tacy, co lubili słuchać i oglądać ich dziwaczne koncerty, upiększone rozmaitymi mądrościami i nieprzyzwoitymi piosenkami.

Zosia, zobaczywszy po raz pierwszy tę cudaczną orkiestrę, z zachwytem zaklaskała w dłonie. Sama spróbowała zagrać na każdym z instrumentów. Ilko łaskawie pozwolił. Pozwolił sobie nawet klepnąć Polkę po zadku, za co zdzieliła go maglownicą po grzbiecie. A potem, po kilku miesiącach, kiedy gości przyjmowali – były to zaręczyny Hawryłka – nagle gdzieś się wymknęła i przyprowadziła Bubeńców – proszę, macie muzykę. Jakow najpierw rozzłościł się na żonę, a potem ręką machnął, eee tam, jeśli ma ochotę, to można się pobawić.

Po jakimś czasie, kiedy spotykali się w kilka rodzin (Petra, brata Ulanki i Tymosza siostry Hali) na niedzielne wieczornice niedzielne czy na świąteczne pogaduszki, Zosia zaproponowała, przewracając figlarnie zielonymi oczyskami, żeby zagrali na grzebieniu, maglownicy i korycie.

– Zośka! – uniósł głos Jakow.

Zosia znowu błysnęła oczyma, a potem wyrwała z włosów wielki, z wężykiem na końcu, grzebień. Narzuciła na niego chusteczkę. Przytknęła do ust.

A potem... A potem zaczęła śpiewać:


Mój kochany mężulek

Przybłąkał się z Kukułek

Dobre to, że nie z Różaj

Przytelepał się tutaj.


Jakow nie wiedział – złościć się czy zachwycać.

Poderwał się z ławki, spróbował wyszarpnąć grzebień z rąk. Zosia wywinęła się, jeszcze nogę spróbowała mu podstawić.

– Widzieliście ją – to już Paraska stała, ręce pod boki, na synową złym okiem zerknęła.

A Zosia podbiegła, wyciągnęła do niej grzebień: niech mama zagra.

I tu niespodziewanie Tymosz ją poparł. Powiedział: czemu nie zagrać? I zagrali.

Po wsi się rozeszło: bogacze Werhyny cudaczą razem z Łuczakami i Cwirkunami.

Teraz Tymosz nagle Jakowa kuksnął w bok:

– Dawaj, w tę niedzielę urządzimy występy.

– Występy?

– Tak – powiedział Tymosz. – Wiesz przecież, że Ilka Niemiec zastrzelił, jeden z tych, co u nas we wsi stacjonowali. Ponoć Ilko chciał coś tam ukraść. Uczcimy jego pamięć i zagramy. A potem może i po wsiach pójdziemy.

– Po wsiach?

– A czemu nie? Trochę powygłupiamy się, a zarazem czegoś się dowiemy. Najwyższy czas naród ze śpiączki wybudzać. Bo myśleli wolność, a wyszła – cudzość. To jak, umowa stoi?

– Jeśli tak mówisz...

[...]

Tymosz pomilczał chwilę, a potem powiedział:

– Przeklęte życie. Ale i takiego trzeba się trzymać. Zrozumiałem to w więzieniu. Co by się nie działo, trzeba się trzymać. Chociażby tak, jak Bubeńcy się trzymali. I grać na czym się da.


14


Rok czterdziesty trzeci przyniósł i radość, i smutek. Wiosną Zosia po raz czwarty urodziła. Znowu córeczkę, na imię dali jej Olga. Nazwali ją na cześć kuzynki Jakowa, którą tuż przedtem do Niemiec wywieźli. Jakow był niepocieszony, kiedy babka Herasymycha przekazała mu wieść, że raczej nie doczeka się syna. A w czasie żniw zmarł Płaton, mając jedynie sześćdziesiąt cztery lata, wykończony nieustającym kaszlem.

W tym czasie dookoła Zahorian zapanowała trwoga. Nocami, a nawet w biały dzień, paliły się ukraińskie i polskie wsie. Wielu chłopaków i mężczyzn poszło do powstańców, ukraińskiej partyzantki, albo jak jeszcze u nich mówili – bulbowców. Poszedł i Tymosz. Namawiał też Jakowa, ale ten odmówił: jakże ma cztery małe dziewczynki zostawić na barkach dwóch bab.

– A czy ja mniej mam? – powiedział Tymosz. – Czy ty chcesz, żeby tutaj, na naszej ziemi, jeśli nie Niemcy, to Lachy czy Sowieci gospodarzyli? Znów po tiurmach, jak te suche źdźbła, wykaszać nas będą.

– Nie chcę tego, Tymoszu – odpowiedział Jakow. – Dobrze wiesz. Lepiej będzie, jak wam żywnością pomagać będę, słoniny czy mięsa podrzucę. A też bronić się trzeba.

– Jak chcesz...

I tak się rozstali. Jakow rzeczywiście zapisał się do samoobrony. I wieczorami, kiedy wypadała jego kolej, chodził pilnować wsi.

Te noce pod gwiazdami, a częściej pod chmurami, były, oj, jakie niespokojne... Tu i ówdzie nad widnokręgiem zapalały się i długo nie gasły łuny pożarów. Stał Jakow na kraju wsi, wpatrywał się w ciemność, serce mu się kurczyło, jakby ktoś ściskał je kleszczami. Co mógłby zrobić, gdyby ktoś go napadł? Wystrzelić raz czy dwa z pistoletu? Bo ta pukawka do niczego więcej się nie nadaje. Chyba że jeszcze w szynę załomotać, żeby wieś obudziła się. Może wtedy ludzie zdążyliby uciec.

Noc przypatrywała mu się stuokim niewidocznym zwierzem, w czarnym worku chyłkiem niosąc setkę, a może i tysiąc zwierzątek, zdolnych rozsiać dookoła nieszczęście.

Kiedyś wpadł na podwórko Hawryłko, zdaje się, na Spasa to było. Rozchełstany, oczy mu błyszczą, na plecach obrzynek na sznurku dynda, w rękach siekiera. – Chodź, bracie, idziemy na polską kolonię.– Na polską, mówisz?... – No, na Żeniów.

Jakow gwałtownym ruchem wyszarpnął bratu siekierę. Potem wyciągnął drugą rękę.

– Obrzynek oddaj.

Hawryłkowi włosy stanęły dęba.

– To tyś, bracie, Polakom się zaprzedał. Wiadomo, sam masz polskie cacko. A i szczeniaki Lachy.

 – Dureń...

Jakow wymierzył cios w twarz. Potem szarpnął obrzynek.

 – Ani mi się wasz tak mówić o Zosi. I zostaw dzieciaki w spokoju. Zapomniałeś, jakim językiem one mówią? Przez całe swoje życie nie zmyjesz hańby, jeśli na kolonię pójdziesz.

 – A oni? Zapomniałeś, co oni zrobili w Sztuni, Wyżhowi, Wysocku? Cerkwie palą... Dzieciaków na kołki... Mięczak z ciebie, bracie.

  – Może i mięczak – zgodził się Jakow. – Ale obrzynka nie oddam.

 Cofnął się i odciągnął kurek broni. Lufa patrzyła maleńkim, pustym jeszcze okiem w piersi brata.

  – Żebyś tego nie pożałował – powiedział ze złością Hawryłko.

  Tylko ramiona mu się już osunęły. Oczy zgasły. Jakby powiew wiatru dmuchnął na ten żar.

  Jakow odwrócił się i, powłócząc nogami, poszedł do chaty. Nad wsią, jak olbrzymie żurawie, płynęły białe chmury. Krążyły, szykując się do odlotu inne, prawdziwe ptaki – bociany. Była gdzieś tam, za borem, w sinej dali, jesień. Wszystko było jak zawsze. Tylko ludzie byli już inni. Szli jedni na drugich. Z siekierami, widłami, pochodniami.

„Czyja to jest wina? – pomyślał Jakow. – Polaków, Sowietów? Niemców? I kto zmusił mojego brata do wzięcia siekiery do rąk? Boże, żeby on tylko nie poszedł na tę kolonię z głupoty”.


15


Nieszczęście zawitało do ich wsi niespodziewanie, piątego dnia po Pokrowie, kiedy wszystko dookoła – podpalenia, napady, mordy – zaczęło jakby cichnąć. Tydzień wcześniej Polacy napadli na sąsiednią wieś Popały. Spalili tam cerkiew, a w niej prawie pół setki ludzi. Po czym ruszyli, pewnie otumanieni sukcesem, na Zahoriany. Na leśnej drodze spotkali zahorieńca, starego Fedota Butmerania (bo z Butmera, co koło Prypeci, pochodził, w Zahorianach za zięcia był), otoczyli go, zaczęli wypytywać, jak tam w Zahorianach, czy jest spokojnie? A Fedko zrozumiał, że nieszczęście nadciąga na jego wieś – z bronią, widłami i siekierami w rękach! Z oczami płonącymi nienawiścią. I powiedział (po polsku), w tej złowieszczej wsi calusieńka setka bulbowców stoi. Wczoraj przyszli i zakwaterowali się.

– Bulbowcy? Banda UPA?

  – Właśnie – dolał do ognia Fedot. – Ludzie „Kruka”.

Napastnicy wymienili się trwożnymi spojrzeniami, dziadek dostał kilka szturchańców, czy czasem nie kłamie stary pień?

Ale naradziwszy się, zawrócili. A dziadka puścili, co wydało się dziwne.

Kiedy przestraszony Fedot opowiadał o tym na wsi, mieszkańcy stwierdzili, że teraz u nich nawet nosa nie pokażą.

Mylili się. Przeszli bezszelestnymi zjawami przez poranną jesienną mgłę. Zjawili się na podwórkach, w obejściach, wchodzili do chat. Najwyraźniej mieli pewne informacje o tym, w których rodzinach jest ktoś w UPA i kto chodził na polskie kolonie.

Przyszli do Mechów. Dwóch, z rusznicami w rękach, młodszy i starszy.

Nakazali im iść na zebranie do cerkwi. Wtedy do chaty weszła Zosia, która doiła krowę, ale usłyszawszy hałas, przybiegła. Od razu zrozumiała, co jest grane.

– Dzień dobry. Widzę, że mamy dostojnych gości.

Obaj prawie natychmiast przez – posturę, twarz, wymowę – wyczuli w tej kobiecie bez cienia strachu w oczach swoją. Swoją z krwi i kości.

– Pani jest Polką? – zapytał ten starszy.

– Nie tylko jestem, ale byłam, jestem i będę – Zosia wyprostowała się jeszcze bardziej – Zofia Małkowska, proszę pana. Polka, szlachcianka i katoliczka. Z kim mam zaszczyt rozmawiać?

Zignorowawszy pytanie, zapytali ją, skąd pochodzi i jak się tutaj znalazła? Odpowiedziała, że jest żoną żołnierza, ułana Wojska Polskiego, który bronił już Rzeczypospolitej przed nienawistnymi Szwabami. Dlatego przyjechała tu zamieszkać, na Kresy Wschodnie, odwieczne ziemie polskie, jest z tego bardzo dumna, bo przyniosła ze sobą duch polski i język polski. Oto mój, proszę wielmożnego pana, mąż Jakub, kapral Wojska Polskiego, który bronił Rzeczypospolitej, a to są nasze córeczki – Zofia, Genowefa, Juliana, a w kołysce śpi, proszę łaskawego pana, Jadwiga. Zosia bardzo ryzykowała, wymieniając polskie imiona... Ale po tych słowach ten starszy, z workami pod oczami, przyłożył rękę do wojskowej czapki:

– Do widzenia, pani Zofio. Życzę szczęścia...

Kiedy wyszli, zdrętwiała Zosia osunęła się na ławę. Wydawało się, że zaraz zapłacze, ale nie płakała. Spytała tylko:

– Co mówili?

– Kazali iść do cerkwi – powiedziała Paraska. – Tam wysyłają wszystkich naszych. Chyba, jak w Popałach, palić będą...

Zosia podniosła się, pogładziła po głowie przestraszoną Parasoczkę, potem Zosieńkę. Potem wyszła z izby. Jak się okazało, poszła do komórki. Tam coś załomotało.

– Co ona robi? – zapytała Paraska trwożnie.

– Skąd mogę wiedzieć – powiedział Jakow.

Zosia wróciła. W rękach trzymała ubranie, w którym przyjechała: bluzeczkę, spódnicę, kurteczkę-kożuszek, buty i kapelusz. Przechowywała je, nie wiadomo po co, bo nie zakładała nawet w wielkie święta. Wyciągała tylko od czasu do czasu i wietrzyła. A potem wkładała, spacerowała w nim po podwórku i znowu chowała do kufra.

– Coś ty wymyśliła? – Jakow zrobił krok w jej stronę.

– Pójdę tam... Do cerkwi...

– Po co? Szukasz śmierci?...

Usłyszawszy to straszne słowo, starsze córki rzuciły się do mamy z płaczem, a za nimi i Ulanoczka.

– Nie płaczcie, maleńkie – Zosia przytuliła dzieci, a potem odwróciła się do męża i teściowej. – Muszę tam pójść. Słyszycie, muszę. Nie chcę umierać. Ale pójść muszę. Nie próbujcie nawet odradzać. I tak pójdę. Może będę miała szczęście...

Nie skończyła. Ale oczy wyrażały stanowczość i zaciętość, dobrze im znane.

– Pójdę z tobą – powiedział Jakow.

– Wrócimy – obiecała Zosia, jak już wyszli za bramę.

Paraska płakała. Krzyczała w histerii Parasoczka. Młodsze zalewały się łzami. Zosia z kamienną twarzą wyszła na ulicę. Zewsząd rozlegały się krzyki i płacze. Padł jeden strzał, drugi. Do cerkwi mieli blisko.

„Dokąd idę? – myślał Jakow, przestawiając nogi jak skazaniec. Dokąd idzie ta szalona kobieta? Kto zaopiekuje się naszymi dziećmi, Boże Miłosierny...”.

Mimo to szedł obok Zosi z mocno zaciśniętymi ustami. Wyprostowanej. Niepodobnej do siebie.

Ludzi już zapędzili do ich starej, drewnianej cerkwi. Dwóch chłopaków z rusznicami okładało budynek słomą i sianem, obok stał kanister, przez otwarte drzwi, przy których stało jeszcze dwóch z karabinami, dolatywały płacz, jęki i biadolenie.

Na dziedziniec przyprowadzili właśnie niedużą grupkę ludzi, którzy ze zdziwieniem patrzyli na wystrojoną panią. Podprowadzili ich do mężczyzny w mundurze oficera, obok którego stał i ten z ciemnymi workami pod oczami, który był u Mechów-Świerszczów.

Zosia i Jakow, który mocno trzymał ją za rękę, podeszli do mężczyzny w mundurze. Ten popatrzył, wyraźnie zaskoczony. Zosia ukłoniła się i powiedziała, że jest Zofią Małkowską, gorliwą katoliczką, szlachcianką z pradawnego rodu, znanego już od czasów panowania Piastów, spadkobierczynią w linii prostej pułkownika Janusza Małkowskiego, odznaczonego przez świętej pamięci króla Jana Kazimierza za wyprawę na zdrajców zaporoskich, prawnuczką Konrada Małkowskiego i córka Bronisława Małkowskiego. Jeśli pan... pan...

– Kapitan Armii Krajowej Zbigniew Kurtowski – zasalutował mężczyzna.

– Jeśli pan kapitan nie wierzy – powiedziała Zosia. – Oto mój paszport, a to nasz herb rodowy, nadany przez króla Jana Kazimierza.

– Wierzę pani, ale...

Wziął paszport i spojrzał.

– Konrad Małkowski, Bronisław Małkowski – powtórzył, jakby coś sobie przypominając.

– Tak, panie kapitanie, nie myli się pan: mój ojciec Bronisław Małkowski, towarzysz broni naszego marszałka Józefa Piłsudskiego, który razem z nim był na zesłaniu rosyjskim i który stał obok niego podczas ogłaszania niepodległości Drugiej Rzeczypospolitej 11 listopada 1918 roku. Który zginął podczas wojny z bolszewikami w dwudziestym roku. A mój pradziadek Bronisław był bliskim towarzyszem broni księcia Adama Czartoryskiego i zastępcą zarządcy kancelarii, co za czasów Kostusia Kalinowskiego też położył głowę za niepodległość Polski.

– Czego jaśnie pani chce? – zapytał kapitan już z ciepłą nutką w głosie.

Zosia powiedziała, że razem z mężem Jakubem, kapralem Wojska Polskiego, który przelewał krew za ojczyznę w trzydziestym dziewiątym, chcą być z tymi ludźmi, którzy znajdują się w cerkwi, z którymi przeżyli większość swojego życia. Kapitan zaprotestował łagodnym głosem: taka ofiara jest nierozsądna i niepotrzebna. Ci ludzie są zdrajcami, schizmatykami i bandytami. Dla pani Zosi to żaden powód do dumy stawać w ich obronie.

– Ja ich nie bronię, a proszę za nich u pana kapitana przed Panem Bogiem i Matką Boską.

Tu Zosia wyciągnęła ikonki Matki Boskiej Świętokrzyskiej i Tarnobrzeskiej.

– Albo niech pan pozwoli umrzeć razem z nimi...

– To niemożliwe – powiedział Zbigniew. Wtedy Zosia uniosła głos.

– To niech pan kapitan zamiast tych ludzi zastrzeli mnie, Zofię Małkowską, córkę Bronisława Małkowskiego i prawnuczkę Konrada Małkowskiego. Jeśli konieczna jest czyjaś śmierć.

Niech zastrzeli, bo tak każą jej i Matka Boska Świętokrzyska, i Matka Boska Tarnobrzeska. To ona powinna ponieść śmierć za tych ludzi, jako prawdziwa katoliczka i potomkini rodu Małkowskich.

Kapitan zawahał się. Zosia stała i patrzyła mu prosto w oczy – dumna, wyprostowana. Po raz pierwszy ten odważny oficer, który patrzył już w inne oczy – śmierci – nie wiedział, co ma robić. Spalić żywcem, niech nawet razem z bandytami i odstępcami, córkę towarzysza Józefa Piłsudskiego i prawnuczkę bliskiego współpracownika Adama Czartoryskiego i Kostusia Kalinowskiego – oznacza na zawsze splamić swoje imię. Dobre imię i honor swojego rodu. Najprościej byłoby nie wpuścić jej i jej męża do cerkwi, używając nawet siły. Można tak zrobić, ale...

Kapitał wbił wzrok w ziemię, po chwili podniósł głowę, zrozumiał: ta kobieta, ta piękna dumna Polka ze sławnego rodu, córka jednego z twórców polskiej niepodległości, siłą rzeczy budzi w nim zachwyt. Jakież godne to prawdziwej Polki męstwo, cóż za odwaga, nie pozorna, a prawdziwa szlachetność, psiakrew! Jakie nieopisane piękno, co dostało się jakiemuś kapralowi, sądząc po wyglądzie, chamowi. O Matko Boska, czemu los jest tak niesprawiedliwy! A co, jeśli ta pani, nawet w tej głuszy, zachowała dobre, dawne znajomości, skompromituje go w nowej Rzeczypospolitej, co powstanie po zwycięstwie nad Szwabami, a jego imię...

Podjął decyzję. Przyłożył rękę do rogatywki, ukłonił się lekko i wydał rozkaz podwładnym, by ruszali za nim. Mężczyzna, który przychodził do Mechów, próbował protestować, ale kapitan powiedział, że nie zmieni zdania. Gdy tylko zniknęli za rogiem, ludzie wysypali się z cerkwi. Ktoś krzyczał, że jest wśród nich Polka... Ale usłyszawszy, kto ich uratował, otoczyli Zosię i Jakowa i zaczęli całować jej ręce, a niektórzy klękali przed nią na kolana, jak przed świętą. Nie wytrzymała i zaczęła szlochać. Płakała i coś bełkotała pod nosem. Pocieszali ją.

Już w domu, gdzie powitały ich spłakane dzieci i całkiem zszarzała z przerażenia matka, kiedy Zosia rozebrała się, Jakow powiedział:

– Wiedziałem, że jesteś ze starego szlacheckiego rodu, ale nigdy nie mówiłaś, kim byli twoi pradziadek i ojciec. Twój ojciec chyba miał na imię...

Zosia spojrzała na męża i gorzko się uśmiechnęła. Jej zielonkawe oczy były nie tylko zapłakane, ale i bardzo zmęczone.

– Nie wiem, czemu wymyśliłam pana Konrada i pana Bronisława... Będę prosić Matkę Boską Tarnobrzeską i jej syna przenajświętszego Jezusa o wybaczenie słudze bożej Zofii tego kłamstwa – powiedziała.

[...]


Wołodymyr Łys
Przełożyła Oksana Tesliuk
Redakcja: Magdalena Rabizo-Birek i Matylda Zatorska




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio