Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Rozmowa z Włodzimierzem Odojewskim o kresach, zbrodni katyńskiej, życiu w PRL i emigracji*



Magdalena Rabizo-Birek: Wielkim tematem pana twórczości są tragiczne dzieje polskiej ludności na kresach podczas II wojny światowej. To jeden z bardziej dramatycznych epizodów polskiej historii. Jak to się stało, że właśnie ten temat pan wybrał, czy też może raczej ten temat pana wybrał?

Włodzimierz Odojewski: Może to zaczęło się od ukochania tych ziem, od mojego dzieciństwa, którego takie bardziej słoneczne epizody działy się na Podolu, trochę na Wołyniu, bardziej na Podolu, w stronę Pokucia i Zaleszczyk. Tam moja mama jeździła jeszcze przed moim urodzeniem. Miałem siostrę, która zmarła przed moim urodzeniem. Mama spędzała lato w różnych kurortach, część lata, czasem wiosnę, bo wówczas nie była kobietą pracującą. I potem ciągnęła także ze mną, więc tam może zaczęło się przywiązanie do tego pejzażu. Później te przeżycia z dzieciństwa skrzyżowały się z lekturami kresowymi, Sienkiewiczem i innymi pisarzami, którzy pisali o tych ziemiach. W pamięci chowam bardzo gorąco pisarza, o którym w Polsce dziś mało kto coś wie. Był to brat Kraszewskiego, Kajetan Kraszewski. Nie wiem, czy pani coś to mówi? Czasem próbuję gdzieś upublicznić to nazwisko. Na pewno należy tych jego pięć czy sześć powieści, które napisał i które miały tylko jedno wydanie, odgrzebać, wydać na nowo. On także malował. To były moje lektury chłopięce, polskie, bo wychowywałem się głównie na literaturze francuskiej i rosyjskiej. Ale właśnie te polskie weszły nitką między te dwie literatury do mojej świadomości i mojej pamięci. To wszystko jakoś połączyło się ze sobą i potem z tego, jeśli tak można powiedzieć, ukształtowało się głębokie przywiązanie do tych ziem, głównie Podola, także południowego Wołynia. Może w tym było też coś z chęci ukoronowania mojego dzieciństwa. Podczas wojny moja mama postarała się przez krewnych ze strony ojca, którzy się zniemczyli kilka pokoleń wcześniej, ale nigdy nie stracili świadomości swoich wschodnich, polsko-rosyjskich korzeni, a opiekowali się nami w czasie okupacji, żebyśmy dostali od Niemców zgodę na wyjazd tam w 1943 roku. Wielkopolska, gdzie mieszkaliśmy, była wcielona do Reichu, nie tak łatwo było Polakom się stamtąd w czasie wojny wydostać. Wtedy, jak się mówiło, byłem chorowity i zmiana klimatu, podróż, wakacje, mogła mi pomóc. W 1943 roku zostałem zabrany do krewnych, którzy wrócili na tereny między Trembowlą a Czortkowem. Wydawało im się, że można coś tam uratować.

Tam rozgrywa się akcja Wyspy ocalenia?

–Tak, coś z tamtej podróży, z tamtych przeżyć weszło do Wyspy ocalenia. Ja tam przyjechałem, do tego nibyraju, i ten raj okazał się, jak to Bieńkowski gdzieś napisał, piekłem. Zobaczyłem chyba najbardziej krwawy rok czterdziesty trzeci, środek czterdziestego trzeciego. Widziałem te wozy z uciekinierami, widziałem naładowane wozy, gdzie leżały trupy ludzi odartych najczęściej z odzieży, gdzie spod płachty lnianej wystawały nogi.

Tego nie zrobili Niemcy?

–Nie Niemcy, tylko sąsiedzi ukraińscy. Rusini, jak się jeszcze wtenczas często mówiło.

I to przeżycie bardzo się na panu odcisnęło?

–To taka pieczęć najbardziej gorąca, paląca, która odcisnęła się na świadomości, co pewnie zaważyło na mojej drodze twórczej w przyszłości. Bo już wśród tych pierwszych moich rzeczy prozą, z których się niemal nic nie zachowało, ten wątek był i kiedy na poważnie zabrałem się do twórczości literackiej, rozmowy ze starszymi pisarzami w momencie tworzenia Kół Młodych Pisarzy na przełomie 1949 i 1950 roku utwierdziły mnie, że mogę się tym zająć poważnie. To były rozmowy z Iwaszkiewiczem, którego znałem wcześniej, z dzieciństwa, bo był guwernerem u moich bardzo dalekich krewnych, z Putramentem, z Borowskim.

To wszystko byli ludzie o korzeniach kresowych, czyli jest pan związany z formacją kresową także przez znajomych i przyjaciół. Pewnie to oni utrwalali w panu ten temat, a może także spotkania ze świadkami tamtych strasznych wydarzeń?

– Zacząłem pisać prozę także pod ich wpływem. Wcześniej pisałem wiersze, a jeden z tych starszych pisarzy, nie chcę powiedzieć kto, pokiwał głową i powiedział: „Panie Włodzimierzu, pan chyba będzie prozaikiem lub poetą w prozie”. A wątek kresowy wszedł na stałe do mojej twórczości.

Sprawami stosunków polsko-ukraińskich interesuje się pan do dziś, często pan wraca do nich w swojej twórczości. Jak pan ocenia dzisiejszy ich kształt?

–Być może moje poglądy na ten temat są niesłuszne. Nie wiem, przecież nie mieszkam tutaj, mieszkam za granicą, tylko z daleka obserwuję wydarzenia. Wydaje mi się, że tak jak te sprawy były zakłamane w czasach PRL-u, teraz też są zakłamane. Tylko przyczyny są inne. Teraz się twierdzi, w kołach dziennikarskich, w kołach politycznych, że wyciąganie tych spraw...

Sprecyzujmy, chodzi o zbrodnie ukraińskich nacjonalistów.

–Zbrodnie UPA i innych formacji nacjonalistycznych, banderowców, melnykowców. To było kilkanaście pomniejszych formacji, większość weszło w skład UPA.

Czystki etniczne... 

– Tylko wówczas nie wymyślono jeszcze tego terminu „czystki etniczne”. W tych sprawach nie przeprowadza się żadnych poważnych badań naukowych na uniwersytetach, w jakichś, jak to nazwać, komitetach naukowych? Grona naukowe się tym tematem nie zajmują. Badania prowadzą tylko zmarginalizowane stowarzyszenia lokalne, jakich jest cała masa w Niemczech.

Stowarzyszenia ocalonych.

–Powstają w Polsce dopiero w ostatnich latach. Są to badania marginalne, ale szalenie cenne, bo przynajmniej zbierają dokumenty, zbierają wspomnienia. Ale to jest taka partyzantka. Natomiast jeśli chodzi o poważne instytucje, chociażby Instytut Pamięci Narodowej, tak to się chyba nazywa, to tam też jest to marginesem badań, niestety. Wynika to dzisiaj z faktu, że zostało ukute takie hasło: „My potrzebujemy Ukraińców, Ukraińcy potrzebują nas”. Też jestem za tym hasłem, podpisałbym się pod nim, oczywiście, potrzebujemy się wzajemnie, powinnyśmy wykuwać dobrosąsiedzką przyszłość, ale nie za cenę zamazania, ukrycia czy zakłamania przeszłości. Przeszłości nie da się zakłamać, bo prędzej czy później zacznie krzyczeć. Takiego porównania, może nie powinienem tutaj posługiwać się tym nazwiskiem, dla zupełnie innych celów użył Gomułka w swoim pierwszym przemówieniu w 1956 roku, tym przemówieniu, które się tak podobało narodowi, kiedy naród myślał, że on jest innym człowiekiem, nie wiedział jeszcze, jakim się później stanie. Nie można zaklajstrować przeszłości i te sprawy polsko-ukraińskie, w pewnych latach bardzo krwawe, powinny być opisane i wyjaśnione. A jak się to zaciera, to widzę chociażby na przykładzie liczb. Podawano najpierw, że zginęło pół miliona Polaków. Nigdy nie zgadzałem się z tą liczbą, uważałem, że jest grubo zawyżona. Potem to zjeżdżało do 350 tysięcy, 250 tysięcy, do jakichś 150 tysięcy, a w niedawnych pracach spotykam się z liczbą między 25 a 50 tysięcy zabitych Polaków, co jest zupełną bzdurą. Ja dalej liczę te rzezie na mniej więcej od 180 do 220 tysięcy ludzi, którzy położyli głowę z polskiej strony.

Często zabici w bardzo okrutny sposób.

–Położyli także głowę Ukraińcy i liczba, moim zdaniem, od 8 do około 22 tysięcy zamordowanych Ukraińców jest prawdziwa. Zamordowani zostali także za to, że sprzyjali Polakom albo że były to małżeństwa mieszane, których było bardzo dużo na terenach wołyńsko-podolskich, albo dlatego, że nie chcieli się przyłączyć do takich czynów. I też kładli głowy pod topór.

Drugim wielkim tematem, który pojawia się w pana twórczości od debiutanckiej powieści Wyspa ocalenia aż po utwór najnowszy, który nosi roboczy tytuł Niepokonani, jest sprawa mordu katyńskiego. Wiem, że podjęcie tego tematu wpłynęło zasadniczo także na pana życie. Czy mógłby pan opowiedzieć o dziejach tego wątku w pana życiu i twórczości? 

– Zaczęło się to w tym samym 1943 roku, a nawet wcześniej, bo miałem ciotki, których mężowie przepadli, które to ciotki otrzymywały listy od nich z obozów sowieckich. Potem wieści się skończyły, korespondencja się urwała i jak piorun z jasnego nieba trzasnęła ta wiadomość wiosną 1943 roku, że Niemcy odkryli groby w lasku katyńskim. I jedna z moich ciotek pojechała do Katynia, wierząc, że przywiezie zwłoki męża w trumnie do grobowca rodzinnego. Od tego to się zaczęło, od opowieści ciotki, od rozmów rodzinnych, od pism wysyłanych nam przez inną ciotkę, mieszkającą w Odrzykoniu i tam pracującą. Przysyłała nam pisma, które się wtenczas nazywało gadzinowymi, a które były wydawane przez Niemców w języku polskim. Nie pamiętam, czy to były tygodniki, czy dzienniki, bo nigdy później nie miałem styczności z tą prasą, ale przychodziły paczki tych gazet, myśmy je czytali i tam były drukowane relacje z Katynia. Nigdy tego nie sprawdziłem, ale wydaje mi się, że tam był także reportaż Józefa Mackiewicza, który miał pierwodruk w piśmie wileńskim polskojęzycznym, a to, jak sądzę, które do nas docierało, to było może krakowsko-lwowskie pismo. To był drugi kontakt z tematem katyńskim. Później ta sprawa przygasła w rodzinie, bo nie można było o tym głośno mówić, więc były tylko rozmowy pokątne. Ale jak płomień, ta sprawa ciągle tliła się w mojej rodzinie, skąd wyskoczyła później w mojej twórczości. Wmontowałem ją do Wyspy ocalenia, oczywiście bez nazwy Katyń, bo za to można było iść do więzienia. Ale jednak cenzura doszukała się jej, kiedy maszynopis został złożony do wydawnictwa. Powieść upubliczniła się, bo fragmenty były emitowane, bodajże siedem fragmentów w radiu, jakichś piętnastek czy dwudziestek, w szczecińskim radio. Być może było to także gdzieś drukowane, tego nie pamiętam. Ja wówczas wyjechałem ze Szczecina, gdzie zdałem maturę, do Poznania na studia na wydziale prawno-ekonomicznym. Igor Newerly był wtedy opiekunem kół młodych pisarzy, przyjeżdżał na inspekcje do Koła Młodych do Poznania. Mnie wtedy mianowali, nie drogą wyboru, ale nominacji na przewodniczącego tego koła, bo byłem chyba jedynym, który miał już publikacje prasowe różnych utworów. On znał Wyspę ocalenia w całości, zabrał ją do Warszawy z myślą, żeby przedstawić ją w jakimś wydawnictwie. Umarł wówczas – został zabity czy popełnił samobójstwo – Borowski. Ta sprawa do dziś jest niewyjaśniona. Została ufundowana nagroda jego imienia dla młodych pisarzy. Dostałem ją za tę nieopublikowaną w całości, ale we fragmentach upublicznioną książkę. Książka przeszła przez trzy wydawnictwa i cenzura się jednak – mówię o wewnętrznej cenzurze wydawniczej, bo czy ona trafiła do cenzury oficjalnej, czyli Biura Kontroli Wydawnictw i Prasy, tego do dziś nie wiem – doszukała tego Katynia. Dostałem list z wydawnictwa Iskry, to było ostatnie wydawnictwo, gdzie ta książka była… List miałem zachowany w papierach, część z nich mój powinowaty, do dziś żyjący pod Warszawą, wywiózł i przechowywał w swoim garażu, być może ten list tam gdzieś jest. Odpisała mi pani o nazwisku Milska. Nie mogła napisać, że doszukali się antysowieckich elementów, ale napisała, że rezygnują z propozycji, książki nie wydadzą, bo feudalizmu polskiego w dwudziestoleciu nie będą pokazywać.

– Pan się nie zraził tymi problemami i nie tylko powrócił do tego wątku, ale go rozwinął w kolejnych utworach. 

– Tak, bo jednak po trzynastu latach Wyspa ocalenia wyszła. Trochę stylistycznie poprawiona, bo ja stale poprawiam utwory leżące w szufladzie, kiedy jakaś Muza zaczyna krążyć mi nad głową. To już było po wydaniu Wyspy ocalenia… Nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego powróciłem do tego kresowego wątku. Ciągnęło mnie tam. Była już Wyspa ocalenia, był Zmierzch świata, gdzie także jest ten wątek. Może chciałem go jakoś ukoronować, ująć szerzej to wszystko, co wcześniej tętniło w świadomości i fantazji. I zacząłem pisać kolejną powieść w latach sześćdziesiątych. Data jest na końcu książki. To już była praca w Warszawie, w tym czasie, kiedy kierowałem na ulicy Myśliwieckiej Sceną Współczesną Teatru Polskiego Radia. Miałem wtedy taki polityczny spokój, nie wychylałem się, publicystyki nie uprawiałem, byłem jako ten rewizjonista wygnany z Poznania, pobity. Trzymałem się z boku, nie wtrącałem się w jakieś składanie podpisów w Związku Literatów, w polityczne dyskusje. Był to w moim życiu okres spokoju. Nie tylko ja, ale i wielu moich przyjaciół żyliśmy troszkę pod kloszem, który stworzył nam Sokorski, pani Szenwaldowa, która była dyrektorem pionu literackiego na Myśliwieckiej. I ten okres względnego spokoju wykorzystałem na tę pierwszą swoją epikę, powieść-rzekę, którą pisałem cztery lata. Tam wątek katyński wszedł pełną parą. Dzisiaj zadają mi pytania, czy ja rzeczywiście wierzyłem, że powieść wyjdzie, że się ukaże. Odpowiadam, że nie wiem, ale wydawało mi się wtenczas, że politycy peerelowscy i kremlowscy prędzej czy później dojdą do przekonania, że tę barierę, o której doskonale wiedzieli, tę barierę w stosunkach polsko-rosyjskich trzeba przełamać, a więc trzeba wyznać prawdę o tych wypadkach. Książkę w pierwszym rzucie pisałem cztery lata. Była wówczas sporo większa, w następnych latach wyciąłem około trzystu stron i chwalę sobie te poprawki. Tę trzytomową książkę, potężną, około dziewięćset, tysiąc stron mającą, gdzieś mam. Wiem na pewno, że ocalały pierwsze maszynopisy – złożyłem je zgodnie z umową w Czytelniku na przełomie 1967 i 1968 roku. Książka była czytana przez redaktorów i tak, jak to było wtedy w zwyczaju, przez recenzentów wewnętrznych, których nazwisk autor nie znał. Wkrótce, bo po dwóch miesiącach, wybuchł polski Marzec, jak się mówi o tym okresie. Nie tylko wydawnictwa wpadały w panikę, różne dziwne rzeczy się działy. Nie pamiętam, czy to był koniec marca, czy kwiecień, w czasie przedwiośnia miałem alarmujący telefon mojej redaktorki, która poprosiła mnie, żebym natychmiast przyszedł do Czytelnika. Telefon był rano, przyszedłem tam około południa. Miała na biurku wielką paczkę maszynopisów i mówi: „Panie Włodzimierzu, niech pan zabiera, bo jakieś dziwne typy kręcą się po wydawnictwie, myśmy wprawdzie w małym gronie czytali, recenzowali, ale o tej książce już zaczynają krążyć jakieś legendy. Niech pan to zabiera i tak ustalamy, że książki u nas nie było. A jeżeli już, to przyznamy, że były to fragmenty, próbki. Pan dalej pracuje nad tą książką, my panu przedłużamy termin umowy”. Przedłużyli mi ten termin do grudnia czy stycznia następnego roku. W tym roku nie zajmowałem się już tą książką.

– To był bardzo gorący okres.

– Tak, książka leżała gdzieś w kącie i może pod koniec tego roku opublikowałem jakieś jej fragmenty. W taki sposób myliłem, wprowadzałem w zakłopotanie te nadzorcze władze, że Odojewski przecież drukuje. Z każdej książki, która później w całości była jakby inna, fragmenty, które można było pokazać, gdzie nie było politycznie niczego specjalnego, drukowałem. W „Odrze”, w „Twórczości”, w krakowskim „Życiu Literackim”, więc być może w tym gorącym 1968 roku wydrukowałem jakiś fragment. Tego nie pamiętam. Ale w końcu roku lub na początku następnego złożyłem w Czytelniku ten sam maszynopis, nie zrobiwszy nic wewnątrz. Wtenczas już było nowe kierownictwo, wybitny krakowski krytyk i poeta, który później zginął, poślizgnął się na skale i zginął w Grecji, nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska… On był dyrektorem literackim Czytelnika i prowadzono ze mną rozmowy. To był rok 1969 lub 1970. Książka była konsultowana w KC [Komitecie Centralnym PZPR – uwaga M.R-B.] w Wydziale Kultury albo Kultury i Prasy. Redaktor bez zaangażowania osobistego (nie chciał mi nic radzić) przekazał tylko, że książka może ukazać się kosztem rozdziału katyńskiego, który mam usunąć, i kilku czy kilkunastu takich parozdaniowych – on to nazwał „czesaniem wzdłuż” – porównań okupacji sowieckiej i niemieckiej. Za taką cenę może się książka ukazać, co było ówcześnie – tak oceniali to niektórzy moim przyjaciele – dowodem wielkiej łaski władz politycznych. Przypisywałem to również temu, że od końca lat pięćdziesiątych, przez lata sześćdziesiąte byłem bardzo przekładanym autorem. Byłem tłumaczony na jakieś szesnaście czy osiemnaście języków. To były powieści, opowiadania i słuchowiska. Pisano o mnie, miałem recenzje zagraniczne, szczególnie dobre recenzje we Francji po Zmierzchu świata, więc, być może, te okoliczności mi pomagały. Liczono się ze mną, wiedziano, że mam najróżniejsze kontakty zagraniczne. Miałem w połowie lat sześćdziesiątych aferę ze Służbą Bezpieczeństwa, bo przechwycono moje listy, byłem wielokrotnie przesłuchiwany. Chodziło nie tyle o listy, ile jeden list, w którym było coś, co mogło być wykorzystane do wytoczenia mi procesu o dewizy, o branie pieniędzy w dewizach zagranicznych. Ja się z tego „wykałapućkałem” dzięki Putramentowi. Ale to przytaczam na marginesie. Chodzi mi przede wszystkim o sprawy wydawnicze, które budowały moją pozycję – że miałem w świecie oparcie, że trzeba było się jednak trochę ze mną liczyć. Więc może stąd propozycje...

– …zmian w powieści.

– Były one, tak ocenili przyjaciele, łagodne, ale już byłem na jakiejś czarnej liście i mnie – mimo interwencji Sokorskiego – nie wypuszczano za granicę. W 1969, 1970, może nawet już 1968 roku, to były dwa lub trzy lata, kiedy przyznawano mi bardzo dobre zachodnie stypendia, jak stypendium Forda, stypendium Guggenheima, stypendium amerykańskiego uniwersytetu z polonistyką, nie pamiętam nazwy, gdzie zapraszano na roczny pobyt. Tego mi odmawiano. Odmawiano mi stypendium francuskiego, berlińskiego z Akademie der Künste. Z jednej strony to było warunkowe zatrzymanie Zasypie wszystko, zawieje… Ja właściwie tego wątku nie skończyłem. Rozmowa z dyrektorem wydawnictwa była bardzo łagodna. Odmówiłem zmian, maszynopis zabrałem i Czytelnik mnie wówczas hojnie, według najwyższej stawki autorskiej, spłacił. Książka przepadła, mnie odmawiano wyjazdów. Zacząłem się miotać. Zdenerwowały mnie te stypendia, ta niemożność wyjazdu na Zachód.

– Nie zgodził się pan na usunięcie tych zakwestionowanych fragmentów?

– W ten sposób książka w kraju przepadła. W tym czasie przemyciłem ją już przez granicę, przez Austrię przeszła. Moja tłumaczka, pani Gerda Hagenau, profesor Uniwersytetu Wiedeńskiego, postarała się, żeby ona poszła na Zachód. Zabrała się do jej tłumaczenia na język niemiecki, książka trafiła do Francji, tam również się nią zajął mój ówczesny wydawca, Éditions du Seuil. I zacząłem się coraz potężniej miotać, pisać odwołania do Wydziału Kultury KC, do Ministerstwa Kultury i Sztuki, do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, do Sejmu, do Rady Państwa. Kiedy dziś patrzę na tamten okres, oceniam, że moje listy były coraz bardziej nie tyle ostre, co obelżywe, jakbym chciał zobaczyć, co z tego wyjdzie.

– Starał się pan w taki sposób o wyjazd na Zachód? 

– Pisałem w sprawie tej bariery paszportowej, na początku do Ministerstwa Kultury i Sztuki, gdzie powiedziano: „To my poprzemy”. Chodziło o poparcie w Pałacu Mostowskich w biurze paszportowym, poparcie wielkiej instytucji, to znaczy Ministerstwa Kultury i Sztuki. Pierwsza moja rozmowa w Ministerstwie Kultury i Sztuki była taka: „No dobrze, my poprzemy, pan zrobi nam dokładne sprawozdanie, z kim się pan spotykał, jakie pan sprawy załatwiał”. Odmówiłem, więc nie miałem już żadnego poparcia, co doprowadziło do tego, że pisałem te odwołania. No i to niewiele pomagało, pozostawało bez odpowiedzi aż do momentu, kiedy został ministrem…

– Józef Tejchma.

– Tejchma, który do dziś ma opinię bardziej liberalnego ministra. Odkręcił kilka takich spraw, jak moja sprawa paszportowa. Zostałem wezwany do biura paszportowego i powiedzieli mi, że mam to i to złożyć, i w ciągu dwóch tygodni dostanę paszport. Tylko że nie miałem już żadnego z tych pięknie brzmiących stypendiów, jak Ford i Guggenheim, tylko zaproszenie na dwa lub trzy miesiące do Paryża, wystosowane przez francuski PEN Club, takie biedniutkie stypendium, na które wyjechałem do Francji.

– I już pan do Polski nie wrócił.

– I już do Polski nie wróciłem. Ale wyjeżdżałem bez myśli zostania tam na zawsze, z niewielką walizką, z jednym ubraniem na sobie, z letnim ubraniem w walizce. I kręciłem się po Paryżu. Przysyłano mi samochód i tłumaczkę, wydawca obwoził mnie po redakcjach. Dbano o reklamę po prostu, zapoznawano mnie z działami kulturalnymi w różnych pismach i instytucjach kulturalnych. Pamiętam, że byłem coraz bardziej zbrzydzony tą Francją, tym środowiskiem intelektualno-dziennikarsko-literackim. Dla mnie to francuskie środowisko było nieomal komunistyczne. Spotkałem się z jakimś lewackim spojrzeniem na Wschód, na sprawy polskie, na Polskę, na Sowiety nawet w środowisku katolickim. Pamiętam, że próbowałem dyskutować w piśmie „Esprit” z takim wielkim katolickim eseistą [Jeanem-Marie] Domenachem, autorem wielu książek i przyparłem go do muru, gdy chodzi o łagry, o różne przestępstwa ustroju sowieckiego. On mówił: „No tak, ale my o tym nie powinniśmy mówić, bo to jednak jest ustrój przyszłości, bez walki klas, bez tej pasożytniczej klasy burżuazji, fabrykantów, ziemian”. On to połączył. Byłem zupełnie bezradny, jak miałem rozmawiać z takimi ludźmi. Byłem przerażony i bezradny. I pamiętam, że w tym czasie przychodzi depesza z Berlina, z Akademie der Künste, dość obszerna. Dowiedzieli się, że jestem w Paryżu, bo jakaś rozmówka moja z dziennikarzem była opublikowana, nie pamiętam, w „Le Monde” czy w „Le Figaro”. Główną sprawą w tej depeszy było to, że dowiedzieliśmy się, że pan jest w Paryżu, jeżeli pan chciałby przyjechać do Berlina i podjąć przyznane panu cztery lata temu stypendium, to stypendium na pana czeka. I tego samego dnia – rano ta depesza przyszła – spakowałem swoje rzeczy w hotelu. Jak to się pięknie po polsku mówi: spakowałem manatki i wieczornym pociągiem pojechałem do Berlina… Zawiadomiłem tylko telefonicznie pana Jerzego Giedroycia, że jadę, bo byłem z nim w bliskim kontakcie, i pana Zygmunta Hertza, z którym byłem w przyjaźni… Nie, było nieco inaczej. Oni zawiadomili telefonicznie przyjaciół w Berlinie. Wsiadłem do pociągu, w nocy jechałem i rano, wczesnym przedpołudniem byłem na Berlin ZOO. Wysiadłem i tam jeden z przyjaciół na mnie czekał i zawiózł mnie do pensjonatu uniwersyteckiego na Bundesalee numer dziewięćdziesiąty któryś, nie pamiętam. I tak się zaczęła moja emigracja.


Zapis i redakcja Matylda Zatorska
Muzeum Zamek w Łańcucie 27 luty 2003 r.




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio