Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Andrij Bondar


Śmierć w Chorzowie


(fragmenty)*



Nie wiem, czemu zgodziłem się tu przyjechać. Ktoś inny na moim miejscu zrobiłby coś bardziej spektakularnego. Wiecie przecież, że na takie pytanie ludzie przeważnie odpowiadają coś takiego: „Pojechałbym do jakiegoś kurortu, rzuciłbym się w pijaństwo, pojechałbym do Jerozolimy, zostałbym sprawiedliwym świata, wysadziłbym się koło orszaku prezydenta”. Różnie odpowiadają. Też mógłbym odpowiedzieć, gdyby mnie ktoś zapytał. Jednak nie odpowiedziałem. Już zrozumieliście, że chodzi o pytanie: „Co zrobisz, jeśli się dowiesz, że został ci jeden dzień życia?”.

Dali mi nie dzień, a miesiąc. Ale co to znaczy „dali”? Poszedłem na rezonans magnetyczny mózgu i z wynikiem wróciłem do neurochirurga, Josypa Josypowycza Terleckiego. Ten obejrzał zdjęcia pod światło, przeszedł się niepewnym krokiem po gabinecie i powiedział:

– Panie Andriju, muszę pana zmartwić. Ma pan nieoperacyjny złośliwy nowotwór w ostatnim stadium... Zaniedbał pan sprawę...

W środku wszystko powinno mi zmarznąć lub ścierpnąć. Być może ludzie w takiej sytuacji jęczą, płaczą, wykrzykują: „To niemożliwe!” albo „Niczego ni zaniedbałem!”, albo „Mamo”, albo „O Boże!”. Jednak zamiast tego poczułem tylko dziwne otępienie jak na jakimś ważnym egzaminie po nieprzespanej nocy, kiedy niby znasz odpowiedź na pytanie, ale nie możesz odpowiedzieć. „Kto zbudował Koloseum?” Przecież wiesz, durniu, kto zbudował, a w głowie tylko jakieś „tylitusziwili”.

Więc lekarz opuścił głowę i zasępił się. A ja przypominałem sobie, kto zbudował Koloseum i milczałem. Nie wiedziałem, co w takiej sytuacji się mówi. Jego milczenie trwało z pół minuty, co wydawało mi się wiecznością. Wieczność – idiotyczne słowo w takich przypadkach. Dokładniej powiedzieć by trzeba – pustka. Nagle zakasłał i szybko wypalił:

– Ma pan do dyspozycji miesiąc. Nie więcej. Mhmm. – Tu być może w głowie Josypa Josypowycza coś się otworzyło i przypomniał sobie o optymizmie, jaki daje się śmiertelnie chorym. – Ale i nie mniej.

– Życia? – wydusiłem z siebie. Mój głos wybrzmiał jak ostatnie wołanie o ratunek zasypanego górnika, który wciąga do płuc resztki powietrza, a jego ciało to jeden krwiak i szok.

Pytanie niby było niedorzeczne. Ale musiałem je zadać, żeby nie milczeć, żeby spróbować samego siebie uspokoić i nie sprawiać wrażenia, że poddałem się i skapitulowałem. I sens, i forma tego pytania nie powinny zakładać ani twierdzącej, ani przeczącej odpowiedzi. Dlatego Josyp Josypowycz zamknął oczy, opuścił głowę i kilka razy pokiwał nią jak chiński mandaryn.

– I co mam robić? – zadałem jeszcze jedno kretyńskie pytanie. A Koloseum w mojej głowie urosło do rozmiarów chińskiego muru. „Kto je zbudował, do kurwy nędzy?”.

– Proszę się uspokoić. Zająć sobą... Niech pan pobędzie z rodziną. Niech pan spłaci ostatni dług rodzicom – Josyp Josypowycz powiedział to tak, jakby to rodzicom ogłoszono śmiertelny wyrok, a nie mnie. – Niech pan zajdzie do psychologa. Jeśli pan chce, wypiszę skierowanie.

Nabrałem w płuca gabinetowego powietrza, uczepiłem się na moment nadziei i wypaliłem:

– Tak, oczywiście, dziękuję... – Ale jednocześnie pomyślałem, że psychologowie nie zajmują się głową. To znaczy zajmują się, ale nie tak jak neurochirurdzy. Psycholog nie może skalpelem otworzyć głowy i wyciąć złośliwego guza. – Chociaż nie. Na pewno nie. Pójdę do domu.

– Bardzo mi przykro – powiedział Josyp Josypowycz i być może naprawdę było mu przykro. – Czytałem pańską ostatnią książkę. Bardzo podobało mi się opowiadanie o czerwonej kalinie. Tak, naprawdę strasznie mi przykro.

– Które to? – zastanawiałem się przez kilka sekund. – Aha, o mojej nieudanej cerkiewnej karierze?

– Tak. Nawiasem mówiąc, pomyślałem sobie... Mhmmm. Może warto byłoby, żeby pan zaczął myśleć o Bogu?

Na samym dnie mojego otępienia pojawiło się coś na kształt promyczka ironii, który można by nazwać wisielczym humorem:

– Nieustannie o nim myślę, panie doktorze. Być może to – postukałem wskazującym palcem w skroń – to jego sprawa.

– Co? Nie rozumiem? – zapytał lekarz z niewyraźnym uśmiechem.

– Musi pan pamiętać. Jest taka modlitwa Królu niebieski – wszedłem w rolę nauczyciela katechizmu. – A w niej są słowa – „któryś jest wszędzie i wszystko wypełniasz”. Dlatego pomyślałem, że może on i moją głowę wypełnia.

– Możliwe. – Lekarz wyciągnął rękę, uroczyście spojrzał mi w twarz, powściągliwie się uśmiechnął i powiedział:

– Do widzenia.

– Do widzenia – powiedziałem – nawiasem mówiąc, czy nie pamięta pan przypadkiem, kto zbudował Koloseum?

– Cesarz Tytus Liwiusz.

– Proszę usiąść. Piątka. – Uśmiechnąłem się i wyszedłem.


Miesiąc... Miesiąc... Miesiąc... Siedziałem na skwerku pod szpitalem i powtarzałem to słowo. Miesiąc... Co robić, co zdołasz zrobić, co trzeba zrobić, co wypada zrobić, co z reguły się robi? Z reguły się umiera. Być może, po prostu się kładziesz i przez cały miesiąc umierasz. Nagle poczułem jakiś głód, jakby pustka w mojej głowie przetworzyła się w nienasycone monstrum. Przypomniałem sobie o jabłku, które powinno być w plecaku. Ręka sięgnęła do plecaka i zamiast jabłka namacała kopertę. Dostałem ten list jakieś dwa miesiące temu, ale zupełnie o nim zapomniałem. Był z Polski. Rozerwałem kopertę i gorączkowo zacząłem czytać:


Szanowny Panie Andriju,

Międzynarodowa Fundacja Kultury „Quo Vadis” ma zaszczyt zaprosić Pana do udziału w naszym projekcie „Chorzów. Miasto marzeń”. Istota projektu polega na napisaniu tekstu o naszym sławnym przemysłowym mieście. Projekt zakłada Pański pobyt w Chorzowie od 1 do 31 sierpnia w celu poznania miejsca i stworzenia tekstu... Zapewniamy Panu pobyt... honorarium...


Boże, który mnie porzuciłeś i siedzisz teraz w mojej głowie! Oto co się robi, kiedy zostaje miesiąc!

W kalendarzu był 30 lipca, chwyciłem komórkę i wybrałem podany w liście numer telefonu:

– Pani Mario, dzień dobry. Tu Andrij B. Jest taka sprawa... Właśnie dostałem pani list. Ukraińska poczta... To ich wina... To oni kradną... Dobrze, że nie ukradli. Przecież nie wasi, prawda? U was nie kradną. Proszę słuchać, zgadzam się. Zgadzam się przyjechać. Czy nie za późno? Jeszcze nie jest za późno? Świetnie. Bardzo pani miła. Bardzo jestem pani wdzięczny. Przyjadę! Idę po bilet! Na poranny pociąg do Katowic. To blisko? Pół godziny tramwajem? Super. Pierwszego rano będę. Proszę rezerwować hotel. Wychodzić po mnie nie trzeba. Dziękuję, Do zobaczenia!


Zjadłem jabłko do samego ogonka. Ostatnie ojczyste jabłko. Ogonek dziecięcym zwyczajem włożyłem do tylnej kieszeni i poszedłem do metra. Pieniędzy starczyło mi dokładnie na bilet.

Poobracawszy w rękach komórkę, wybrałem numer żony.

– Wyniki normalne, droga. Będę żył. Problem, być może, nie w głowie. Słuchaj, jest taka sytuacja: pilnie wzywają mnie do Chorzowa. Muszę jechać. Już jutro. Nie będę teraz wracał do domu. Wybacz, słoneczko. Nie dam rady. Przeczekam do jutra u siostry. Ucałuj małą. Napiszę, kiedy dojadę.

Potem zaszedłem do banku, wziąłem z konta dwieście dolarów, kupiłem kilka par skarpetek, majtek, dwie czarne koszulki, szczoteczkę do zębów i pastę. Wieczorem pojechałem do siostry. Piliśmy czerwone chilijskie wino i oglądaliśmy czarno-biały czeski film. Udawałem, że nic się nie stało i robiłem to po mistrzowsku. Następnego ranka obudziłem się o piątej i poszedłem na pociąg. Paszport z polską wizą zawsze mam przy sobie. Idąc chłodnym rankiem ostatniego lipcowego dnia, pomyślałem, że dla mnie jest to naprawdę ostatni lipcowy dzień. I jeszcze Bóg w mojej głowie ze mną. Dokładnie miesiąc. A dalej. Dalej będzie.


***


Spałem aż do wieczora, do samej granicy. Obudziłem się i zobaczyłem, że służbowy owczarek obwąchuje moje nogi.

– Papierosy, wódka, narkotyki, broń, dobra kultury, obrazy, ikony, przedmioty kultu są? – wyrecytowała wyuczony tekst celniczka.

– Są.

– Co jest?

– Ja – powiedziałem. – Ja jestem dobrem kultury.

– Aa, a kim pan jest?

– Pisarzem.

– Też ci dobro kultury – obraziła się i wyszła z przedziału.

Polscy pogranicznicy bez zbędnych pytań ostemplowali mi paszport, nawet nie pytając, jak zawsze, o ubezpieczenie zdrowotne. Zresztą skąd mogli wiedzieć, że wiozę w głowie złośliwy nowotwór? Nawet najbardziej przenikliwy pogranicznik nie jest zdolny zajrzeć tak głęboko. A ubezpieczenie miałem. A w nim był punkt dotyczący przypadku śmierci i transportu ciała do ojczyzny. Ktoś powinien się tym zająć. Myślę, że uczciwie z mojej strony byłoby zaraz po przyjeździe poinformować organizatorów o sytuacji.

Jechałem przez polską Galicję i cały czas tępo gapiłem się w okno. Pola, domy, światełka samochodów, kościoły i dworce patrzyły na mnie z nocnej mgły i mnie nie widziały. Wkrótce zasnąłem, kiedy Galicja niezauważalnie przeszła w Górny Śląsk, który powitał mnie porannym katowickim dworcem.


1 sierpnia


Jechałem rano tramwajem bez biletu i nie bałem się kontrolerów. W ogóle niczego się nie bałem i nic nie wiedziałem. Pierwszy raz jechałem tramwajem z miasta do miasta. Tak to tutaj jest urządzone. Ludzie przemieszczają się tramwajami, bo między miastami nie ma żadnych widocznych granic: ani pola, ani rzeki, ani nawet parku. Rozglądałem się dookoła, usiłując zorientować się, gdzie jestem: jeszcze w Katowicach czy już w Chorzowie.

Oto na szarym blaszanym płocie ogradzającym jakąś budowę widnieje napis długi na dwadzieścia metrów: OCZYŚĆMY KATOWICE Z CHORZOWSKIEGO GÓ… Tekst urywał się w pół słowa i natychmiast zrozumiawszy, że jeszcze jestem w Katowicach, nie mogłem dojść, co to za chorzowskie GÓ… i jak to ugryźć. Może chodzi o górnictwo? Może u nich dotąd odbywa się coś w rodzaju socjalistycznego współzawodnictwa między miastami i każde z nich stara się jakoś potwierdzić swoje pierwszeństwo i wielkość, walczy z ekspansją obcych wpływów. GÓ GÓ GÓ – było w tym coś japońskiego i jednocześnie bardzo znajomego, do bólu prostego, co mi się wymykało, chodziło po głowie, a nie dawało się schwytać. Może GÓZ i mieszkańcy Katowic naprawdę uważają Chorzów i chorzowian za złośliwy nowotwór na zdrowym ciele tej górniczej aglomeracji? Jednak nie, to słowo pisze się przez „u”. Coś mi przeszkadzało normalnie myśleć. I dopiero po kilkuset metrach, kiedy zobaczyłem na brązowym poniemieckim budynku napis „Ruch Chorzów” z emblematem klubu, zrozumiałem, że mieszkańcom Katowic także chodzi o futbol. GÓ okazało się naprawdę zwyczajnym gównem.

I to odkrycie napełniło mnie jakąś niezrozumiałą radością. Że naprawdę wszystko jest proste. Trzeba mierzyć świat prostymi myślami i myśleć o prostych rzeczach. To właśnie je ludzie zawsze mają na myśli: futbol, wódka, gówno, piwo, radość, słońce, jedzenie. Że jeśli dałem sobie radę z taką łamigłówką, to przez miesiąc być może nie zmienię się w roślinę. Być może nawet uda mi się umrzeć na stojąco. Choć można też po prostu we śnie. O, znowu napis: HWDP. No to już bardzo proste. Tramwaj minął park rozrywki i zjechał w dół. Tam był przystanek, gdzie miałem wysiąść i znaleźć hotel. Po lewej od przystanku wnosiła się estakada, po prawej był plac Hutników. Pod estakadą było przejście dla pieszych, za którym można byłodomyślać się centrum miasta. „Sztygarka” – tak nazywał się hotel, w którym był zarezerwowany na moje nazwisko pokój.

Po lewej stronie drogi do hotelu stały odgrodzone betonowym parkanem odstojniki z wodą pokrytą wodorostami. Za nimi były tory kolejki podmiejskiej, która prowadziła nie wiadomo dokąd. Zdawało się, że w jakieś nieprzebyte chaszcze. Właśnie tory oddzielały świat ludzi od wielkiego kombinatu, w którym znajdowała się huta imienia narodowego bohatera Polski, Tadeusza Kościuszki i „Huta Królewska”. To jej nazwa dała pierwszą nazwę temu miastu – Königshütte. Dawno już nie było króla, a sama huta, jak było napisane w przewodniku, przeżywała nielekkie czasy, zawisnąwszy między wątłym istnieniem a pełną likwidacją. Po prawej była typowa poniemiecka architektura: rejon smutnych wielopiętrowych domów z czerwonej cegły, w których wraz z obecnymi mieszkańcami spała też dawna wielkość przemysłowej sypialni. Trochę wyżej, po lewej od drogi, stał supermarket Kaufland, jakby sygnalizując, że znowu wróciły tu Niemcy, ale weszły już nie frontowym, a tylnym wejściem. Teraz nie próbowały już wydobywać z tej ziemi węgla, rudy i soli, jak kiedyś, a tylko sprzedawać Polakom ich produkty pod swoim szyldem.

Szedłem na oślep, równolegle do torów. Brunatne niemieckie kamienice zmieniła kremowa zabudowa późnego PRL-u, a po obu stronach drogi zaczęły pojawiać się zielone klony. Cały kompleks „Sztygarki” został odbity starej kopalni. Restauracja, centrum kosmetyczne, galeria, teatr zawładnęły jej dawnymi pomieszczeniami. Wszystko składało się na diablo optymistyczny obraz: coś, co przeminęło, dało drogę nowemu, zostawiając po sobie tylko szkielet. W języku polskim w takich przypadkach używa się słowa rewitalizacja, czyli coś podobnego do ożywienia. Człowieka w taki sposób ożywić nie można. Nieboszczyk tylko roześmieje się w kułak na usiłowania żywych, by tchnąć w niego życie. A zmienić krajobraz przemysłowy na wypoczynkowy, okazuje się, można. Tak samo zresztą jak z parku można zrobić fabrykę albo wysypisko śmieci. W moim kraju najczęściej zdarzało się to ostatnie.

 Z takimi myślami dotarłem do hotelu, gdzie w recepcji sprawnie mnie zameldowali, dali pilota od telewizora i pożyczyli przyjemnego pobytu. Pokój na pierwszym piętrze okazał się akurat na miarę pojedynczej osoby. Można w nim było żyć. Można było i zamierzałem to robić przez miesiąc – od początku do końca, nie dłużej, ale i nie krócej. Na łóżku leżały dwie książki. Zostawili je tutaj przezorni organizatorzy: Historia Chorzowa. 1257–2000, autorstwa Jana Drabiny z niebieską okładką i opasły tom Czarny ogród reportażystki Małgorzaty Szejnert. Być może miały mi ułatwić twórczy proces, wskazać kierunki, wektory i tendencje. Żebym, nie daj Boże, nie zbłądził, a posłusznie posuwał się farwaterem sprawdzonych już zdarzeń i idei.

Cały dzień zszedł mi na przygotowaniach i zakupach. Odkryłem, że kilkaset metrów od „Sztygarki” (jeśli przejść przez wielki plac, na którym stała największa atrakcja rewitalizowanego kompleksu – wieża kopalni) jest supermarket Lidl. W ten sposób śmiertelnie chory Ukrainiec znalazł się między dwoma niemieckimi supermarketami, w samym sercu, sztucznym, ożywionym sercu, stanowiącym prawdziwą dumę współczesnego polskiego miasta Chorzowa.


3 sierpnia


Chorzów na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo zwyczajnym, przeciętnym polskim miastem. Widziałem takich wiele: depresyjny postindustrialny krajobraz, dzielnice do spania, półsenni ludzie. Jednak coś w tej zwyczajności od razu wzbudziło mój niepokój. Zbyt proste byłoby machnąć na niego ręką i włożyć do jakiejś gotowej już szufladki.

Z jednej strony miasto przeżywało upadek. Jego stare przemysłowe wcielenie odchodziło w przeszłość, zostawiając moralnymi kalekami tysiące ludzi, którzy za czasów komunizmu przez dziesięciolecia funkcjonowali jako trybiki systemu, mieli uporządkowane codzienne życie, jako taką społeczną opiekę i wiarę w jutro. To natychmiast rzuca mi się w oczy, bo wyrosłem w takim mieście, pochodzę z rodziny zurbanizowanych chłopów, i dobrze znam to senne zabieganie i smutek w oczach. Na głównej ulicy Wolności ten PRL odczuwa się najbardziej w sklepach z używaną odzieżą. Tutaj, zdawałoby się, dostarczają towar nie z Niemiec czy z Danii, a z polskich domów towarowych z lat siedemdziesiątych. I obojętne, że zamiast baru mlecznego – jest europejski bank. W powietrzu wisi bierne niezadowolenie i ciche szaleństwo.

Z drugiej strony nie można pozbyć się wrażenia, że stale coś tu się buduje i odbudowuje. To już Unia Europejska dba o swoje peryferie, proponując swoiste leki przeciw depresji. Zmiana fasad, dróg i chodników być może ma działać na ludzi jak środek przeciwbólowy, swoisty narkotyk, którego ma wystarczyć do czasu, aż rewitalizacja ostatecznie przezwycięży depresję.

Chodzić po tym mieście długo się nie da. Chciałbyś natychmiast i jak najszybciej się schować. Patrzeć na ludzi też jest trudno. Zawsze albo jako pierwsi odwracają wzrok, albo w ogóle patrzą jakby poprzez ciebie. Koło ratusza spotkałem siedemdziesięcioletnią panią w szubie z kołnierzem z lisa. I to w trzydziestotrzystopniowym upale.

Zacząłem czytać Historię Chorzowa: „Na kilometrze kwadratowym ówczesnej parafii chorzowskiej mieszkało przeciętnie siedem osób, a w okolicy zaledwie trzy osoby, co sytuowało ją na ostatnim pod tym względem miejscu w tej części Śląska...”.

To o końcu wieku ХІІІ.

 I dalej: „Było to bowiem pogranicze kasztelanii mikołowskiej i bytomskiej z leśnymi ostępami. Ich nazwy – »Niedźwiedzie« i »Wilcze kąty« – dają wyobrażenie nie tylko o ich niedostępności dla wroga, ale i nieużyteczności dla jakichkolwiek upraw”.

Tutaj od samego początku coś było nie tak. Chociaż z drugiej strony, czy gdzie indziej wtedy było inaczej?


5 sierpnia


Potrzebuję czasu. Muszę się skoncentrować. Powinienem rozmawiać z tymi ludźmi, wejść z nimi w dialog. Muszę pytać, a oni z pewnością wszystko mi opowiedzą. Na ulicy Wolności kręci się dziwny typ. Rzeczowa postawa, sandały na bosych nogach. Dżinsy, biała koszula, marynarka, dyplomatka. Snuje się to tu, to tam, zawsze zaaferowany. Wczoraj widziałem go w banku. Kłócił się, że z tymi numerkami nigdy nic nie wiadomo, a pracownice nie wykonują swoich obowiązków jak należy. Dzisiaj siedział na ławce koło przystanku i rozmawiał sam ze sobą. Nazwę go Macherem. On pierwszy ze wszystkich chorzowian pochwycił mój wzrok i zmusił mnie do odwrócenia oczu. Jutro powinien przyjechać fotograf Tomasz. Głowa dziwnym trafem nie daje mi znać o swoim istnieniu. Zupełnie nie wiem, co powinno się dziać w takich przypadkach. Zamroczenie? Utrata pamięci? Mam guza pierwszy raz. Ale i ostatni.

Z Historii Chorzowa: „Wyróżnikiem sygnalizującym pozostawanie niewiasty w stanie małżeńskim był czepek. A czerń ubioru była znakiem wdowieństwa”.


21 sierpnia


W końcu odważyłem się powiedzieć organizatorom o chorobie.

Napisałem maila, bo przez telefon bym nie mógł. Tak i tak, droga pani Mario, bardzo mi przykro, bo oto zdarzyła się taka niezręczna sytuacja, ale do końca waszego wspaniałego stypendium mogę nie dożyć. To znaczy, mam nadzieję, że dożyję, ale muszę państwa uprzedzić. Tak z mojej strony będzie najuczciwiej. Przepraszam, nawiasem mówiąc, że nie zrobiłem tego wcześniej. Do dzisiaj nie byłem tego pewien. Jednak sytuacja nie wygląda optymistycznie. To znaczy wygląda akurat bardzo optymistycznie, bo nic mnie nie boli, wszystko w porządku, myślę, więc jestem, apetyt mam normalny, stolec też, ale tragedia w tym – że to złudzenie: choroba umie się schować, przyczaić, a potem zabija bez uprzedzenia. Tak wyjaśnił mi mój lekarz Josyp Josypowycz. Po prostu idziesz i nagle cię nie ma. Zasypiasz i się nie budzisz. Nie pani, ja. Proszę wybaczyć. Dlatego powinna pani o tym wiedzieć. Chociaż, szczerze mówiąc, nie wiem, jakie kroki z pani strony są możliwe. Po prostu może niech pani dzwoni od czasu do czasu. Umówmy się tak. Jeśli nie będę podnosił słuchawki, to będzie znaczyło, że można bić na trwogę. Dobrze?

Napisałem, wysłałem i czekam na odpowiedź.

W Chorzowie nie ma się gdzie podziać. Zostają tylko długie spacery i obserwacje. Ale nie wiem, czy ludzie, których spotykam po drodze i z którymi nawiązuję kontakt, jakoś charakteryzują to miasto! Czasami zdaje mi się, że tak, że ludzie są lustrem miasta, jego charakterem i najważniejszą rysą. Ale czy w innych miastach Śląska, Polski, Europy, świata mieszkają inni ludzie? Oto zwyczajna dziewczyna-kotka, oto zwyczajny emeryt, oto zwyczajny dresiarz, oto po prostu zwyczajniutki kierowca autobusu. Równie dobrze mogliby wszyscy mieszkać w Sosnowcu albo Oświęcimiu, a mieszkają tutaj.

Czy w ogóle uświadamiają sobie, gdzie mieszkają? Jakoś odróżniają swoje miasto od innych miast regionu, jakoś dostrzegają, jadąc tramwajem, że są już w Bytomiu czy Katowicach, czy jeszcze w rodzinnym Chorzowie? Uświadamiają sobie genius loci? Widzą jego urodę i niepowtarzalność? Na przykład ja. Bo dziś jest 21 sierpnia i za kilka dni przyjdzie mi tutaj zostać na zawsze. A oni. Oni się tu urodzili, żyją i nawet przez myśl im nie przejedzie, jakie to miasto jest jedyne i piękne.

Z Historii Chorzowa: „I tym razem do tego nie doszło”.


22 sierpnia


Pani Maria nie odpowiada. Być może u nich też przyjęte jest reagować na takie tragiczne zawiadomienia – smutnym milczeniem. A może się naradzają? Zwołali na przykład radę fundacji „Quo vadis” i zastanawiają się, jak się w tej sytuacji zachować. Odesłać mnie do domu? Ale kto im wtedy napisze tekst o mieście marzeń? Mają swoje grafiki, a ja ze swoją chorobą bezwstydnie je naruszyłem, nie powiadamiając z góry o swojej osobistej sile wyższej. Na odwrót, wszystko doskonale wiedziałem, wiedziałem, że pozostał mi miesiąc i świadomie ich oszukałem. Może już przygotowują pozew sądowy i dajmy na to, już jutro do mojego pokoju przyjdą sądowi wykonawcy wraz z attache ambasady Ukrainy w Krakowie?

Leżałem na łóżku i rysowałem różne scenariusze rozwoju sytuacji. Amplituda mojej wyobraźni kołysała się od zwyczajnej cichej hańby do wygnania i międzynarodowego skandalu. No, czy jej tak ciężko napisać mi odpowiedź?


27 sierpnia


Ile jeszcze zostało? Trzy, cztery, pięć dni? A może w ogóle nic nie zostało? Za każdym razem budząc się, sprawdzam, czy nie obudziłem się już w innym miejscu.

Ponure popołudnie. Zatrzymuję się przed kościołem świętej Marii Magdaleny.

Najpierw długo stoję na zewnątrz, oglądając budowlę.

Oszczędny neogotyk, od którego tchnie pewnością i spokojem. Wysoka iglasta wieża z krzyżem, dalej – chłodna stal nieprzychylnego nieba.

W końcu – z takim odczuciem, jakbym rzucał się z urwiska w burzliwy ocean – ruszam do środka. Tak, powinienem to zrobić od razu... Tutaj mi pomogą. Teraz na pewno, na pewno coś się wydarzy. Czuję to. W piersiach narasta trwożna, ale i uroczysta fala. Robię krok do przodu i spadam w dół – gdzie spienione fale tłuką o podstawy szarych skał.

Najpierw zatrzymuję się w drzwiach, usiłuję uspokoić bicie serca. W kościele panuje zmrok. I nie widzę żadnej żywej duszy. Puste rzędy ławek po obu stronach od przejścia, które prowadzi do ołtarza. Biało-złoty ołtarz z obrazami, których treści nie mogę dojrzeć. Widzę tylko, jak świecą się aureole świętych, chwytając skąpe odbłyski dziennego światła, które wpadają do środka przez kolorowe szybki witraży.

Starając się nie szeleścić, klękam na podnóżku ostatniej ławki. W głowie tłoczą mi się myśli, ale żadnej nie mogę wyodrębnić. Jakby głucho szeleściły o zakurzony plafon łuskoskrzydłe owady. Szepczę: „Ojcze nasz...”, ale wciąż się mylę i zaczynam od początku.

W końcu podnoszę się i ruszam dalej, rozglądając się dookoła. Zapach kadzidła i wosku uspokaja. Jakkolwiek staram się stąpać bezgłośnie, moje kroki odbijają się echem o wielkie krzyżowo-żebrowe sklepienia, w bocznych nawach po lewej i prawej stronie nawy centralnej, gdzie widzę masywne okrągłe białe kolumny oplecione schodkami.

Wszystko tu takie świąteczne, takie jasne i obiecujące. Podchodzę do ołtarza i usiłuję przyjrzeć mu się w mroku. Na centralnym obrazie złotowłosa Maria Magdalena klęczy przed Jezusem. Po jednej stronie od nich – jakiś wieśniak w białej siermiędze, z drugiej – rycerz w hełmie i rynsztunku. W ich twarzach odczytuję oczekiwanie. Wkrótce ktoś ma się zjawić. Powietrze naelektryzowane oczekiwaniem. Gorączkowo formułuję pytanie. W myślach opowiadam swoją historię. Proszę o radę. Cisza. Nikogo. Nikt się nie zjawia. Zapach kadzidła i wosku wieje chłodem.

Żurek, myślę, pójdę i zjem żurek.

I już czuję w ustach to ciepłe złoto, ciepłe, tłuste złoto z kwaśnym posmakiem.

Z Historii Chorzowa: „Są oni zadowoleni, gdy mogą się tylko nasycić, żywią się rok w rok żurem i kartoflami”.


30 sierpnia


O ósmej rano budzi mnie wibrujący dźwięk mojej komórki. Głowa pęka mi od straszliwego bólu. To przyszedł sms. Biorę w rękę komórkę. Sms od lekarza. Na Ukrainie już dziewiąta, Josyp Josypowicz w pracy. Może chce sprawdzić, czy jeszcze tu jestem. Czytam smsa i drewnieję – czy to ze strachu, czy z radości.

„Panie Andriju, dzień dobry! Właśnie dzwonili do mnie z Centrum Rezonansu Magnetycznego i Tomografii. Pomylili się! Dali panu tomografię innego, poprzedniego pacjenta! A jemu – pańską. On wczoraj umarł. U pana niczego nie ma! Nie ma pan nowotworu! Będzie Pan żył, panie Andriju! Dyrekcja CRMiT obiecuje panu finansową rekompensatę za wyrządzone straty moralne i przekazuje życzenia mocnego zdrowia!”

Boże, Boże... Chorzów, Chorzów... Będziemy żyli, Chorzowie. Ty i ja.

Stałem na katowickim peronie, czekając na wieczorny pociąg do Kijowa, bo do Chorzowa on nie zajeżdża. Do Chorzowa jeżdżą tylko tramwaje. Wsadziłem prawą rękę do kieszeni dżinsów i namacałem coś podobnego do zapałki. To był ogonek od mojego jabłka. Rzuciłem go pod koła pociągu. Na szczęście.

Z Historii Chorzowa: „Nie trzeba zbytniej wyobraźni...”.


Andrij Bondar
Przełożył Bohdan Zadura




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio