Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Roman Sabo

Kondygnacje czasu i przestrzeni (32)


O biciu głową w mur. Na marginesie Herberta Andrzeja Franaszka



Nie czytam, a przedzieram się przez dwa tomy Herberta Andrzeja Franaszka. Dziwna jest ta biografia – jak na razie, to jest do strony pięćsetnej – jakby wykład z historii, ilustrowany fragmentami wierszy. Jakby Herbert był zaledwie dwunożnym sejsmografem, zapisującym rozedrganą linią wstrząsy i konflikty epoki. Jak gdyby układał swoje dni na potrzeby przyszłej biografii. Czasem wydaje mi się, że więcej dowiedziałem się o samym Herbercie, człowieku z krwi i kości, z Dziennika Tyrmanda, czy ze zbiorów listów z różnymi respondentami niż z dotychczasowej lektury.

Biografii czytać nie lubię. A z tej Czomolungmy Franaszka jeden, najważniejszy, zysk dla siebie ciągnę – powtórne dokładne nieśpieszne przeczytanie Herberta – dzisiaj, u krańca 2018 roku, gdy wszystkie patriotyczne uwikłania słowa, czy to po roku 1945 czy 1989, stały się domeną historii, poety ciekawego, ważnego, jednego z wyjątkowych polskich poetów, o własnej, bogatej wyobraźni artystycznej, którego chciałoby się np. czytać równolegle z Kawafisem, zastanawiając się, co też z tego mogłoby wyniknąć.

Brnę coraz dalej, coraz wyżej, coraz wolniej. Na wysokości strony sześćsetnej założyłem obóz aklimatyzacyjny. Tchu w piersiach brak, zawroty głowy, ogólna ociężałość, przeciążenie organizmu. A jeszcze na dodatek ten skrzyp krótkofalówek, te szepty Szerpów, te bunty, bo o ile więcej nie zapłacę, nie będą już zakładać poręczówek. Jak myślę o tych pozostałych tysiąc stu stronach, to dostaję choroby wysokościowej i sam już nie wiem, czym wspinacz, czy mogiła wspinacza.

Ale brnę, brnę, i tylko w brodę sobie pluję, żem tę flaszę, którą mnie obdarowali przy zakupie dwóch opasłych tomów, osuszył za wcześnie, a tu, na tych wysokościach nawet o wodę pitną trudno. I tak bez flaszy, groźnie tu, a śnieg wokół jak na biało gruntowane płótno, na którym ktoś układa białą czcionką na śniegu pisaną opowieść okrutną, smutną, pokutną.

Na szczęście, na szczęście od czasu do czasu, w powieści okrutnie pokutnej, czy pokutnie okrutnej, pojawia się zdanie mobilizujące do działania jak raca: „Leopold Tyrmand przygotował w 1954 roku referat na planowaną sesję naukową poświęconą Kubusiowi Puchatkowi, pt. „Życie erotyczne w Kubusiu Puchatku”. Referat jednozdaniowy, zdaje się: „jego nie ma i dlatego Kubuś jest szczęśliwy”

Wyruszyliśmy z obozu o świcie. W planie dotarcie na wysokość ośmiuset trzydziestu stron. Szerpowie szepczą, że mieszka tam ich patron PanzKobitą, i że stamtąd prawie jak z górki. Na razie lodowiec pełen pęknięć i sprzeczności, jak sam bohater biografii. Podróżuje, jest zachwycony, gdyż wszystko poza granicami komunistycznej, siermiężnej Polski mu się ogromnie podoba, a mimo to często wpada w nastrój minorowy i pisze, że zachwycony wcale nie jest. To jak z Yeti – niby go nie ma, a jak się dobrze zastanowić, to jest prawie wszędzie. W legendach, na półkach z książkami, w dorobku poetek. No cóż, rozglądamy się za znakami w śniegu, ale jak na razie – śladów ni du du.

Brniemy mimo to.


***


Im wyżej, tym groźniej. Miało być wysoko, krystalicznie, a nie jest, szarość jakaś, niepewność, no i opary alkoholu, na tych zawrót w głowie wywołujących wysokościach, szczególnie niebezpieczne. Ale brniemy, śnieg po pas, sople u nosa po kolana, wbrew zasadom savoir vivre’u, nadużywamy francuskiej chusteczki. Ale brniemy. Jeden z nas snuć opowieść zaczyna o starożytnych czasach. Jakże piękna. A gdy serca nasze podbija, okazuje się, że spisana z innych. No to brniemy, negatywy zdobywców.

List tu do nas dotarł, a w nim recenzja z „Tygodnika Powszechnego” arcyzdolnego Ryszarda Koziołka. Toteż po lekturze odpowiedź się taka mniej więcej ułożyła:

„Koziołku Drogi, ozdobo górnośląskiej polonistyki, ciężkieś, oj ciężkie działo wytoczył przeciwko tworowi Franaszka Andrzeja pt. Herbert. Czyżby ośmieliła Ciebie załączona dla zachęty do tomów dwóch o wysokości tysiąc sześciuset stron Flaszka, a może nie przypadł Tobie do gustu ufryzowany przez Franaszka Herbert. Bez względu na przyczyny, z wielkiej Koziołku, szwedzkiej można by rzec, wystrzeliłeś kolubryny, ładując do lufy: «Herberta jako egotystycznego i egoistycznego kabotyna, zrozpaczonego i zgryźliwego błazna grzęznącego na przemian lub równocześnie w alkoholizmie, erotomanii i depresji, rujnującego związki i przyjaźnie przez swój radykalizm moralny i obsesje polityczne».

Uff, okres romantyczny zaiste, ale jakby z Bacona, tyle w nim pokiereszowania. Erotoman od razu, nie wystarczy kobieciarz, ba! oszust, nieomal matrymonialny? Może po prostu pijaczyna, ze skłonnościami do depresji, stąd jakoś bliższy niż błazen grzęznący? Egoistyczny kabotyn, zamiast typowego dla wieku artysty, co to zawsze na ołtarzu sztuki przezeń uprawianej, prawy i czysty?

Ja, Koziołku Drogi, uderzyłbym, skoro uderzyć trzeba, raczej we Franaszka Andrzeja, który jakoś za bardzo rozsmakował się w biografiach, pisanych po to, aby wszystko co ukryte, w pełnym świetle dnia stanęło; aby każdą kochankę poznać z nazwiska, imienia i fotografii; aby przy pomocy przedmiotu biografii, snuć rozważania nad stanem świata zastanego i minionego; aby ulegając polonistycznemu przesłaniu, każdą literę doszczętnie dopisać, żeby broń boże, czytelnik sam czegoś na własną rękę nie wymyślił; aby modnym będąc, pisać dzieła półmetrowej grubości, bo im więcej centymetrów między okładkami, tym brzuchaciej dzieło na półce stoi; aby zdarzenia wyjęte z kontekstu czasu i przestrzeni raz jeszcze zapisać w odmiennej, inaczej znaczenia przełamującej, czasoprzestrzeni współczesności; aby było wszem wobec i każdemu z osobna wiadomo, że poeci to świnie, kabotyni, erotomani i alkoholicy; a przede wszystkim – egoiści od stóp po czubek głowy, od małego palca lewej ręki po rdzeń serca.

Biografia jest jak rentgen. Prześwietla, dzięki czemu widać gołym okiem niewidoczne. A jednocześnie jest jak pięść do nosa przyłożona, siekiera do pnia – miażdży, odcina, pozbawia całego bogactwa tkanek, prywatności, np. intymności, np. A człowieka, radzącego sobie mniej lub bardziej z życiem, przerabia albo na anioła, albo na potwora, albo na bohatera Twojej recenzji. Jest anioł, jest potwór, jest ten ohydny Herbert z Twojego otwarcia. Pytam jednak – a co z człowiekiem?”

Uff, gorąco, chociaż i wysoko i góry niebosiężne wokół.


***


Dzisiaj będzie na skróty, może nawet chaotycznie, ale tyle tych marginesów w dziele Franaszka, że inaczej pewnie się nie da, no chyba żeby studium jakie uwarzyć, na co nie mogę sobie pozwolić, bo żaden z Szerpów ryz papieru na plecy wziąć nie chciał, a ja i tak ledwo dyszę, sam siebie i te stron tysiąc sześćset ledwo noszę.

Chciałem kiedyś napisać tekst zatytułowany Znaki szczególne komunizmu. Zaczynając od tych najbardziej krotochwilnych, jak

p) papier toaletowy, o konsystencji papieru ściernego, na łokcie przez babcie klozetowe wydawany;

o) ogólna niechęć wszystkich do wszystkiego;

o) obojętność wobec przestrzeni wspólnoty, patrz klatki schodowe i publiczne wychodki;

w) wóda;

j) językowa niechlujność;

k) międzyludzka niechlujność, chamstwem zwana;

l) ludowość wszystkiego;

m) mieszkania za małe; itp., itd.;

po te dramatyczniejsze. Herbert jest po raz drugi poza Polską. W tym czasie umiera na raka jego ojciec. Oboje z matką poety postanawiają nic o tym synowi nie pisać. Boją się, że wróci i nigdy już nie wyjedzie. Z listu matki do syna bezpiecznie słanego po śmierci ojca: „Wiem, jak Ci ciężko i robisz sobie niepotrzebne wyrzuty. Taka była wola Ojca, żebyś nie wracał do Kraju”. Rodzina i przyjaciele otrzymali nakaz zwlekania z przesłaniem wieści Herbertowi przed pogrzebem.

Mnie się też przydarzyło. Z identycznych przyczyn. Więc znakiem szczególnym komunizmu było nie tylko niszczenie intymności, ale druzgocząca interwencja w najbardziej podstawowe związki między ludźmi – w tym wypadku rzucenie przez syna grudki ziemi na trumnę Ojca.

Te wszystkie wyliczone powyżej uciążliwości, niewygody, to zaledwie egzotyka miejsca i czasu, brak obycia i w ogóle, które nasi proletariusze pielęgnowali nawet na dobrze opłacającej prace rozmaite emigracji. Ale ingerencja w najbardziej podstawowe z ludzkich uczuć czy zobowiązań to już nie znak szczególny, ale jeden z grzechów głównych systemu.


***


Miłosz Franaszka to hollywoodzki szerokoekranowy film, taki Doktor Żywago z pociągiem jadącym przez zaśnieżoną pustać, białym dymem, białymi wykrzyknikami drzew, błękitnym niebem i błękitnymi oczami Omara Sharifa. Herbert to czarno-biała etiuda typu Dwóch ludzi z szafą Polańskiego, któryś z ponurych filmów kina moralnego niepokoju. I tak sobie myślę, że jeżeli cokolwiek mi ta lektura uświadamia, to jedno – jak ponury był ten cały komunizm; jak koniunkturalna sztuka; i jak bardzo dwuznaczne zachowania i wypowiedzi twórców. Przecież główny nurt twórczości Herberta oparty jest na hołdowaniu wierności, tragicznym patriotyzmie, niezrywaniu więzów, itp., itd. A przecież miał, jak na komunizm, cudowny układ.

Kolejny znak szczególny komunizmu – uwikłanie w dwuznaczne sytuacje. Żadnego tak, tak; nie, nie. Czy dzieło może zostać dołączone do czynników łagodzących wymiar kary?


***


Nie mamy jeszcze literackiej historii Peerelu. Analiz i syntez presji, zachowań, postaw i uchybień. Istnieją zapisy marginalne, szczątkowe, glosy i echa – Hańba domowa Jacka Trznadla jest jednym z takich ech. Nie do końca pojmujemy tę epokę uzależnień, kompromisów, wyrzeczeń, koniunkturalizmu i pragnienia poczucia przyzwoitości w warunkach skazujących ją na szafot. Między innymi dlatego, że w naszej epoce rozliczeń i policzkowania, bez obawy przed konsekwencjami np. pojedynku na szpady, pistolety, czy chociażby na lotność umysłu, zależy nam bardziej na wyroku niż na zrozumieniu. Jeżeli taka historia zostanie przez kogoś kiedyś napisana, będzie musiała uwzględnić pionierski trud Herberta Andrzeja Franaszka, któremu w nagrodę należy się wina przedniego itd., itp.


***


Czytam Franaszka i czytam Herberta.

Dlaczego nie ma u Franaszka dokładnego rozważenie sprawy sugerowanego plagiatu, związanego z Barbarzyńcą w ogrodzie. Gdzie postawienie kropki nad i? Franaszek przytacza uwagi z artykułu cytującego zdanie w zdanie spostrzeżenia na temat budowniczych katedr, z których wynika, że Herbert zżynał na żywo. Ryszard Koziołek w swojej recenzji pisze, że pierwszy lepszy student dopuszczający się takiego procederu zostałby natychmiast wywalony ze studiów.

A ja myślę tak: Herbert pisze we wstępie, że przeczytał mnóstwo książek. Pisze też, że jego tekst jest zbiorem artystycznych reportaży. Czasem odwołuje się do źródeł, czasem je pomija. Jego „reportaż” o malowidłach z Lascaux podaje przede wszystkim fakty. Rok odkrycia, długość, głębokość, kolorystyka, sposób malowania, wielkość, znaczenie, interpretacje. Wszystko fakty, które nie będąc paleontologiem, mógł tylko wyczytać z książek i opracowań. Gdyby ten tekst miał zostać opatrzony przypisami, byłoby ich więcej niż opowieści o naskalnych malowidłach. To samo tyczy się wiedzy o konstruowaniu katedr. Zatem plagiat, czy brak staranności w parafrazowaniu źródeł?

Szkoda, że autor biografii nie podjął się próby analizy tego tekstu od innej strony. Co stanowi najatrakcyjniejszą stronę tych opowieści o przeszłości ludzkiej działalności zwanej sztuką? Suche jak kość wygrzebana z piasku przez archeologa Lascaux, ofiarują od czasu do czasu nawadniającą wyobraźnię metaforę, skrót, czystą, w prozie oddaną poezję zachwytu:


Pojechałem tam wczesną wiosną. Dolina Wezery wstawała właśnie w swojej świeżej, nie dokończonej zieleni. Fragmenty pejzażu, widziane z okna autobusu przypominały płótna Bissiere’a. Siatka czułej zieleni.

Zdaję sobie sprawę, że wszelki opis – inwentarz elementów, bezsilny jest wobec tego arcydzieła, które ma tak oślepiającą i oczywistą jedność. Tylko poezje i baśń mają moc błyskawicznego kreowania rzeczy. Więc chciałoby się powiedzieć tyle: „Był sobie raz piękny koń z Lascaux”.

Wracałem z Lascaux tą samą drogą, jaką przybyłem. Mimo, że spojrzałem, jak się to mówi, w przepaść historii, nie miałem wcale uczucia, że wracam z innego świata. Nigdy jeszcze nie utwierdziłem się mocniej w kojącej pewności: jestem obywatelem Ziemi, dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian, ale prawie nieskończoności.


Tu jest Herbert i tu leży znaczenie tych wszystkich tekstów. Gdyby okazało się, że to parafrazy czyjejś przenikliwości, myśli spisane, ba – ukradzione, innym „muratorom ksiąg”, Herbert byłby li tylko plagiatorem.

Co do muratorów. Jeżeli te dwa zdanie nie są zdaniami Herberta, to świątynia nieśpiesznego przyglądania się światu i kontemplacyjnego opowiadania o nim, założona przez Herberta podróżnika wali się w gruzy na naszych przerażonych oczach:


A przecież bez nich [pracujących w kamieniołomach] trudzących się w wilgotnych i ciemnych podziemiach, bez nich, którzy wykuwali negatywy katedr w skale, nie byłoby do pomyślenia to, co stworzone zostało na podziw ludzkich oczu.

Pustoszeją budowy nie ukończonych katedr. Nikogo nie interesują już wysokie łuki i misterne sklepienia.

Synowie tych, którzy rzeźbili uśmiech anioła, toczą armatnie kule.


Wykuwać negatywy katedr w skale. Jakbym już był na szczycie Czomolungmy. Szanowny autorze – sugeruję rozstrzygnięcie: jeżeli to czysty Herbert, nie ma plagiatu. Jeśli to z kogoś spisane – Barbarzyńca w ogrodzie jest li tylko jeszcze jednym bedekerem.


***


Kamień młyński przywiązany do gardła polskiej poezji – patriotyzm. Wczesne wiersze Herberta dzielą się na dwie dziedziny: znakomitych tworów czystej wyobraźni; mało przekonywujących relacji z kombatanckiej przeszłości poety. Wiemy, że wyssanej z palca, czy też wystukanej rytmem krótszej nogi, uszkodzonej na nartach, nie w walce z okupantem. Zwłaszcza gdy zestawi się tzw. wojenne wiersze Herberta z wierszami Różewicza, od razu rzuca się w oczy przejrzysta różnica tonu – przejmująca u Różewicza nawet dzisiaj; mało przekonywująca u Herberta.

Patriotyzm Herberta – wyrażony z otwartą przyłbicą w Rozważaniach o problemach narodu czy Prologu – to jakby zapis rozpaczy, jakby wymuszony poczuciem, nie do końca szczerym, zobowiązania wobec „cieni przeszłości”, do którego miał oczywiście pełne prawo. Ten węzeł do potargania w akcie ostatecznego zerwania; czy „rów płytki, który nazywam Wisłą” – o ileż mniej poruszające niż wiersze powrotne, w których nie retoryka zobowiązań, a przeżycie osobistego dramatu powrotu wbrew własnej woli, podszeptom rozsądku, prowadzi pióro poety po karcie księgi polskiej poezji. Nie jest tak, że poeta spiera się z zachodnimi przyjaciółmi – robi wszystko, żeby przekonać samego siebie, że musi, że musi sam siebie zobowiązać.


***


Franaszek pisze, pisze, pisze, ja czytam, czytam, czytam i coraz mniej rozumiem tę podstawową dychotomię prezentowanego przez Franaszka tworu pt. WPPP – wielki ponadczasowy polski poeta Herbert – między człowiekiem pióra, który odnosi znaczny sukces, pisze, podróżuje, spotyka się w bardzo ciekawymi ludźmi, jest kochany, sypia praktycznie z tabunem kobiet – a jednocześnie jest nieszczęśliwy, niezadowolony, gorzki, okrutny – wobec innych, nigdy wobec siebie, gdyż siebie osłania tarczą pryncypialności. Tworu, który Ryszard Koziołek sparafrazował tak, w swoim obrazoburczym wstępie do recenzji z Franaszka, który bardzo się napracował, aby przedstawić: „Herberta jako egotystycznego i egoistycznego kabotyna, zrozpaczonego i zgryźliwego błazna grzęznącego na przemian lub równocześnie w alkoholizmie, erotomanii i depresji, rujnującego związki i przyjaźnie przez swój radykalizm moralny i obsesje polityczne”.

Zatem: prawdziwy to potwór, czy zaledwie twór?


***


Może błąd tkwi w przekonaniu, że człowiek, któremu coś w życiu wychodzi – np. pisanie czy podróżowanie, który ma powodzenie u kobiet lub łatwość nawiązywania męskich przyjaźni, jest człowiekiem spełnionym. Wychodząc z takiego założenia, opartego na bardzo zawężonej koncepcji sukcesu, łatwo jest skonstruować to, co powyżej. Negatywem takiego domorośle upichconego psychologizmu byłoby założenie, że człowiek schorowany, próbujący na własną rękę poradzić sobie ze stanami psychicznymi, które go nawiedzają, sięga po alkohol, kobiety i intensywne życie, żeby odgrodzić się używaniem czy używkami od bariery najbliższego mostu czy haka w ścianie. Franaszek wspomina wyrozumiałość Herberta okazaną słynnym amerykańskim pobratymcom po poetyckim piórze: Sylvii Plath czy Johnowi Berrymanowi, którzy nie wytrzymali, kończąc życie gazem z kuchenki czy skokiem z mostu.

Prawdopodobnie w przestrzeń między skrajnościami obu tych, jakże uproszczonych koncepcji, można by, ba!, należałoby wpisać bardziej wyważone interpretacje czy diagnozy. Psychika człowieka potrafi być bezdenna, a pytanie o ilość stanów emocjonalnych mieszczących się w jednej głowie jest jak próba doliczenia się ilości diabłów na główce szpilki.

Czy najgenialniejszy nawet polonista jest w stanie sprostać zadaniu wymagającemu rozszczepiania włosa na czworo na polu psychiatrii, psychologii, medycyny odwykowej, socjologii, seksuologii, iluż innych specjalistycznych dziedzin? I czy brak, oczywisty, tej specjalistycznej wiedzy nie sprawia, że przedmiot opisu, z grubsza tylko ociosany przez dyletanta – zastrzegam – dyletanta w wyżej wymienionych dziedzinach – staje się niezwykle jednostronny, jednowymiarowy, czarno-biały, i odstręczający. Co nie ma nic wspólnego z ogromną przecież sympatią okazywaną przez Franaszka bohaterowi biografii. Okazuje się jednak, że są sytuacje, w których najlepsze, najdelikatniejsze chęci to za mało, żeby w piekle nieporozumień, niedomówień, zbyt oczywistych wniosków, nie przybyło koślawych bruków.


***


Niepokoi mnie zdjęcie Franaszka z okładki Herberta. Jakoś zanadto demoniczne. Nie znam się na demonologii, ale te ostre cienie, te usta w zgorzkniałość ułożone, włosy celowo zmierzwione, szal à la szał, światło zbyt jaskrawe na oczach się kładące – jakby wizje miał – budzi we mnie wątpliwości. Czy to Franaszek, jaki jest; czy też Franaszek, lepiący Golema z faktów życia Herberta?


***


A przecież mamy do czynienia z autorem pierwszej klasy. Ileż pracy musiał włożyć w zestawienie tych wszystkich faktów związanych z życiem Herberta we wspólną całość! Ileż decyzji do podjęcia – uwzględnić, przejść mimo, uwypuklić, przemilczeć? Ten ogrom moralnych dywagacji – umieścić i pomniejszyć mistrza, czy posłużyć się niedomówieniem i zachować mu twarz? W miarę lektury stajemy się świadkami stylistycznej metamorfozy – kronikarz, którego poznaliśmy w Miłoszu, obecny na pierwszej setce stron Herberta, powoli przeobraża się w gawędziarza – rozpatrującego w naszej obecności różne aspekty opowieści – umieścić czy nie, odwołać się czy pominąć, zwrócić uwagę, czy może obejść dookoła. Gawędziarza, skupionego nie tyle na opowieści, ile na jej podmiocie – stale mającego jedno na celu – opisać, nie pomijając, przy jednoczesnym utwierdzaniu nas w wierze, że mamy do czynienia z kimś wielkim, ważnym, jedynym w swoim rodzaju – mimo wad, mimo słabości, wbrew destrukcyjnej chorobie, wbrew samodestrukcyjnym tendencjom.

Jeżeli nie wrzucamy obu tomów biografii do pieca, jeżeli czytamy – nawet gdy czytamy, kierując się już tylko nieludzką wścibskością – jeżeli sięgamy w trakcie lektury po wiersze i eseje Herberta, jeżeli zastanawiamy się wraz z autorem nad rolą odegraną w dziejach polskiej kultury przez człowieka niezwykle wrażliwego, poetę wściekle oryginalnego, polemistę zażartego, przeciwnika nieprzebierającego w środkach, ucznia kierującego się buddyjską zasadą – jeżeli napotkasz Miłosza na swojej ścieżce do iluminacji, zabij go, babiarza, alkoholika, pacjenta oddziałów psychiatrycznych – to wszystko to dokonuje się dzięki trudowi gawędziarza.

Czy go skądś znamy? Otóż przychodzi nam na myśl narrator-gawędziarz Biesów. Tamten jest bardziej drapieżny niż ten; bardziej bezwzględny; bardziej krwiożerczy. Niemniej fascynacja, próba zrównoważenia opisu, sentyment, ba! czułość – jest im obu wspólna.


***


Skoro otarliśmy się o dostojewszczyznę – autor biografii poświęca wiele stron i wiele słów, usiłując przekonać czytelnika, że skrajne, apodyktyczne, jednostronne, raniące poglądy Herberta z ostatnich dziesięciu lat jego życia brały się i z choroby i z braku umiaru, i z zawiści, i z ogólnego poczucia wyobcowania, bycia odstawionym na boczny tor poezji – ach, te kabaretowe wypowiedzi wstępujących w poetyckie szranki Świetlickich czy Sosnowskich – i historii – ach, te cokołowe szturchańce maszerujących w słusznym korowodzie. Czytając niektóre z tzw. skrajnych, niewyważonych, zanadto zapalczywych wypowiedzi Herberta, będąc o jakieś dziesięć lat starszym od autora biografii i od lat przeszło trzydziestu poza granicami Polski, nic, ale to nic nie czuję się nimi zbulwersowany. Ataki na Miłosza pomijam – były poniżej pasa. Agresywne zachowania wobec przyjaciół czy ludzi, którzy za przyjaciół byli uważani – jak wyżej. Było i jednego i drugiego aż nadto. Natomiast wypowiedzi na temat ogólnego marazmu, ignorowania imponderabiliów, akceptacji taniej politycznej egzegezy, przystania na tzw. polityczną rację stanu, bez względu na jakość wdrażających ją w życie politykierów, zdają się, zwłaszcza teraz, gdy na swój sposób zaowocowały erą PiS-u, jak najbardziej na miejscu. A to, że prawica, zawsze skłonna do wynaturzeń, wchłonęła Herberta z kapeluszem, krawatem i półbutami, świadczy przeciwko prawicy i ogólnym wynaturzeniom tzw. procesu politycznego.


***


Muszę przyznać, że przy lekturze Herberta szlag trafiał mnie kilka razy. Czasem z winy podmiotu; czasem z winy autora. Franaszek jest zanadto filologiem, obserwatorem sceny literackich wyniesień i strąceń, żeby zdać sobie sprawę np. z nieznośności takiego zdania: „Trudno nie pomyśleć też, że Herbert miał pecha – zgromadził imponującą kolekcję nagród, ale te najważniejsze omijały go o włos”.

Jak to miał pecha, skoro zgromadził – poeta polski – na obczyźnie – imponującą kolekcję nagród. Że Nobla nie dostał? Nagrody, co sam Franaszek udowadnia – koniunkturalnej, zależnej od sytuacji, układów, ogólnoświatowych potrzeb, mniej lub bardziej skutecznych nacisków? W ogóle skąd to przekonanie, że Herbert miał pecha? Poeta słowiański, piszący po polsku, hołubiony w kręgu języka niemieckiego i angielskiego, żyjący lata całe poza Polską z pieniędzy zarobionych pisaniem – ma pecha? Bo Nobla nie dostał? Przecież lista tych, którzy zasłużyli, a nie dostali, jest znacznie dłuższa od listy tych, którzy dostali, choć nie zasłużyli.

Jedną ze słabości Herberta jest środowiskowość. Poloniści przyzwyczaili się do loterii nagród, do bezustannej zawieruchy na giełdzie talentów, do 1 do 32 dla naszego poety, który i tak powinien wygrać, bo nasz, do budowania wielkości poezji na zdobytych laurach, jak gdyby tylko potwierdzenie z zewnątrz świadczyło o wartości domowej produkcji. Stąd chyba ten małostkowy ton sentymentalnej opowieści o poecie, co to Nobla nie dostał.

Literatura świata tego jest niezwykle bogata w talenty. Zaściankowość polega na przekonaniu, że nasz talent jest najtalentliwszy. Biedny Gombro, bo bez Nobla. Biedny Różewicz, bo też bez. Biedny Herbert, z tego samego powodu. Tylko że licytowanie się na biedny, biedniejszy, najbiedniejszy, pomija sedno sprawy, którą jest ogrom literatury światowej, będąc najlepszym przykładem omfalogii, czyli pępkizmu. Jak również fakt, że jedynym aktem nobilitującym literaturę jest jej lektura przez zaangażowanych w przesłanie tekstu czytelników.

Przecież opowieść Franaszka o Herbercie jest opowieścią o wielkim poetyckim sukcesie, o ekstatycznej akceptacji twórczości Herberta poza granicami PRL-u, o wpływie słowa polskiego poety na emocje europejskich czytelników. I dlatego ton sentymentalny, wprowadzający w tę opowieść kategorię pecha, opowieść psuje. Jeżeli poezja Herberta, w odróżnieniu od osoby Herberta, jest godna uwagi, to przede wszystkim ze względu na stoickość, godność, męskość tonu. A stoickość to między innymi umiejętność rozejrzenia się po gospodarstwie własnych osiągnięć i powściągliwość żądań. A Franaszek ciągnie swoją opowieść w rejony pazernego zbieractwa, kolekcjonowania nagród, odczuwania niedosytu.


***


Dzisiaj zatrzasnąłem tom drugi na stronie dwieście dwudziestej. Nawet nie wiem, czy odtrzasnę. Nie dlatego, żeby zbulwersowały mnie w końcu opisy erotycznych podbojów misiowatego czterdziestolatka o iście cherubinowym obliczu. Niech sobie śpi z kim chce: dojrzałą Austriaczką, niemiecką licealistką, święcie pokorną żoną, jakąś wysoką blondynką o zapadłym w nicość imieniu. Jego życie, jego pościel, jego sprawa. Nawet nie wiem po co Franaszkowi ta stale wydłużająca się lista. Te opisy jakby rodem z Mniszkówny, takie trochę bagienne. Niech uwodzi, niech podbija, niech się żeni, niech sypia po bokach, jego osobista sprawa, niepotrzebnie upubliczniona. Zatrzasnąłem, wyprowadzony z równowagi tonem pożegnalnego listu do byłej licealistki (o cytowanym wierszu, na szczęście nieopublikowanym do niebyłej nic nie powiem, bo tu ton tak zawiódł, że każda uwaga byłaby niestosowna), zwłaszcza zdaniem: „Modlę się o Twój spokój”. Lata wcześniej, wyłuszczając mało przekonywujące powody zmuszające go do zerwania związku, dręczył starszą od siebie o lat dziesięć kochankę, której udane czy nieudane małżeństwo rozniósł brawurą pierwszego męskiego zadurzenia w puch, słowami o miłości mającej być lekcją trudnego kochania Boga.

Co on za trójkąt kreśli – ja, kochanka, Bóg. Po co Herbertowi ten Bóg w sytuacji buduarowej? Przecież nie stosował się do jego nakazów, nie interesował się nim w swojej twórczości, więc skąd ten ton fałszywego mizantropa? Wielki stylista, ironista, stoik, poeta zrównoważonej frazy – a tu takie coś byle jakie.


***


Franaszek ma pociąg do beletrystyki buduarowej. Udowodnił to już w Miłoszu. Dlaczego to, co bulwersuje w przypadku Herberta, mniej niepokoi przy lekturze Miłosza? Z podbojów?, związków?, zauroczeń?, miłości?, parzenia się?, przywiązań?, uwodzeń? Miłosza wynikało coś dla literatury – wiersze, tłumaczenia, poezja np. Nieobjętej ziemi, itp., itd. W przypadku Herberta ni du du. Ta sama metoda – nazwijmy ją buduarową – zastosowana w przypadku dwóch poetów, przyniosła zupełnie odmienne rezultaty.

Franaszek na pewno zna płytę, na której Herbert, na krótko przed śmiercią czyta swoje wiersze. I przytacza anegdotę związaną z Poetą w akcji Jana Józefa Szczepańskiego. Herbert opowiada, jak to razu pewnego Jaś Szczepański napisał o nim opowiadanie-charakter. Herbert mówi, że go nieomal szlag trafił, gdy przeczytał, że był i pijakiem i dziwkarzem. Napisał, opowiada nadal, sążnisty list do Jasia, żeby mu wytłumaczyć, że wrodzona dobroć przyjaciela nie jest tarczą obronną wobec tych, którzy tę dobroć chcą wykorzystać do swoich niecnych celów. Jaś przeprosił i pozostał – jak mówi Herbert – Dziekanem Moich Największych Przyjaciół.


***


Gdyby Herbert żył, po przeczytaniu Herberta Franaszka, wpadłby w wielki gniew. Po czym, ochłonąwszy, posłałby Franaszkowi swój esej Martwa natura z wędzidłem o holenderskim malarzu Torrentiusie, po którym ostała się ta jedna, tytułowa, martwa natura, a skrupulatny Franaszek podkreśliłby co następuje podczas rzetelnej filologicznej lektury:


W spadku pozostawił nam alegorię powściągliwości – dzieło wielkiej dyscypliny, samowiedzy i ładu, jakby sprzeczne z jego szalonym egzystencjalnym doświadczeniem. Ale tylko prostaczkowie i naiwni moralizatorzy domagają się od artysty przykładnej harmonii życia i dzieła [...].

Tyle pytań. Nie potrafiłem złamać szyfru. Zagadkowy malarz, niepojęty człowiek zaczyna przechodzić z planu dociekań uzasadnionych skąpymi źródłami – w mętną sferę fantazji, domenę bajarzy.


***


Powiew świeżego powietrza, którym wypełniony jest cały świetny rozdział Powiedz prawdę, opowiadający o tym, co działo się, a działo się bardzo dużo, podczas IX Kłodzkiej Wiosny Poetyckiej. Potykali się tam ze sobą poeci różnych pokoleń, stawali w szranki polemik, manifestów, wystąpień, a Herbert, powiedziawszy co miał do powiedzenia, przysłuchiwał się z iście arystokratycznym milczeniem temu, co bardzo przecież zdolna młódź literacka ma mu do zarzucenia. Głoszonemu przez Herberta Audenowskiemu z ducha przekonaniu, że sztuka nie wywiera bezpośredniego wpływu na losy świata, zapalczywy Krynicki przeciwstawiał pogląd o mocy idei poetyckich. Od Kornhausera dowie się z czasem Herbert, że jest staromodnym i lękliwym antykwariuszem. Od Zagajewskiego, że na podstawie pojęcia kultury wypracowanego przez pokolenie ‘56, on i jego koledzy po piórze nie wiedzą, co jest godne szacunku.

Bardzo wzruszająca jest opowieść o opiece jaką w niedalekiej przyszłości Herbert otoczy młodego Ryszarda Krynickiego. Zagajewski długo czekał na wybaczenie win, Kornhauser zdaje się nie doczekał. Barańczak zajął się z czasem egzegezą herbertowskiej poezji.

Więc chyba o to cały czas bój toczę z tekstem Franaszka, o biografię artystyczną, o przybliżenie poety jako twórcy, a nie jako Don Juana, czy Słowianina o szerokiej duszy i niespożytym apetycie na trunki. Spory – z kimkolwiek by nie były prowadzone, nawet te najbardziej kogucie – tak; animozje w stosunku do Różewicza czy Gombrowicza – jak najbardziej; ucieczka do Berlina przed ubecją – jasne, każdej opowieści dobrze zrobi dreszczyk emocji. To wszystko są tematy leżące w zakresie kompetencji filologa, literaturoznawcy i historyka literatury. Natomiast alkohole, buduary, niemyte dusze i dziurawe skarpetki powinno zostawić się specjalistom w tych dziedzinach, niech piszą ekspertyzy, niech stawiają mądre diagnozy, wysuwają najdalej nawet idące wnioski, publikując je w specjalistycznych żurnalach.


***


Drobne, pedantyczne sprostowanie Gliwiczanina. Takie tam sobie miasto, a proszę – mieszkający w narożnym domu jak na bezludnej wyspie Różewicz; dorastający na Śląsku Zagajewski czy Kornhauser. Jeżdżący po nich na motorowerze Miłosz. Wszyscy albo z Gliwicami związani, albo z Gliwic się wywodzący. Znający się z Herbertem Horst Bienek nie „wywodził się z Gliwic” – jak stwierdza Franaszek na 514 stronie drugiego tomu. Wywodził się z niemieckiego miasta Gleiwitz, które, kulturowo, ma tyle z powojennymi polskimi Gliwicami wspólnego, co powojenne Wilno z przedwojennym północnym Jeruzalem, a powojenne Saloniki z Jeruzalem południowym. Nie można mówić o wspólnocie w przypadku odrzuconej, niechcianej, unicestwionej pamięci.


***


Gdybym (czy ty, czytelniku, za bardzo nie bezczelniejesz w miarę lektury?) miał uczestniczyć w orzekaniu, na ile lat Andrzej Franaszek zostanie skazany na pobyt w klasztorze z klauzulą całkowitego milczenia, obejmującą tak mowę, jak i pismo, odjąłbym mu rok za rekonstrukcję życia w polskim Lwowie (bo istniał też Lwów ukraiński i żydowski), kolejny rok za Powiedz prawdę, ze dwa za opis greckich peregrynacji Herberta, ze cztery za znakomity opis obywatelskiej aktywności poety w latach siedemdziesiątych, ze trzy za oczywistą fascynację Herbertem, obecną prawie na każdej karcie jego biografii, oraz za iście benedyktyński trud włożony w opracowanie ponad tysiąca sześciuset stron księgi. Dołożyłbym ze dwa za przeskoki czasowe, tak że zdarzenia, dajmy na to, roku 1972 z jednej strony, po jej odwróceniu znajdują kontynuację w roku 2017. Ale i tak lekką ręką podpisałbym się pod dziesięcioletnim wyrokiem, a co, niech trochę pocierpi, jak jego czytelnicy. Kto wie, może zapowiedziana biografia Czapskiego zmieściłaby się wtedy na, a niech będzie, na trzystu trzydziestu trzech stronach.


***


Pisze biograf


I


schorowany

na progu szaleństwa

znika z hotelu


dwa tygodnie bez śladu życia


po czym opowiada


szedłem

wchodziłem

zdobywałem Masadę

ścieżką węża

niecałe 45 minut


a ja pamiętam


żar słońca niemiłosierny


formy opuszczone przez Martwe Morze jak komory infernalnej kuźni


II


na ścieżce śliskiej jak granit

stromej jak drabina

człowiek


słania się pada czołga pełznie zastyga bez ruchu

jaszczurka w delikatnym pancerzu obolałej skóry

w drodze do twierdzy osaczonych

wybierających tragiczną śmierć

w obliczu bratobójstwa


tu kres mojej wyobraźni


III


co myśli

czego pragnie

czym się kieruje

z czego czerpie siły

pełznąc do Masady

weźmie ze sobą w bezkres śmierci


gdyby tej pielgrzymce

mogły sprostać słowa

opowiedziałby nam ze zwykłą sobie trzeźwością stylu


trwali

do końca wierni

do końca tragiczni

do końca przekonani, że gest odezwie się echem w przyszłości


więc czynię ten gest



***


Stron kilkanaście ostatnich. Ciężko schorowany Herbert powoli, cierpiąc niemiłosiernie, odchodzi. Jako i my, mniej lub bardziej wkrótce, oby w najgłębszym śnie pełnym snów pięknych ... Autor zmienia ton – staje się znowu kronikarzem. I osiąga coś, za co należą mu się tylko i jedynie słowa uznania – czułość, pieczołowitość, subtelny akt pochylenia się nad schyłkiem trwania człowieka, który nie chce odejść, który nie chce zwłaszcza takiej końcówki życia. Nie wiem jakim cudem, chyba cudem czystej empatii, udaje się Franaszkowi wznieść na niebotyczne wyżyny delikatności. Dobra, koniec, żeby nie zagadać.


***


Wracając do ogółu tych prawie dwóch tysięcy metrów nad poziomem życia –czapa futrzana, bobrowa, iście kanadyjska dla tego, kto podpowie, jakich rad ma się trzymać badacz, aby biografia nie zmieniła się w wyżynanie godności z człowieka?


***


Meteorolodzy zapowiadają dwudziestoczterogodzinne okno pogodowe. Chmury mają się rozstąpić, wiatr ustać, ciśnienie ustabilizować. Czomolungma zapewne ukaże swoje hipnotyzujące oblicze. I trzeba będzie, po tygodniach obozowania, podjąć decyzję – atak czy odwrót. Na szczęście od ostatecznej decyzji dzieli nas jeszcze kilka godzin. Trzeba przeglądnąć sprzęt, rozważyć szanse, zastanowić się raz jeszcze nad motywacją i wybrać rozsądnie. A na razie noc, wichura, odgłos spadających lawin, chłód i związana z rozrzedzonym powietrzem ogólna ociężałość. I myśl taka, krotochwilna – jeżeli uda mi się wtargać te tysiąc sześćset stron plus na szczyt, to gdy na nich stanę, będę najwyżej stojącym na szczycie świata człowiekiem.


***



***

Mój ty pomniku

Nazbyt pełny

Dzieło spisane skorym piórem


Cóż, chyba prosty błąd zrobiłem

Zabezpieczając tutaj tyle

Z myślą że prawy wnuk czytając

sedno wybierze grzebiąc w pyle


Trzeba mi było

W płomień rzucić

Oby się w ogniu dopełniło

Z kości i płaszczyzn poskładane

Raz w suchy popiół przemienione

Późnych badaczy nie kusiło



Roman Sabo



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio