Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Marcin Fita

Debiut


Bitwa, której nie wygrasz



Znowu masz trzynaście lat, późny, sierpniowy skwar topi twoje ciało w lepkim powietrzu. Siedzisz w domu. Żaluzje, zaciągnięte tylko częściowo, wpuszczają promienie światła do pokoju, oświetlając pole bitwy. Barykada z drewnianych klocków góruje na dywanie, chroniąc zastępy plastikowych żołnierzy. Rozstawiasz snajperów, zastygłych po kres w leżącej pozie odlewu. Znajdujesz im dogodne pozycje na podwyższeniu; mały stos komiksów, które regularnie kupujesz, krzesło odziedziczone po bracie; wyprowadził się dwa lata temu, tęsknisz, ale wiesz, że nie możesz się z nim widzieć. Cytujesz w myślach słowa rodziców, oni w końcu zawsze wiedzą lepiej:

– Nie możemy na to pozwolić. Twój – pożal się Boże (matka zawsze się lubi wtedy przeżegnać) – starszy brat nie jest Prawdziwym Mężczyzną, nie możemy dopuścić, żeby miał na ciebie zły wpływ, zostałeś nam tylko ty, jeden sam, samiusieńki (matka zalewa się łzami), nasz mały żołnierzyk.

Ostrzał już przygotowany, pułki rozstawione, to będzie wspaniała walka, odliczyłeś równą ilość po każdej ze stron. Czujesz mrowienie w dłoniach, masz pełną kontrolę nad sytuacją, liczba strat zależy tylko od ciebie, jesteś jak generałowie z filmów, których nie możesz oglądać bez pozwolenia, jesteś absolutnym panem tej chwili, jesteś jak swój własny ojciec.

Na pewno jest z ciebie dumny. Twój starszy brat, od kiedy sięgasz pamięcią, ciągle się z nim kłócił. Ten stanowczy bunt zawsze cię dziwi, ale ostatnie dni lata roku dziewięćdziesiątego siódmego, powoli wsączające się pod twoją skórę, zagnieździły wątpliwości, których się nie spodziewałeś. Od kiedy pamiętasz, chciałeś mieć zwierzę, coś żywego, coś, co byłoby tylko twoje, coś poza kontrolą wszechwładnej głowy domu. Reguł trzeba przestrzegać, więc nie nalegasz. Nigdy nie nalegałeś. Tym razem jednak robisz coś nieoczekiwanego – podczas miesięcznego wyjazdu ojca dokarmiasz bezpańskiego kota. Tato jednak wie, już powrócił do domu, teraz czeka cię test Prawdziwego Mężczyzny.


***


Wibrujący smartfon wyrwał cię z odrętwienia wywołanego przypływem wspomnień, nawiedzających cię na płynnej granicy nocy i dnia. Leżysz, jesteś przepocony, pokaleczone dłonie ciągle dygoczą, chyba masz złamany palec. Kłykcie lewej ręki miałeś zawsze mniej wytrenowane, więc teraz intensywnie pieką, zdarte do krwi. Co innego prawa dłoń, tylko lekko stłuczona, ona przywykła do wymierzania mocnych ciosów. Parę dni temu wróciłeś do kraju, twoja służba w Afganistanie dobiegła końca, ale nie przestawiłeś się na cywilne życie, nie możesz spać, a wyblakła późna jesień, upstrzona brunatnym śniegiem, przypomina ci o braku dyscypliny, jaki niesie klimat umiarkowany. Wszystko się spóźnia, komunikacja miejska, zima, kolejna misja, kolejne tłumy ochotników, których pomożesz uformować.

W mieście z nikim tak właściwie się jeszcze nie kontaktowałeś. Parę piw z ojcem – teraz już emerytowanym pułkownikiem – poprzedniego dnia, i to w zasadzie tyle. Nie nalegałeś na to spotkanie, ale mieliście do omówienia sprawę tej jebanej cioty, jak zwykł mawiać o wydziedziczonym członku rodu bohaterów i wojowników – twoim bracie. Ostatecznie podzielasz taki osąd, chociaż w zasadzie go nie znasz i pewnie nigdy nie znałeś, nawet gdy mieszkał razem z wami. Pomnik Pułkownika przesłonił cały twój świat.

Patrzysz na telefon, ale nie oddzwaniasz, nie potrafisz, a przynajmniej nie teraz. Jesteś zmęczony, naprawdę kurewsko zmęczony, musisz odpocząć, zamykasz oczy.


***


Sierpień wraca, ale już się nie bawisz, nie ma pola bitwy i to nie ty decydujesz o poniesionych stratach. Nasypujesz karmy do stalowej miski, stawiasz ją na tyłach domu, wyczekujesz, aż przyjdzie kotka. Nie martwisz się, zawsze przychodzi. Patrzysz na ojca, jego obecność wzbudza w tobie nieokreśloną mieszaninę strachu i pewności siebie. Nie możesz go zawieść, wiesz o tym, złamałeś reguły, ale jesteś Prawdziwym Mężczyzną, naprawisz swój błąd, na pewno dasz radę. Nie to, co brat, on zawsze sprawiał, że rodzice się gniewali, ty jesteś lepszy, jesteś ich małym żołnierzykiem, wiesz, co będziesz robił w przyszłości. Wszyscy będą dumni, pójdziesz w ślady ojca, jak i on szedł w ślady swojego. Ale jednak się boisz, wątpliwości narosłe przez koniec wakacji nie potrafią dać ci spokoju, wiją się w tobie jak stado węży gotowych kąsać, jeśli znajdą trochę miejsca. Każda minuta oczekiwania zaczyna cię przytłaczać, zapadasz się w sobie pod nieznośnym ciężarem tego, co ma się zaraz wydarzyć.

Kotka przychodzi. Masz w ręku pistolet, już z niego strzelałeś, znasz jego ciężar i fakturę, ale puszki i kamienie to nie to samo, dzisiejszy cel jest inny. Chcesz płakać, ale czujesz ciepły dotyk na swoim ramieniu, ręka ojca koryguje twoją postawę, delikatnie prowadzi cię przez zastygłe powietrze, wskazuje przyszłą drogę. Nagle wszystko zwalnia, letni dzień przybrał formę gęstniejącej masy, w której nie masz miejsca na zawahanie, nie czujesz własnego tętna, odciąłeś serce, został tylko ścisk w skroniach. Strzał, świst, huk, zawodzący pisk przeszywa powietrze. Trafiłeś, tato pomógł celować, tato pomógł z odrzutem broni, tato się uśmiecha. Tato zawsze będzie przy tobie. Jesteś Prawdziwym Mężczyzną.

Podchodzisz do zwierzęcia. Mała kulka zwija się w konwulsyjnym podrygu. Nic nie czujesz, cały ciężar oczekiwania rozmył się w oparach prochu. Patrzysz na czerwoną strużkę, która wciska się między kamyki wyłożone przed domem, nadając im dziwnie dostojnego uroku. Śledzisz ją aż do źródła. Widzisz ranę. Pulsująca mieszanka uszkodzonych tkanek, sierści i krwi zdaje się odwzajemniać spojrzenie, świdruje cię hipnotyzującym urokiem, jak nieustająca spirala, napędzana miarowym tempem – zupełnie jak w bajkach na Cartoon Network, chociaż tam nigdy nic nie ginie naprawdę. Wpadasz w dziwny trans, echo ojcowskich gratulacji odbija się od ciebie. Czujesz, że coś straciłeś, ale nie potrafisz sprecyzować, co.

Cienie i słońce zanikają. Następuje chłód. Światło latarni oświetla pustą ulicę, chodnik i wieże bloków zastąpiły kamyki i rodzinny dom. Nie wiesz, gdzie się znajdujesz, nie wiesz, co właściwie robisz. Twoje gibkie, wysportowane ciało przygniata obcego faceta w brutalnym uścisku. Masz napięte mięśnie i zaciśnięte pięści. Już nie jesteś trzynastolatkiem.

Bijesz bez ustanku, bijesz bez zahamowań, bez wykalkulowanej nienawiści, nakierowanej na umówionego wroga, jakiej często uczą w wojsku. Twoja furia jest straszniejsza, pompowana wielopokoleniową sztafetą ojców i synów, żmudnym wychowaniem i siatką nienaruszalnych reguł. Opór zanika, jesteś znacznie silniejszy od przeciwnika, czujesz jego krew na swoich policzkach. Jedno uderzenie, drugie, dziesiąte, zatracasz się w okrutnej arytmetyce, czujesz łamane kości, wybijane zęby kaleczą ci dłonie. Podnosisz zmaltretowaną głowę mężczyzny, chcesz roztrzaskać ją o beton, ale ktoś z całej siły próbuje cię odepchnąć. Upadasz, rzucasz się na nowy cel, chcesz walnąć z całej siły, ale powstrzymujesz się, w smukłej sylwetce kolejnego adwersarza rozpoznajesz starszego brata. Jego desperackie łkanie i lament wypełniają każdą wolną przestrzeń. Odsuwasz się, znajomy ciężar, który czujesz w sobie, powraca. Podarty zimowy mundur wyjściowy nasiąka potem i stopionym śniegiem zmieszanym z krwią, dostajesz ataku paniki, nie wiesz, co robić. Biegniesz. Uciekasz. Przed tobą tylko ciemność.

Znowu słyszysz echo, ale tym razem przenika cię na wylot i ulega zwielokrotnieniu. Braterskie „dlaczego?!” kąsa boleśnie za każdym razem.

Zaczęło świtać, przecierasz oczy, wstajesz. Telefon dalej wibruje. Nie odważysz się odebrać, wiesz, kto dzwoni. Płaczesz, po raz pierwszy od bardzo dawna. Starasz się skupić, chcesz, aby cały świat zamilkł. Przypominasz sobie spotkanie z ojcem. Przy piwie wspomniał, że jego wydziedziczony syn obnosi się publicznie z jakimś pieprzonym fagasem, a to nie przystoi w tej rodzinie, że nasi przodkowie, którzy ginęli za ten kraj, teraz przewracają się we własnych grobach przez tę jebaną ciotę, że tak nie wolno i ktoś musi coś z tym zrobić, przemówić mu do rozumu albo lekko nastraszyć. Oczywiście się zgodziłeś, jakżeby inaczej, tato zawsze był przy tobie. Tak będzie najlepiej.

Pojechałeś pod blok, w którym mieszka, zadzwoniłeś do jego mieszkania przez domofon. Przywitało cię zdziwienie, ale brat zgodził się porozmawiać, powiedział, że zaraz zjedzie. Zjechał, ale nie był sam. Dawno go nie widziałeś, mało się zmienił, dalej zbyt chudy, dalej z tym swoim niewinnym i zaraźliwym uśmiechem. Przytulił cię, poczułeś zgorszenie, ale mała cząstka ciebie była zadowolona. Przedstawił partnera, nie podałeś mu ręki. Nagle wygarnąłeś mu wszystko, że zdradził rodzinę, że swoim zachowaniem szkaluje dobre imię ojca. Zaczął się śmiać, nie spodziewałeś się takiej reakcji. Powiedział, że nie wie, jak możesz dalej utrzymywać kontakty z tym starym despotą i tyranem. Te słowa rozjuszyły cię, zaczęliście się sprzeczać i szarpać, wynikła bójka. Reszty nie chcesz pamiętać, ale nie możesz przed tym uciec. Telefon znowu wibruje; tym razem odbierzesz.


***


Sierpniowy skwar mniej dokucza, resztki dogasającego słońca rozjaśniają pole bitwy. Nie zabiłeś nikogo, wszystkie plastikowe żołnierzyki pozostały nietknięte, zaczytałeś się w komiksach i zacząłeś rozmyślać o nadchodzącej próbie. Chyba nie będziesz Supermanem ani Spider-Manem, gdy głębiej się zastanowić, to nie zostaniesz nawet Magneto, role zostały już dawno rozdane. Tym razem to bitwa, której nie wygrasz.


Marcin Fita



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio