Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Igor Argamante


Jerycho 1941. Opowieści z getta i okolic


(fragmenty)*


Niełatwo być Żydem



Moja koleżanka Dora była córką żydowskiego adwokata i mieszkała w kamienicy położonej u stóp pobliskiego wzgórza. Była urodziwą dziewczyną, a jej kruczoczarne włosy prawie zakrywały wyraźnie odstające uszy. W głębi jej dużych, czarnych oczu można było się bez reszty zatracić. Pełna wigoru i zuchwała, z łatwością nawiązywała przyjaźnie z gojami. Hansiego zaakceptowała tylko dlatego, że się z nim przyjaźniłem, choć jednocześnie stał się on jako Żyd obiektem jej kpin i sarkastycznych docinków.

„Co z ciebie za Żyd? Nie mówisz wcale w naszym języku, nie chodzisz nigdy do synagogi, nie przestrzegasz reguł kuchni koszernej. Do Królestwa Niebieskiego cię nie wpuszczą, nie masz na co liczyć. I jakby jeszcze tego było mało, przyjaźnisz się z szajgecem!”. Miała na myśli mnie.

Zrobiło mi się smutno, że Hansi nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego, więc stanąłem w jego obronie. „Przecież ty też przyjaźnisz się z szajgecem” – powiedziałem. Na te słowa Dora wkurzyła się nie na żarty: „Skarbie, bądź łaskaw wbić sobie do głowy, że gdy dwóch Żydów ze sobą rozmawia, to goj nie powinien się wtrącać!”.

Dora dotknęła bolesnej sprawy. Hansi powiedział: „Ludziom nie wystarcza, że uważam się za Żyda. Ludzie chcą, żebym ja był Żydem. Ale ja nie mogę być kimś innym, niż jestem, czyli czechosłowackim Żydem, i jestem z tego dumny”. Wiedziałem, że Hansi nie byłby dumny z bycia polskim Żydem.

W towarzystwie Dory dobrze się czułem. Oboje przepadaliśmy za latkesami, czyli plackami ziemniaczanymi. Hansi nie wiedział, co to takiego, i biedaczyna nawet nie chciał się dowiedzieć. Świata nie widział poza swoimi knedlikami. Wraz z Hansim i Dorą tworzyliśmy kumpelskie trio. Właściwie powinien być z nami jeszcze Icchak, młodszy brat Dory, który z polecenia ojca miał opiekować się siostrą, kiedy była poza domem i spędzała czas w towarzystwie chłopców. Tylko że obok ich domu, na rozległej łące, gdzie się spotykaliśmy, zawsze ktoś grał w piłkę. W dodatku Icchak był do tego stopnia znudzony naszymi rozmowami, że odłączał się od nas, gdy tylko sumienie mu na to pozwalało, choć jednocześnie nigdy nie tracił nas z pola widzenia.

Dora była nie tylko sympatyczną, ale i urodziwą dziewczyną. Czy miała ogon? Tę wątpliwość zasiała we mnie ciotka Maryna. Nie wiadomo, skąd wiedziała, że się ze sobą spotykamy. Zapewne portier jej powiedział, że panicz prowadza się z Żydóweczką. Dziewczyną, która z kolei nigdy nie wychodziła z domu, była Irka, jasnowłosa córka szewca. Okna jej pokoju znajdowały się na wysokości chodnika, chyba dlatego – tak mi się zawsze wydawało – żeby mogła mieć baczenie na buty wszystkich mieszkańców dzielnicy. Ciotka Maryna zaczepiła mnie kiedyś na ulicy, żeby mi coś powiedzieć: „Być może nie powinnam ci tego mówić, ale w sumie jesteś już dużym chłopcem: czy ty wiesz, że Żydówki mają ogony?”.

„Tak, wiem. Wszystkie kobiety mają ogony!”. Ciotkę zamurowało i już nic więcej na ten temat później nie wspominała. A prawdę mówiąc, Gogolowy kozak miał na myśli stare kobiety, które uważał wszystkie za wiedźmy, ale tego nie mogłem przecież powiedzieć niemłodej już ciotce Marynie. Za sprawą zdobytych wcześniej doświadczeń podczas zabaw z Irką – nie do końca czystych, choć niewinnych – mogłem natomiast ręczyć za to, że dziewczyny, które nie były Żydówkami, żadnych ogonów nie posiadały. A jeśli Dora miała jakiś ogon, to jedynie miniaturowy, mięciutki jak u kota.

Któregoś dnia ja i Hansi staliśmy na Zielonym Moście, łączącym centrum miasta z niekończącą się ulicą Kalwaryjską. Oparci o poręcz obserwowaliśmy uwijających się przy budowie szałasów na brzegu rzeki Żydów.

„Zobacz, w tych szałasach zamieszkają całe rodziny. Tam w środku będą się modlić i będą jeść gefüllter fisch”.

Hansi nie wydawał się szczególnie zainteresowany tematem.

„Igor, ty nienawidzisz Żydów?”, zapytał mnie znienacka. Oniemiałem. Nienawidziłem? Czy można nienawidzić cały naród? W takim razie co z Indianami? Wprawdzie Siuksowie zdzierali skalpy z białych, ale jednocześnie poza Siuksami byli też inni Indianie. Nienawidzić niemieckich oprawców? Tak, ale miałem też wujka, który był Niemcem, i którego nie mogłem nienawidzić, bo za każdym razem, gdy odwiedzał nas w Wilnie – a niestety nie zdarzało się to często – przywoził mi wspaniałe zabawki, tak niezwykłe i tak misternie zbudowane, że strach się było nimi bawić, żeby ich nie popsuć. Nie mogłem też nienawidzić jego synów, moich kuzynów. Nienawidziłem bardzo ludzi z czerwoną gwiazdą na czapce, i miałem ku temu swoje powody. Litwinów? Być może. Zmusili nas do tego, żebyśmy uczyli się ich skomplikowanej gramatyki. Ale Żydów?

Hansi uznał, że wprawił mnie tym pytaniem w zakłopotanie. „Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać, nieważne. Ale mnie możesz bez obaw powiedzieć”.

„Zastanawiałem się, co znaczy nienawidzić”.

„Pragnąć z całej siły, żeby dana osoba czy cały naród znikły z powierzchni ziemi”.

Oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu, żeby mój szkolny kolega Jurek, który był arogancki i silniejszy ode mnie, zniknął raz na zawsze. Ale Żydzi?

„Niby dlaczego miałbym ich nienawidzić?”.

„Słyszałem, że tutaj wszyscy ich nienawidzą”.

„Ja ich lubię. To znaczy nie wszystkich. Ciebie, na przykład, lubię...”.

„Założę się, że Dorę też...” – powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.

„Pewno, Dorę też. Ale tego jej brata siusiumajtka już nie, wszędzie za nami chodzi i nas podpatruje. Mam wśród Żydów przyjaciół, innych nie znoszę, tak samo jak nie znoszę niektórych Rosjan czy Polaków. Wśród Indian też znajdziesz dobrych i złych”. James Fenimore Cooper już na dobre zadomowił się w naszych sercach.

„Zauważyłem jednak, że słowa Żyd używa się po to, żeby kogoś obrazić, że to jakby przekleństwo”.

„Jak mnie ktoś chce w szkole obrazić, to z powodu mojego rosyjskiego nazwiska nazywa mnie kacap. A jeśli ktoś wie coś więcej o mnie, wtedy mówi makaroniarz. I co powinienem w tej sytuacji zrobić? Za każdym razem mam wszczynać bójkę? Odpowiadam wtedy: Ty gnoju! Albo uśmiecham się i mówię: No i co, masz jakiś problem?”.

„No tak, ale oni to mówią bez nienawiści, robią sobie zwyczajne kpiny. A z Żydami jest inaczej...”.

Za naszymi plecami brała swój początek ulica, której nazwa odwołuje się do Kalwarii. Prowadzi ona do Jerozolimki, przypominającej zresztą Jerozolimę, bo wieś zamieszkują wyłącznie Żydzi. Stał tam samotnie jeden kościół katolicki, cel wielu pielgrzymek, a dookoła niego, we właściwej odległości, znajdowało się krocie lichych sklepików i karczmy. Między położoną na wzniesieniu Jerozolimką a rzeką rósł las iglasty, w którym ze względu na obecność drogi krzyżowej odbywały się liczne procesje. W położonym w dole Trynopolu powoli cichły pieśni śpiewane w sąsiadującym z letnią rezydencją biskupa kościele.

Jakże mógłbym nienawidzić czegoś, co otaczało mnie od samego początku, co było częścią mojego świata? Życie żydowskich mieszkańców miasta było od zawsze nierozerwalnie związane (tak mi się wydawało) z naszym, na dobre i na złe.

Do dziś trudno mi pojąć, jak to możliwe, że znalazłszy się w skażonym antysemityzmem otoczeniu, nigdy się nim nie zaraziłem (i Bogu za to dzięki). Dorastałem na małej, szczęśliwej wysepce, gdzie na Żydów nie patrzono z odrazą, z nienawiścią czy ze wzgardą. Niezależnie od tego, czy byli brzydcy, ładni, sympatyczni lub nie. Do utrwalenia takiej postawy i powstrzymania wszelkich fanatycznych gestów przyczyniło się z pewnością podłoże, na którym wyrosłem, etniczna mieszanka rodzinna i panująca w domu tolerancja religijna, a także liberalna i kosmopolityczna kultura, którą przesiąknięty był otaczający nas światopogląd, za sprawą którego z radością przyjęto rewolucję lutową, lecz z niechęcią październikowy zamach stanu. Ciotka Maryna była w naszej rodzinie zjawiskiem wyjątkowym i traktowaliśmy ją jak karykaturę.

Pytanie, czy nienawidzić, czy kochać Żydów nigdy nie postało w głowie moich rodziców. Od samego dzieciństwa żyli wśród nich, w ich bardzo bliskim sąsiedztwie. Poza krótkim okresem pierwszej wojny spędzonym w Finlandii nigdy nie opuścili swojej ziemi, gęsto zamieszkałej przez ludność żydowską. Mój ojciec darzył ich szczerą sympatią i żywił wobec ich religii duży szacunek, którego zresztą nie odmawiał także innym wyznaniom. Należącą do swojej teściowej kamienicę, której stał się zarządcą, chętniej dawał w najem żydowskim rzemieślnikom, twierdził bowiem, że byli uczciwi i solidni. Moja matka z kolei chodziła do żeńskiego gimnazjum, w którym uczyły się w większości córki zamożnych Żydów. Z niektórymi z nich pozostała w przyjaźni. Miała ciemne włosy, ciemną karnację i oczy, sama więc mogła spokojnie uchodzić za Żydówkę (albo za Cygankę), o czymś świadczy choćby to, że kiedy wchodziła do żydowskich sklepów, często zagadywano ją w jidysz, który zresztą dobrze rozumiała. Kiedy pod koniec 1939 roku jeden z moich braci się ożenił, świadkiem na ślubie została jedna z żydowskich koleżanek mojej matki, co dla wszystkich było rzeczą zupełnie naturalną.

Babcia była zbyt dobrze wychowana, by na głos wyrażać swoje podszyte fanatyzmem sądy. Prawdopodobnie w duchu pogardzała ubogimi Żydami, jednak nie ze względu na przynależność etniczną, ale dlatego, że nie dorównywali jej statusem społecznym. Z podziwem odnosiła się za to do bogatych Żydów, ze względu na ich niezawodną smykałkę do interesów. Zaoszczędzone pieniądze sama powierzała żydowskiemu bankierowi, którego darzyła przyjaźnią i zaufaniem. A kiedy kryzys w latach dwudziestych zmiótł z rynku jej mały osobisty bank, w wyniku czego utraciła swoje oszczędności, osłabło jej zaufanie do banków, ale w żadnej mierze do Żydów. Jeśli przyjmiemy, że antysemityzm jest rodzajem wirusa, a ja żyłem w otoczeniu tymże zarażonym, to z pewnością zupełnie nieskażony nie jestem. Podejrzewam, że głęboko wewnątrz mnie drzemią ukryte przesądy, fobie, resztki atawistycznych lęków i negatywnych uczuć. Ile razy bowiem zdarza nam się bać noszonej w sobie ciemności?



Biber!”

Biber, biber, biber!”. Podekscytowany głos Hansiego całkowicie mnie zagłuszył. On zobaczył aż trzech, a ja tylko jednego. Hansi był o wiele lepszy ode mnie w tej starej jak świat wileńskiej grze. Najwyraźniej jego oko, przyzwyczajone do bladych praskich twarzy, szybciej dostrzegało zarost. A gra polegała na tym, żeby podczas spaceru po mieście bądź siedząc w ukryciu krzyknąć „biber” na widok pierwszej zauważonej osoby z brodą. Za tradycyjną brodę dostawało się punkt, dwa punkty za brodę rudą albo bardzo bujną. Za brody rabina i popa – obu traktowano na równi – otrzymywało się po trzy punkty.

Im bardziej zbliżaliśmy się do starego miasta, tym częstsze były nasze okrzyki. Koniec końców dałem za wygraną. Nawet gdybym jako pierwszy zobaczył cały Sanhedryn, i tak nie nadrobiłbym strat w punktacji.

Na ulicach prowadzących do serca Starego Miasta było bardzo wielu Żydów. Prowadzili sklepy i warsztaty rzemieślnicze. Przejście z jednej dzielnicy do drugiej od strony ulicy Rudnickiej następowało stopniowo, natomiast od strony ulicy Wielkiej zmiana była natychmiastowa.

Przed najpiękniejszymi miejscami kultu i rozrywki, jak zabytkowe kościoły czy najnowocześniejsze kina (gdzie widziałem dwa filmy, które najbardziej zapadły mi w pamięć – Królewnę Śnieżkę i Gunga Din), stał szereg starych mieszczańskich domów. Nic nie wskazywało na to, że na tyłach tych budynków rozciąga się odmienny świat. Może poza jednym miniaturowym, obskurnym kinem, do którego chodziliśmy pomimo zakazu wstępu, albowiem dosłownie za grosze można było w nim obejrzeć pod rząd dwa filmy, z których przynajmniej jeden to był western.

Po jednej stronie życie płynęło swoim ospałym nurtem: przechodnie nieśpiesznie wpatrywali się w plakaty filmowe i witryny sklepów, oparci o framugę drzwi sklepikarze czekali, aż jakaś mucha wpadnie w ich pajęcze sieci, dorożkarze zapadali w sen wraz ze swoimi końmi w cieniu zabytkowego ratusza (pod którego dachem przebywali zarówno Napoleon, jak i jego pogromca, generał Michaił Kutuzow).

Stamtąd, do tego odmiennego świata prowadziło zaledwie kilka wąskich uliczek, prawie że niewidoczne przejścia. A zaraz za nimi uliczny rozgardiasz, wrzaski, hałas, silne zapachy, widok nędzy, zalegający brud. Kilka osób jednocześnie ciągnęło obładowane po brzegi wózki; ich słowa zachęty przeplatały się z obelgami, krzykiem nakazywali przechodniom usunąć się z drogi, taranowali sprzedawców eksponujących swoje towary na ulicy. Ulice bez chodników, w dodatku tak wąskie, że kiedy mijały się na nich dwa wózki, jeden musiał ustąpić i się cofnąć. Ciągnięty przez konia wóz czy dorożka wprowadzały niebywały zamęt w życiu dzielnicy i przyciągały gromady krzyczących z radości dzieci. Dzieci, z których najmłodsze – jeśli pozwalała na to pora roku – ubrane były zaledwie w podkoszulek i chodziły na czworakach z gołą pupą pośród śmieci. Brudni żebracy prosili o jałmużnę w zaułkach, gdzie gromadziły się stosy rozmaitych rupieci. Ze wszech stron dobiegała gardłowa mowa, głosy ludzi poirytowanych i wzburzonych, można było odnieść wrażenie, że wszyscy się ze sobą kłócą. Spowijał nas przenikliwy, wżerający się w skórę zapach smażonych na ulicach śledzi. Do tego dochodziły jeszcze zapachy śledzi marynowanych, solonych i wędzonych, sprzedawanych z dużych drewnianych beczek. Stare jak świat, zapuszczone domy ze skośnymi dachami sprawiały wrażenie, jakby musiały się wzajemnie na sobie opierać.

Stojący bezczynnie chłopcy, którzy najwyraźniej dostrzegli w nas intruzów, szukali zaczepki w niewybrednych słowach. W odpowiedzi użyłem adekwatnych słów w jidysz, które stały się dla nas czymś w rodzaju przepustki. Byliśmy w tej części miasta, gdzie jidysz rządzi niepodzielnie. Wielu ludzi nie mówiło tutaj po polsku, nie wychodzili nawet z dzielnicy, chyba że na cmentarz – w trumnie lub obok niej.

Zalegający wokoło brud był tak samo stary jak wyzierająca zewsząd nędza. A poza tą dzielnicą pędziły samochody (niewiele ich było w Wilnie, ale były), sporych rozmiarów autobusy Arbon toczyły się ociężale ulicami, dzwoniły telefony (nieliczne, ale dzwoniły), lśniły sklepowe witryny, w wielkich fabrykach pracowały maszyny, wszystko sprawiało wrażenie świata w nieprzerwanym ruchu. Przed domami rosły często trawniki, polanki, drzewa. Natomiast tutaj, pomimo tego mrowiska ludzi uwijających się w ciasnych uliczkach, wszystko zdawało się nieruchome, a czas zatrzymał się niczym słońce nad Gibeonem. Upływ czasu wyznaczały tu modlitwy, rzemieślnicy cierpliwie wykonywali swoje codzienne obowiązki, wiele osób zgłębiało tajemnice świętych ksiąg, w jesziwach dzieci, kiwając się w ławkach, recytowały słowa sprzed pięćdziesięciu, stu, pięciu tysięcy lat. W rzeczywistości bowiem wszystko działo się po staremu, obowiązywały niegdysiejsze prawa, odmawiano stare modlitwy, odprawiano rytualne kąpiele, ludzie biesiadowali jak niegdyś, wykonywali te same co, kiedyś gesty, wymieniali się podarkami. I wszystko miało zostać po staremu przez kolejnych pięćdziesiąt, sto, pięć tysięcy lat.

Oczywiście byli i tacy, których wabiła pokusa innych bogów, jednakże większość pozostawała wierna temu tradycyjnemu światu, nie zamierzała stąd nigdzie wyjeżdżać, nie wierzyła w złudne obietnice szczęścia i dobrobytu, woleli zostać tu, gdzie otaczała ich cudowna opieka Boga. Zainteresowani wyłącznie tym, żeby nie opuściła ich łaska Pana, „jedynego prawdziwego powodu istnienia”.

„Wyobrażasz sobie swoje życie tutaj?” – zapytałem Hansiego.

Czasami krzywdzenie bliskich, drogich sercu osób dostarcza przyjemności. Spojrzał na mnie zdumiony: „Kto powiedział, że miałbym tu żyć? Nie mam z tymi ludźmi nic wspólnego!”.

Hansi pamiętał, że jego ojciec określił getto żydowskie mianem „anachronizmu”. Trudne słowo, brzmi prawie jak przekleństwo, i choć Hansi nie rozumiał jego znaczenia, to było dla niego jasne, że nikt, nawet jego ojciec, nie przepadał za tym miejscem.

Po powrocie z naszej „wycieczki śladami średniowiecza” Dora udzieliła nam lekcji.

„Weźcie pod uwagę, że cymes, który my spożywamy każdego dnia, tam, gdzie wy byliście, gości na stołach tylko kilka razy w roku, przy okazji ważnych świąt. Na święto Paschy jest cymes śliwkowy, a z okazji święta Szałasów mają cymes marchewkowy. Podczas gdy my jemy szczupaki, im muszą wystarczyć smażone śledzie. I dlatego ludzie chcą, żeby przyszli komuniści”.

Powiedziała to w ramach zaczepki, puszczając do mnie oko. Już miałem zaoponować, że od kiedy komuniści zaaresztowali mojego ojca, zapomniałem, jak smakują szczupaki (choć jeśli mam być szczery, nieszczególnie ich żałowałem: moim zdaniem zawsze miały za dużo ości), lecz Hansi przybył mi z odsieczą.

„Chyba nie sądzisz, że jeśli przyjdą komuniści, to będzie codziennie dla każdego cymes? Raczej nie będzie go dla nikogo, nawet na święto Szałasów”.

Hansi miał w pamięci głód, jakiego doświadczył w 1939 roku, podczas czterdziestodniowej okupacji sowieckiej.

Przybyły do mnie tego dnia w odwiedziny i przysłuchujący się z rozbawieniem naszej rozmowie Dawid, który był Karaimem, stwierdził, że „Bóg nie bez powodu stworzył jedną drabinę, by niektórzy się po niej wspinali, a inni schodzili”.

Nie trzeba dodawać, że Karaimi, jako ludzie niestrudzenie zajęci tą wspinaczką, byli bardzo zamożni.


„Mam już dość tych brudasów i obdartusów”, wydzierał się Konrad. Miał na myśli Ostjuden, czyli Żydów z Europy Wschodniej. „W Pradze nie wstydziłem się swoich żydowskich korzeni, a tutaj bardzo. Jak mnie ktoś pyta, mówię, że jestem Czechem i nic więcej. Niech jadą do Jerozolimy mamrotać sobie swoje modlitwy”.

„No właśnie, my nie jesteśmy Żydami”, w sukurs przyszedł mu Dawid. „Dla mnie Żydzi to ci, którzy chodzą do synagogi, przestrzegają zakazów i nakazów, modlą się możliwie o każdej porze dnia. A ja nic z tych rzeczy nie robię. Nigdy nie wpłacałem żadnych składek na wspólnotę w Pradze. Nie wiem nawet, w jakim kierunku umieszcza się mizrach. Przysięgam, nie wiem, z której strony mieszka ich Bóg”.


Kiedy rok później poprosiłem sąsiadkę, żeby mi pożyczyła Dzieje grzechu i inne książki Żeromskiego (wtedy biblioteki i księgarnie były definitywnie zamknięte), chwilę się zawahała, po czym zapytała: „Jesteś pewien, że twoja mama pozwoli ci to czytać?”.

Pewnego dnia zabrałem Hansiego, żeby pokazać mu dzielnicę Sofianiszki, tak zwaną dzielnicę grzechu. Tyle tylko że głupstwem było pojechać tam z samego rana, ulice bowiem nie były jeszcze do końca wybudzone ze snu, tylko jakaś jedna blada kobieta trzepała dywan. Potem z okna wychyliła się dziewczyna o rudej czuprynie. Obraz ten na trwałe odcisnął się w naszej pamięci. Dowodem grzechu były dla nas także kobiety chodzące po ulicach z wielkimi brzuchami. Grzechu popełnionego niedawno, jeszcze świeżego, ciepłego.

Pojęcia grzechu i czynu grzesznego były zupełnie obce Hansiemu, który nie chodził do spowiedzi i który kierował się bardzo prostą zasadą: niektóre rzeczy należało robić (na przykład myć zęby), a innych robić nie należało (na przykład kłamać czy zdradzać przyjaciela). Pomimo spoczywającego na mnie obowiązku okresowej spowiedzi i pewnych pojawiających się przy tej okazji pytań popa („Dotykasz się? Jak często?”), nie potrafiłem jakoś rozszerzyć pojęcia grzechu (skądinąd oczywistego: „Nie kradnij”, „Nie zabijaj”) na inne zachowania, swoje czy innych, uznawane powszechnie za wstydliwe. Dlaczego tak się działo? Psy robiły to, kiedy chciały i gdzie chciały. Kobiety obnosiły z dumą swoje wielkie brzuchy, zbierając zewsząd same pochwały. W moim domu rozmawiano o tych sprawach dość swobodnie, choć często po francusku. W przypadku wątpliwości zawsze mogłem zasięgnąć języka u brata, który umiał udzielić mi klarownych, dokładnych odpowiedzi. Za wyjątkiem tamtego razu, kiedy zapytałem go: „Jak dwie kobiety robią to ze sobą?”. Odmówił odpowiedzi, być może dlatego, że sam jeszcze tego nie wiedział.

Ojciec Hansiego niczego nie wyjaśniał. Zazwyczaj zdejmował okulary, obracał je w dłoniach i mówił: „Jeszcze za wcześnie. Dowiesz się w swoim czasie”. Jednocześnie cała czterdziestoosobowa grupa dorosłych czeskich Żydów rozmawiała o tym często i chętnie, i tylko czasami ktoś sobie przypomniał, że ich rozmowom przysłuchuje się jeden niewinny chłopiec.

Te tematy, ze względu na skrywany margines tajemnicy, pociągały nas i przerażały zarazem. „Ale któregoś dnia dowiemy się, jak to jest” – mówiliśmy sobie – „i będzie to wielki dzień”.


Przystawka 


Gdy władzę w Wilnie przejęli na krótko Litwini, w prasie aż huczało od wiadomości z Polski, ponieważ Niemcy chełpili się każdą egzekucją, jakby to był sukces wojskowy. W okupowanej Polsce ludzi aresztowano, deportowano, wyrzucano z mieszkań. Każdego dnia rozstrzeliwano nie tylko pojedyncze osoby, ale i całe rodziny. Ten nieposkromiony gniew, który ogniskował się w takim samym stopniu na Polakach jak i Żydach, miał pomóc Niemcom zdusić jakąkolwiek zuchwałą próbę oporu jeszcze w zarodku. W dodatku, chcąc upokorzyć Żydów, palono i łupiono synagogi, choć nie na zasadzie regularnych działań, ale pod wpływem chwili, gdy była po temu okazja.

Inne źródło informacji, nieoficjalne, ale niezwykle wiarygodne, stanowili uciekający z Polski Żydzi; udało im się jakoś przedrzeć przez ten nowo powstały mur graniczny, który nagle rozdzielił rodziny, przerwał więzy religijne, położył kres wymianie handlowej. Przemyt w Wilnie i w okolicach kwitł od zawsze, teraz doszedł do tego jeszcze przemyt zakazanych informacji. Dotarła do nas wiadomość, że na moście w Brześciu agenci NKWD przekazali swoim kolegom z Gestapo pięciuset siedemdziesięciu obywateli Niemiec, którzy jako niepożądani cudzoziemcy zmuszeni byli opuścić Związek Radziecki. Byli to niemieccy komuniści, którzy przed wojną znaleźli u Sowietów schronienie, w większości Żydzi.

Krążyła też inna, bardzo przykra opowieść. Dobiegało właśnie końca mocno zakrapiane przyjęcie, podczas którego opijano jakiś świeżo ubity interes. Na dnie butelki samogonu można już było zobaczyć białe myszki, a przy odrobinie wysiłku nawet i chochlika, gdy nagle pewien podoficer Ochrony Pogranicza NKWD, śmiejąc się do rozpuku, opowiedział gospodarzom przezabawną historię. Pełnił właśnie służbę, patrolując granicę wzdłuż Bugu, który rozdzielał teraz obszar zajęty przez Niemców od terenów radzieckich, gdy w pewnym momencie po drugiej stronie rzeki dało się zauważyć niemieckich żołnierzy, prowadzących około stu więźniów zakutych w kajdany i spętanych łańcuchami. Niektórzy z nich byli z całą pewnością Żydami. Pozostali, sądząc po mocno zniszczonych mundurach, byli to polscy jeńcy wojenni; niewykluczone, że też Żydzi. Niemcy kazali im wejść na skutą jeszcze lodem rzekę, mimo że przy samym brzegu lód już stopniał.

„Był kwiecień, byliśmy przekonani, że lód nie wytrzyma ciężaru tych wszystkich ludzi” – opowiadał. „A tu nic. Wyglądali jak niespełna rozumu, ślizgając się i upadając co rusz. Udało im się jednak przedostać na naszą stronę. Wtedy zaczęliśmy strzelać, najpierw w powietrze, a potem – chcąc dać im do zrozumienia, że to nie żarty – w ich kierunku; pociski uderzały w piasek pod ich stopami. Zawrócili i rzucili się do ucieczki. Jako że również Niemcy otworzyli ogień, stanęli zdezorientowani pośrodku rzeki, coraz bardziej przerażeni, a pod nimi słychać było trzask pękającego lodu. Tak się szczęśliwie złożyło, że na odgłos strzałów przybył nasz oficer, który w mig pojął, w czym rzecz. Chodziło o to, że niemieccy kamraci nie chcieli naruszyć istniejącego porozumienia i wysyłać ludzi na teren Związku Radzieckiego. Chcieli po prostu, żeby się wszyscy potopili w wodach Bugu, ale nie bardzo wiedzieli, jak sobie poradzić z lodem. Nic prostszego! Nasz dowódca rozkazał, by rzucić kilka granatów: pojawiły się pęknięcia, lód zaczął kruszeć i rzeka pochłonęła wszystkich w mgnieniu oka. Strzały i wybuchy po obu stronach Bugu spłoszyły chmary wron, które zaczęły krążyć nad topielcami, kracząc jak opętane. Co za widowisko! Ubaw po pachy!” – podsumował opowieść żołnierz, niezdarnie naśladując odgłos wrony.

Na te słowa gospodarz, Żyd, od razu wytrzeźwiał, po czym stłumionym głosem zapytał, czy wszyscy byli Żydami.

„A bo ja wiem!” – odparł podoficer – „Cywile na pewno. A pozostali... o to musielibyście już spytać ryb”. I w śmiech. Historia ta krążyła po Wilnie tydzień później. „To dopiero przystawka” – ktoś skomentował.


Igor Argamante
Przekłożył Marcin Wyrembelski




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio