Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Ryszard Lenc


Manekin*



„Ubierać to stwarzać” – mówił pewien krawiec i dla mnie to prawda oczywista. Któż lepiej ją potwierdzi niż manekin, który przy akcie stworzenia obecny jest od początku do końca. Stojąc spokojnie z boku, widzę, jak metr krawiecki powoli, lecz konsekwentnie przesuwa się po kliencie, zaczynając od góry, od ramion i szyi, owijając go niewidzialnymi splotami niczym wąż dusiciel ofiarę. Teraz mydło krawieckie kreśli na materiale proste i łukowate linie, nożyce zaś krają uważnie materię wedle pozostawionych znaków. Pora na fastrygi, pierwsze szwy. Przychodzi czas, gdy wkraczam ja, z obserwatora zmieniam się w uczestnika spektaklu. Materia układa się na mnie zrazu niechętnie, z czasem coraz bardziej posłusznie, szpilki łaskoczą przyjemnie, czuję, jak unoszę się i opadam, to tu, to tam, jestem raz grubszy, to znów szczuplejszy, dłuższy albo krótszy, materiał krąży, tam i z powrotem, manekin-klient-maszyna do szycia, ostatnia przymiarka, ostatni oddech żelazka, ostatnie spojrzenie w lustro i… dzieło skończone. Przecież prawdą jest, że tylko Stwórca czynił rzeczy doskonałymi pierwszym tchnieniem, że wszyscy następni rodzą swoje światy w pocie i mozole, a bez skwapliwych, wiernych pomocników nie osiągają niczego (jeśli jest inaczej, mają naturę bliską bogom). Krawiec, prawdziwy krawiec nie istnieje zaś bez manekina. Czyli beze mnie.

Teraz, gdy mój żywot zdaje się dobiegać końca i już nic ponad noszenie wypłowiałych mundurów i liberii mnie raczej nie spotka, a pewna i rychła przyszłość to wysypisko śmieci lub ogień – co na jedno wychodzi – postanawiam opowiedzieć wam moje losy, bo manekińska dusza więcej widziała niż niejeden człowiek i wiem, że częstokroć te płomienie bardziej należą się wam ludziom niż nam manekinom.

Na świat przyszedłem w manufakturze pewnego śląskiego Żyda, która oprócz drewnianych, skórzanych i tekturowych manekinów produkowała jeszcze tysiąc innych rzeczy potrzebnych krawcom, szewcom, modystkom, fryzjerom i innym upiększaczom ludzkiego żywota. Nieprawdą jest bowiem, że człowiek woli żyć nago niż paradnie, jeśli mu godność lub nawet życie zabierają. Zawsze paradnie – nawet gdy są to jego ostatnie godziny. Uczyniony z wyprawionej skóry bydlęcej prezentowałem się dobrze. Ta moja lekka a mocna skórzaność była sprawczynią dalszych przypadków, a także jest przyczyną mej długowieczności. Z początku nikt się jednak mną nie interesował poza córką owego fabrykanta, której, przebrany za angielskiego dżentelmena czy może gwiazdora z Hollywood, służyłem jako partner do nauki fokstrota, charlestona i shimmy. Płaska jak deska do prasowania, z krótko obciętymi włosami, w indiańskiej opasce na głowie, kusych sukienkach z obniżonym stanem, paląca bez ustanku papierosy jakby dla równowagi wetknięte w długą lufkę nieznośna ta garçonne byłaby mnie zupełnie wykończyła, ale w końcu uciekłem. Przez pośrednika-handlarza trafiłem do kolejnego Żyda, który był krawcem męskim. Czasy były już przeddrugowojenne, zawierucha wisiała nad światem, który jeszcze cieszył się swobodą, nie wiedząc, że to jej ostatnie podmuchy. Pan mój był rzemieślnikiem cenionym i człowiekiem zacnym, nie to co jego młodszy brat, który był leniem i nieukiem, a zarabiał, szyjąc cajgowe spodnie i sprzedając je na okolicznych, głównie zagłębiowskich, targowiskach. O nie, Hermann Jacoby to był Meister Schneider, Majster, Mistrz, Maestro, którego pracownia w centrum Katowic szyła na zamówienie smokingi i fraki, przede wszystkim jednak garnitury, trochę tych „London drape” podpatrzonych przez szefa na Savile Row, a najwięcej à la amerykański mafioso Capone. Marynarka dwurzędowa, z szerokimi ramionami, z fałdami na plecach, spodnie na zakładkę. Do tego dodawano co lepszym klientom, którymi byli tak Niemcy, jak Polacy i bogaci Żydzi, kapelusz trilby z wygiętym rondem i szeroką wstążką, szelki, a nawet parę jedwabnych poszetek i krawatów. Ślicznym ich dzieciom szyto biało-granatowe marynarskie stroje. Nasza krawiecka hałastra miała u Mistrza dobre, spokojne, choć pracowite życie. Nikt więc nie narzekał.

Przyszła jednak wojna. Niemcy włączyli nasze miasto i całą okolicę do Rzeszy. Herr Schneider i jego młodszy brat wraz z rodzinami pojechali razem do niedalekiego Auschwitz i wszelki słuch o nich zaginął. Jak widać, garnitur à la Capone i cajgowe spodnie spotkał jednakowy los. Wszystkie sprzęty pracowni Hermanna Jacoby, a także resztka świeżo uszytych i ledwo co zaczętych ubrań zostały uczciwie wyprzedane na licytacji. Ja i jeszcze jeden drewniany manekin, komplet nożyc, dwa ciężkie żelazka i trochę krawieckiej drobnicy trafiliśmy do Erwina Dutschka. Przed wojną: Duczka. Niemieccy urzędnicy wpisali go na listę o numerze 3, co bardzo martwiło Erwina i jego młodą żonę. Jak się miało okazać – obawy były słuszne. Tymczasem na swym wysłużonym singerze szył spodnie, marynarki i płaszcze, ale więcej naprawiał, nicował, łatał i cerował – to już były inne czasy.

Minął rok. W kolejnej odsłonie wojny brał już udział mój Erwin, a jak się miało okazać niebawem, ja także. Erwin dostał powołanie do Wehrmachtu, najpierw na szkolenie, gdzieś w centralnej Rzeszy, potem do regularnego wojska. Jak to się udało, pozostaje jego tajemnicą, ale kończąc dwutygodniowy urlop udzielany przed wyjazdem na front, Erwin zabrał mnie ze sobą. Musiał naopowiadać, jaki to z niego świetny fachowiec i dlaczego do pracy niezbędny mu jest – poza nożycami, nićmi oraz igłami – manekin. Lekki i mocny. Który można przewieźć na półciężarówce, którego nie zniszczy upał ani mrozy, nie rozmoczą deszcze ni śniegi, a dużo miejsca nie zajmie. Na którym można ładnie dopasować wyjściowy mundur oficera piechoty Waffenrock, bez kieszeni, z kołnierzykiem-stójką, z gapą nad prawą piersią, w kolorze feldgrau lub weiss, z galowymi akselbantami, noszony zarówno do bryczesów, jak i długich zwężanych u dołu spodni. O zwykłej Feldbluse nie wspominając. Który, jak się okazało już później, miał pomóc krawcowi zwęzić lub poszerzyć złowrogi esesmański czarny mundur lub skórzany płaszcz (cóż, takie zlecenia też nam się czasem zdarzały, wojna krawca o zdanie nie pyta). Trzeba wam bowiem wiedzieć, że z sortami mundurowymi różnie w armii niemieckiej bywało, a na początku wojny oficerowie i zwykłe zupaki bardzo się o swój wygląd troszczyli. Potem już mieli inne kłopoty na głowie. Ale wtedy, w kwietniu roku 1941, na defiladzie z okazji urodzin Führera, każdy chciał wyglądać jak najlepiej. Robili sobie zdjęcia w dopasowanych przez mojego Erwina mundurach, z tymi ich Wehrmacht Erikami albo Mädchen z variété i posyłali fotografie do domu, do Mutter und Vater. Śpiewając radośnie „heidi heido”.

Erwin dostał niestety przydział na Wschód. Z rezerwami ruszyliśmy na Ruska i już nie było mowy o krawiectwie. Niewiele z tych ponurych miesięcy pamiętam. Mój udział w wojnie właściwie szybko się skończył. Razu jednego ktoś wyciągnął mnie z auta i rechocząc, ustawił na polnej drodze. Znałem tę kurtkę, widziałem już taką czapkę z trupią główką. „Manekin! Co tu robi ten śmieszny manekin?! No, Żydki, kiwać się i modlić do tej kukły. To teraz wasz Adonai. Bo tyle on może, co i ten wasz Bóg”. Niemiec podniósł twardą grudkę ziemi i coś na mnie nabazgrał. Odjechaliśmy, z oddali doszła do nas seria z karabinu maszynowego. Oko w trójkącie wykruszyło się po paru dniach.

Przyszła kolejna jesień, zbliżała się następna okrutna zima, Schütze Erwin kopał rowy w zmarzniętej glinie i strzelał, a głównie w powietrze (nie bardzo to się zgadzało ze słowami złożonej przysięgi), ja leżałem w kącie auta, którym przewożono materiały sanitarne. Waliły w nas katiusze, bombardowały kukuruźniki, które Niemcy zwali „Nähmaschinen” – maszynami do szycia, a to przez ich monotonny szum silników. Maszyny do szycia... W czasie nalotu straciłem drewnianą nogę, Erwinowi odłamek okropnie poharatał rękę. Gdy jęczał w lazarecie, usłyszał od pielęgniarza: „Nie jęcz – ten obok jest cicho, a wybuch oderwał mu głowę”. Dzięki tym wypadkom ominął nas Stalingrad i skończyliśmy wojaczkę. Ein schönes Märchen geht zu Ende. Piękna baśń się kończy.

Szpital, potem drugi, trzeci. Ręka zagoiła się w końcu, ale z prawej strony ciała Erwina sterczał przykry kikut i o dalszej służbie nie mogło być mowy. Odesłano nas do domu. Nas, bo Erwin jakimś cudem wyciągnął mnie z frontu i zawiniętego w papier przemycał potem pod okiem czujnej żandarmerii. Nie wiem, co im opowiadał. Któregoś dnia zobaczyliśmy przecież znajome kominy i wyciągowe wieże szybów. Co teraz? Nie ma chyba jednoręcznych krawców. Mój los był również niepewny.

Było jeszcze gorzej. W maju Niemiec skapitulował, a w czerwcu polscy żołnierze wywlekli Erwina w nocy z ciepłego łóżka. Prezentowali się nieźle w czapkach rogatywkach, butach z cholewami i gdyby nie te okoliczności… Czekaliśmy z niepokojem na wieści. Wrócił po paru miesiącach wychudzony i roztrzęsiony. Ze strzępków rozmów, które docierały do mnie, wiem, że trafił do obozu dla Niemców i folksdojczów. Na słowa „Salomon Morel” kulił się i bladł. Brak ręki uchronił go od pracy w kopalni, gdzie wysyłano większość Ślązaków. Szczęściem nie zachorował na tyfus, który latem zdziesiątkował obóz. Coś tam jeszcze podpisał i jego wojna skończyła się na dobre. Przeżył i to się liczyło. Szwagier zmajstrował zgrabną protezę i Erwin zatrudnił się jako stróż w niewielkiej fabryce. Z takim przymuszonym życiorysem lekko mu nie było. Postanowiono też o moim losie. Dorobiono mi ładną bukową nogę i wymieniono mocno już sfatygowane lniane poszycie, po czym któregoś dnia odstawiono do niedużego sklepu z odzieżą, gdzie stanąłem w oknie wystawowym. Erwin pomachał kikutem. Wyglądało na to, że moja przygoda krawiecka właśnie się skończyła.

Czym może zajmować się manekin, jeśli nie pracuje u krawca? Stać na wystawie. Pokazywać ubrania, które ktoś uszył. Nie muszę tego kogoś znać, wystarczy, że ubrania są dobrze skrojone i zszyte rzetelnie i nie muszę się ich wstydzić. To brzmiało logicznie, co więcej, rysowała się przede mną przyszłość spokojna i raczej przyjemna. Wygląd miałem przyzwoity, dwa inne manekiny, które obok mnie postawiono, były w dużo gorszym stanie, jeden wręcz – opłakanym. Z moją stabilną, polakierowaną nogą, czystym płótnem, zgrabną drucianą główką wyróżniałem się in plus. Jestem manekinem męskim, a że w tamtych ciężkich czasach trudno było zdobyć manekin damski, ubierano mnie więc i w marynarki, i w sukienki, wówczas nieco dodając mi kształtów. To, że marynarki mają ramiona wypchane luźną watą, a sukienki są z taniego kretonu przestało mi z czasem przeszkadzać. Minęło kilka leniwych lat. Ulica, przy której mieścił się nasz sklep, powoli nabierała blasku. Naprawiono tory kolejowe, załatano dziury w chodnikach, ustawiono nowe lampy, kilku starym kamienicom przywrócono ładne fasady.

I nagle: bum! Nasz sklep, jak i wiele innych, postawiono w stan likwidacji. Sklepikarz, płacząc, zdejmował nas z witryny. „Wkrótce będzie tu skład z wyrobami czekoladowymi. »22 lipca«, dawny »E. Wedel«. Im manekiny są niepotrzebne. Ale weźmie was Powszechny Dom Towarowy, PDT, który otwierają niebawem. Ja zajmę się ogrodnictwem. Żona, która jest ze wsi, bardzo mnie do tego namawia. Państwo ludowe kwiatami nie będzie się zajmować, a na nowalijki zawsze znajdę chętnych”. Cóż było począć? Manekin może narzekać, że mu się coś nie podoba, ale i tak zrobi to, co mu każą. Zaczęła się epoka handlu uspołecznionego i państwowego. Jako manekin „z wyglądem” stanąłem na parterze, w dużym oknie wystawowym przy wejściu. Rozejrzałem się wkoło. Ściany pomalowano w „pikassy”, panie sprzedające, w niebieskich jednakowych fartuchach, były młode, ładne i uprzejme. Nie wyglądało to źle. PDT był największym sklepem odzieżowym w mieście, więc nie narzekałem na nudę. Czasem zasłaniano nas dużymi płachtami czerwonego materiału z białymi literami z brystolu. Z megafonów puszczano polskie i rosyjskie pieśni. Szyby dzwoniły, ziemia dudniła miarowo. Wtedy mieliśmy wolne, o ile nie przyszło zamówienie na górnika z piórami i śląską dzieweczkę.

W połowie lat pięćdziesiątych w świecie i mieście coś się działo, podziało się i u mnie. Któregoś słonecznego popołudnia dwóch ludzi zdjęło mnie z wystawy. Mężczyzna z wdowim szpicem na głowie obejrzał mnie uważnie. „Nada się, trzeba tylko oczyścić płótno. Wezmę jeszcze drugi, damski. Oddamy w stanie nienaruszonym”. Tak oto otwarł się przede mną świat Wysokiej Kultury, tak zaczęła się kariera artystyczna, która niestety nie rozkwitła, jak bym tego pragnął. Młody reżyser przygotowywał w naszym teatrze sztukę dyplomową, a scenograf (ów człowiek z włosami w szpic) potrzebował do spektaklu kilka manekinów krawieckich. Niedawno w foyer teatru pokazano zdjęcia z tamtego przedstawienia. Dekoracje oszczędne, scena podzielona swobodnie jasnymi przepierzeniami i kotarami, z prawej strony drzwi, z lewej drewniane schody, z sufitu zwisają długie lampy. Widać zastygłe sylwetki ludzi, z tyłu na niewielkim podwyższeniu stoję ja. Może i jest to manekin damski, wszystko jedno – byliśmy tam razem. Bal manekinów grano cały sezon, a może i dłużej, i był to prawdziwy sukces – reżysera, zespołu i nasz. Autor od niespełna dwudziestu lat nie żył, nie dane mu było obejrzeć polskiej prapremiery dramatu. W kolejnym sezonie Bal zszedł z afisza, a ja wróciłem do Domu Towarowego. Byłem przecież wypożyczony.

Z początku czułem smutek, a nawet żal. Życie artystyczne ma swoje uroki. Szczególnie lubiłem późnowieczorne chwile, gdy przedstawienie się skończyło, widzowie poszli do domów, a na scenie zostali aktorzy, inspicjenci, oświetleniowcy, sufler. I my – manekiny. Ktoś odbijał butelkę wódki, ktoś wyjmował z teczki pęto wiejskiej kiełbasy. Wtedy zdawało mi się, że to ja w czasie paryskiego karnawału wymykam się z balu, nakładam człowieczą głowę i wkraczam do świata ludzi, w wir interesów i intryg. Że to ja udaję człowieka i mówię: „Cóż za rozkosz poruszać się”… Manekiny jak ludzie, ludzie jak manekiny. Czyż nie to oglądałem, odkąd powołano mnie przed laty na świat w pewnej niewielkiej manufakturze? Gaszono w końcu światła, teatr zasypiał, a my wraz z nim.

Wróciłem i od razu poczułem zmianę. Mniej było czerwieni i szarości, pojawiły się nowe kolorowe materiały, nowe kroje. Ubierano mnie w loden, flausz, ortalion, non-iron, elanę, dżins, sztruks, zielony wojskowy drelich (do którego przypinano ruchliwy metalowy znaczek). Przebierałem się za skromnego urzędnika, motocyklistę i rockendrolowca z gitarą. Buty męskie dostały obcasów, ostrych nosków i klamer. Potem te buty poleciały do kosza (zauważyłem, że wszystko tam w końcu ląduje). Spodnie, zrazu wąskie, odsłaniające kostki, nagle nadmuchano jak balony i oparto o ziemię, sukienki zaś skurczyły się jak po upraniu w zbyt gorącej wodzie i ledwo, ledwo przysłaniały opalone uda dziewczyn (w tych długościach i szerokościach potem się pogubiłem). Koszulę zastąpiło polo, które zastąpiła koszula. Op-art i pop-art – nazwy mi niewiele mówiły, ale czułem, że nadeszły inne czasy. Hermannie Jacoby – twój świat odszedł na zawsze. Nie ma też miejsca dla skórzanego manekina męskiego. Na wystawach wabiąc, kusząc przechodniów, wyginają się na wszystkie strony białe, chude androginiczne istoty, w nielicznych już pracowniach krawieckich poliestrowy regulowany manekin, z pianką zamiast płótna, wyparł zupełnie swego przodka. Czyli mnie i takich jak ja.

Cóż więc? Trafiłem z powrotem do teatru. Znajomości się na coś przydają. Tu jeszcze jestem potrzebny, stoję w kącie magazynu i dźwigam kilka ciężkich starych uniformów. Nie przejmuję się zanadto, przecież „nagość to nicość, natura, chaos, barbarzyństwo”. Więc chyba lepiej tak. Czasem coś ze mnie zdejmują, wiem wtedy, że zaczynają pracę nad nowym spektaklem. Jest podniecający ruch i hałas. Słyszałem, że Bal manekinów wystawiano później jeszcze kilkakrotnie, w innych teatrach, i były świetne recenzje. To mnie cieszy. Jestem przecież częścią tej małej historii. Większej zdaje się też.


Ryszard Lenc

Cytaty z Krawca Sławomira Mrożka i Balu manekinów Brunona Jasieńskiego.

2018 r.



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio