Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Marta Hożewska



Szew za igłą


Każda historia, którą zaczynam opowiadać zahacza
o taką, o której mówić nie mogę.


Jeanette Winterson



Certolę się jak krawcowa, która nie wie, czy sprosta zadaniu. Same fastrygi, przymiarki. Za mało materiału. Brak talentu. Gadam, nie piszę. Dużo gadam.

Tropię. Poszukiwania mogą nie mieć końca, a ja wzdycham za całością.

Nie ma co wzdychać. Wiem wystarczająco dużo. Może lepiej szukam niż kiedyś? Im dalej od Jego śmierci, tym więcej informacji. Przypadek? Przeznaczenie? Nigdy nie dałam się namówić na ustawienia rodzinne Helingera, a jednak w tej podróży jest coś, co się wymyka mojej racjonalnej głowie.

Od początku poszukiwań mam przekonanie, że im więcej „części dziadka” znajdę, tym lepiej zrozumiem los całej rodziny, a przynajmniej ostatnich trzech pokoleń. Nasze charaktery i wybory staną się jaśniejsze. Jestem pewna, że opowiadając o pojedynczym losie, opowiem o czymś więcej, ważnym nie tylko dla mojej rodziny.

Znaleźć części dziadka, zważywszy na jego koniec, to dość makabryczne porównanie. Zginął w zderzeniu dwóch samolotów pełnych bomb. Żadnych części dziadka nie znaleziono. Jego pył uniósł się nad Apley w Wielkiej Brytanii.

Nie było pogrzebu. Nie ma grobu. Będzie świeczka – ta historia.

  Chcę ją opowiedzieć.


Antoni


Czasy nie są dobre dla kapeluszy. Jakby ludzie bali się być za wysocy. Bo kapelusz podwyższa te pięć, dziesięć centymetrów, zależy od fasonu, dodaje do wzrostu. Kiedyś każdy chciał być wyższy.

Wiesław Myśliwski



Ma ciemne falujące włosy, które rosną od środka czoła tworząc trójkąt, jak u jeży rysowanych przez dzieci. Gęste, prawie zrośnięte brwi kontrastują z jasnymi oczyma.

Może przed wojną oni wszyscy byli jacyś piękniejsi?


Moja przygoda z dziadkiem zaczęła się od zdjęcia. Dopóki żyła babcia, niezmiennie wisiało nad jej łóżkiem w wałbrzyskim domu. Potem mama zabrała je do swojego nowego mieszkania. Zerkam na nie, ilekroć ją odwiedzam.

Na portrecie w kolorze sepii elegancko ubrany mężczyzna jakoś tak pół przodem, pół bokiem, wychyla się zza ramy, by zachwycić swoją urodą. Naprawdę wyjątkowo przystojny. „Jak amant filmowy!” – mówią przyjaciółki. No, ale który...? Do którego jest podobny? Oglądam zdjęcia Bodo, Dymszy, Żabczyńskiego i innych, a dziadek wydaje mi się być przystojniakiem innym, bardziej południowym. Kwintesencją wszystkich przystojniaków.

Jego niesłowiańską urodę odziedziczyła moja mama. Twierdzi, że dziadek miał węgierskie pochodzenie. Może jeszcze z czasów panowania andegaweńskiego, kiedy do Rzeczpospolitej przybywała szlachta z Węgier? Ród Boimów, a także Fredrów miał właśnie takie korzenie.


Antoni Kaczmarz.


Antoni, co widać na wszystkich zdjęciach, lubił się dobrze ubrać. Welurowy, dwurzędowy, szeroki w ramionach płaszcz, pod spodem biała koszula i krawat, rękawiczki z miękkiej skóry trzymane w rękach, miękko układające się spodnie, kapelusz. Tak został uwieczniony na lwowskiej ulicy w 1936 roku. „Z kim?” – pytam. „Z jakąś dziunią” – śmieje się mama. Uświadamiam sobie, że na tym zdjęciu ma tylko 24 lata. Wygląda dojrzalej. Noszono wtedy marynarki o kwadratowej linii, które optycznie zwiększały szerokość w ramionach. Może dlatego? A może to kapelusz dodaje mu lat? Na wyretuszowanym portrecie zrobionym u fotografa we Lwowie ubrany jest w ciemny garnitur w prążki (zdaje się ten sam rozpoznaję na zdjęciach ślubnych), nieskazitelnie białą koszulę, krawat i… borsalino.

Sięgam do rysopisu z książeczki wojskowej: wzrost: 165. Tu cię mam!

  Najbardziej zdumiewa jego elegancja na dwóch zdjęciach zrobionych w Polminie (Państwowej Fabryce Olejów Mineralnych w Drohobyczu). Błoto, barak, za nim fragment szybu, białe kłęby dymu, przed wejściem mężczyźni w roboczych ubraniach, prawie czuć mdły zapach nafty, a dziadek w białym, świetnie skrojonym garniturze, płaszczu przewieszonym przez rękę, no i oczywiście w kapeluszu. Pewnie jest po pracy. Wygląda jak gość z innego świata, ktoś, kto tylko zwiedza rafinerię. Wygląda, dośpiewuję sobie, jakby chciał być kimś innym, jakby Drohobycz i praca w Polminie nie były miejscem dla niego. Był konserwatorem maszyn.


Maria z Sanoka


Wychowywałam się pod portretem pięknego, onieśmielającego dziadka, za to z bliską babcią Manią, babcią Garsyją (jak ją nazywaliśmy z bratem Maćkiem w dzieciństwie, bo miała już zupełnie inne kształty niż za młodu, a my namiętnie oglądaliśmy serial Zorro).


Maria Kaczmarz, babcia autorki.


Ile oni mieli lat w 1939? Tyle samo – dwadzieścia siedem. Maria Sikora i Antoni Kaczmarz. Babcia dwa miesiące starsza od niego. On urodził się we Lwowie. Ona w Sanoku. Poznali się w Drohobyczu. Ślub wzięli w kwietniu 1939 roku.

Kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, 1 września…

  Chciałabym być pewna, że to było ich najpiękniejsze lato. Nie wiem, jak długo znali się wcześniej. Mama mówi, że niedługo. Poznali się na zabawie. Mam ich zdjęcie: tańczących, zakochanych. Ładna para. Na odwrocie pieczątka: „b. schenkelbach, artysta-fotograf, drohobycz, szewczenki 3”. To samo nazwisko odnajduję pod portretem Brunona Schulza z lat trzydziestych, zamieszczonym w książce Wiesława Budzyńskiego Miasto Schulza.

  Bertold Schenkelbach, ten, który dostarczał Schulzowi szklane płyty do tworzenie techniką cliché-verre rycin przeznaczonych do Xsięgi bałwochwalczej. Fotograf i taternik zakochany w Huculszczyźnie.


***


  Babcia spędziła w Drohobyczu 25 lat. Ale w Zagłębiu więcej – pradziadek wcześniej pracował w Borysławiu. „Sikorówna Maryja po uzyskaniu świadectwa ukończenia Średniej Szkoły Zawodowej Żeńskiej w Drohobyczu im. Elizy Orzeszkowej złożyła egzamin na czeladnika z wynikiem pomyślnym i została czeladnikiem przemysłu krawieckiego”. To rok 1931. Szkoła, o której mowa, ze względu na kolor cegieł, nazywana była czerwoną. W tym samym budynku mieściła się także Szkoła Męska im. Konarskiego, którą skończył brat babci, Roman. Miał w niej kilka godzin rysunku Bruno Schulz.

Czy kiedykolwiek pytałam babcię o niego? Co prawda Alfred Schreyer twierdził, że nikt go w Drohobyczu nie czytał. Jednak chyba ktoś oprócz Józefy Szelińskiej czytał, bo po lekturze Sanatorium pod Klepsydrą „wszyscy w Drohobyczu orzekli, że to «chore», «kuku», że «mój Boże, po polsku, a nic z tego człowiek nie rozumie»” Myślę, że babcia tak by na prozę Schulza nie zareagowała. Ale czy czytała?

Nigdy mi nie mówiła, że mieszkała przy ulicy Krokodyli. A mieszkała. Jerzy Ficowski zlokalizował ją jako część ówczesnych ul. Piłsudskiego i Stryjskiej. Obecnie są to ul. Mazepy i ul. Stryjska. Razem z mamą przez ostatnie dwa lata wojny pilnowały domu krewnego, Antoniego Glenia, przy Stryjskiej. Wujek do Drohobycza nie wrócił. Babcia opuszczając miasto, przytomnie postarała się dla niego o komplet papierów repatriacyjnych. Dostał za nie solidny dom na wsi w okolicach Krosna.


Polmin


Praca w Polminie była marzeniem robotników.

Stanisław Sławomir Nicieja


Polmin był chlubą przemysłu międzywojnia. Zdaniem profesora Niciei, autora wielu tomów Kresowej Atlantydy, praca w fabryce dawała prestiż, dumę i fantastyczne zarobki.

Pracowali w niej i mój dziadek Antoni Kaczmarz, i pradziadek Ignacy Sikora (ojciec babci). Obaj w tym samym dziale „największej i najnowocześniejszej w ówczesnej Europie rafinerii”, pradziadek jako ślusarz i monter, ekspert od kotłów parowych, dziadek jako pracownik konserwacji.

Czy wiedzieli, że żyją w najbogatszym po Krakowie i Lwowie mieście Galicji, z którego „cysterny z milionami litrów ropy jechały do całej Europy”?


Antoni Kaczmarz (pierwszy z lewej) w otoczeniu kolegow na terenie Polminu, Drohobycz przed 1939 r.


Dziadek zmieniając w 1937 Lwów na Drohobycz, zapewne wiedział i liczył na godziwe wynagrodzenie. Czytam w Kresowej Atlantydzie, że Polmin zatrudniał około 2 tysiące wykwalifikowanych robotników, w tym 800 majstrów, a ich zarobki godne były pozazdroszczenia, bo wynosiły od 600 złotych do dwóch tysięcy. Obaj byli wykwalifikowanymi robotnikami, a jednak nie przelewało im się. Prababcia Paulina, mama babci Marysi, dorabiała szyciem. Pamiętam powtarzane przez babcię i mamę opowieści o jej niezwykłym talencie i pracowitości, o strojnych sukniach dla bogatych pań, wymagających żmudnej pracy i kunsztu w sztuce krawieckiej. Czy szyłaby, gdyby zarobki pradziadka były tak oszałamiające?

Nie znajduję też śladów dobrobytu w książeczkach oszczędnościowych pradziadka Ignacego.

„O Borysławiu słyszałem, że cuchnie, a bieda na jednej ulicy mieszka tam z bogactwem. O Drohobyczu – że dech zapiera, a robotnicy żyją tam po pańsku”.

„Najbogatsze po Krakowie i Lwowie miasto Galicji – centrum logistyczne «galicyjskiej Pensylwanii»”.

„Fabryka dopłaca nam do wynajmu mieszkań, bierze na siebie opłaty za prąd, gaz, kanalizację, kupuje bilety autobusowe – chwali robotnik Marian Krywult, którego odwiedzamy w Kolonii Mieszkaniowej Polminu. W 40 schludnych budynkach mieszka wielu pracowników fabryki. Mają przydomowe ogródki, w pobliżu szkołę, kaplicę, stadion, pływalnię, klub i sklepy. Ich żony mają do dyspozycji trzy bezpłatne autobusy, które służą do wyjazdów na zakupy, na wycieczki w góry czy na grzybobranie”.

O pozostałym po wojnie u Rosjan Zagłębiu Borysławsko-Drohobyckim w PRL-u się milczało. Ale czy to usprawiedliwia dzisiaj tworzenie kompensacyjnego mitu o „galicyjskiej Pensylwanii”?

Mogłabym mieć jeszcze wątpliwości, gdyby nie list dziadka pisany do babci w czasie wojny z obozu w Miranda de Ebro:


Legitymacja pracownicza Antoniego Kaczmarza.


[...] mając lat 28 nieskończonych doszedłem do kategorji najwyższej (pierwszej), gaża wynosiła, o ile sobie przypominam 180 zł. To znaczy doszedłem do szczytu „karjery”, teraz pozwolę sobie zadać Wam pytanie: czy mogłem spodziewać się czegoś innego? To znaczy takiego stanowiska, bym mógł więcej zarabiać? Bo mnie się zdaje, że pracą uczciwą to nie, i tu znowu daję Wam moji Kochani za przykład Tata, który pracuje w tym samem przedsiębiorstwie, w tym samem dziale i to przeszło lat zdaje się 20, a niewiele więcej zarabiał.

(Miranda, 3 lutego 1942)


Listy


Wiele lat po śmierci babci dostałam od mamy plik listów i kartek. Kilka z nich zostało nadanych ze Szwajcarii, większość z Hiszpanii, z obozu koncentracyjnego Miranda del Ebro. Wszystkie pisane przez dziadka do babci. To od nich zaczęło się moje poszukiwanie pamięci, brakującego fragmentu historii mojej rodziny.

Pamiętam, że gdy zabrałam się wówczas za lekturę, nie mogłam się oderwać. Byłam trochę onieśmielona, ale nie zmniejszało to zachłanności z jaką pożerałam każdą linijkę. Znałam i kochałam adresatkę. Nadawcę kojarzyłam głównie z portretu. Babcia dużo o nim nie mówiła. Przecież musiałam pytać! Nie pytałam?

Długo wydawało mi się, że dziadek żył dawniej, o wiele dawniej niż babcia. Babcia się starzała, a on zawsze młody, piękny i… obcy.

Szczerość listów, które czytałam, uczłowieczała go. To już nie była tylko ładna twarz, to był człowiek, który kochał, złościł się, entuzjazmował i wpadał w depresję. Nareszcie usłyszałam jego głos.

Postanowiłam coś z tymi listami zrobić. A może lepiej powiedzieć prawdę: poczułam przymus, by coś z nimi zrobić.

Najpierw przepisałam na komputerze. Potem wynotowałam kluczowe fakty i wreszcie zaczęłam badać krok po kroku „wojenne przygody” mojego bohatera, które nie zakończyły się szczęśliwym powrotem do domu. Cały ten proces, który teraz opisuję w kilku zdaniach, trwał nieprzyzwoicie długo. Były miesiące intensywnych poszukiwań i okresy trwania w stuporze, któremu towarzyszyło poczucie porażki.

Szukając dziadka, zrozumiałam, jak bardzo brakowało mężczyzn w mojej rodzinie. O drugim, Michale Hożewskim, cukierniku ze Lwowa, który również „zniknął” podczas okupacji, nie wiem prawie nic. Nie miałam dziadków. Moja mama nie miała ojca. Mój tato swojego ledwo pamiętał.

Praca nad przywróceniem pamięci o choćby jednym z nich wydała mi się warta zachodu.

Nie bez znaczenia była też moja miłość do babci Marysi.


Rodzina Kaczmarzów


Babcia mówiła o nim Tolek albo Tosiek. On podpisywał się w listach do niej Twój Tolek. W liście do mamy i rodzeństwa: Antek.

W Testimonium ortus et baptismi czytam „Antoni Robert, syn Jana Kaczmarza i Marii Gródniowskiej”. Wiem, że był najmłodszy z siedmiorga rodzeństwa. Kiedy się urodził 7 czerwca 1912 roku, jego mama miała 40, a ojciec 46 lat. Mama, ojciec, czyli moi pradziadkowie. Wizerunek prababci zachował się na dwóch zdjęciach ze ślubu dziadków. Była już wtedy po sześćdziesiątce. Pradziadka na zdjęciach nie ma, bo od wielu lat już nie żył. Z metryki chrztu wynika, że był synem Tomasza i Anny, urodził się w Rostweczku koło Mościska. Pradziadkowie mieszkali we Lwowie, najpierw na Łyczakowskiej 22, potem prababcia już sama z dziećmi na Kochanowskiego 74. Z sióstr dziadka poznałam w dzieciństwie trzy: ciocię Helę mieszkającą wtedy w Gliwicach, ciocię Janinę z Sopotu, u której bywałam jako nastolatka i ciocię Marysię, która pozostała we Lwowie ze względu na męża Ukraińca. Pod koniec lat osiemdziesiątych odwiedziła nas dwukrotnie z nadzieją, że przeniesie się do Polski. Nie doczekała. Żadna z nich nie miała dzieci. Nie poznałam (nieżyjącej już, gdy się urodziłam) najstarszej siostry Józefy. Poznałam za to w Krakowie jej córkę Ewę i wnuczkę Ajkę.

Najbliższy i najdłużej trwający kontakt mieliśmy z bratem dziadka Janem. Niemała była w tym zasługa cioci Jadzi, jego drugiej żony, której gościnności, uroku i serdeczności mogłam doświadczać jeszcze niedawno.

Z tego związku urodziło się dwoje dzieci: Jacek (mieszka od dawna w Nowym Jorku) i Marta, która z Wrocławia zawędrowała do Bielawy. W jej pięknym uśmiechu widzę, a raczej wyobrażam sobie, że widzę, uśmiech mojego dziadka.

Był jeszcze jeden brat, Karol, pracował w stoczni. Rodzina nie utrzymywała z nim kontaktu. Nie wiem dlaczego. Pozostały tylko plotki o mezaliansie.


Zachowywał się wzorowo, pilnie i obyczajnie


Dziadek w 1931 ukończył we Lwowie Publiczną Szkołę Dokształcającą Zawodową im. Stanisława Staszica na oddziale instalatorskim. Potem „U mistrza koncesjonowanego Zygfryda Bassa wyuczył się przemysłu instalacyjno-wodo-gazociągowego, podczas swego pobytu zachowywał się wzorowo, pilnie i obyczajnie”. Pięknie, ale jeśli w opowieściach – niedopowieściach rodzinnych jest choćby cień prawdy, jeśli Karol stał się czarną owcą ze względu na ożenek, to patrząc na wykształcenie dziadka, nie rozumiem, skąd takie zadzieranie nosa lwowskiej rodziny? Faktycznie trzy siostry „dobrze wyszły za mąż”: Helena za pracownika Politechniki Gliwickiej, Józefa za dyplomatę, Maria za wykładowcę na Politechnice Lwowskiej. Dziadek nie miał wyższego wykształcenia. Ci „politechniczni” mężowie każą mi konfabulować, że Stefan Kaczmarz z matematycznej szkoły lwowskiej był naszym krewnym. Nic tego jednak nie potwierdza.


Hrabia Skarbek


Klasa jest przestronna, z dużymi oknami. Ma pobielane ściany, na podłodze parkiet. Z sufitu zwisają małe, przypominające metalowe talerze, abażury, których wysokość można regulować. W kącie stoi ciemny i smukły kaflowy piec. Z tyłu siedzący w ławkach chłopcy wyglądają podobnie: krótko obcięte włosy, marynarka ze stójką. Trudno ich rozróżnić. Wszyscy notują z tablicy stojącej na drewnianym stojaku z prawej strony pomieszczenia. Mój trzynastoletni dziadek siedzi w drugiej ławce od drzwi, właśnie macza pióro w kałamarzu, ale zamiast na tablicę patrzy na drewniany krzyż, który zajmuje centralne miejsce na ścianie. Potem jego wzrok przesuwa się niżej, bada wiszące tam godło Polski. Gdyby spojrzał jeszcze niżej, napotkałby groźny wzrok nauczyciela siedzącego za stołem dopełniającym tę wertykalną linię. Woli wodzić wzrokiem po ścianach. Wszędzie wiszą rysunki i mapy. Wśród nich „Wielka mapa Rzeczpospolitej Polskiej”. Jest rok 1926.

Bardzo dobry z robót i śpiewu, dobry z gier i gimnastyki oraz z rysunków. Z pozostałych przedmiotów dostateczne. Tak mówi świadectwo ukończenia siedmioklasowej męskiej szkoły powszechnej Fundacji Stanisława Skarbka. Ze zdziwieniem odkrywam na pieczęci przybitej na dole cenzurki, że szkoła nie znajdowała się we Lwowie, lecz w powiecie żydaczowskim, w Drohowyżu.

„Ja niżej podpisany Stanisław hrabia Skarbek, c.k. rzeczywisty Podkomorzy, syn Jana hrabi Skarbka i Teresy z Bielskich, wnuk Rafała hrabi Skarbka i Teresy z Boguszów, ożywiony chęcią rozrządzenia majątkiem moim, którym dowolnie władać mogę, a któren częścią odziedziczyłem, częścią własnem staraniem nabyłem, w ten sposób, aby wysokie cele Rządów krajowych wspierać i współziomkom moim po wieczne czasy być użytecznym; postanowiłem w dobrach moich w Drohowyżu w obwodzie Stryjskim Instytut dla Ubogich i Sierót założyć, i wybudowaniu, zaprowadzeniu i utrzymaniu tego zakładu mój majątek poświęcić, w skutek czego rozporządzam, co następuje […].

IV. Do Zakładu mającego być wzniesionym w Państwie Drohowyżu przyjęci być mają w miarę dostarczających środków czterysta ubogich chrześcijan obojej płci i sześćsetchrześcijańskich sierót również płci obojej, a podług osobnych Zakładu tego dotyczących się statutów, pierwszym dane ma być mieszkanie, odzienie, pożywienie i stosowne do sił ich zatrudnienie”.

Hrabia Habdank Skarbek założył swoją fundację w 1843 roku. W rzeczywistości instytut został wybudowany dopiero dwadzieścia lat później, już po śmierci fundatora (zmarł w 1848), i otwarty ostatecznie w 1874 roku. Był to ogromny, klasycystyczny, trzypiętrowy budynek z dwoma skrzydłami. Urządzony, jak na tamte czasy, bardzo nowocześnie. Duże jasne pokoje, sala gimnastyczna, bieżąca woda. Oprócz szkoły, pokojów dla dzieci i dla starców mieściła się tam także biblioteka, kuchnia, jadalnia, pralnia, świetlica i wiele innych pomieszczeń służących do zabaw i nauki. Nowoczesne były również zakłady rzemieślnicze, w których osierocona młodzież zdobywała zawód: kowalski, szewski, krawiecki, stolarski, kołodziejski, tokarski, ślusarski. Swoje mieszkania miał tu personel oraz nauczyciele. Budynek okalał park i ogród.

Dzieci każdego roku było około 400. Oddzielnie uczyli się chłopcy, oddzielnie dziewczęta. Nad wszystkimi czuwały siostry felicjanki, zakon zajmujący się przede wszystkim pracą wychowawczą z dziećmi, młodzieżą oraz opieką nad ubogimi i chorymi. W chwili opuszczania zakładu absolwenci mogli liczyć na pomoc w urządzeniu się poza zakładem, zwłaszcza jeśli byli sierotami.

Starców, którym instytucja dawała dożywotnie schronienie, było około 60, mniej niż założył sobie hrabia.

Szlachetne przedsięwzięcie, któremu między innymi mój dziadek zawdzięczał znośne dzieciństwo, było też znakiem czasów. Wyznanie „sierót i biednych” koniecznie musiało być tożsame z wyznaniem fundatora. Katolika.

Hrabia Skarbek też został wcześnie osierocony. Dzień po jego urodzeniu zmarła matka, a gdy miał cztery lata, ojciec. Wychowaniem zarówno jego, jak i starszego brata Ignacego zajęła się ciotka Julianna, po mężu Rzewuska. Po jej śmierci dwudziestodwuletni Skarbek dostał niewielki spadek, który genialnie potrafił powiększyć. Zakład dla sierot i ubogich utrzymywany był przez dwa miasteczka, 29 wsi, i wybudowany we Lwowie teatr.

 Pewnie dzięki majątkowi hrabia mógł pojąć za żonę piękną, piętnastoletnią Zofię Jabłonkowską. Anegdota mówi, że zakochał się w niej na balu ku czci królowej neapolitańskiej, gdzie zamiast – zgodnie z etykietą – zaprosić jej wysokość do pierwszego tańca, podarował go właśnie Zofii. Małżeństwo nie było jednak szczęśliwe. Żona Skarbka pokochała z wzajemnością Aleksandra Fredrę. Po trwającym około dziesięć lat procesie rozwodowym została jego żoną. Wszystkie biografie Fredry podkreślają trwałość i szczęście tego małżeństwa obdarzonego dwojgiem dzieci. Hrabia pozostał sam.

Jego dzieckiem był teatr we Lwowie, który wybudował, kochał, w którym pozwolił na premierę Ślubów panieńskich, i w którym w samotności zmarł.

Dużo czasu minęło nim Drohowyż upomniał się o szczątki fundatora (był pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim).W 1888 roku pochowano go powtórnie w rodzinnej krypcie w Drohowyżu.

Teatr od 1944 roku do dzisiaj jest siedzibą ukraińskiego Teatru Dramatycznego im. Marii Zańkowieckiej.

Instytut dla sierot i ubogich istniał do 1939 roku. Prowadzące go siostry felicjanki zginęły w 1943 z rąk banderowców – zostały zamknięte w kościele i podpalone.

W zrujnowanej, zaśmieconej krypcie nie ma ani jednej trumny.


  Wyznaczam w Google trasę Drohowyż – Lwów, by sprawdzić, jak daleko znajdowała się szkoła od domu dziadka. Trzydzieści osiem kilometrów. Autem do pokonania w 44 minuty. Pociągiem w dwie godziny 32 minuty. Autobusem trzy godziny 31 minut! Dzisiaj.

Siedem lat w szkole z internatem. Czy był w niej szczęśliwy?

W albumie, który oglądam u mamy, widzę dwa zdjęcia z tamtego okresu, ma na nich około 13–14 lat. Na jednym wygląda jak Staś Tarkowski albo student Oxfordu. Uśmiechnięty, dobrze ułożony chłopiec, śmiało patrzący w przyszłość. Na drugim, Oliver Twist o trochę smutnym, poważnym obliczu. Patrzy prosto w obiektyw, ale spojrzeniem nieobecnym.

Zapewne w dużej mierze został ukształtowany właśnie przez tę szkołę. Pytanie, jak go uformowano. Nieliczne wspomnienia innych wychowanków – drohowyżaków, które udaje mi się odnaleźć, potwierdzają moje przypuszczenia. Przede wszystkim formowano dzieci w duchu patriotycznym i religijnym. Należały do skautów, do Sokoła, a gdy były starsze, do drużyn strzeleckich. Siostry felicjanki kształtowały ich wiarę i moralność.

Widać, że dziadek był wdzięcznym podmiotem zabiegów pedagogicznych – w ostatniej klasie na świadectwie miał z zachowania ocenę bardzo dobrą.

 Przypuszczam, że dano mu także podstawy nauki rzemiosła i kulturę fizyczną. Pływał, jeździł na nartach.

Jedenaście lat później do tej samej szkoły chodził urodzony w Borysławiu, „ojciec” Bolka i Lolka – Władysław Nehrebecki. Nie bez powodu w pierwszych odcinkach kreskówki nie pojawiają się rodzice głównych bohaterów, a w jednym z późniejszych przemykają siostry zakonne.

Cdn.


Marta Hożewska




powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio