Wyszukiwarka:

 


 



<<< powróć do spisu treści



Karol Maliszewski


„Wciąż jestem za młody/ wobec własnej miłości...”. Uwagi o wcześniejszych tomikach Antoniego Matuszkiewicza


1.


Miałem zająć się w tym szkicu wędrówką po tematach, ale okazało się, że temat w zasadzie jest jeden: człowiek wobec Boga, boskość w człowieku, a na tym tle przyjaźń, miłość i inne tajemne więzi łączące nas ze sobą i kosmosem. Miałem przechodzić od jednej książki Antoniego Matuszkiewicza do drugiej i coś dokładać, a tu widać wyraźnie, że nie ma czego dokładać, bo całość była gotowa i dana od początku. To jest poeta własnego głosu i jednego tematu, poeta konsekwencji i mistycznego uporu, jakkolwiek by to dziwnie brzmiało. A brzmi dziwnie, staroświecko, stanowczo, choć zarazem zwiewnie, niezwykle delikatnie. Bo jest to głos subtelnego nauczyciela, mędrca nieznacznymi ruchami słowa wskazującego na otaczającą nas prawdę. Każdy kolejny zapis ma coś dorzucać do poczucia prawdy, rozbudzać je w czytelniku. Wobec tej prawdy wszystko inne blednie i rodzi się pytanie, czym jest „wszystko inne”, jeżeli jest. Istnienie jako pierwotne zranienie, które trzeba leczyć słowami, któremu trzeba szukać wytłumaczenia, zadośćuczynienia. I są odpowiedzi na pytania istnienia, jest szukanie sensu pomiędzy słowami, które brzmią i wyglądają tak, jakby były odblaskami jakiegoś nadsłowa, nadsensu.

Nie chodzi o przerabiany przez wiele poprzednich poetyk symbolizm, Matuszkiewicz w podejściu do słowa wydaje się na to zbyt świadomy, już modernistyczny, nowoczesny. Pisanie jest praktyką duchową czerpiącą, owszem, z symbolizmu, ale przekraczającą jego poziom, niezamykającą się w skrupulatnie wyliczanych miarach. Być ponad miary (tej czy innej poetyki), bo jest coś ważniejszego niż miary poezji – o to w tym głosie chodzi najbardziej. To powoduje, że przeciętny czytelnik jest tu tak zdziwiony. Już dawno o żadnych poetyckich praktykach duchowych nie słyszano. Skąd się wziął ten odmieniec, skąd jego odrębność?

Wydaje mi się, mówiąc najprościej, że na to, co modernistyczne, na awangardowy rys wiersza, nałożyła się niebanalna żarliwość duchowa. Tak, jakby nowoczesny artysta usiłował pogodzić w jednym zapisie odkrywczą metaforykę z czymś odwiecznym, z czymś w rodzaju mistycznej formacji duchowej. Przy każdym wierszu mam w sobie wrażenie obecności człowieka, widzę zarys postaci, słowiarza odmierzającego z precyzją każde słowo, cyzelującego nową metaforę, ale słowiarza przyodzianego w habit mnicha. I tu jeszcze paradoksalność tej postaci pogłębia się, albowiem precyzji umysłu towarzyszy rozrzutność uczuć; bo niejednokrotnie metodycznie wykuwana metafora nabrzmiewa emocją do granic i dochodzi do wybuchu, do erupcji nie do końca przewidzianej i zaplanowanej. Tak jakby w każdym „odtąd–dotąd” heurystycznej sytuacji wiersza tkwiła jakaś szczelina, otwartość na współznaczenie i współuczucie, a pisanie krążąc wokół tajemniczego niepokoju, wskazywało bardziej na tajemnicę niż na niepokój.

Oto źródła zdziwienia wspomnianego czytelnika, który widząc ostatnie kilkadziesiąt lat polskiej poezji, przeczuwa ciąg dalszy. Matuszkiewicz idzie zatem pod prąd przewidywanej drogi – i znów podkreślam, że nie chodzi mi o symptomy coraz silniejszego odrywania się poezji od religijnego źródła, o laicyzację wyrazu. Nie w tym jest dziwaczny czy niemodny, a w samym podejściu do materiału słownego, który niepokojąco klei się do czegoś obok, do czegoś wyżej, do przecinających istnienie przeczuwanych wektorów – tu materiał słowny jest wtórny, wręcz służebny w stosunku do niewidocznych wzorów istnienia i nieskończoności, do wszelkich heroicznych prób wzajemnego ich wiązania. Natomiast strategią dominującą współczesnej poezji jest pozostawanie w materiale słownym, na jego powierzchni, i wyciąganie daleko idących wniosków z „materialności”, jak i „słowności”, czyli tylko językowości. Coś w języku może się zdarzyć, ale nie musi (wobec nieskończonego) – mówi Matuszkiewicz. W języku bez przerwy coś się zdarza i to powinno wystarczyć – mówią „ci inni”. Czy ja do nich należę? To nie o mnie tu mowa, wróćmy do tematu.


2.


„Stawać się nowością” – ta fraza brzęczy w pamięci, a dotyczy jednego z wcześniejszych tomów autora. Chodzi o Rebekę, wydaną w Wałbrzychu w 1988 roku. Niby wszystko ustalone – wyrazistość mówiącej do nas postaci zasadza się na pierwotnym ustaleniu ważności i hierarchii spraw – a jednak tyle jeszcze do odkrycia. W ramach przyjętej czy raczej wchłoniętej duchowości wszystko się zdarzyć może. Siła wiary w sprawność ducha wymyka się dogmatom. Nie można w tym duchu spać spokojnie, nie można otulić się nim jak płaszczem. Raczej niepokój szukania jest jego treścią, a płaszcz każdy szyje sobie sam. Wiara w obecność boskiego czynnika jest do nieustannego odtwarzania. Ona staje się naprawdę w dynamicznym, nieskończonym procesie zachowywania czujności, indywidualnego współtworzenia jej wciąż nowych odniesień i znaczeń. Dlatego monologi wypełniające Rebekę („bieżące zapisy refleksji”) poprzedzone są swoistą uwerturą, krotką prozą eksponującą to, co charakteryzuje prezentowany rodzaj spojrzenia, typ poetyckiej uwagi: „Między dwoma nierzeczywistościami wciąż widziałem to, czego nie było widać. Od tego patrzenia, któremu wypowiedziały posłuszeństwo obrazy, sam dla siebie stawałem się nowością”.


3.


To, co powiedziano wyżej, celnie kwituje fraza z następnej książki, zatytułowanej Spojrzeć najdalej (Świdnica 1991): „Wciąż jestem za młody / wobec własnej miłości / która nie ma końca”. Celność polega na odwróceniu pojęć. To już nie tak czy inaczej skodyfikowana, więc partykularna, wiara, to coś znacznie więcej – miłość, w której rozpływa się, lecz jednocześnie skupia jak w soczewce, bohater. Jeśli się nie kocha, jeśli się nie jest w nieustannym miłosnym nastawieniu do istnienia i jego przejawów, to się w istocie nie wierzy, nie potwierdza czystej intencji, nie dochodzi do ostatecznego sensu wszechogarniającej komunii. „Spojrzeć najdalej” – to uświadomić sobie tego konsekwencje i pod takim znakiem żyć, szerząc przesłanie. Albo jeszcze inaczej, tak jak chce Marianna Bocian, mówiąca we wstępie do tego tomiku, że wiersze są „pięknym zaproszeniem nas do medytacji nad własnym istnieniem w obnażonym świecie, poetyckim przypomnieniem, że powinnością naszą jest doskonalenie myślenia [...], czuwanie nad wolą czynienia dobra, niezgoda na zło i wulgarność, pielęgnowanie naszych wrażliwości i pomnażanie ludzkiej duchowości”.

A więc miłość, którą w sobie odnajdujemy (i w ten sposób staje się „własna”), jest stara jak świat, jest jego odwieczną substancją. W tym sensie jesteśmy „za młodzi”, bo nigdy, jeśli się na nią otworzymy, nie zestarzejemy się, nie dokonamy w niej żywota. Ona (doskonale pojęta, totalnie odczuta) gwarantuje bytową świeżość, wciąż ponawiane odradzanie. Ona jest naszą młodą wiecznością. O tym bezustannie mówią wiersze Matuszkiewicza. Albo raczej: ta miłość w czystej postaci mówi wierszami Matuszkiewicza, posługuje się nim. Przez poetę przepływa potężny strumień domagający się mowy na ten jeden temat, spełniający się w niej. To już nie proste „opisywanie świata”, to stwarzanie świata z każdym kolejnym gestem czułości, tkliwości, miłości, odruchem oddawania się i przyjmowania. Medytować, by kochać. Kochać, by żyć. Jeśli się kocha, to już się wierzy.


4.


W książce Spojrzeć najdalej zwracają uwagę grafiki Vaclava Vokolka, każąc się zastanawiać nad korelacją między słowami a kreskami. Jeszcze ciekawszy związek zachodzi miedzy poezją a malarstwem w tomiku Błękitne przeciwstawienie (Nowa Ruda, 2001). Książkę ozdobiono reprodukcjami prac plastycznych Józefa Hałasa, który powiedział kiedyś: „Ja do mojej abstrakcji dochodziłem przez studia problemu plastycznego w naturze” (cytuję z pamięci). Myślę, że można nieznacznie przesunąć akcenty i otrzymamy wypowiedź, którą mógłby sformułować sam Matuszkiewicz. Brzmiałaby: „Ja do swojej abstrakcji dochodziłem przez studia problemu metafizycznego w naturze”. Obu twórcom towarzyszy pasja rozbierania świata na części i składania go na nowo z dodaniem siebie samego.

Ale nie przesadzajmy z tą abstrakcją. Jeżeli gdzieś się pojawia, to ma solidne podstawy życiowe, empiryczne korzenie. Bo te wiersze to także szczególne święto sensualizmu, konkretu. Oto mężczyzna idzie przez targowisko i płacze. Tyle tylko, że Matuszkiewicz nigdy nie pozostaje na poziomie obrazka, on szybuje daleko, wysoko i tak przy owym płaczącym mężczyźnie pojawia się natychmiast cały szereg ciekawych intuicji dotyczących tego, co mogło się stać i czy mogło być inaczej. Charakterystyczną cechą tego świata jest jego funkcjonowanie w nagłych rozbłyskach myśli, w fontannach skupienia. Odnajduję tu pogłosy poetyki Przybosia widzianej w postawangardowej perspektywie kojarzonej z poezją Mariana Jachimowicza. U Matuszkiewicza zwięzłość i konkretność wypowiedzi nabrała w przelocie poloru metafizyczności. To takie swoiste haiku w mocno zespolonych łańcuchach.

Ważnym wątkiem tomiku jest także historia powrotu na Kresy, do krainy dzieciństwa, do poetyckich światów twórców kresowych, takich jak np. Leśmian i Wierzyński. Tu warto wspomnieć, że Matuszkiewicz urodził się we Lwowie i jest świadom swych korzeni, tęskni do nich i pragnie opisać historię rodziny i pozostawiony tam – w okolicach Lwowa – świat. Intryguje go fenomen sąsiedztwa kultur i na własny użytek stwarza coś w rodzaju ekumenicznej mitologii pojednania Polaka, Ukraińca, Żyda. Ową mitologię pojednania i porozumienia przenosi również na dolnośląski, sudecki grunt, tropiąc ślady zazębiania się kultur śląskich w odmianie niemieckiej, czeskiej i polskiej. Mnie najbardziej ucieszyło występowanie w tej książce pierwiastków „liryki lokalnej”, opieranie wywodu poetyckiego na realiach poetyckich branych stąd, z tej ziemi. Gierałtów, Śnieżnik, Bielice („ostatnia wioska na skraju ojczyzny”), Kłodzko, Góry Sowie, Nowa Ruda, Ślęża, Broumov, Wambierzyce, Błędne Skały, Góry Złote itd. Istny rezerwat lokalności otwartej na uniwersalność, sensualności tropiącej mistyczność, sakralności branej wprost z prochu i pyłu przedeptanych ścieżek – oplatających niczym sieć neuronów duchowe centrum tej poezji i okolicy.


5.

Powinienem wspomnieć o jeszcze wcześniejszym tomiku. Bez niego obraz byłby niepełny, a prawda o Matuszkiewiczu skłamana. Otóż koniecznie należy pamiętać o cielesnym aspekcie ziemskiej miłości. Chrystus też oddał za nas ciało. W ramach wielkiego metafizycznego kontraktu umęczono najpierw jego ciało, ono stało się przestrzenią symbolicznego transferu.

Matuszkiewicz nie wyrzeka się ciała. Jego poezja to nie zbiór abstrakcji czy jakieś quasi-dewocyjne bujanie w obłokach. Jeżeli myślę o niej jako satysfakcjonującej całości, to mam na myśli szczęśliwe, a nieraz bolesne, spełnianie się wszystkich elementów. W tomiku z 1989 roku, zatytułowanym Nowy Rok, nie tylko prześwituje nagie ciało kobiece, ono chwilami mówi pełnym głosem. To poeta stwarza mu możliwość wypowiedzenia się. Zakochany mężczyzna. Obok słowiarza, mnicha w kapturze metafor, subtelnego metafizyka widzę pełnokrwistego faceta, pożądającego i pożądanego, potrafiącego czytać jak mało kto z Ewangelii kobiecych piersi. Cóż by to była za wiara, cóż to za miłość do istnienia, gdyby kobiety zabrakło? Jak cymbał brzmiąca.

Tom dedykowany jest wymienionej z imienia i nazwiska ówczesnej ukochanej. Zwróćmy uwagę: to wszystko ma najpierw imię i nazwisko. Zaczyna się od konkretu, od zapisu w lirycznym dzienniku (a tu nawet minutniku i sekundniku) po to, by przez konkret, szczegół, intymność, cielesność, zatracenie się w dzielonych – jak włos na czworo – doznaniach dotrzeć do czegoś większego, do jakiejś spajającej klamry. „Teatr miłości”, ale taki, który otwiera się na dalsze widoki i pozwala widzieć podwójnie, a nawet wielokrotnie. Otwiera się na wieść o prasubstancji istnienia, o ekstatycznym zatapianiu się w niej, o obdarowywaniu się i poświęcaniu. Dostępna nam eschatologia. Poprzez ciało i dalej.

Eschatologia

Każde z nas
będzie odjęte
od siebie samego

Wtedy okaże się
że to była
tylko miłość

I jeszcze ten fragment z wiersza Nad rysunkami Blake’a:

Teraz jej ciało
zmartwychwstaje
z ziemi powietrza
misternie rzeźbionych kamieni

Powielane na kartach albumu

Błogosławiona między niewiastami
kobieta zapatrzona w swoją tajemnicę
nasycona sobą
coraz bardziej
obecna.

I jeszcze niepokojący obraz – i tu wracam do Chrystusa, którego ciało zamajaczyło na początku tego fragmentu niby przyczynek do mistycznej erotyki – z wiosennej, rezurekcyjnej części tomu, obraz nowego życia poczętego z kobiecej krwi. Zaczyna się od spokrewnienia miłości boskiej z tą zwyczajną, ludzką:

Wybierając się wzajem
wybraliśmy Ciebie

Twoje ciało

Chleb
który pozwala umierać

Patrzę na Twój całun
z wizerunkiem
poniżonej kobiety

Rdzawe prześcieradło po upadku Ziemi.

A rozwijając się konsekwentnie, dochodzi do utożsamienia miłości z transcendentnym darem, kobiety z Chrystusem:

Przyszłaś do mnie
z nieba
nie chcę pamiętać
twoich ran

Nie ręka
palec
rdzawy grzechu ślad.

Tak jakby mężczyzna nie dowierzał spełnionej w kobiecie boskości i wkładając palce w rany, szczeliny jej ciała, upewniał się od nowa (motto utworu przywołujące słowa niewiernego Tomasza podkreślają świadome nawiązanie). To pieszczota, ale i bezbrzeżne zdumienie, zachwyt i udręka. Jesteśmy w czyśćcu mistyczno-erotycznych uniesień i stopniowo uwalniając się z jego ograniczeń, odsuwamy

ogromny kamień

Widzimy blask
złożonych prześcieradeł.

I jeszcze, i jeszcze... Zatrzymajmy się, bo nie da się ogarnąć tego bogactwa w migawkowym zapisie. Medytacja wymaga medytacji. Matuszkiewicz zasługuje na więcej niż mogę mu dać. „Ta wędrówka od i do świata, od i do siebie, byłaby jednak jałową spekulacją, gdyby nie prawda uczuć, prawda namiętności, gdyby nie szczerość i trudna prostota, która wydaje się być największym walorem tej poezji”.

Karol Maliszewski



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio